Grigorij Klimow «Pieśń Zwycięzcy»

Rozdział 18. CZŁONEK BIURA POLITYCZNEGO

1.

„Mój drogi chłopcze, wybacz mi, że tak źle piszę – jestem już bardzo stara. Czas przejść na emeryturę, ale Bóg nie daje śmierci. Moje ręce się trzęsą, pióro łapie papier. Moje lewe oko w ogóle nie widzi, a moje prawe oko również nie słucha…”

Przede mną leży pożółkła kartka krzywego papieru, prawdopodobnie wyrwana z moich starych zeszytów szkolnych. Duże, dziecięce pismo. Rozjaśniony tusz, wielokrotnie rozcieńczany wodą. Ledwo mogę odczytać litery, mozolnie pisane zardzewiałym piórem.

„...Siedzę przy świetle lampy naftowej, jak w 1921 roku, i piszę do ciebie list. Prąd pali się tylko przez dwie godziny dziennie, i to nie każdego dnia. Przesunęłam stół bliżej pieca, przynajmniej jest tu trochę ciepło. Z okien wieje okropny przeciąg, mimo że wszystkie otwory zatkałam watą. Krew już mnie nie ogrzewa, moj drogi…”

Brak prądu! Brak węgla do pieca! A to już dwa lata po zwycięskim zakończeniu wojny. A to wszystko w sercu Donieckiego Zagłębia Węglowego, najbogatszego złoża węgla w Europie.

Cóż, nie ma w tym nic zaskakującego. Przed wojną studenci naszego instytutu całą zimę siedzieli w klasach, odziani w futrzane płaszcze i z futrzanymi czapkami na głowach. Moje palce były zmarznięte. Chciałem włożyć ręce do kieszeni, ale musiałem pisać notatki. Piece centralnego ogrzewania Nowoczerkaskiego Instytutu Przemysłowego im. Sergo Ordżonikidze zaprojektowano dla donieckiego antracytu, a teraz karmiono je bezwartościowym miałem. Natomiast w bibliotece naukowej Instytutu podziwialiśmy niemieckie czasopisma „Der Bergbau”, gdzie na ostatniej stronie każdego numeru reklamowano sprzedaż taniego donieckiego antracytu za granicą.

Pewnego dnia mój przyjaciel Wasilij Szulgin stał się najpopularniejszym człowiekiem na Wydziale Energetycznym. W jakiś nieznany sposób wszedł w posiadanie kombinezonu lotniczego z ogrzewaniem elektrycznym, takiego samego, jakiego używa się podczas lotów nad Arktyką. Z laboratorium OET przeciągnął pod stół transformator; zdobycie długiego przewodu było bułką z masłem. Klik – i Wasilij stał się celebrytą. Pierwszego dnia tego wyczynu nie tyle słuchaliśmy profesorów, ile obserwowaliśmy Wasilija – czy wkrótce zacznie dymić lub się zapali. Jeden z jego najbliższych przyjaciół, na wypadek pożaru, przyniósł z korytarza gaśnicę i postawił ją w pobliżu bohatera.

Triumf Wasilija trwał kilka dni. Czasami z dumą przełączał przełącznik po swojej stronie, a zmarznięta publiczność rozumiała, że Wasilij jest za gorący. Wszyscy podziwialiśmy i byliśmy dumni z obszernej sylwetki siedzącej na tylnej ławce, jakby to było nasze zbiorowe osiągnięcie.

Ku naszemu ogólnemu zaskoczeniu i rozczarowaniu, pewnego mroźnego styczniowego dnia Wasilij pojawił się ponownie w swoim starym futrze z rybiej skóry. Na nasze zdziwienie i natarczywe pytania odpowiadał monosylabami, że „maszyna” się zepsuła. Opowiedział swój gorzki sekret tylko kilku zaufanym przyjaciołom. Okazało się, że wezwano go do Wydziału Specjalnego, instytutowego oddziału NKWD, i tam zaproponowano mu powstrzymanie „antyradzieckiej demonstracji”, w przeciwnym razie sprawa zostanie przekazana „właściwym władzom”. Szczerze mówiąc, to i tak była wielka uprzejmość ze strony wydziału specjalnego. Wszyscy studenci marzną i milczą, ale jeden chciał się rozgrzać – kontrrewolucyjna agitacja i podważanie socjalistycznej gospodarki!

Tak było przez cały okres przedwojenny. To był system. Ludzie po prostu przyzwyczaili się tego nie zauważać.

Niemcy teraz marzną w swoich nieogrzewanych mieszkaniach. Oczywiście przeklinają radzieckich oficerów, którzy nie muszą liczyć każdego brykietu. Ale nikomu z nich nie przyszłoby do głowy, że rodziny tych oficerów w dalekiej Rosji marzną jeszcze bardziej niż Niemcy.

„...Ale ja wciąż się trzymam. Cały dzień stoję na nogach, prowadząc dom. To źle, że nie mam siły, bolą mnie stare kości. Piję tylko słodką herbatę, a czasem maczam w niej suchary. Zostały mi dwa zęby w ustach, nie mam czym żuć”.

„Matka wychodzi do pracy o siódmej rano. Wieczorem ledwo wraca do domu z laską, chodzi trzymając się płotów. Nie jest tak zmęczona pracą, jak zszarganymi nerwami. Ludzie są wszyscy rozgoryczeni, przy najmniejszej rzeczy przeklinają najgorszymi słowami, nie chcą słuchać niczego”.

„Mama nosi buty, które jej przysłałeś do pracy. Uszyłam jej buty ze szmat do domu – jest bardzo szczęśliwa. Szkoda, że nie ma szmat, nic do szycia. Ostatnio mama nosiła pończochy, które przysłałeś do pracy. Wszystkie młode dziewczyny tak na nie patrzyły, że mama poczuła się nieswojo. Jedną parę mama dała Marusi Silenko, bo opiekowała się mamą, kiedy była chora. Marusia była szczęśliwa do śmierci…”

„...Matka boi się teraz iść na pocztę, żeby odebrać twoje paczki. Bandyci śledzą ludzi, którzy otrzymują paczki z Niemiec, włamują się nocą i zabijają. A w ciągu dnia chłopcy rzemieślnicy czyhają w pobliżu poczty i zabierają paczki na ulicy w biały dzień…”

Pamiętam Gorkowską fabrykę samochodów, im. Mołotowa, znaną na całym świecie jako GAZ. Tam, na początku wojny, obserwowałem tych tak zwanych „rzemieślników” – nowe kadry radzieckiego proletariatu.

Kiedy przemysł radziecki znalazł się w impasie, jeśli chodzi o młode kadry – nikt z młodych nie chciał dobrowolnie zostawać robotnikiem – tuż przed wybuchem wojny wydano Dekret Prezydium Rady Najwyższej ZSRR „O mobilizacji do szkół fabrycznych i zawodowych”. Miliony nastolatków w wieku 14-17 lat przymusowo zmobilizowano do nauki w tych szkołach. Była to kuźnia nowej klasy radzieckich niewolników.

Początkowo „rzemieślnicy” ze szkoły zawodowej działającej przy zakładzie żywili się w stołówce zakładowej. Jedzenie rzemieślników było kiepskie, ale i tak lepsze od tego, które jedli robotnicy – w końcu nastolatki nie są tak świadomi jak dorośli, a nie da się ich wyżywić samymi sloganami. Ponadto wielu „rzemieślników” otrzymywało część produktów ze wsi, skąd w większości pochodzili. W rezultacie zdarzało się, że nie jedli swoich porcji, a często, z chłopięcego powodu, po prostu rzucali na stół niejadalne posiłki.

Zanim „rzemieślnicy” zdążyli opuścić stołówkę, wbiegała tam kolejna grupa robotników. Niektórzy rzucali się do kolejki przed kasą lub punktem dystrybucji. Inni pospieszali, by zająć miejsca przy stole, w przeciwnym razie musieliby czekać za krzesłem, połykając ślinę, podczas gdy zwinniejszy proletariusz jadł. Jeszcze inni, wyjmując łyżki z kieszeni i rozglądając się ze wstydem, rzucali się do stołów z nietkniętymi i rozrzuconymi resztkami obiadu swoich młodszych braci proletariuszy i pospiesznie zjadali te resztki, czując zwierzęcy głód.

