Berlin-Karlshorst.
Droga Helgo!
Mam mnóstwo wiadomości i nie mogę się doczekać, żeby do Ciebie napisać. Nigdy nie zgadniesz, co wydarzyło się w zeszłą niedzielę. Oczywiście pomyślisz, że to nowa miłość. NIE! Coś ciekawszego. Powiesz, że w dzisiejszych czasach nic ciekawego nie może się wydarzyć? Krótko mówiąc, teraz pracuję dla rosyjskiego oficera. A gdzie? W najbardziej tajemniczym Karlshorst.
Opowiem ci wszystko po kolei.
W niedzielę pojechałam tramwajem, aby odwiedzić Charlotte w Oberschöneweide. Niedaleko Lichtenbergu rosyjski oficer wspina się na peron i opiera się o drzwi w przejściu. Ci Rosjanie zawsze będą stać tam, gdzie nie powinni stać.
Stoję dokładnie naprzeciwko. Oficer obojętnie spogląda na ulicę i nadal stoi w drzwiach, nie zwracając uwagi na to, że jest popychany ze wszystkich stron. Czysto rosyjskie! Potem niechcący na mnie spojrzał. Po chwili znów na mnie spojrzał, tym razem z większą uwagą. Wiesz, wszyscy mówią, że mam wyjątkową cerę.
Oficer mierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, raczej bezceremonialnie. Dzięki Bogu jest niedziela i założyłam nowe pończochy. Ten brak taktu mnie uraził. Czy jestem koniem konkursowym? Odwracam głowę i patrzę mu w oczy bez strachu. Po pierwsze, jest wojskowym, a po drugie, jest Rosjaninem. W obu przypadkach możesz na chwilę zapomnieć o radzie babci. Niech nie myślą, że się ich boimy. Teraz nie jest już tak strasznie, jak było w maju.
Poza tym są inaczej ubrani. Ten oficer wygląda idealnie: jego buty lśnią, guziki lśnią. Nawet ogolony. Pewnie dlatego, że była niedziela. Tylko jego twarz jest zbyt poważna na niedzielę. Wszyscy mają kamienne twarze. Prawdopodobnie nie wiedzą, że kiedy się uśmiechasz, czujesz się lepiej, a inni są szczęśliwi. Oni nawet nie wiedzą tej prostej rzeczy! Jeśli chodzi o drobne szczegóły, które czynią życie przyjemnym, są oni absolutnymi barbarzyńcami.
Jedziemy dalej. Oficer patrzy na mnie tak, jakby miał zamiar obstawić mój wynik w kolejnym wyścigu. Tylko od czasu do czasu patrzę mu w oczy. Nie jest to wyzwanie, ale nie jest to też odmowa. Jak to robi Marika Rökk.
Nasz tramwaj pędzi przez Karlshorst jak błyskawica. Mój oficer, pomimo swych nieskromnych spojrzeń, nie zamierza zrobić nic więcej, chociaż stoję teraz bardzo blisko niego. Przecież prawdopodobnie mieszka w Karlshorst i wysiądzie na najbliższym przystanku. Dlaczego tak wyglądał? Jaka szkoda! Prawdziwy barbarzyńca. Brak taktu w stosunku do kobiet.
Mógł przynajmniej o coś zapytać. Oczywiście, że odmówię mu natychmiast. Ale nadal jest to ciekawe.
Minęliśmy Karlshorst. Jedziemy dalej. Może celowo ominął swój przystanek, żeby wyjść razem ze mną? Czasami tak się zdarza.
Nie, teraz w ogóle na mnie nie patrzy.
Wysiadamy na stacji końcowej Oberschöneweide. Nie spieszę się. W końcu niedziela jest dniem odpoczynku. Mój oficer idzie za mną. Nagle słyszę: „Dzień dobry, Fraulein!”
Na początku nawet się bałam. Patrzę na niego, jakby spadł z księżyca. Mówi tak poważnie i tak pewnie. Myślę, że zabierze mnie teraz do biura komendanta i…
I mówi: „Przepraszam, Fraulein, nie chciałem cię urazić. Czy mogę z tobą porozmawiać?”
„Bitte” – mówię i myślę. – „Aha, nareszcie. Teraz mu odmówię.”
„Moja rozmowa może wydawać się dziwna. Proszę wybaczyć mi z góry”.
„Bitte, bitte” – mówię i myślę. – „Jednakże, jak na barbarzyńcę, mówi po niemiecku całkiem dobrze.”
„Widzisz, nie znam sytuacji tutaj. Nie mam ani znajomości, ani czasu”.
„Tak, teraz mnie gdzieś zaprosi” – myślę. – „Czy mam odmówić czy nie? Nadal jest strasznie”.
I kontynuuje: „Jestem tu zupełnie sam. Czasami jest trudno”.
Myślę sobie: „No i mamy. Zwykłe podejście. To wszyscy mówią”.
„Chciałbym znaleźć kogoś, kto... no cóż, będzie zarządzał moim gospodarstwem domowym. Czy mogłabyś mi pomóc? Na przykład polecić kogoś.”
Mein Gott! O mało się nie przewróciłam. Co za świnia! Zatrzymać młodą, elegancką damę na środku ulicy i zadawać takie pytania. Witaj Sacramento! I patrzył na mnie przez kolejną godzinę. Teraz zaczynam się przekonywać, że po Rosjanach można oczekiwać wszystkiego.
Ale uprzejmość zobowiązuje. Nawet w odniesieniu do takich... Nadal jesteśmy Europejczykami. Mówię mu: „Z przyjemnością. Jeśli mogę być dla Was użyteczna”.
„Jeśli znasz kogoś... Byłbym bardzo wdzięczny. Oto mój numer telefonu” – mówi i widzę, że rozmowa dobiega końca. Czy to wszystko?
„Powiedz mi, dlaczego tak na mnie patrzyłeś w tramwaju?” – pytam. Może w końcu zrozumie, że dziś jest niedziela.
„Masz bardzo ładną cerę, Fraulein. Jak u dziecka. Piękno zawsze cieszy oko” – odpowiada oficer i uśmiecha się tajemniczo. – „Nie jesteś na mnie zła?”
Nie można się obrażać na takich ludzi. Ma jakiś szczególny sposób bycia. Mówi tak poważnie, że nie można tego nawet uznać za komplement.
„Do zobaczenia”. I tak zakończył się mój niedzielny romans.
Kiedy opowiedziałam Charlotte wszystko, ona po prostu rozłożyła ręce: „Co za głupia dziewczyna! Przecież szczęście po prostu wpada ci w ręce. Tutaj każdy marzy o pracy w Karlshorst. Jeśli nie chcesz, to daj mi jego numer telefonu”.
Wtedy postanowiłam zaryzykować. To są czasy, kiedy nie trzeba być wybrednym. Nawet jeśli to przeraża, nadal spróbuję. Teraz bez pracy jest ciężko, droga Helgo. Wiesz o tym sama.
Dziś rano poszłam do biura komendantury Karlshorst i zadzwoniłam do „niego”. Zamówił dla mnie przepustkę i jestem w Karlshorst. Jedną nogą w Niemczech, drugą w Rosji. Wszędzie są wojskowi, ale nie ma nic strasznego. Może dlatego, że jest dzień.
Niedawno mieli tu wielką uroczystość. Mówią, że żołnierze pili wódkę prosto z beczek, stojąc na ulicy, a potem wytaczali armaty i strzelali do siebie. Słyszałam to od wielu osób.
Pięć minut później jestem już przy drzwiach jego mieszkania i naciskam dzwonek. Był bardzo zaskoczony, gdy mnie zobaczył i powiedział: „Czy jesteś sama? Tak szybko i tak wcześnie?”
Pomógł mi zdjąć płaszcz, jak prawdziwy dżentelmen. Potem mówi: „Spieszę się do pracy. Zjedzmy śniadanie”. Posadził mnie przy stole i zaczął brzęczeć naczyniami w kuchni. Ja też miałam iść do kuchni, ale on powiedział do mnie: „Nie tak szybko, kochanie. Kiedy wyjdę, to twoja kolej”.
Po śniadaniu zostawił mi wszystkie klucze i powiedział: „Bądź tu gospodynią. Żeby był porządek. O trzeciej przyjdę na obiad”. Jak ci się tu podoba?
No więc teraz siedzę przy jego biurku i piszę do ciebie list. Włączyłam radio. Kominek elektryczny ogrzewa pomieszczenie z boku. Najważniejsze jest to, że jeszcze nie jest strasznie. Wszystko opiszę w następnym liście.
Pozdrowienia z Berlina!
Twoja, Margot.
Berlin-Karlshorst
Droga Helgo!
Jak ciepło w mieszkaniu u mojego kapitana! Dziś marzłam w domu, nawet w kurtce puchowej. A ten barbarzyńca rozpalił kuchenki elektryczne we wszystkich pokojach i zużywa więcej prądu niż cały nasz Lichtenberg. Licznik brzęczy i kręci się, jakby miał gorączkę. Kontroler próbował wtrącić się raz i dał kapitanowi rachunek. Kapitan poklepał go po ramieniu i zaśmiał się: „To na reparacje!” Dał mu kilka papierosów i pokazał drzwi.