Co myśleli „rzemieślnicy”, widząc takie obrazki? W końcu i oni za kilka miesięcy mieli stać się pełnoprawnymi robotnikami, otrzymywać racje robotnicze i wszystkie inne świadczenia zapisane na tabliczkach słonecznej stalinowskiej konstytucji.

Nieopodal znajdowało się małe pomieszczenie, w którym unosił się zapach jajecznicy i smażonego smalcu. Była tam jadalnia dla kadry kierowniczej: dyrektora, organizatora partyjnego Komitetu Centralnego WKP(b) i innych przywódców. Robotnicy nie byli szczególnie zazdrośni o przywódców. Przywódcy zmieniali się tak często, że ludzie nie mieli nawet czasu, żeby zapamiętać ich nazwiska. Ludzie również nie byli zainteresowani tym, gdzie zniknęli. Wiadomo dokąd – bocian przynosi, a czarny kruk zabiera!

W tamtych latach w zakładach GAZ pracowała grupa angielskich sierżantów i techników. Nadzorowali montaż czołgów wysyłanych do ZSRR w ramach Lend-Lease. Oczywiście, to oni mieli najlepsze wrażenie na temat tej fabryki.

„...Wczoraj mama kupiła na targu dwie szklanki kukurydzy, potłukłam ją w moździerzu i od dwóch dni jemy kukurydziankę. Gdyby było masło, byłoby naprawdę smaczne. Teraz jest zimno i chłopi niewiele przynoszą na targ. Ziemniaki kosztują XXX, groch – XXX, mleko – XXX, nie myślimy nawet o mięsie i maśle”. Następnie następuje kilka linijek zamazanych czarną kreską cenzora.

Dwie szklanki kukurydzy…

Wczesną wiosną 1945 roku zdałem egzaminy wstępne na Wyższą Szkołę Wojskową. Potem musiałem iść na front, na szkolenie bojowe przed obroną państwowych egzaminów końcowych. Ponieważ część egzaminów z kursu zaliczyłem w poprzednich placówkach edukacyjnych, zostałem zwolniony wcześniej niż inni i z wielkim trudem uzyskałem tygodniowy urlop do domu, choć znów pod pretekstem wyjazdu służbowego w tym samym kierunku.

Z workiem podróżnym na plecach i rękami w kieszeniach przechodzę pod arkadami Dworca Kazańskiego. Chodzę po śpiących na podłodze ciałach w szarych płaszczach. Są nikłe szanse na dostanie się do pociągu. Ludzie nie mogą wsiąść do pociągu przez tygodnie. Zaczynam zapoznawać się z lokalizacją stacji w poszukiwaniu obejścia, rozglądam się dookoła – może jest jakaś dziura, przez którą będę mógł wejść na peron. Moją jedyną przewagą jest brak bagażu, młodzieńcza siła, a także socjalistyczna inteligencja. Bilety i pieniądze?! Ha – to są relikty prehistoryczne.

„Braciszku, jeśli się nie mylę, masz Te-Te?” – za mną słychać chrapliwy basowy głos, a potężna ręka klepie mnie w ramię.

Za mną przystojny marynarz w czarnym płaszczu i czapce marynarskiej zsuniętej na tył głowy uśmiecha się od stóp do głów. Pomimo zimna, na jego nagiej piersi widać wszystkie symbole życia matrosa. Miał tatuaże aż po brodę – było oczywiste, że nie ma już miejsca, ale musiał utrwalić na własnej skórze niedawną epopeję o Sewastopolu. Jeden z tych ludzi, których nazywają „dobrymi ludźmi”, dla których wszystko na świecie jest bułką z masłem, a wszystkie morza mają głębokość kolan. Marynarz uśmiechnął się do mnie, jakbyśmy znali się od dawna, i wskazał palcem na kaburę mojego pistoletu.

„Tak. Te-Te. A co takiego?” – pytam.

„Którym jedziesz – o jedenastej dwadzieścia?” – dźwięczy bas. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, żeglarz uśmiecha się jeszcze szerzej: „No cóż, wszystko w porządku. Odpływamy! Płyńmy!”

„Gdzie?!”

„Jeśli mówię chodźmy, to chodźmy! Podążajcie naszym śladem! Trzymaj się w kilwaterze! Co, bracie, urodziłeś się dzisiaj?” – mówi mój nowy krewny. Marynarze mają swoje własne, specjalne maniery. Dla nich cały wielki świat jest młodszym bratem.

Wychodzimy ze stacji, w ciemnościach wspinamy się po dachach, przeskakujemy przez płoty. Marynarz stęka: „Och, Odessa-mama, mam więcej dziur niż żywego ciała”. W końcu lądujemy na torach kolejowych po drugiej stronie stacji. Patrole chodzą po peronie między pociągami. Niczym sabotażyści podkradamy się do pociągu stojącego na torach. Wszystkie wagony są zamknięte.

„Teraz daj mi swoje Te-Te, bracie” – rozkazuje żeglarz.

– „Co zamierzasz zrobić – strzelać?”

„Nie, przytrzymaj klips. Teraz spójrz – bilet na cały świat!”.

Marynarz odciąga górny uchwyt pistoletu i umieszcza go na zatrzasku. Następnie zręcznie wkłada wystającą lufę w gniazdo trójkątnego zamka. Jeden skręt i jesteśmy w środku wagonu.

„Podróżowałem z tym biletem dłużej niż z jakimkolwiek innym” – z dumą wyjaśnia mój „brat”, podając mi pistolet.

Później musiałem jeszcze kilka razy skorzystać z pistoletu TT o wyjątkowej jakości – gwint i przewód lufy dokładnie pasowały do wszystkich zamków kolejowych.

Wspinamy się na górne, uprzywilejowane łóżko. No więc jesteśmy już na kółkach, można powiedzieć, że jesteśmy w domu. Oczywiście, oboje mieliśmy wojskowe legitymacje, ale z nimi musielibyśmy spać na podłodze dworca kolejowego przez kilka dni. Bilet w systemie TT jest o wiele lepszy!

Zatrzymuję się na progu domu i rozglądam się dookoła. Wszystko się pokrzywiło i zapadło w ziemię. Nie ma nigdzie płotów – zostały spalone. Można z łatwością przejść całe miasto, przechodząc po prostu przez podwórka. Z mieszaniną radości i smutku otwieram skrzypiące drzwi, zawieszone na zardzewiałych hakach i pomysłowych zamkach. Drzwi są tak zniszczone, że strach je otwierać, bo mogą się rozpaść. Ostrożnie stąpam ciężkimi butami po skrzypiącej podłodze kuchni. Wszystko jest takie zgniłe, podupadłe i zaniedbane – jak w bajkach dla dzieci o chacie na kurzych nóżkach. Otwierając drzwi do następnego pokoju, pochylam głowę, aby nie zahaczyć o poprzeczkę. Dom rodzinny stał się ciasny po wędrówkach po świecie.

W kącie pokoju przy piecu siedzi drobna, zgarbiona staruszka w fartuchu. Sięga mi prawie do pasa. Kiedyś trzymała mnie w ramionach, teraz ja mogę trzymać ją w ramionach jak dziecko. Siwe włosy starannie upięte pod białą chustką na głowie, na ramionach ten sam kraciasty szal. Starsza pani odwraca się, słysząc dźwięk zamykanych drzwi.

„Grisza!?”

Brzmienia tego słowa nie da się przekazać. W tym jednym krótkim dźwięku zawarte są wszystkie doświadczenia długich lat wojny – nadzieja, strach, oczekiwanie, radość.

Wystraszyłem się. Przestraszyłem się, gdy zobaczyłem, jak drżą zmarszczki na jej twarzy, jak bezradnie opadają jej ręce.

„Babcia!?”

Złapałem ją za ramiona, bałem się, że spadnie. Długo staliśmy w milczeniu. Przytulona do mojej piersi, płakała łzami radości, żałośnie i jak dziecko. Delikatnie pogłaskałem jej zgarbione plecy pod starą flanelową bluzką. Poczułem jej kruche kości pod palcami, bałem się, że zrobię jej krzywdę moimi szorstkimi dłońmi.

„Gdzie jest mama?” – zapytałem, rozglądając się.

„Jest w pracy. Wróci o szóstej.”

„Wyślę jednego z chłopaków z podwórka. Niech jej powiedzą” – zasugerowałem, zrzucając płaszcz.

„Co ty mówisz, Grisza... Nie daj Boże!” – bełkotała staruszka pospiesznie i bojaźliwie. – „Ona ucieknie z pracy z radością, a potem ją postawią przed sądem albo wyrzucą…”

Poczułem, jak kołnierz mojej kurtki stał się niespodziewanie ciasny, jak krew uderzyła mi do głowy i zaczęła dzwonić w uszach ze złości. Tak radziecka matka wita swojego syna-żołnierza po czterech latach rozłąki! Chciałem pójść i rozwalić mordy naczalstwa instytucji, w której pracuje matka, kolbą pistoletu. Ech ty, bilecie do całego świata systemu TT, tu jesteś bezsilny…

Późnym wieczorem matka wróciła z pracy do domu. Babcia przygotowuje uroczystą kolację na moje przybycie. Z dumą wyjęła mikroskopijny słoiczek miodu i położyła go na stole; najwyraźniej słoiczek ten stał przez długi czas w odległym kącie, przygotowany na specjalną okazję. Wtedy na stole pojawia się mała buteleczka z lekarstwem – zawiera ona likier wiśniowy.

Gdy podszedłem do swojej torby podróżnej i zacząłem rozkładać na stole kolorowe amerykańskie puszki z jedzeniem, oczy matki rozbłysły radością i ulgą. Oni sami byli głodni, ale jeszcze trudniejsza była dla nich świadomość, że nie mieli czym nakarmić ani leczyć swojego syna-żołnierza, który powrócił do domu żywy po długiej rozłące. Teraz na stole pojawiły się amerykańskie konserwy.

Kiedy Rosjanie słyszą słowo „lend-lease”, przypominają sobie góry i góry konserwowych puszek. Puszki te można było znaleźć w najdzikszych ostępach słynnych lasów briańskich, na bagnach obwodu leningradzkiego, na każdym kroku, gdzie przechodziła armia radziecka.

Rosja jest uznawana za bogaty kraj rolniczy o niewyczerpanych zasobach naturalnych. A kraj ten w latach 1942-1945 żył i walczył wyłącznie dzięki amerykańskim produktom. My, oficerowie, jesteśmy wszyscy głęboko przekonani, że moglibyśmy wytrzymać bez amerykańskich czołgów i samolotów, ale bez amerykańskiego jedzenia po prostu umarlibyśmy z głodu. Produkty mięsne, tłuszcze i cukier używane w armii w 90% pochodziły z Ameryki. Prawie taki sam obraz znajdował się na tyłach. Nawet fasola i biała mąka były amerykańskie. Jedyną rzeczą radziecką był czarny chleb, nie licząc wody.

A skoro o wodzie mowa. W Moskwie całkiem poważnie twierdzili, że ambasada amerykańska otrzymuje wodę z Ameryki nawet w puszkach. Prawdopodobnie chodziło o puszki soku grejpfrutowego, który według amerykańskich wyobrażeń przedłuża życie i przyczynia się do sukcesu w biznesie. W Moskwie, po wojnie, mówiono, że kremlowskie magazyny zaopatrywały się w produkty amerykańskie z dużym wyprzedzeniem na okresy pięcioletnie.

Pewnego dnia, na początku 1943 roku, wszystkie sklepy w największych miastach ZSRR były dosłownie wypełnione workami ziaren kawy. Najwyraźniej Amerykanie wysłali parę statków parowych. Przed wojną kawa naturalna była w ZSRR towarem luksusowym. Teraz wszystkie dotychczas puste półki w sklepach pękały pod ciężarem toreb z czerwonymi, zagranicznymi literami. Bez przydziału na kartki, 80 rubli za kilogram. W tamtych czasach chleb kosztował na wolnym rynku 150 rubli za kilogram.

Wkrótce ludzie zaczęli kupować kawę całymi torbami. Nie chodzi o to, że Rosjanie zarazili się obcymi smakami. Zupełnie nie. Zaparzali ziarna kawy wrzątkiem, wylewali pachnący płyn do piekła, suszyli ugotowane ziarna, tłukli je w moździerzu lub mielili w młynku do kawy i... piekli z tego produktu chleb. Chleb kawowy! Wcześniej podobne sztuczki wykonywano z proszkiem musztardowym. Chleb musztardowy! Chleba, chleba!

Wszystkie naczynia blaszane w ZSRR w czasie wojny były wykonane z amerykańskich puszek po konserwach. Naród rosyjski nie zapomni szybko tych puszek i ich zawartości – „Mięso wieprzowe”.

W bezsilnej wściekłości, próbując osłabić wpływ propagandy, agenci NKWD rozpowszechniali pogłoski (w NKWD są ludzie, którzy nie tylko zbierają pogłoski, ale i na rozkaz z góry je rozpowszechniają), że Amerykanie produkują konserwy z mięsa południowoamerykańskich małp i wysyłają je do ZSRR.

„...Drogi Grisza, może masz tam jakiś kubek? Ja ostatnio rozbiłam swój i teraz nie mam z czego pić herbaty. Jeśli mi go wyślesz, będę bardzo szczęśliwa. Kiedy będę pić herbatę, będę o tobie pamiętać, mój drogi.

...Ty szyjesz paczki z bardzo dobrego płótna. Nie bój się – nie wyrzucamy go, tylko robimy z niego ręczniki. Nie gniewaj się na nas, jeśli o coś Cię poprosimy. W końcu jesteś jedynym, kogo mamy. Żyję tylko z Twoich listów. Nie mam już dużo życia.

Bądź zdrowy, mój drogi. Uważaj na siebie!

Twoja babcia."

Powoli odwracam głowę i patrzę na złote epolety na moich ramionach. W mojej piersi rośnie gorzki ból, a tył głowy wypełnia ołowiany ciężar. Oczy i mózg są przykryte krwawą, oślepiającą mgłą. To wszechogarniająca żądza zniszczenia, żądza zemsty. Z taką krwawą mgłą w oczach rosyjski żołnierz szedł z bagnetem przystawionym do czoła w stronę karabinów maszynowych i rzucał się piersią w otwór niemieckiego bunkra. W kieszeni miał list ze swojej rodzinnej wioski informujący, że jego dom spłonął, a jego rodzina umarła z głodu.

Chcę krwi. Złość i gorycz wypełniają moją pierś. Co robić?! Wyjąć automat z kąta szafy, wyjść na zewnątrz i strzelać do gwiazd?! Albo, nie odrywając palca od spustu, narysować krzyż na ścianie? Dobrze było w czasie wojny, przynajmniej było na kim wyładować złość.

Co robić?! Wyjmuję torbę z paczką. Wypełniam ją nawet dziesięcioma kilogramami koronkowej bielizny damskiej, jedwabnych pończoch i skrawków materiałów. Ostrożnie wsuwam kilka porcelanowych filiżanek do samego środka. Co jeszcze? Przecież tam jest absolutnie wszystko, czego potrzeba. Sprzedadzą to i kupią sobie masła, ale i tak będą chodzić w łachmanach. Jak napełnić beczkę bez dna?

Chciałem gdzieś wyjść dziś wieczorem. List odebrał mi wszelką chęć wychodzenia z domu. Siedzę przy biurku, a przed oczami przesuwają mi się obrazy z mojego życia.

2.