Tak, nie powiedziałam ci, że mój oficer ma stopień kapitana – to cztery gwiazdki. Nazywa się Michael – Michael Beliawski.
Porucznik mieszka w mieszkaniu obok. On wymyślił coś jeszcze lepszego. Kiedy wychodzi do pracy, rozpala kuchenkę gazową na cały dzień. Aby się ogrzać. Muszę coś wymyślić! Dopływ gazu jest często wyłączany w ciągu dnia, a potem ponownie włączany. Kiedy wieczorem przychodzi porucznik, nieraz całe mieszkanie jest wypełnione gazem. Gdy przechodzę obok drzwi, słyszę, jak spod drzwi wydobywa się gaz. Mein Gott! Pewnego dnia cały dom wybuchnie. A piwnice są pełne brykietów.
Gdybym nie bała się, że dom eksploduje, byłoby naprawdę dobrze. Wszystko jest takie interesujące! Jak w dzikiej Afryce. Albo wśród kanibali.
Opiszę Ci „moje” mieszkanie. W końcu to ja jestem tu absolutną panią. Mój kapitan niczego nie zamyka. Klucze wystają z zamków, ale wszystko jest otwarte. Do czego zatem służą zamki – dla urody? Niesamowicie ufni ludzie. Jak wszystkie dzikusy!
Wczoraj pan Schmidt, zarządca naszego domu, opowiedział mi, jak mój kapitan urządził swoje mieszkanie.
Wszyscy mieszkańcy zostali eksmitowani z Karlshorst w ciągu 24 godzin. Nasz dom jest duży – około osiemdziesięciu mieszkań. Kapitan przybył z dwoma żołnierzami, gdy dom był już pusty. Zażądał od pana Schmidta kluczy do wszystkich mieszkań, po czym rozkazał żołnierzom wyjść na ulicę i „złapać sześciu Niemców”. Złapali, kogo tylko mogli, i przyprowadzili. Jak ci się to podoba?
Potem kapitan obszedł cały dom i wybrał mieszkanie według swojego gustu. Myślisz, że na tym się skończyło? Nie, u Rosjan jest odwrotnie.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było wydanie rozkazu pracownikom, aby wyrzucili absolutnie wszystko, co znajduje się w mieszkaniu. Potem poszedł do innych mieszkań. Gdzieś znalazł wyposażenie gabinetu według własnego gustu i kazał wszystko zabrać „do domu”. Następnie wysłał zwiadowców z rozkazem „znalezienia” mu brązowego fortepianu w Karlshorst – pasującego do charakteru biura. Sam wyruszył na poszukiwania odpowiednich mebli do sypialni. Wykopał gdzieś sypialnię, podobną do sypialni Marii Antoniny. Łóżko podwójne, które nadaje się wyłącznie do gry w piłkę nożną.
Skąd ten barbarzyńca wziął swój gust? Muszę przyznać, że mieszkanie okazało się przytulne. Gabinet jak u ministra.
Na biurku znajduje się ogromny brązowy orzeł. Na ścianach znajdują się niezwykle rzadkie poroża pochodzące z mieszkania doktora Meissnera, badacza Afryki. Oczywiście, w takich warunkach nie jest to trudne. „Cap-carap”! {Цап-царап! - sprytna kradzież – przypis tłumacza}
A sypialnia! Tutaj wcielona niewinność straci głowę. Na stoliku nocnym stoi małe radio i biały telefon, a na półce brązowa paczka papierosów i... pistolet. Kiedy wycieram kurz, boję się go dotknąć.
Nikt nie uwierzy, że w tej sypialni mieszka samotny mężczyzna. A jednocześnie nie jest żonaty. Wisienką na torcie jest duży obraz wiszący nad łóżkiem – „Pokutująca Magdalena”, również pochodzący z sąsiedniego mieszkania. Może on naprawdę jest mnichem!
Kapitan niedawno przywiózł z Drezna koc z malinowego jedwabiu i teraz wysyła mnie po specjalne poszwy na kołdrę, koniecznie z koronką. Jak to jest? Następnie wyjął z kieszeni małą papugę i pozwolił jej latać po pokojach. Mówi, że jeśli papuga odleci, to ja też odlecę. Bardzo miło! Teraz musimy gdzieś umieścić klatkę.
Żąda, żebym kupiła mu małe akwarium ze złotymi rybkami. Skąd w ogóle wziął się pomysł, że takie rzeczy istnieją na tym świecie? Czy on naprawdę widział to w swojej dzikiej Rosji?
Zadziwia mnie, jak bardzo Rosjanie nie potrafią przystosować się do małych rzeczy w życiu. Zepsuł się przycisk dzwonka w sąsiednim mieszkaniu. W końcu, co może być prostszego niż zadzwonienie do Herr Schmidta i powiedzenie mu, żeby to naprawił? Zamiast tego właściciel mieszkania odkręca dzwonek sąsiada i montuje swój własny. On z kolei robi to samo i robi znaczek na dzwonku, aby nie został on skradziony po raz drugi. Sytuacja powtarza się w dwudziestu mieszkaniach, aż ktoś po prostu pogodzi się z brakiem dzwonka. Jeśli coś się zepsuje, Rosjanie naprawiają to sami. Jakby nie wiedzieli, że pan Schmidt istnieje właśnie po to, żeby zarabiać na życie, i że pracuje też „na rzecz reparacji”.
Jedynym miejscem w Berlinie, gdzie kolejki przed sklepami są częstym zjawiskiem, jest Karlshorst. W Berlinie my, Niemcy, spożywamy 100 gramów tłuszczu miesięcznie, i to bez czekania w kolejce. Rosjanom udaje się kupić kilka kilogramów, ale muszą stać w kolejce godzinami. Czy im nie wstyd!
Wszystkie sklepy znajdują się na Treptower Allee. Tramwaj niemiecki również kursuje tą trasą przez Karlshorst. Każdy widzi kolejki w każdym sklepie. Co lepsze, w tym samym szeregu stoją niemieckie gospodynie domowe, żony rosyjskich oficerów i sami oficerowie. W końcu w sklepie jest kilka ekspedientek, ale nikomu nie przyszło do głowy, żeby tworzyć osobne kolejki. W sprawach nieprzyjemnych mają całkowitą równość.
Pojedynczy oficerowie stoją w kolejkach podczas przerw obiadowych lub po pracy zamiast odpocząć. Co więcej, nikogo to nie dziwi ani nie oburza. Tak jakby byli przyzwyczajeni do kolejek od urodzenia.
Wczoraj znalazłam na stoliku nocnym kapitana książkę z czarną okładką. Droga Helgo, bałam się. Spodziewałam się jakiejś pornografii albo powieści romansowej. Wiesz jak to jest z oficerami. To było Mein Kampf! Nawet Niemcy starają się teraz nie trzymać tej książki w domu. A on jest oficerem sowieckim. W książce znajdują się fragmenty podkreślone ołówkiem oraz notatki sporządzone odręcznie na marginesach. Więc nie czyta tej książki dla rozrywki przed snem. To dla mnie nowa zagadka.
Potem zajrzałam do biblioteki. Najciekawsze rzeczy znalazłam na dolnych półkach, których nie widać z zewnątrz. Były tam całe stosy magazynów nazistowskich. Było tu wszystko, aż po „Mit XX wieku”. Trudno byłoby znaleźć podobną kolekcję w domu nawet najbardziej zagorzałego nazisty. Dlaczego on, radziecki oficer, miałby przekopywać się przez ruiny przeszłości?
Szkoda, że ze mną nie rozmawia. Jestem dla niego tylko pracownicą. Oczywiście nie zakłada, że w najlepszych czasach byłam studentką Kunstkademie.
Kończę list. Czas ugotować obiad.
Droga Helgo, jestem na Ciebie bardzo zła z powodu Twojego milczenia. Napisz!
Pozdrowienia!
Twoja, Margot.
Waldheim-Saksonia
Droga Margot!
Moje życie nie jest tak szczęśliwe jak twoje. Naszego małego miasteczka nie można porównywać z Berlinem. A ja osobiście mam mnóstwo problemów. Zarówno w domu, jak i w sercu.
Przecież wiesz, że spodziewam się dziecka. To dziecko nie przynosi mi radości, tylko smutek. W końcu to jest owoc przemocy. Już do Ciebie pisałam.
Szczególnie przykro mi się robi, gdy czytam Twoje listy, w których tak swobodnie opisujesz swoje znajomości z Rosjanami. To pierwsze i ostatnie spotkanie, wraz z jego wspomnieniem, mi wystarcza. Chciałabym cię ostrzec, żeby taka sama smutna historia nie przytrafiła się tobie. Wtedy będzie już za późno i nie będzie gdzie się poskarżyć.