Rok 1921. Wtedy byłem jeszcze dzieckiem. Chyba jedynym wspomnieniem, które pozostało w mojej pamięci, są gawrony. W pokoju oświetlonym lampą naftową, po podłodze skaczą gawrony. Jeden z nich niezręcznie ciągnie skrzydło po podłodze, zostawiając za sobą krople krwi. Płomień lampy migocze, tajemnicze ciemne kąty, a na podłodze leżą biedne, żałosne gawrony.

Zimą gawki latały w czarnych stadach. Gdy w mroku zimowego wieczoru przelatywały nad dachami domów z głośnym „Kar-Kar”, ludzie mówili: „To oznacza mróz. Jutro będzie jeszcze zimniej”. Czerwona jak szkarłat smuga zachodzącego słońca na horyzoncie, liliowa, mroźna mgiełka i wrzeszczące stada kawek. Siadały niczym kiście czarnych jagód na nagich gałęziach wysokich topoli w ogrodach i prowadziły swoje ptasie pogawędki, zanim położyły się spać.

Kawki są bardzo inteligentnymi ptakami. Możesz tańczyć i krzyczeć pod drzewem, na którym siedzą – gawrony nie zwrócą na ciebie najmniejszej uwagi. Ale jeśli masz w ręku broń, nie pozwolą ci podejść bliżej niż na sto kroków. Rozlegał się ostrzegawczy okrzyk gawrona pełniącego dyżur, po czym całe stado zerwało się do lotu z głośnym „Kar-Kar”.

Mój wujek wymyślał najbardziej pomysłowe sposoby, aby zbliżyć się z bronią do hałasujących dzikich ptaków. To było prawdziwe polowanie, przecież gawrony szły na gulasz. Nie pamiętam, jaki jest smak gulaszu z kawki. Starsi ludzie twierdzą, że nie jest ona gorsza od innych gatunków. Każdy gatunek ma swój własny, specjalny, specyficzny zapach – ambrę, jak mówią amatorzy. To był radziecki gulasz z 1921 roku.

W tym czasie dzieci owinięte w szmaty siedziały na śniegu na ulicach i w milczeniu wyciągały ręce. Nie miały już siły wymówić słowa „Chleb!” Kiedy po kilku godzinach przechodnie wracali obok tego miejsca, dzieci już nie wyciągały rąk. Szron pokrywał ich rzęsy. Płatki miękkiego, czystego śniegu powoli spadały na nędzną stertę szmat zwaną człowiekiem. Nazywała się człowiekiem – były to już zamrożone zwłoki. Martwe dzieci. Dzieci - kwiaty życia.

W tym czasie Kreml rozwiązywał problemy epoki komunizmu wojennego. Przywódcy nadal stosunkowo pokojowo ciągali się za włosy, kłócąc się, gdzie iść – w prawo czy w lewo.

Rok 1921 jest mało pamiętany. Potem było wiele innych „lat”, które pozostały bardziej żywe w pamięci ludzi. Rok 1921 był czymś naturalnym – wojna, powojenne zniszczenia. Dlatego nie wydawał się taki straszny.

Rok 1926. Lata Nowej Polityki Ekonomicznej. „Okres tymczasowego odwrotu w celu zorganizowania decydującej ofensywy na całym froncie” – jak zapisano w historii Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii WKP(b).

Jeżeli w tych latach ojciec dawał mi dziesięć kopiejek, byłem bogatym człowiekiem i mogłem zaspokoić wszystkie swoje chłopięce zachcianki. Lata 1925–1926 były jedynymi latami w czasie istnienia władzy radzieckiej, kiedy ludzie nie myśleli o chlebie.

Nie pamiętam carskiej Rosji. Okres NEP-u jest dla ludzi mojego pokolenia odpowiednikiem normalnego i dostatniego życia. Musiałem wysłuchiwać różnych opowieści od starych ludzi, ale w tamtym czasie byłem pionierem i bardziej interesowała mnie gra na bębnach. Rozkładając ramiona na dwa arszyny, taki muzealny starzec mówił z zachwytem i żalem: „Za Mikołaja t-t-t-t-t-aki załom (suszona ryba) kosztował trzy kopiejki, a teraz...” Starzec przełknął ślinę i smutno machnął ręką. Było mi żal staruszka, ale gra na bębnie pionierskim interesowała mnie bardziej niż suszone ryby za trzy kopiejki.

Rok 1930. Jestem uczniem. Nazwa szkoły zmienia się co trzy miesiące, a wraz z nią zmieniają się także programy nauczania. Jestem tym wszystkim stosunkowo niezainteresowany, nie mam czasu. Większość dnia spędzam w kolejkach po chleb. Przed sklepami z pieczywem tworzą się kolejki dniem i nocą. Sześćset, siedemset... Często liczba napisana ołówkiem na mojej dłoni przekracza tysiąc.

W tamtym czasie był to dla nas rodzaj sportu. Kiedy pod sklep podjeżdża furgonetka i zaczyna się wyładowywać z niej chleb, zaczyna się okres wzmożonego ruchu. Krzyczą na wpół zmiażdżone kobiety, dzikie przekleństwa, jęki i płacz. W tym czasie my, chłopcy, próbujemy włamać się do sklepu przez okno lub inną dziurę, do której zmieści się nasza głowa. Było to dla nas czymś w rodzaju zamiennika gier dla dzieci. To było bohaterstwo, wyczyn. Gdzieś dzieci bawią się w Indian, a my walczyliśmy o życie, o kawałek chleba. Tak dorastali młodzi budowniczowie socjalizmu, tak hartowała się stal. Uczyliśmy się na drugiej zmianie, w szkole było tak samo zimno jak na zewnątrz.

Na zewnątrz było o wiele ciekawiej, przynajmniej można było się rozgrzać od biegania. Jaki jest sens, że nauczyciel znów opowiada historie o Komunie Paryskiej? To cię nie nakarmi. Zamiast Bastylii, szturmowaliśmy sklepy z pieczywem.

Rok 1932. Powszechna kolektywizacja. Ulice są usłane ciałami ludzi, którzy umarli z głodu. Żywi chodzą z trudem, ich nogi są opuchnięte, a puchlina jest towarzyszem głodu.

Mój starszy brat, jako członek Komsomołu, został zmobilizowany do wykonania misji specjalnej. Dostają karabiny. W nocy pełnią wartę w cerkwi, która została przekształcona w więzienie przejściowe. Nie ma wystarczającej liczby więzień i środków bezpieczeństwa. Wieczorami, w półmroku, zwożono grupy pozbawionych majątku ludzi – setki obdartych chłopów i chłopek. W ramionach matek leżą niemowlęta zawinięte w łachmany. Wielu ledwo może poruszać nogami. Oni, chłopcy, chodzą wokół cerkwi z załadowanymi karabinami. Sami głodni, pilnują głodnych ludzi.

Bramy cerkwi otwierają się w mroźny poranek. Wrogowie klasowi w łachmanach są wypędzani dalej na północ. Kilkadziesiąt ciał leży nadal na zimnej kamiennej podłodze. Dla nich problem wyeliminowania kułaków jako klasy został już rozwiązany. Oni mają szczęście. Inni będą musieli zmierzyć się z większym cierpieniem, ale spotka ich ten sam koniec.

Zima mija i nadchodzi wiosna. Rozpoczyna się kampania zdobywania ziarna nasiennego. Chłopi pieką chleb z kory drzew, a ludzie z rewolwerami w rękach domagają się zboża na zasiewy.

Kobieta ubrana w łachmany z dzieckiem na rękach. Dwoje kolejnych wygląda z przestrachem zza rąbka matki. Kobieta krzyczy histerycznie: „Ja sama jestem głodna. W moich piersiach nie ma mleka dla dziecka” – i w furii wyciąga płaczący tłumoczek. – „Oddajcie dzieci do sierocińca!”

Zimą chłopi jedli korę drzew, koty, psy i końskie odchody. Przypadki kanibalizmu były powszechne. Nikt nie wie, ile milionów ludzi zmarło z głodu w 1933 roku. Może to być jedna trzecia, może to być połowa całej ludności wiejskiej południa Rosji.

Latem nieliczne pozostałe dzikie psy wędrują po opuszczonych wioskach, żywiąc się ludzkim mięsem. Na początku właściciele zjadali psy, teraz psy zjadają swoich właścicieli. Wiele pól nie jest obsianych, a nie ma nikogo, kto by zbierał plony z obsianych pól.

My, uczniowie szkół średnich, codziennie wychodzimy na pola, żeby zbierać plony. Droga prowadzi wzdłuż obrzeży cmentarza miejskiego. Każdego ranka, gdy idziemy do pracy, widzimy dziesiątki świeżo wykopanych głębokich dołów. Wracając z pracy widzimy te dziury już wypełnione równo z ziemią. Co bardziej ciekawscy uczniowie próbowali kopać nogami luźną ziemię. Natknąwszy się na nagie ludzkie nogi i ręce pod lekko ubitą warstwą ziemi, tracili ciekawość. Czasem, gdy szliśmy przez cmentarz, wyciągając się w sznur, nagie, spuchnięte zwłoki z więzień i szpitali były wrzucane z wozów do tych złowieszczych dołów niczym bezużyteczna padlina. Byli t ci, których pracę wykonywaliśmy teraz w polu. Nieznane groby zarosną burzanami, a nikt nie pozna wartości dźwięcznego słowa ko-lek-ty-wizacja!

Sztuczny głód w latach 1932–1933 był decyzją polityczną Biura Politycznego, a nie klęską żywiołową. Trzeba było pokazać, kto rządzi w kraju. Decyzja została podjęta i podpisana na Kremlu. Konsekwencją są miliony, być może dziesiątki milionów ludzkich istnień. Od tej pory głód stał się narzędziem polityki Kremla. Został nowym pełnomocnym członkiem Biura Politycznego.

Dumping! Nudno brzmiący termin ekonomiczny. W latach 30. XX wieku członkowie Izby Lordów przeforsowali w parlamencie brytyjskim projekt ustawy zakazującej radzieckim statkom handlowym zarzucania kotwic w angielskich portach. Oczywiście Brytyjczycy kierowali się własnymi, wewnętrznymi względami – trzeba było chronić interesy gospodarcze imperium przed kanadyjskimi i australijskimi eksporterami zboża. Anglikom zapewne nie przyszło do głowy, jak bardzo miliony Rosjan cieszyły się z tej decyzji.

Sowieci promują swoją niewiarygodnie tanią pszenicę, tańszą niż cena pszenicy na rynkach światowych. W przypadku Sowietów mechanizm jest prosty: zboże odbiera się od skołchozowanych chłopów po cenie 6 kopiejek za kilogram i sprzedaje robotnikom po 90 kopiejek za kilogram. Żaden kapitalista nie mógł nawet marzyć o takich dywidendach. To właśnie wtedy możesz zająć się dumpingiem.

Bogata i dobrze odżywiona Rosja Sowiecka oferuje zboże po okazyjnych cenach na rynku światowym. Kapitaliści, żądni zysku, spieszą się, żeby kupować tanie rzeczy. Anglicy chętnie żują tani i bardzo biały rosyjski chleb. Ale... Ale wkrótce piasek zaczyna trzeszczeć w zębach.

Kanadyjscy i australijscy farmerzy przeklinając, palą swoje zboże w piecach i rozrzucają go na wiatr, przy radosnych okrzykach moskiewskiego radia: „Spójrzcie, co dzieje się w nieplanowanym świecie kapitalistycznym”. Ale po kryzysie zbożowym dzielni Kanadyjczycy i Australijczycy nie mają pieniędzy na zakup angielskich towarów przemysłowych. W rezultacie angielskie fabryki i zakłady są zamykane, a bezrobocie rośnie. Rozgoryczeni angielscy robotnicy nie mają szylingów w kieszeniach, żeby kupić taki biały i kuszący, taki tani rosyjski chleb.

A tam, za morzem, w cudownym kraju, w którym budował się komunizm, nie ma bezrobocia, a chleb jest tak tani, że za granicą sprzedaje się go niemal za darmo. W rezultacie strajki się nasilają, a na Zachodzie rozwija się ruch rewolucyjny.

„Rewolucja trwa, towarzysze” – zacierają ręce wujkowie na Kremlu.

W Danii tuczy się świnie tanim radzieckim cukrem. W ZSRR herbatę pije się oczami, a w święta – kęsem. Robotnicy i chłopi radzieccy głodują, ale są pieniądze na finansowanie budowy kapitału, importowane są maszyny i urządzenia. Rozwija się baza przemysłu ciężkiego – ciężkiej broni w arsenale światowej rewolucji. Robotnikom i chłopom obiecano, że przemysł ciężki będzie produkował przemysł lekki, a ten z kolei będzie produkował perkale i buty. Na razie jednak produkowane są tylko samoloty i czołgi. Nie da się z tym nic zrobić – to środowisko kapitalistyczne. Bądź cierpliwy!

Nie ma już miejsca na mieszczański sentymentalizm. Statystyki pokazują, że wskaźnik urodzeń i wzrost populacji są odwrotnie proporcjonalne do poziomu życia. Im gorzej żyją ludzie, tym szybciej się rozmnażają. Z jednej strony mamy Indie i Chiny, gdzie każdego roku tysiące ludzi umiera z głodu, a w ich miejsce rodzą się miliony. Z drugiej strony istnieją kraje dobrze odżywione i rozpieszczone, znajdujące się u schyłku swojej cywilizacji – Francja i Anglia – ze spadającą krzywą przyrostu naturalnego, gdzie największy udział przypada na wymierające grupy wiekowe. Pamiętasz wspomnienia Lloyda George'a i jego porównanie do odwróconego trójkąta? Opierając się na tych przesłankach, Stalin nie musi obawiać się skutków polityki głodu – w każdych warunkach będzie miał zapewnioną wystarczającą liczbę robotników i żołnierzy. Z każdego punktu widzenia jest to aktywna równowaga państwa.

Wrzesień 1939. Podpisano pakt przyjaźni Stalina i Hitlera. Pociąg za pociągiem z radzieckim chlebem, masłem i cukrowymi bułkami odjeżeża w kierunku Niemiec. Jednocześnie wszystko to znika z półek radzieckich sklepów, które wcześniej nie słynęły z obfitości.

Aby wyjaśnić zmianę kursu politycznego, plotki NKWD rozprzestrzeniły wszędzie inną plotkę: „Ribbentrop przywiózł do Moskwy fotokopie dokumentu podpisanego przez czternaście mocarstw. Mocarstwa te zaoferowały Hitlerowi pomoc, jeśli zaatakuje ZSRR. Hitler wolał naszą przyjaźń. Czy chcemy pokoju? Ale trzeba za to płacić”.

Wrzesień 1941. Wojna! Głód przechodzi ze stadium chronicznego niedoboru do formy ostatecznej. System kartkowy. Racjonowanie. To już nie jest niedożywienie, ale po prostu głód. Zimą 1941–1942 kilogram ziemniaków na wolnym rynku kosztował 60 rubli – tyle wynosiła tygodniówka robotnika, kilogram masła – 700–800 rubli – trzy miesięczne wynagrodzenia. Kartki dają pracownikowi dokładnie tyle, ile potrzebuje, aby się poruszać i pracować. Praktycznie podstawowym i jedynym pożywieniem jest chleb. Sześćset gramów chleba dziennie. Ten sam chleb, przez który niemieccy jeńcy wojenni cierpieli na wrzody żołądka i czerwonkę, przez co umierali jak muchy.

Pewnego dnia siedziałem w gabinecie dyrektora zakładu radiowego imienia Lenina, dokąd trafiłem w sprawach służbowych. Pukanie do drzwi przerywa naszą rozmowę. Sekretarka wsuwa głowę i melduje: „Serdiukowa jest w sekretariacie. Czy mam ją wpuścić, czy ma poczekać?”