Rosyjski sierżant, ojciec mojego przyszłego dziecka, pełni służbę w komendanturze naszego miasta. Niedawno spotkałam go przypadkiem na ulicy. Próbował się ze mną przywitać, ale uciekłam. Teraz zawsze przechodzę na drugą stronę ulicy, gdy widzę go z daleka. Nie mogę znieść widoku tego obrzydliwego potwora. Nigdy nie zapomnę i nie wybaczę tego strasznego dnia.
Matka jest bardzo smutna z powodu przyszłego dziecka. W końcu wiesz, jak my tu na to patrzymy.
Droga Margot, jestem strasznie smutna. Tak bardzo marzyłam o dziecku i troskliwym, kochającym ojcu, do którego mój maluch będzie wyciągał rączki i mówił: „Pa-a-a...”. A teraz pewnie nawet w kołysce będzie krzyczał: „Uri, Uri... Frau komm...”. Koszmar!
Jeśli chcesz mi sprawić przyjemność, to nie pisz mi nic o Rosjanach! Uważaj! Jestem pewna, że pierwszą rzeczą, jaką zrobi Twój nowy właściciel, będzie próba zgwałcenia Cię lub zabrania Ci zegarka. Czego jeszcze można się po nich spodziewać?
Wielka szkoda, że to dziecko nie będzie miało ojca. Czasem płaczę z rozpaczy. Już wyobrażam sobie, jakie będzie moje dziecko i cieszę się z tego powodu. Pomimo wszystko. W końcu my, kobiety, jesteśmy stworzone do bycia matkami. Kiedy myślę o jego ojcu, tym brutalnym zwierzęciu, którego serce prawdopodobnie było pokryte sierścią... Czy on w ogóle może mieć w sercu jakiekolwiek ojcowskie uczucia?!
Już dziergam malutkie spodenki i koszulkę dla dziecka. Ku mojemu zdziwieniu moja matka postanowiła mi pomóc. Mówi, że dziecko jest darem Boga i nie można go za to winić. Zastanawiam się jakie imię dać dziecku. Czy to będzie chłopiec czy dziewczynka? Przecież to mój pierworodny i go kocham. Kupiłam już pieluchy i wyprawkę dla niego. Teraz tak trudno cokolwiek zdobyć.
To będzie trudne dla mojego malucha. Przecież my sami głodujemy. Nasze biedne Niemcy i twoja biedna przyjaciółka
Helga.
Berlin-Karlshorst
Droga Helgo!
Napisałaś do mnie, żebym uważała, bo mój kapitan mnie zgwałci. O, proszę! Czasami myślę, że mogłoby być odwrotnie! Szkoda, że my, dziewczyny, nie zabieramy aktywnego głosu w tych sprawach. A co najważniejsze, spróbuj powiedzieć o tym oficerowi, dla którego pracujesz.
Kiedyś próbowałam uśmiechnąć się do mojego kapitana trochę uwodzicielsko. Sposób, w jaki uśmiecha się Marlene Dietrich. Wiesz, co z tego wyszło? Odwrócił mnie twarzą do kuchni i poklepał mnie po... dolnej części pleców. W najbardziej bezwstydny sposób. Jakbym była uczennicą! Jakbym nie miała 21 lat! Jakby wszyscy młodzi mężczyźni nie mówili mi, że jestem bardzo ładna! Mówi, że lepiej będzie, jeśli założę czysty fartuch, kiedy wróci do domu.
I jednocześnie zaczynam lubić tego dzikusa. Jeśli mam się tobie przyznać, nawet bardziej. Czasem zadaję sobie pytanie: może to tylko chwilowe zainteresowanie dzikusami? Lub we mnie przemawia instynkt kobiety, na którą mężczyzna nie zwraca uwagi? A może to z nudów?
Ma zachowanie prawdziwego oficera. Nie jest chłopcem, jak wszyscy ci, żółtodzioby w cywilnych ubraniach. Jedyne co jest złe to to, że on tak naprawdę nie chce mnie widzieć jako kobiety.
Jego buty zawsze błyszczą się jak lustro. Nie pozwala mi czyścić sobie butów. Dzięki Bogu, to jego własny przywilej. Ale niebieskie spodnie i zielona kurtka to dla mnie katorga. Zanim zdążę wyprasować spodnie, pojawia się nowe zadanie: zanieść kurtkę do pralni chemicznej lub zlecić uszycie białego kołnierzyka. Pewnego dnia zapytał mnie, czy naprawdę nie przyszło mi do głowy, żeby zajrzeć do jego garderoby i wcześniej wszystko uporządkować. Ale ja nie jestem jego babcią!
Niedawno wywołał mój pierwszy rodzinny skandal. Rano przychodzę i widzę warstwę kurzu na biurku, a na niej palcem kapitana napisane „Staub”. Byłam zajęta gotowaniem obiadu, gdy zadzwonili do mnie sąsiedzi i zupełnie o tym zapomniałam. Kiedy przyszedł na obiad i znów zobaczył kurz na stole, rozpętała się burza.
Po raz pierwszy widziałam go złego. Jak tupał nogami, jak na mnie krzyczał. Nie pamiętam, co przeklinał. Zarówno w języku rosyjskim, jak i niemieckim. Wtedy zabrakło mu słów – podszedł do stołu, narysował palcem linię i powiedział do mnie: „Was ist das? Jaki wstyd! Ile razy już to mówiłem?” I tym samym palcem przesunął mi po nosie.
Boże, byłam jednocześnie przestraszona i urażona.
I krzyczy znowu: „Hier nicht Russland! Hier – Deutschland! Żebym miał tu niemiecki porządek. Zum teufel!”
Rozpłakałam się i pobiegłam do kuchni, a on położył się na kanapie i palił.
Po około pięciu minutach uspokoił się i wszedł do kuchni. Siedzę i płaczę. Mówi do mnie: „Idź i nakryj do stołu dla dwojga”.
Stawiam talerze, łzy żalu spływają mi po twarzy. Chyba jutro rzucę i wyjadę. To niech sam umyje naczynia.
Mój kapitan sięgnął do szafki i zaczął grzechotać butelkami. Chyba się upije jak świnia i mnie pobije. Tu właśnie ujawnia się rosyjska dusza. Muszę stąd wyjść, zanim będzie za późno.
Kapitan otworzył butelkę wina, potem butelkę wódki. Stawia je na stole i mówi: „Zdejmij fartuch i chodźmy na kolację”.
Byłam bardzo zaskoczona. O co chodzi? To pierwszy raz, kiedy zaprasza mnie na wspólną kolację. Ale skoro on wydaje rozkazy, boję się zaprotestować i siadam przy stole, półżywa ze strachu.
Nalewa dwa duże kieliszki wódki i się śmieje. Czy on naprawdę zmusi mnie do wypicia tego świństwa? Słyszałam, że oni zawsze piją wódkę, gdy się godzą. A kiedy piją, znowu zaczynają się kłócić. Kochana mamo, pomóż mi! Teraz dokładnie wytrę kurz.
Mój kapitan udaje, że o wszystkim zapomniał i traktuje mnie tak, jakby widział mnie po raz pierwszy i jakbym była jego gościem. Ze strachu mam gulę w gardle, ale on tylko się śmieje, patrzy na mnie i dolewa mi wina.
„Powiedz mi, Margot, kiedy będziesz miała męża, czy będziesz się nim opiekowała tak jak mną?”
Wtedy nabrałam odwagi i powiedziałam: „Ale ty nie jesteś moim mężem”.
„A tym bardziej. Musisz się uczyć. Chcę czuć się zaopiekowany. Rozumiesz? Zaopiekowany! Jestem zupełnie sam od pięciu lat, Margo. Cztery lata spędziłem w błocie i krwi. Wśród spalonych ruin i śniegu…”
Tu zrobiło mu się smutno i nie chciał już nic mówić. Podszedł do radia i włączył rosyjską płytę. Kiedy Rosjanie są pijani, nie wiedzą jak się bawić. Albo kłócą się bez powodu, albo śpiewają smutne piosenki i płaczą. Dopiero wtedy ich serce wychodzi na wierzch.
Nie powiedział do mnie już ani słowa. Stał się po prostu zupełnie ponury. Nie jadł już nic i znów położył się na kanapie. Długo milczał. Potem zawołał mnie do siebie, posadził obok siebie, położył głowę na moich kolanach i zaczął mnie głaskać. Ale on mnie tak dziwnie pieści, jak dziecko swoją matkę. Było mi go żal. Oczywiste jest, że czuje się bardzo samotny, ale o tym nie mówi. A ja myślałam, że go kocham i chciałam mu pomóc, dając mu uśmiech Marlene Dietrich! Ceni opiekę ponad wszystko. Teraz będę ścierać kurz dwa razy dziennie. Może wtedy mnie zauważy.
Tymczasem w pokoju zrobił się półmrok. Wszędzie jest bardzo cicho. Ciepło i przytulnie. Jakże byłoby miło, gdybym nie była tu pracownicą, a choćby jego przyjaciółką.