Serdiukowa nieśmiało wchodzi do biura. Trudno ocenić jej wiek na podstawie rozmazanej twarzy. Ma na sobie tłustą, workowatą czarną kurtkę roboczą i mokre męskie buty, nałożone na pikowane bawełniane pończochy i ochraniacze na buty. Plamy mydlanego tłuszczu na jej ubraniu wskazują, że pracuje przy maszynie. Kobieta stoi i czeka w milczeniu przy drzwiach. Wyraz jej twarzy był ponury i zarazem obojętny; apatia nieustannego zmęczenia przytępiła wszystkie inne uczucia.

„Serdiukowa, dlaczego wczoraj nie przyszłaś do pracy?” – pyta dyrektor. – „To poważne przestępstwo i podlega karze zgodnie z prawem wojennym. Wiecie, jakie są tego konsekwencje”.

„Byłam chora, towarzyszu dyrektorze. Nie mogłam wstać z łóżka” – odpowiada Serdiukowa zimnym głosem. Przestępuje z nogi na nogę, a kałuża wody rozlewa się po parkiecie.

Nieobecność bez ważnego powodu jest karana pracą przymusową. Tak jest w najlepszym przypadku, biorąc pod uwagę prawa obowiązujące w czasie pokoju. Teraz może to skutkować karą do dziesięciu lat więzienia. W zależności od okoliczności „przypadku” można to określić mianem sabotażu w przemyśle zbrojeniowym.

„Czy macie zaświadczenie lekarskie?” – pyta dyrektor.

„Nie... Jakie zaświadczenie? Nie było nikogo, kto mógłby wezwać lekarza. Zostałam w łóżku, a kiedy wstałam, przyszłam do fabryki”.

Serdiukowa uosabia typ Rosjanki, która z pokorą znosi wszelkie trudności życiowe, która wszystko postrzega jako nieuniknione, nieodwracalne, zesłane z góry. W tym milczącym poddaniu się losowi kryje się szczególna religijność. To nie słabość, ale źródło ogromnej siły duchowej narodu rosyjskiego.

Patrząc na Serdiukową, przypominam sobie starszego żołnierza, który wrócił ze szpitala na front po kolejnym urazie; był to prawdopodobnie jego dziesiąty uraz. Zupełnie spokojnie, niosąc na plecach karabin maszynowy, wyraził swoje najskrytsze pragnienie: „Och, gdyby tylko oderwało mi rękę lub nogę. Wtedy wróciłbym do domu, do wioski”. Nie jego słowa mnie przeraziły, ale jego spokój i szczere pragnienie, by zapłacić ręką lub nogą za możliwość powrotu do rodzinnego domu. Pomimo tego był wzorowym żołnierzem.

„Musisz znać radzieckie prawa, Serdiukowa” – kontynuuje dyrektor. – „Nieobecność w pracy bez ważnego powodu. Jestem zmuszony skierować sprawę do sądu”.

Serdiukowa zaczyna mamrotać łamiącym się głosem: „Ale, towarzyszu dyrektorze... Dzień po dniu, czternaście godzin przy maszynie... Nie mam sił... Jestem chora…”

„Nic nie mogę zrobić. To prawo. Wszyscy jesteśmy tak chorzy”.

Twarz Serdiukowej się wykrzywia: „Czy wy wszyscy jesteście aż tak chorzy?!” – krzyczy i robi kilka kroków w stronę biurka dyrektora. – „To wszystko?! A widziałeś to?!”

Łzy spływają jej po twarzy, ale ona tego nie zauważa. W przypływie impulsywnej wściekłości, stojąc pośrodku biura, podnosi rąbek spódnicy. To już nie jest mężczyzna, to nie jest kobieta – to ścigane stworzenie, opanowane odwagą rozpaczy.

„Wszyscy? Wszyscy? Czy wy wszyscy jesteście tacy chorzy?!”

Widzę olśniewająco białe ciało kobiety na tle zimnych, szarych ścian biura. To nie są szczupłe nogi kobiety, to dwie bezkształtne, spuchnięte kolumny, gdzie nie widać linii między kolanami, gdzie nie widać zgięcia nogi. Okrągłe podwiązki zrobione ze skrawków czerwonych gum samochodowych wrzynały się głęboko w nabrzmiałe ciało, które wystając na krawędziach tworzyło bladą, niebieskawą masę. Obrzęk nóg spowodowany głodem.

„Widzieliście to, panowie dyrektorzy?! Macie to też?!” – krzyczy młoda kobieta, czując wstyd i złość. – „Nie miałam okresu już od pięciu miesięcy... Tyle razy traciłam przytomność przy maszynie…”

„Czy naprawdę nic nie da się z tym zrobić?” – pytam dyrektora, gdy zostajemy sami.

„Co możesz z tym zrobić?” – odpowiada i bezradnie patrzy na papiery leżące na stole. – „Połowa kobiet ma tę samą historię. Nie można pomóc tabletkami. Głód nie jest ciotką”.

„Nie o tym mówię. O procesie. Czy naprawdę nie da się zatuszować sprawy?”

„Ukrywanie opuszczających pracę bez usprawiedliwienia podlega takiej samej karze, jak samo opuszczanie pracy. Jeśli zatuszuję sprawę, NKWD wsadzi nas oboje do więzienia. Przecież przed Luzginem niczego nie da się ukryć” – odpowiada dyrektor.

Nigdy nie spotkałem Luzgina, ale często o nim słyszałem. Jest szefem specjalnego wydziału fabryki – oczu i uszu Partii.

Pewnego dnia spacerowałem po placu Swierdłowa w mieście Gorki. Był marzec, a ulice były pełne kałuż stopionego śniegu zmieszanego z błotem. Przede mną dwie dziewczyny z teczkami w rękach, najwyraźniej studentki, chlapały butami po wodzie. Nagle jedna z nich upuściła teczkę na ziemię, a notatniki rozsypały się w błocie. Dziewczyna zataczała się, jakby szukała oparcia, zrobiła kilka kroków w kierunku ściany najbliższego domu, nogi odmówiły jej posłuszeństwa i powoli osunęła się na ziemię. Niebieski szalik leżał na boku, a pasma kasztanowych włosów mieszały się z roztopionym śniegiem i brudem na chodniku. Śmiertelnie blada, sinawa twarz młodej osoby, ramiona bezradnie rozpostarte na boki. Półomdlała!

Przyjaciółka szybko pośpieszyła z pomocą. Kilku przechodzących obok ludzi pomogło podnieść dziewczynę i zanieść ją do wejścia najbliższego budynku. Słychać podekscytowane pytania: „Co się dzieje? Co się dzieje?” Przyjaciółka dziewczyny odpowiada nieśmiało: „To nic. Po prostu słabość”. Mężczyzna w wojskowym płaszczu bez naramienników proponuje, że wezwie karetkę. Starsza kobieta w wielkich męskich butach pomaga dziewczynie pochylającej się nad nieprzytomną przyjaciółką.

„Skąd jesteście? Ze stacji?” – pyta. Nie czekając na odpowiedź, z typowym dla zwykłych kobiet współczuciem, zaczęła lamentować: „Biedne studentki! Są głodne, ledwo stoją na nogach, a mimo to oddają swoją ostatnią krew. Czy to możliwe?! To niedaleko do grobu”.

Większość dawców w Stacji Krwiodawstwa stanowiły studentki i matki małych dzieci. Za 450 cm sześciennych oddanej krwi dawca otrzymywał 125 rubli – co wystarczało na zakup niecałego kilograma czarnego chleba. Po oddaniu krwi dawca otrzymywał na miesiąc kartę żywnościową wyższej kategorii – o 200 gramów więcej chleba każdego dnia. Ponadto wydawano jednorazowo dodatkową rację żywnościową: 250 g masła, 500 g smalcu, 500 g cukru. Taka była cena ludzkiej krwi przelanej na tyłach.

Te matki i dziewczęta doskonale zdawały sobie sprawę ze swego patriotycznego obowiązku, ponieważ na froncie przelewano krew ich mężów i braci. Ale to głównie głód popchnął je do tego czynu; poczucie patriotyzmu tylko rozjaśniło brudny powód handlu własną krwią. Matki chciały nakarmić swoje głodne dzieci kosztem swojej krwi, a studentki wolały poświęcić krew niż swoje ciała.

Stacja Transfuzji Krwi miała specjalne formularze listowe. Kobiety-dawczynie często wysyłały listy na front wraz z krwią, którą oddały żołnierzom, dla których była przeznaczona. Czyste ludzkie uczucia przeplatały się z upokarzającym uczuciem głodu. Często listy te stawały się powodem dalszej korespondencji i serdecznej, dalekiej przyjaźni. Po zakończeniu wojny często dochodziło do spotkań i prawdziwej miłości przypieczętowanej krwią. Podczas ceremonii ślubnej głód stał za nimi jako drużba. Był ich wiernym towarzyszem w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Będzie stał jako chrzestny przy kołysce ich przyszłego dziecka.

W centrum miasta Gorki znajduje się plac nazwany na cześć ofiar z 1905 roku. Z jednej strony plac otaczają mury starego więzienia, w którym niegdyś przebywali bohaterowie „Matki” Gorkiego. Na środku placu, przypominający sześcienny głaz, stoi pomnik upamiętniający bojowników walczących na barykadach w 1905 roku. Dobrze, że grób bojowników o wolność Rosji został przygnieciony tak ciężkim kamieniem! Gdyby na chwilę wstali z grobu i rozejrzeli się wokół, pożałowaliby swojej krwi przelanej w imię ideałów rewolucji rosyjskiej. Rewolucję przygotowują idealiści, przeprowadzają fanatycy, a wykorzystują łotry!

Za placem, na którym znajduje się pomnik, wznosi się budynek Teatru Opery i Baletu imienia Gorkiego. Pewnego dnia, w przerwie między aktami, stałem z grupą towarzyszy w foyer. Przy dźwiękach orkiestry wokół sali tańczyło wiele par. Moją uwagę przykuła ładna, gibka dziewczyna tańcząca z jakimś oficerem. Jej smukłą sylwetkę podkreślała szara sukienka z matowego jedwabiu, a włosy miała ułożone w prostą, ale oryginalną fryzurę. Jej toaleta i cały jej sposób bycia świadczyły o dobrym guście i szacunku do samej siebie.

„Kim jest ta dziewczyna?” – zapytałem mojego przyjaciela, który dobrze znał lokalną sytuację.

„Studentka. Studentka medycyny na ostatnim roku” – odpowiedział krótko.

„Ciekawa dziewczyna...” – powiedziałem.

„Nie radzę się w to angażować”.

„A to dlaczego?”

„Po prostu... Nie radzę” – nie chciał mi nic więcej tłumaczyć.

Te dziwne słowa mnie zainteresowały. Zadałem to samo pytanie innemu przyjacielowi.

„Ta dziewczyna w szarym?!” – powiedział, zerkając kątem oka na wysoką postać. – „Jeśli interesuje Cię przygoda na jedną noc, to jest to bardzo proste – wystarczy puszka jedzenia... albo bochenek chleba.”

Spojrzałem na mówcę z niedowierzaniem. Szczególnie podobało mi się środowisko studenckie i uważałem je za „moje” środowisko. Jego słowa wydały mi się osobistą zniewagą. W czasach przedwojennych studenci stanowili środowisko najbardziej czyste moralnie i najbardziej rozwinięte duchowo. Czy wojna naprawdę mogła przynieść aż tak duże zmiany w ciągu jednego roku?

„To niemożliwe. Nie gadaj głupot” – powiedziałem.

„To nie bzdura, ale smutny fakt. Mieszka w akademiku, z pięcioma przyjaciółkami w jednym pokoju. Każdej nocy mają dwóch lub trzech gości. Wszyscy oficerowie. Kto ma coś ekstra w dzisiejszych czasach – tylko oficerowie”.

Przed wojną prostytucja w ZSRR praktycznie nie istniała. Wydatek ten przekraczał możliwości finansowe przeciętnego obywatela Związku Radzieckiego. Prostytucja polityczna istniała jedynie pod patronatem NKWD – w pobliżu restauracji Intourist i ogólnie tam, gdzie przesiadywali obcokrajowcy. W Moskwie kwitł wysoce zmodyfikowany handel ciałami wśród wyższych szczebli nowej klasy rządzącej, która miała czym zrekompensować swoją sprzedajną miłość.

W Moskwie, zwłaszcza w kręgach artystycznych, szeroko dyskutowano miłosne przygody starego „wszechzwiązkowego starca” Michaiła. Iw. Kalinina, którego nazywano „kozłem kremlowskim”. Cudowne właściwości tajemniczego korzenia żeńszenia, starego i sprawdzonego środka medycyny tybetańskiej, który przywraca Matuzalemowi siły z czasów pierwszej młodości, w połączeniu z licznymi nazwiskami moskiewskich baletnic, były stałym tematem moskiewskich rozmów. Wymieniono dary Stalina dla primabaleriny Teatru Bolszoj, Siemionowej, podając przy tym intymne znaczenie każdego z nich. Kreml karmił ludzi przyszłym rajem, ale nie zapomniał o hurysach w ziemskim raju.

Teraz, w czasie wojny, głód wygnał kobiety na ulicę. Nie dotyczy to pończoch jedwabnych, paryskich perfum ani towarów luksusowych. NIE. Za kromkę chleba lub puszkę jedzenia. A co najstraszniejsze, pierwszymi ofiarami zostali studenci, rosnące kadry radzieckiej inteligencji. Wykształcenie wyższe okupiono wysoką ceną.

W zakładzie nr 645 w biurze projektowym pracowało dwóch starszych mężczyzn: Nikanor Iwanowicz i Piotr Jewstigniejewicz. Obaj od dawna byli emerytami, ale głód zmusił ich do powrotu do pracy; utrzymanie się z emerytury było absolutnie niemożliwe. Nikanor Iwanowicz był kiedyś sławnym inżynierem lotniczym. Jeszcze przed I wojną światową pracował we Francji w fabrykach Bleriot, gdzie konstruował pierwsze na świecie samoloty. Osobiście znał wszystkich ojców rosyjskiego lotnictwa: Żukowskiego, Sikorskiego, Piontkowskiego. W czasach Związku Radzieckiego ciężko pracował na polu lotnictwa i z dumą pokazywał liczne certyfikaty zasług, nagrody i wycinki z gazet ze swoim nazwiskiem. Teraz była to już tylko bezbronna ruina. Zatrudnili go w fabryce raczej z litości, bo ze względu na podeszły wiek nie był już w stanie pracować.

Już wczesnym rankiem Nikanor Iwanowicz i Piotr Jewstigniejewicz siadali przy stole w najdalszym kącie i, odgradzając się od świata zewnętrznego deską kreślarską, zaczynali rozmowę o potrawach, których próbowali w ciągu swojego długiego życia. Każdego dnia, gdy się spotykali, spieszyli się, by opowiedzieć sobie o jakimś nowym daniu, które odżyło w ich pamięci po latach. Siedzieli więc godzinami, dzień po dniu, opowiadając sobie historie, śliniąc się i próbując prześcignąć się nawzajem. Czasem kłócili się nawet o metodę przygotowania sosu a'la Jean albo o przepis na marynowane grzyby. Ale wkrótce ich serca nie wytrzymywały, więc znów się spotykali i szeptali, szeptali, szeptali. Inni projektanci uważali, że są oni trochę szaleni z powodu głodu.

Kiedyś podsłuchałem, jak Nikanor Iwanowicz żalił się Piotrowi Jewstigniejewiczowi: „Już trzy dni siedzę bez owsianki. Zjadłem wszystkie kalachi na naszej ulicy i nigdzie nie mogę znaleźć więcej. Kasza z kalachi, muszę przyznać, Piotrze Jewstigniejewiczu, to wspaniała rzecz. Jak prosię z kasztanami. Teraz będę musiał przekopać się przez książki – piszą tam, że są też jakieś jadalne korzenie”.