Co robił podczas wojny? Ma wiele odznaczeń. Czy on też zabijał ludzi? Przecież jest miły – nakrzyczał na mnie, a ja poczułam wstyd. Byłam głupia i przestraszyłam się. Myślałam, że zadzwoni do komendanta i rozkaże wsadzić mnie do piwnicy. Porucznik z sąsiedniego mieszkania zawsze grozi w ten sposób swojej Margaricie, gdy ta przesoli mu zupę.
Kiedy śniłam, mój kapitan zasnął na moich kolanach. Chciałam go pocałować, ale się bałam. Powoli wstałam i zaczęłam wycierać kurz. Jutro przejrzę wszystkie jego rzeczy i kiedy wróci do domu, celowo zaceruję mu skarpetki na jego oczach. Niech zobaczy, że mi na nim zależy. Każdy mężczyzna doświadcza miłości w inny sposób.
Droga Helgo, jestem bardzo ciekawa pytania – czy on ma dziewczynę? Jak dotąd zauważyłam, że przychodzi do niego tylko Fraulein Walia. Ale to nie może być nic poważnego.
Droga Helgo, bardzo chciałabym Cię zobaczyć i porozmawiać. Nie smuć się z powodu dziecka. Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze.
Z poważaniem
Twoja, Margo.
Waldheim-Saksonia
Droga Margot!
Dziękuję za miłe pozdrowienia zawarte w poprzednim liście. Mój mały jest bardzo zdrowym i słodkim dzieckiem. Teraz to jest cała moja radość i troska. Aby poczuć, kim jest dziecko, trzeba być jego matką. Teraz mam mnóstwo kłopotów, odwracają one moją uwagę od nieprzyjemnych myśli.
Wyobraź sobie – moja mama teraz cały czas mnie strofuje, że nie poświęcam dziecku wystarczająco dużo uwagi, ciągle interweniuje i doradza. W ogóle się tego nie spodziewałam.
Moja matka zaczęła kiedyś filozofować i stwierdziła, że małżeństwo bez dziecka jest jałowym kwiatem, że tylko dzieci umacniają życie rodzinne i łączą małżonków. Rzeczywiście, potem zapadła dość niezręczna cisza. Łączy małżonków! Ale nie w tym przypadku.
Kiedy zaczęłyśmy rozmawiać o tym, jakie imię nadać dziecku, mama znów przedstawiła swoją propozycję. Co twoim zdaniem ona zasugerowała?
W jakiś sposób dowiedziała się, jak nazywa się ten... No cóż, ten sierżant. I chce ochrzcić dziecko jego imieniem. Obecnie jest to nawet akceptowane – większość dzieci urodzonych w rodzinach rosyjskich otrzymuje rosyjskie imiona. Nie chciałam, ale moja matka nalegała, więc się zgodziłam.
Teraz w naszym domu mamy małego Piotrusia, który płacze od rana do wieczora. On jest taki głośny, że to okropne!
Pewnego dnia szłam ulicą z małym Piotrusiem na rękach i znów spotkałam sierżanta. Zatrzymał się na środku ulicy i patrzył na mnie przez długi czas Szybko poszłam, bo się wstydziłam.
Wczoraj nasza sąsiadka, Frau Gunther, przyszła do nas i powiedziała, że sierżant przyszedł do nich i pytał o mnie i o dziecko. Zapytał, czyje to dziecko. Potem sierżant długo kręcił głową i powiedział coś w swoim języku, ale nie mogli zrozumieć, co. Znów się przestraszyłam i zaczęłam płakać. Czego jeszcze ode mnie chce?
Wczoraj późnym wieczorem, gdy mieliśmy już kłaść się spać, ktoś zapukał do drzwi. Mama poszła otworzyć drzwi i weszła do pokoju z... tym sierżantem. Leżałam w łóżku z małym Piotrusiem. Chciałam wyskoczyć i pobiec do innego pokoju, ale nie mogłam. Mama jest dziwna – tak spokojnie rozmawia z sierżantem. Przykryłam tylko małego Piotrusia i odwróciłam się do ściany.
Ale sierżant był teraz zupełnie inny. Taki cichy i niezręczny. Staje w drzwiach i przestępuje z nogi na nogę jak niedźwiedź. Następnie zdejmuje z ramienia ciężką żołnierską torbę i daje ją mojej matce.
Oddał torbę i znów zaczął się wahać w drzwiach. Tak jakby czegoś chciał, ale się boi. Mama wzięła go za rękę i zaprowadziła do łóżka, aby mógł spojrzeć na dziecko. Jestem bliska płaczu, a mały Piotruś uśmiecha się od ucha do ucha i macha rączkami. On nic nie wie. Być może instynktem dziecka czuje, że to jest jego ojciec. Dzieci nie rozumieją pełnego ciężaru naszego życia.
Sierżant spojrzał z przerażeniem na moją matkę, ale starał się nie patrzeć na mnie. Następnie ostrożnie wyciąga rękę. Mały Piotruś chwyta palec i się śmieje. Sierżant spojrzał na dziecko tak dziwnie, że zupełnie zapomniał o mojej matce i o mnie. Zaczął mlaskać i mówić do niego po rosyjsku.
Sierżant pyta matkę, jak ma na imię dziecko. Matka odpowiada mu: „Piotruś. Ty jesteś duży Piotruś, a to jest mały Piotruś” i wyjmuje dziecko z łóżka. A on macha rączkami i nóżkami jak kociak i wyciąga się w stronę sierżanta.
Wtedy, droga Margot, byłam bardzo zaskoczona.
Sierżant mruczy: „Pietia, Pietia”... I nagle widzę, że łzy spływają mu po twarzy. Nigdy wcześniej nie widziałam płaczącego mężczyzny. I nagle on... płacze. Szlochał, a łzy spływały jej po twarzy. Cała twarz jest wykrzywiona, jakby chciała się czegoś trzymać, ale nie może.
Mężczyźni płaczą inaczej niż kobiety. Kobiety zawsze zakrywają twarze. A ten siedzi, patrzy na małego Piotrusia, a z jego otwartych oczu płyną łzy.
Potem nagle podskoczył, jakby ktoś go gonił, i odszedł, nie mówiąc ani słowa.
Długo się nad tym zastanawiałam. Co to wszystko może oznaczać? Nie jest już tak straszny, jak się wydawał wcześniej, ale raczej żałosny i bezradny. Może mama ma rację? Jak dziwnie patrzył na małego Piotrusia. A potem te łzy... Zwierzęta nie potrafią płakać.
Kiedy mama otworzyła torbę, zobaczyła kilka bochenków chleba, dużą paczkę masła i puszki mleka skondensowanego. Zwierzę nadal opiekuje się swoim młodym. Mój biedny mały Piotruś. W końcu jesteśmy naprawdę bardzo głodni.
Kończę list i całuję Cię mocno.
Twoja Helga.
Berlin-Karlshorst
Droga Helgo
Siedzę tu i piszę list, a ten wstrętny Hans, tak się nazywa ten bezczelny ptak, chodzi wokół stołu i mnie dokucza. Często denerwuję się na Hansa. Kapitan troszczy się o niego bardziej niż o mnie.
Kiedy kapitan czyta gazety, Hans paraduje na jego naramiennikach i wszędzie wtyka nos. Czasami kapitan bierze trochę jedzenia na język, a Hans wydziobuje je z języka. Oboje są bardzo zadowoleni. To tak jakby się całowali. Też znalazł kogoś do całowania – papugę!
Mam bardzo osobliwą codzienną rutynę. Po pierwsze, nie mogę pojawić się w mieszkaniu przed godziną dziesiątą, tj. przed wyjściem kapitana do pracy. Po drugie, nie mogę przebywać w mieszkaniu po godzinie piątej. Tak jakby obawiał się, że ktoś będzie nas podejrzewał o coś intymnego. Więcej o jego życiu dowiedziałam się od Frau Schmidt.
Teraz kapitan zyskał nową pasję. Każdego ranka wstaje przed świtem, wsiada do samochodu i jedzie popływać w jeziorze Müggelsee. Jeśli wstaje tak wcześnie, żeby popływać w zimnej wodzie, to można założyć, że nie miał zbyt przyjemnej nocy. Po co mu więc sypialnia Marii Antoniny?
Kiedy o tym piszę, przypomina mi się starszy porucznik z czwartego wejścia. Młody chłopak. Na początku był taki skromny i cichy. A potem były tylko kobiety, kobiety i kobiety. Wszystkie z ulicy – spod mostu w pobliżu Kapitolu. Wkrótce porucznik zniknął bez śladu.
Frau Schmidt mówi, że jest teraz w Niebieskiej Dywizji. Tak Rosjanie nazywają oddział izolacyjny dla chorych na syfilis na wyspie Rugia, gdzie mieszkają za drutem kolczastym. Potem wszystkich ich wysyłają na Syberię.
Niedawno przystanek tramwajowy w pobliżu Kapitolu został przeniesiony o pół kilometra dalej od Karlshorst. Połowa pacjentów chorych na choroby weneryczne w szpitalu w Karlshorst twierdzi, że zostali przedmuchani przez wiatr w pobliżu przystanku tramwajowego.
Pani Schmidt wie absolutnie wszystko. Przysięga, że w tym szpitalu Rosjanie są leczeni na rzeżączkę poprzez wstrzykiwanie terpentyny w miękkie części ciała (bardzo bolesna metoda leczenia stosowana w XIX wieku. Obecnie stosowana w Armii Radzieckiej). Szszszpryca! Półtora sześcianu. A od dwóch sześcianów umierają konie. Wyobraź sobie tę przyjemność!
Rosjanie twierdzą, że zastrzyki te są „moralne i polityczne” i mają na celu zniechęcenie ludzi do zadawania się z niemieckimi kobietami.
Terpentynowo-polityczne zastrzyki i „Błękitna Dywizja”! Jeśli Rosjanie rozmawiają o tym tak spokojnie, to może mają coś innego, o czym nie mówią. Może dlatego mój kapitan jest taki niepojęty? Przecież to nie tylko człowiek, ale i oficer radziecki. To zobowiązuje go do pamiętania o prawach swojego kraju.
Słyszałam, że po zawarciu traktatu pokojowego z Niemcami Stalin pozwoli Rosjanom poślubiać Niemki. Zapytałam o to kapitana. Spojrzał na mnie z ukosa i powiedział: „Zapomnij o tym, kochanie. Kto ci to powiedział?”
„Słyszałam to w mieście” – odpowiadam.
„Jeśli powiedziałby ci to Rosjanin, po prostu by cię okłamał. Uważaj na takich ludzi. Każdy, kto składa obietnice, w które sam nie wierzy, nie może być dobrą osobą. To stara pułapka na dziewczyny”.
„Ale słyszałam to od Niemców”.
„W takim razie jest to tylko chwyt propagandowy” – mówi.
Mój kapitan niedawno obchodził urodziny – dowiedziałam się o tym z jego dokumentów. Na tę okazję kupiłam kilka wyjątkowo ładnych kwiatów i sprawiłam, że mieszkanie nabrało świątecznego wyglądu. Upiekłam tort czekoladowy z jego inicjałami razem z Frau Roth i przygotowałam wyjątkowo pyszny obiad. Zadzwoniłam nawet do niego do pracy i zapytałam, czy spóźni się na obiad. Tego dnia założyłam najlepszą sukienkę i pończochy.
Kiedy byłam zajęta, przynieśli nam kolejne ciasto z naszej cukierni w Karlshorst. Okazuje się, że od Fraulein Walii. Musi się z nim naprawdę przyjaźnić, skoro pamięta o jego urodzinach. Poczułam się urażona – wszystkie moje przygotowania zeszły na dalszy plan. Mojego ciasta nie da się porównać do ciasta cukierniczego! Teraz znów jestem biedną niemiecką dziewczyną.
Kiedy kapitan przybył na obiad krzyknął do mnie z progu: „Margo, jedzenie! Szybko!”
Czy on naprawdę zamierza znowu wyjechać? Cóż to były za urodziny! Przydałoby mu się trochę odpoczynku.
Kapitan wchodzi do gabinetu i rozgląda się ciekawie, nie rozumiejąc powodu tych wszystkich świątecznych dekoracji. Patrzy na moją nową sukienkę i śnieżnobiały fartuch. Najwyraźniej to właśnie lubi najbardziej. Uśmiecha się z wyrazem twarzy mówiącym: „Aha, nareszcie!”
Potem pyta: „Kochanie, co to wszystko znaczy?”
Składam mu gratulacje z okazji urodzin.
Zastanawia się nad czymś, jakby przypominając sobie, jaki to dzień, patrzy na numer czekoladowy i mówi: „O tak, rzeczywiście! Przecież dziś są moje urodziny!”
Czy był tak zajęty pracą, że o tym zapomniał? Nie, mężczyzna nie może istnieć bez kobiety! Jest gorszy od dziecka i zapomina o wszystkim z powodu swoich strasznie ważnych spraw. Co więcej, to bezbronne stworzenie ciągle wyobraża sobie, że jest koroną stworzenia. To wszystko fikcja! Gdyby nie kobiety, mężczyźni prawdopodobnie nadal biegaliby nago.
W nagrodę za moją troskę kapitan ponownie czyni mnie damą na godzinę i każe nakryć do stołu dla dwóch osób. Och, mam nadzieję, że nikt nie przyjdzie!
Zanim jeszcze usiadł przy stole, kapitan nalał sobie kieliszek wódki i wypił ją jednym haustem. Jakie okropne nawyki! Widziałam nieraz jak to robił, zakładając fundament. Potem zaczyna powoli pić różne dobre rzeczy – na stole stoi szampan, wino, likier.
Wielu z nas, mieszkających w Karlshorst, zauważyło ten rosyjski zwyczaj, polegający na wypiciu najpierw kieliszka wódki. To tak jakby Rosjanie chcieli tym szkłem przebić żelazną kurtynę w duszy. Stają się wtedy rozmowni i ożywieni. Dopóki się nie upiją.
Starałam się dbać o stół, jak przystało na gospodynię domową. Ale tak się nie stało! Kapitan znów przestawił jakiś przełącznik w swojej duszy i teraz jestem dla niego tylko damą i gościem. To tak, jakby celowo tworzył wewnętrzną barierę.
Tak łatwo byłoby mnie przytulić i pocałować. Przecież jestem trochę pijana i można mi to wybaczyć. Chwila słabości! Udawałabym, że nic nie pamiętam…
A zachowuje się jak dżentelmen, jakby w jego żyłach płynęła woda z cukrem. Jakież to obrzydliwe, gdy mężczyzna zbyt długo udaje dżentelmena! Przecież jestem z nim już dłużej niż jeden dzień, przecież mam powodzenie u mężczyzn. Ale nie tutaj.
Kapitan włączył radio i położył się na kanapie. Usiadłam obok niego i milczałam. Muzyka gra spokojną melodię. Wiem, że to na niego wpływa i że sam przemówi. I powiedział. O mój Boże, co on powiedział!
„Margot, jesteś bardzo dobrą dziewczyną. Powiedziałbym nawet, że za dobrą” – głaszcze mnie po dłoni i dodaje z namysłem: „Pewnie miałaś wielu facetów?!”.
Prawie eksplodowałam. Wszystko musiało się tak dobrze zacząć i tak źle skończyć! Już miałam mu odpowiedzieć stosownie, ale się powstrzymałam.
„Czy kocha pan kogoś, Herr Kapitan?” – zapytałam.
„Oczywiście, że kocham.”
„Kogo?” – i czekam z niecierpliwością, co będzie miał do powiedzenia.
„Uwielbiam Hansa, jajecznicę i różowe policzki” – śmieje się. Najwyraźniej nie chce ze mną rozmawiać poważnie i ze wszystkiego robi żart.
„Tylko oglądać?” – pytam.
Chciałam zażartować. Nic dziwnego, że w moich żyłach płynie berlińska krew. Chciałam go podpalić, a potem ugasić. Przecież on mnie męczył przez tak długi czas.
„Margot, chciałbym pocałować cię w policzki. Są takie świeże. Czuję tę świeżość nawet stąd” – mówi kapitan. Ma niezwykły dar mówienia takich rzeczy spokojnym tonem, nie dając najmniejszej wskazówki, co wydarzy się dalej.
„Ale świat zbudowany jest na dialektyce” – kontynuuje kapitan. – „Wiesz, co to jest? Cóż, to znaczy, że po pocałunku w policzek, będę chciał pocałować cię w usta, a potem dalej i dalej”.
„A co w tym złego?” – mówię i myślę: „Czy on naprawdę ma tak grubą skórę, że nawet tej aluzji nie zrozumie?”
„Najgorsze jest to, że wtedy będziemy musieli się rozstać”.
„Dlaczego?” – Jestem zaskoczona.
„Nie ma sensu o tym mówić. Tak musi być”.
„Ale wielu Rosjan ma niemieckie koleżanki?” – Sprzeciwiam się.
„Jest rozporządzenie, zgodnie z którym stosunki między oficerami radzieckimi a kobietami niemieckimi podlegają karze Trybunału Wojskowego” – mówi kapitan, nie patrząc na mnie.
„Ale tak często się to zdarza…” – mówię i nie wierzę jego słowom.
„To jest miłość uliczna, Margo. Nie warto o tym mówić. I nie o to chodzi w rozkazie marszałka Sokołowskiego”.
„Ale skąd będą wiedzieć, co robisz w domu, Herr Kapitan?”
„Dobrze. Weźmy jasny przykład. Powiedzmy, że cię kocham. Wtedy nie powinienem być hipokrytą i ukrywać tego przed całym światem. Jeśli tego nie ukryję, ryzykuję Syberię. W najlepszym razie haniebną degradację z wpisem w moich aktach osobowych. Plamę na całe życie. Nie zrozumiesz tego”.
„Ale znam tak wiele przykładów...” – próbuję ponownie zaprotestować.
„To nie są przykłady. To wymuszone wyjście z sytuacji. Jeśli cię kocham, to przed innymi będę grać komedię... To automatycznie zabija miłość i pozostaje tylko brudne połączenie. Nie możesz poślubić czarnej ropuchy z białą różą”.
Patrzę na niego ze zdziwieniem i nie wiem, jak to zrozumieć. Trzydziestoletni mężczyźni mają szczególny sposób mówienia o miłości – rozumieją ją i analizują.
Uśmiecha się radośnie, bierze moją dłoń i kładzie ją na swojej twarzy, jakby mnie głaskał.
„To tylko przykład” – mówi. – „Ale nawet gdybym cię kochał, wolę stale podziwiać cię z daleka niż raz z bliska. W końcu wtedy musielibyśmy się rozstać! Miłość to delikatny kwiat i trzeba wiedzieć, jak się z nim obchodzić. Rozumiesz?”
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Tylko Fraulein Walia dzwoni tak głośno i w sposób władczy. Wpadła do pokoju niczym trąba powietrzna i mocno pocałowała kapitana, odchyliła się do tyłu i żartobliwie przyglądała się wrażeniu, jakie to na nim zrobiło. Rozkaz marszałka Sokołowskiego nie dotyczy tych pocałunków…
Kapitan i Fraulein Walia poszli do pracy, a ja z irytacji usiadłam, aby napisać do Ciebie list, który zaczęłam wcześniej. Świadomie zlekceważyłam polecenie kapitana i pozostałam w apartamencie po godzinie piątej. Teraz rozumiem, dlaczego mi tego zabronił. Niech sąsiedzi teraz coś pomyślą, nawet jeśli nie jest to prawdą.
Pozdrawiam Ciebie i Twojego małego Piotrusia
Twoja, Margo.
Waldheim-Saksonia
Droga Margot!
Wygląda na to, że Opatrzność równoważy szale naszego smutku i radości. Teraz żyję prawie szczęśliwym życiem. Mój mały Piotruś dorasta i sprawia mi coraz więcej kłopotów i radości. Nawet nasi sąsiedzi przychodzą do nas w odwiedziny i nie mówią nic złego. W końcu teraz dziecko ma ojca.
Mały Piotruś nie jest już nieślubnym dzieckiem. Ale wielki Piotr jest nieślubnym ojcem. Bardzo boi się, że jego przełożeni dowiedzą się, że ma dziecko i że tu przyjeżdża. Mówi, że wtedy zostanie natychmiast odesłany do Rosji. Czy to przestępstwo?
Uważałam, że nasze prawa rasowe są niesprawiedliwe, ale jakie prawa są w tym kraju, gdzie tak głośno mówi się o równości i braterstwie? Duży Piotruś czuje się teraz dosłownie nieszczęśliwy. Im bardziej przyzwyczaja się do dziecka, tym bardziej boi się je zobaczyć, żeby się o tym nie dowiedzieli.
Piotr miał żonę i dziecko w Rosji. Oboje zginęli podczas okupacji na Ukrainie. Kiedy mi o tym opowiadał, patrzył na podłogę. Być może uważa, że ja, jako Niemka, jestem pośrednio również temu winna. Pewnego dnia matka zapytała go, dlaczego radzieccy żołnierze zachowywali się w ten sposób podczas ofensywy w Niemczech. Peter niechętnie odpowiedział: „Zawsze mówiono nam, że Niemcy robili to samo w Rosji”. Potem pomyślał chwilę i dodał: „Życie jest złe. A Niemcy uczynili je jeszcze gorszym. Jesteśmy źli na nasze życie”.
Duży Piotr siada na stołku, trzyma małego na rękach i mówi: „Potem przyszedł nowy rozkaz. Zakazali tego. W ciągu jednego dnia rozstrzelano za to wielu żołnierzy. Iwan zawsze jest winny”.
Teraz Piotr przychodzi do nas prawie każdego wieczoru. Zawsze coś przynosi: czasem kiełbasę, czasem masło. Sprzedaje papierosy i chleb i przynosi pieniądze. Kiedyś go zapytałam, czy nie dostaje pensji? Odpowiada: „Iwanowi płaci się osiem rubli miesięcznie. Za to nie kupisz paczki papierosów”.
Teraz Piotr traktuje mnie z szacunkiem, jakbym była jego żoną. Kiedy robię dla niego coś małego, na przykład sama piorę jego ubrania, cieszy się z tego, jakby to był prezent. Wydaje mi się, że Rosjanie przyzwyczaili się do życia, które jest zbyt ciężkie i pozbawione radości. Każdy najmniejszy przejaw troski przyjmują z bolesną wdzięcznością.
Teraz Piotr robi wszystko, żeby zadowolić mnie i moją mamę. Ale robi to wszystko w ciągłym strachu. W takich warunkach nie może być szczęścia. Kiedy przeczytałam Twój ostatni list, pomyślałam, że Twój kapitan miał rację. To, co oficer myśli głową, żołnierz czuje tylko sercem.
W niedzielę Piotr zakłada wszystkie swoje medale i przychodzi do nas na cały dzień. Kiedy kiedyś zaproponowałam mu, żebyśmy wyszli na spacer, tylko spojrzał na mnie ze strachem.
Stopniowo tak bardzo się do niego przyzwyczaiłam, że niecierpliwie czekam, aż zapuka do drzwi. Kiedyś zapytałam go, czy mnie kocha i czy zabierze mnie ze sobą do Rosji. Zastanowił się nad tym. Najwyraźniej taka myśl nigdy mu nie przyszła do głowy. Dlaczego? Ponieważ czuję, że jest szczęśliwy ze mną i małym Piotrusiem.
Powiedział tylko: „Nigdy nie zostaniesz wpuszczona do Rosji. A jeśli powiem o tym mojemu dowódcy, nie zobaczysz mnie tu następnego dnia”.
Jakie sekrety szczęśliwego życia są tak ściśle strzeżone w kraju Sowietów? Dlaczego Rosjanie walczyli wtedy tak dobrze? Mały Piotruś często bawi się błyszczącymi medalami na piersi swojego taty. Kiedy na nie patrzy, czasem w jego oczach pojawia się błysk gniewu.
Czas wykąpać małego Piotrusia. Kończę pisać i życzę Ci wszystkiego najlepszego.
Twoja Helga.
Berlin-Karlshorst
Droga Helgo!
Wczoraj obchodziłam urodziny. Teraz mam już 21 lat. Jak szybko leci czas!
Kapitan mnie zaskoczył. Pogratulował mi, po czym wziął mnie za brodę i pocałował po raz pierwszy. Ale znowu nie jest tak, jak być powinno. Można by tak całować krucyfiks, ale nie mnie. Przecież nie jestem z drewna. I śmieje się, jakby ta gra nerwów sprawiała mu przyjemność.
Jednocześnie mam wrażenie, że on celowo zachowuje dystans. Coś nieuchwytnego i niewidzialnego sprawia, że trzyma się na dystans. Zna on tego niewidzialnego boga i poddaje się jego woli.
Postanowiłam zaprosić kapitana na moje przyjęcie urodzinowe. Odpowiedź jest taka, jakiej się spodziewano: „Niestety, jutro muszę pracować do późna, kochanie. Baw się dobrze”. A on sam będzie siedział całkiem sam i mówił czułe słowa do tego odrażającego Hansa.
No cóż, to dobrze! Niech pocałuje złotą rybkę, a ja będę się dobrze bawić. Celowo zadzwonię do niego dziś wieczorem i sprawdzę, jak będzie „pracował do późna”.
Rosjanie mają charakterystyczny sposób obchodzenia radzieckich świąt. Więc cały Karlshorst został przystrojony czerwonymi szmatami i światełkami. Ale wszystkie te święta mają charakter jedynie zewnętrzny. Wygląda na to, że Rosjanie nie są przyzwyczajeni do świętowania w przytulnej, domowej atmosferze. Gdy zapytałam kapitana, odpowiedział tajemniczo: „Nie przyzwyczailiśmy się do tego, zapomnieliśmy jak to się robi”.
Ale Rosjanie bardzo często zbierają się w gronie bliskich znajomych i świętują bez żadnego kalendarzowego powodu. Kiedy mają nastrój. Wtedy dom pęka i z okien zaczyna wydobywać się dym.
To samo dotyczy prezentów. Rosjanie nie są przyzwyczajeni do małych i regularnych prezentów. Jakby nie było to zgodne z obyczajami i możliwościami Rosji Sowieckiej. Ale kiedy pamiętają o prezentach i je wręczają, często nie znają w tym miary. Jakby rzeczy nie miały dla nich żadnej wartości.
Z jednej strony Rosjanie tutaj, w Berlinie, gonią za każdą drobnostką, każdą szmatą. Zwłaszcza kobiety. Ale Rosjanie rozstają się z nim równie łatwo. Zwłaszcza mężczyźni. Ich poczucie własności osobistej uległo w pewnym stopniu zanikowi. Rosjanie gonili za zegarkami, ponieważ nie można ich było kupić w błogosławionej krainie Sowietów, ale następnego dnia bezmyślnie je oddawali, bo przyzwyczaili się do obywania bez zegarków.
Kiedyś z przyjaciółmi sprzeczaliśmy się tu w Berlinie o aliantów, omawiając różnice między nimi. Oczywiście najbardziej interesowało nas traktowanie kobiet. Dziewczyny pochodziły z różnych dzielnic Berlina i już widziały wiele.
Niemcy najbardziej nie lubią Francuzów. Rodzice, jeśli już do tego doszło, mówią córce: „Lepiej iść z dziesięcioma Rosjanami niż z jednym Francuzem”. Najwyraźniej Rosjanie odgrywają tu rolę pewnego rodzaju negatywnego odpowiednika. U Anglików każdy żołnierz – to urodzony dżentelmen. Nawet jeśli weźmie uliczną prostytutkę, traktuje ją jak prawdziwą damę. W ten sposób mężczyzna jedynie podkreśla swój szacunek do samego siebie.
W amerykańskiej miłości główną rolę grają czekolada i papierosy. Nie mówię o poważnej miłości – na ulicach się o tym nie mówi. Niestety, wiele osób postrzega Amerykanina nie jako człowieka, lecz jako paczkę papierosów. Oczywiście, to są owoce naszych trudnych czasów. Miłość na pusty żołądek nie jest zbyt kusząca w naszych materialistycznych czasach.
Rosjanie... Rosyjska miłość? Trudno cokolwiek na ten temat powiedzieć. Na ulicach Berlina nigdy nie zobaczysz Rosjanina obok Niemki. Ponieważ sprawa ta owiana jest tajemnicą, na jej temat narosło wiele plotek i spekulacji. Nawet mieszkając w Karlshorst, nie mogę nic powiedzieć na ten temat.
Co można powiedzieć o naszej młodzieży? Nie mają innego wyjścia, jak tylko pamiętać o złotych czasach w okupowanych krajach. Teraz muszą zmierzyć się z drugą stroną medalu.
Niedawno starszy porucznik zastrzelił się w Karlshorst. Smutna historia. Starszy porucznik nie widział swojej rodziny od początku wojny – ponad pięć lat. Okazuje się, że w czasie wojny nie mieli w ogóle urlopu, gdy służyli w wojsku. Niedawno został przeniesiony do pracy w SWA. Poprosił o pozwolenie na wjazd dla swojej rodziny – odmówiono mu, ponieważ wjazd rodzin do Niemiec był dozwolony tylko przez krótki okres po kapitulacji. Gdy rozejrzysz się dookoła, wydaje się, że oficerowie mają prawo zaprosić swoje rodziny. Ale to tylko złudzenie optyczne. To są nieliczne rodziny, którym udało się „przemknąć”. Po otrzymaniu odmowy starszy porucznik złożył wniosek o demobilizację. Ponownie odmówiono. Starszy porucznik wziął pistolet i zastrzelił się.
Teraz nikt nie ma prawa rejestrować swoich żon w Niemczech. A co do kontaktów z Niemkami – Syberia. Szeroki wybór i całkowita swoboda!
Przede mną na biurku kapitana leży list. Koperta wykonana jest z gazety i sklejona klejem mącznym. Adres jest napisany atramentem i czcionką gazetową. Oto list od matki kapitana, który dotarł pocztą polową. Wiele fragmentów listu jest ocenzurowanych. Cenzura w kraju w drugim roku po zwycięskim zakończeniu wojny! Jakie sekrety matka może napisać swemu synowi? Kiedy o tym myślę, zaczynam rozumieć kapitana, jego milczenie i niezrozumiałe odpowiedzi.
Jest już wpół do ósmej. Kapitan wkrótce wróci do domu. W sobotę Rosjanie również pracują do wpół do ósmej. Dlaczego ich dzień pracy jest tak zorganizowany? Może po to, żeby nie mieli możliwości komunikowania się ze światem zewnętrznym? Myślę, że zaczynam trochę rozumieć Rosjan. Są więźniami niewidzialnej, ale wszystkowidzącej złej siły. Czy oni sami tego nie czują?
Kończę. Biegnę do domu. Pocałunek!
Twoja, Margo.
Waldheim-Saksonia
Droga Margot!
Życie w naszym małym miasteczku jest nudne i monotonne. Byłoby jeszcze smutniej, gdybym nie musiała opiekować się małym Piotrusiem. Czasami nie wyobrażam sobie, co bym robiła, gdyby moje dziecko nie było zajęte przez cały dzień.
Piotr jest teraz w innym mieście. Biura komendantur w mniejszych miejscowościach są likwidowane i przenoszone do większych garnizonów. Peter służy czterdzieści kilometrów stąd. Kiedy dowiedział się, że ich komendantura wyjeżdża, bardzo się wzburzył, obawiając się, że zostaną przeniesieni zbyt daleko.
Teraz odwiedza nas tylko raz w tygodniu. Zawsze przychodzi nocą, niosąc na ramieniu torbę pełną zakupów. Widzi, że głodujemy i zabiera wszystko, co może. Ich racje żywnościowe są bardzo skromne. Kiedy posiedzi z nami chwilę, zdaje się zapominać o otaczającym go świecie i staje się zupełnie inny – radosny i taki zwyczajny.
Jedna rzecz mnie zaskakuje. Opowiada o życiu w Rosji, że życie tam jest ciężkie, że nie ma tam niczego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni tutaj. Ale on nigdy nie gani Rosji, on ją tylko chwali. Kiedy zapytałam go, jak to możliwe – że jest to jednocześnie złe i dobre – po prostu machnął ręką i nie odpowiedział.
Dobrze też, że Piotr służy w biurze komendantury. Mówi, że tam jest więcej swobody. Rzeczywiście, w sąsiednim mieście stacjonuje w koszarach regularna jednostka wojskowa. Żołnierze nie mają tam w ogóle wstępu do miasta i są bardzo źle ubrani. Piotr ma porządny wełniany mundur. Mówi, że to jest dawane tylko oficerom, a także żołnierzom służącym w komendanturach: „Na pokaz. Żeby nie wstydzili się przed Niemcami”.
Droga Margot, chcę Ci zdradzić mój sekret. Peter niedawno powiedział mi, że wkrótce zostanie zdemobilizowany i będzie musiał wrócić do domu, do Rosji. Był bardzo smutny, ale na razie nie powiedział nic więcej. Teraz jestem pewna, że kocha mnie i małego Piotrusia. Ale on uważa, że nie pojadę do Rosji, bo życie tam jest ciężkie. Długo się nad tym zastanawiałam i w końcu podjęłam decyzję.
Wczoraj napisałam list do marszałka Sokołowskiego w Karlshorst. Opowiedziałam mu wszystko szczegółowo. O małym Piotrusiu, o tym, że sierżant i ja się kochamy. Skonsultowałam się z mądrymi ludźmi i nawet napisałam, że kocham komunizm, Rosję Radziecką i Stalina. Mądrzy ludzie mówią, że dla Rosjan jest to teraz tak samo konieczne, jak kiedyś dla nas było „Heil Hitler!”.
Proszę marszałka Sokołowskiego, aby pozwolił mi i mojemu dziecku pojechać z Piotrem do Rosji, kiedy zostanie zdemobilizowany. Jestem pewna, że mi pomoże i wtedy wszyscy będziemy szczęśliwi. Bardzo w to wierzę! Nic nie powiedziałam Peterowi. Niech to będzie dla niego niespodzianką.
Czasami zazdroszczę Ci, że jesteś w Berlinie. Jest tam tyle zabawy. Pozdrowienia od mamy i małego Piotrusia.
Twoja Helga.
Berlin-Karlshorst
Droga Helgo!
Znów nadeszła zima. Znów siedzę przy tym samym biurku kapitana, co rok temu. W pokoju jest ciepło, lecz moja dusza jest zimna. W Karlshorst zrobiło się zimno. To jest pewnego rodzaju wewnętrzna atmosfera. Trudno to opisać słowami, ale czuć to na każdym kroku.
Jestem tu już drugi rok i czuję głęboką, wewnętrzną zmianę. Rok temu Rosjanie byli inni. Był jakiś chaos, jakieś załamanie... Nie potrafię tego opisać. Jednak ludzie byli weseli, pewni siebie i zrelaksowani. Teraz wszystko to pokryło się ołowianym mrokiem. Wszystko popadło w rutynę, ale w pewnego rodzaju rutynę otępiającą.
Żartobliwie powiedziałam kapitanowi, że Karlshorst stał się już całkowicie rosyjski. Przytaknął z krzywym uśmiechem: „Tak... radziecki”.
Wcześniej Rosjan często można było zobaczyć w niemieckich teatrach i filmach. Teraz w Karlshorst otwarto dla nich kilka klubów i tylko tam chodzą. Wokół Karlshorst buduje się coraz więcej ogrodzeń. Nawet linia tramwajowa przebiegająca przez Karlshorst została ogrodzona z obu stron żelaznymi prętami.
Teraz wielu Rosjan nosi cywilne ubrania. Większość ubrana jest w ciemne, jednokolorowe płaszcze i garnitury. Rosjanie nie mają pojęcia o modzie, o modzie europejskiej. Jest tak, jakby dorastali w innym świecie, w którym nie musieli o tym myśleć.
O czym myślą Rosjanki w Rosji?
Niedawno widziałam zdjęcie w proradzieckim magazynie „Illustrierte Rundschau” – przedstawiało ono grupę murarzy na placu budowy. Spośród sześciu murarzy pięciu było kobietami. Prawdopodobnie nie interesuje ich europejska moda.
Na przykład moje przyjaciółki i ja mamy teraz niewiele okazji, żeby szyć nowe sukienki, ale przeżywamy te nowe sukienki w naszych duszach. Och Helgo, to taka przyjemność usiąść i wymyślać fason nowej sukienki!
W Karlshorst kolejki tworzą się nawet po patelnie i garnki. Jak wygląda życie w tym komunistycznym raju? Teraz w niemieckich gazetach tak wiele pisze się o komunizmie. Ale nie słyszałam, żeby sami Rosjanie używali tego słowa. Gdy zapytałam o to porucznika z sąsiedniego mieszkania, ten tylko mruknął: „...twoju mać”. Co to takiego? Może tak wymawiają „komunizm”?
Mój kapitan też się zmienił. Pan Schmidt mówi, że często wstaje w środku nocy i idzie na polowanie jeszcze przed świtem. Po ciemku wsiada do samochodu i jedzie gdzieś w okolice Berlina. Sam. Kiedy rozpoczyna się praca, wraca po uszy umazany błotem. Z bronią, ale często bez zwierzyny. Czasami myślę, że on po prostu chce wydostać się z Karlshorst i zaczerpnąć świeżego powietrza.
Prawie każdego ranka znajduję w kuchni oba wiadra wypełnione pustymi butelkami po wódce i winie. Wcześniej się to nie zdarzało. Frau Schmidt mówi, że wieczorami odwiedzają go ci sami przyjaciele. Wcześniej chodzili do teatru i kina w grupie. Czasem w środku nocy brali gramofon i szli popływać w blasku księżyca na jeziorze Müggelsee. W niedzielę jeździli na cały dzień do Berlina. Teraz po prostu siedzą każdego wieczoru w jego mieszkaniu i piją wódkę.
Kapitan zmienił wygląd. Wycofał się w siebie. Jest tak samo surowy i mądry, ale rzadko się uśmiecha. Po kolacji kładzie się na kanapie i zakrywa twarz gazetą. Ale on nie śpi, bo widzę, jak reaguje na to, co się dzieje wokół niego.
Tak, zapomniałam ci powiedzieć. Niedługo przedtem, zanim nastąpiła w nim ta zmiana, wyjechał na urlop do Rosji. Wrócił szczuplejszy i nieco smutny. Tak właściwie rozpoczęły się nocne picia i poranne polowania. Tak jakby coś ciążyło mu na sercu.
Kiedyś zapytałam go: „Dlaczego tak bardzo się zmieniłeś, Herr Kapitan? Rok temu byłeś zupełnie inny”.
Na początku udawał, że nie słyszy moich słów, po czym niechętnie powiedział: „Wtedy byliśmy zwierzętami, które się uwolniły. No cóż, hasaliśmy... Teraz znowu nas skuli łańcuchami”.
Zapytałam go: „Czy podoba ci się w Niemczech, Herr Kapitan?”
Odpowiedział: „Człowiek musi pozostać tam, gdzie się urodził...”. Nie odpowiada na moje pytanie, lecz na swoje myśli. Zawsze, gdy poruszam tematy osobiste, on myśli o czymś innym. O czym on myśli?
Mama pisze do Ciebie o naszym życiu w Berlinie, więc nie będę się powtarzała.
Z poważaniem
Twoja, Margo.
Droga Margot!
Stało się coś strasznego. Piszę do Ciebie ten list z małej wioski blisko granicy. Dziś wieczorem przekraczamy granicę. Ja, mały Piotruś i... Piotr.
Wczoraj w środku nocy ktoś zapukał do okna. To był Piotr. Ależ, Boże, w jakim stanie! Brudny, w pogniecionym płaszczu, nieogolony. Cicho wszedł do pokoju i zaczął szukać dziecka. Pierwszy raz widziałam go w takim stanie. Wyglądał jak upolowane zwierzę.
Wyjaśnił mi wszystko w pośpiechu. Musimy uciekać. Został aresztowany. Został oskarżony o zdradę stanu. Szpiegostwo na rzecz obcego mocarstwa. Zakazany związek z Niemką. O Boże, o Boże…
Mówi, że pokazano mu jakiś list. Powiedzieli, że ta Niemka została aresztowana i przyznała się do wszystkiego. Wiedzą, że ma dziecko. Mówi, że chodzi o Trybunał Wojskowy. Uciekł wczoraj w nocy i przybył tu pieszo. Mówi, że musimy natychmiast uciekać... Dokąd?
Ubierałam się, nie pamiętając siebie, jak we śnie. Myślę, że za chwilę ktoś zapuka do drzwi i wszyscy zostaniemy aresztowani. Teraz rozumiem, dlaczego Peter wcześniej tak się bał. Peter zdjął płaszcz i zobaczyłem, że przez ramię miał przewieszony automat. On jest taki straszny. Teraz jest taki sam, jakiego widziałam w tych strasznych dniach wojny. W jego oczach widać śmierć.
Mały Piotruś obudził się i zapłakał. Duży Piotruś obchodzi małego Piotrusia trzymając w rękach automat. Nie może się zatrzymać nawet na minutę. Zachowuje się jak niedźwiedzica blisko swojego młodego. Wiem, że zabije każdego, kto stanie mu na drodze.
On mocno mnie pogania. Wynieść się szybciej z tego domu. Szybko... Biegliśmy nocą, owijając małego Piotrusia kocykiem.
Jest już wieczór. Siedzimy w pokoju z nieznajomymi. Oni nas rozumieją. Wyjaśniłam im wszystko. Duży Piotr trzyma małego Piotrusia na kolanach. Nie wypuszcza automatu. Jego twarz jest kamienna.
Za kilka godzin przekraczamy granicę. Boże, pomóż nam i zmiłuj się nad małym Piotrusiem...
Helga.
Berlin
Droga Helgo!
Każdy piękny sen kiedyś się kończy i pozostaje tylko smutne wspomnienie. Mojego kapitana już tu nie ma. Wyjechał do Rosji. Opuściłam też Karlshorst – teraz jest zbyt pusty i ponury.
Nigdy nie zapomnę naszego ostatniego dnia w Karlshorst. To był wspaniały dzień, Helgo. Tego dnia kapitan przeszedł całkowitą przemianę.
Zapytałam go: „Czy mnie kochasz, Misza?” Bo wyczytałam to w jego oczach.
Spojrzał na mnie z tajemniczym uśmiechem: „W każdym razie, nigdy żadna dziewczyna w Berlinie nie podobała mi się bardziej niż ty, Margot…”
Poczułam się bardzo smutna. Kochał mnie przez cały ten czas. Kochał na swój sposób. Być może jest to silniejsze i głębsze, niż mogę zrozumieć. Jaka bezwzględna siła kazała mu ukryć swoje uczucia i zamrozić krew? W jakim celu?
Zapytałam: „Dlaczego tak się zachowałeś, Misza?”
Pogłaskał mnie po włosach i pieścił. Ale te pieszczoty były zimne. Było tak, jakby pieścił ulubioną rzecz, a nie kobietę.
„Trudno odpowiedzieć na to pytanie, Margot” – powiedział. – „Jesteś zbyt dobrą dziewczyną, żeby cię wziąć, a potem wyrzucić. Zasługujesz na więcej. A to więcej jest niemożliwe w naszych warunkach. Nie chciałem splamić ciebie i mojej własnej duszy. Nigdy nie będziesz moją żoną…”
Przerwałam mu: „Ale dlaczego?”
Uśmiechnął się ponownie, jakbym zadawała mu pytania, na które nie potrafił odpowiedzieć. Nie odpowiedział.
Na pożegnanie powiedział do mnie: „Chcę, Margot, żebyś nie zostawała dłużej w Karlshorst. Znajdź sobie pracę i miłość w swoim otoczeniu. Obiecaj mi!”
Wziął moją kenkartę i przekreślił pieczątkę komendantury SWA. Po przekreśleniu tego znaczka nie będzie już zatrudnienia w Karlshorst.
Spędziliśmy cały dzień razem. Nasz pierwszy i ostatni dzień, w którym wiedzieliśmy, że się kochamy. Teraz jest gdzieś daleko, w ukochanej, zimnej Rosji.
Miał rację! Róże nie rosną na bagnach...
Twoja mała samotna
Margo
Następny rozdział
Powrót do spisu treści