Biedny Nikanor Iwanowicz! Zjadł całą trawę na ulicy, teraz będzie musiał szukać korzeni. Dobre pożywienie dla żołądka wybitnego inżyniera, pioniera radzieckiego lotnictwa.

Dwie godziny przed przerwą obiadową Nikanor Iwanowicz wyjmował z kieszeni kamizelki imienny zegarek na grubym srebrnym łańcuszku – również będący pamiątką dawnych zasług – i kładł go przed sobą na stole. Co pięć minut spoglądał z tęsknotą i oczekiwaniem na powoli poruszające się wskazówki. Kwadrans przed kolacją zaczynał grzechotać pudełkiem, szukając łyżki i widelca, chował je do kieszeni, a następnie sprawdzał, czy kalosze dobrze trzymają się na nogach. To było przygotowanie do startu, bo w wieku siedemdziesięciu lat nie jest łatwo biegać w zawodach. W końcu nawet wyprosił u przełożonych pozwolenie na wyjście na obiad pięć minut wcześniej niż inni.

Po tych wszystkich oczekiwaniach i przygotowaniach Nikanor Iwanowicz, trzymając w dłoni złote binokle na nosie, przechodził przez dziedziniec do jadalni. Nie biegnie, nie chodzi – po prostu truchta. Tam czekał na niego obiad: na pierwsze danie zielone pomidory gotowane we wrzątku, na drugie danie owsianka z wodą i bez przypraw. Porcja jest wystarczająca dla kota, ale nie dla człowieka. Po obiedzie Nikanor Iwanowicz poświęcał dużo czasu na ostrożne skrobanie aluminiowego talerza i dokładne wylizywanie łyżki. Teraz czas wziąć się do roboty, po pracy można wyruszyć na poszukiwanie jadalnych korzeni. Stalinowska konstytucja gwarantuje wszystkim obywatelom radzieckim pracę i bezpieczeństwo na starość!

Kiedy wspominam Wasilija Wasiljewicza, mojego towarzysza ze służby w Gorkim, zawsze przypominają mi się jego opowieści o Wołdze.

„O, a wiesz jak kiedyś żyli żebracy?” – mówił Wasilij Wasiljewicz. – Można pozazdrościć! Dawniej żebrak miał trzy torby: torbę na biodra, worek na zboże i torbę lakierowaną na drobiazgi. Wsypywał mąkę do torby, machał kawałki do worka na plecach, a do lakierowanej na rękawie jajka i inne dobre rzeczy. Wtedy żebrak zbierał w jeden dzień więcej, niż ja teraz dostaję w miesiąc. Tak, żebracy żyli! Żyli szczęśliwie, przegrywali wioski w karty...

„Jak to?” – zapytałem zdziwiony.

„To bardzo proste” – tłumaczył Wasilij Wasiljewicz z poczuciem wyższości nad moim brakiem doświadczenia w sprawach z przeszłości. – „Żebracy idą drogą, słońce świeci dookoła, trawa się zieleni. Widzą w oddali wioskę, siadają na trawie i zaczynają grać w karty o tę wioskę. Kto wygra – pójdzie do tej wioski żebrać. Słowem – żebracy, ale pomyśl, jacy to byli szczęśliwi ludzie”.

Wołga słynęła dawniej z rybołówstwa. Dziś ryba wołgańska zapomniała, jak pachnieć jak ryba. Nawet niepozorne raki wypełzły na brzeg i zdechły. Wzdłuż brzegów Wołgi powstały zakłady chemiczne przeznaczone do produkcji środków obronnych, których odpady są odprowadzane bezpośrednio do rzeki. Ryby w Wołdze zniknęły, a ilość środków chemicznych w kraju nie wzrosła.

Każdy z nas chętnie wybaczy tym fabrykom zupę z jesiotra, martwe raki i wiele innych rzeczy – w końcu pomogły nam odeprzeć Niemców. Jedno nas niepokoi – te fabryki i stare kremlowskie hasła o „światowej rewolucji”. Chętnie oddamy wszystko dla potrzeb i obrony naszej ojczyzny, ale nie dla szachowej gry ludzi na Kremlu.

Rok 1944. Armia Radziecka niczym stalowy taran atakuje Niemców w najważniejszych rejonach frontu. Terytorium Związku Radzieckiego jest prawie oczyszczone z wojsk niemieckich. Oddziały czołgów pędzą w kierunku granic Rzeszy. Na tyłach, w pułkach rezerwowych, żołnierze z niecierpliwością oczekują dnia wyjścia na front. Nie z patriotyzmu. NIE. Tylko z głodu. Normy żywieniowe w regularnych oddziałach w czasie ich formowania są takie, że niektórzy żołnierze, z głodu, grzebią w śmietnikach w poszukiwaniu liści kapusty lub zamarzniętych, zgniłych ziemniaków.

„Droga do serca żołnierza wiedzie przez żołądek!” – powiedział generał Bonaparte. Stalin zmodernizował słowa wielkiego dowódcy na swój własny sposób. Wystarczy powiedzieć, że w Armii Radzieckiej obowiązuje dwanaście norm wyżywienia: 1 frontowa, 2 frontowa, 1 przyfrontowa, 2 przyfrontowa itd., aż do 12 normy, tzw. normy sanatoryjnej. Tylko dwie z tych norm są naprawdę normalne, pierwszy front i sanatorium, wszystkie pozostałe to po prostu różne stadia głodu.

Trudności czasu wojny! Wielokrotnie próbuję z całych sił usprawiedliwić przed swoim wnętrzem wszystkie okropności, które na każdym kroku rzucają mi się w oczy. W końcu jestem oficerem radzieckim, muszę wiedzieć, po co wysyłam ludzi na wojnę. Często zadaję sobie pytanie, co się stanie, gdy wygnamy ostatniego Niemca z naszej ziemi? Znów to samo co poprzednio?! Nie chcę pamiętać „bohaterskiej codzienności budownictwa socjalistycznego”.

Jeśli ktoś z zewnątrz kiedykolwiek mnie zapyta: „Opowiedz mi krótko – jak wygląda życie w Związku Radzieckim oczami zwykłego człowieka?” – to trudno mi będzie odpowiedzieć. Opowiem ci o wszystkich dobrych rzeczach, które naprawdę mamy. Poczucie dumy narodowej i wstydu z powodu zbezczeszczonej koncepcji człowieka nigdy nie pozwala mi przyznać: „Życie sowieckie?! To po prostu nagi, głodny człowiek. Ubierają go w piękne kłamstwa i karmią jeszcze piękniejszymi nadziejami. Jeśli nie jest wystarczająco szczęśliwy ze swojego szczęścia, to jest reedukowany za drutem kolczastym”.

Głód w Rosji Sowieckiej stał się problemem systemowym. Stał się narzędziem wpływu na masy – pełnomocnym członkiem Biura Politycznego, lojalnym i niezawodnym sojusznikiem Stalina.

Stary Rousseau w swoich badaniach pedagogicznych podzielił ludzkie uczucia potrzeby na sześć kategorii. Każda kolejna pojawia się w świadomości człowieka dopiero wtedy, gdy wszystkie poprzednie zostaną zaspokojone. Po poczuciu potrzeby zachowania własnego życia, na drugim miejscu plasuje się potrzeba zaspokojenia głodu, a dopiero na piątym miejscu potrzeba zaspokojenia interesów moralnych, politycznych i społecznych. Krótko mówiąc, jeśli twoje życie jest w niebezpieczeństwie, myślisz przede wszystkim o tym, jak je uratować, zapominając o jedzeniu. Z kolei, gdy jesteś głodny, myślisz tylko o jedzeniu, zapominając o wszystkim innym.

Dla człowieka radzieckiego, pod troskliwym kierownictwem Partii i rządu, wszystkie uczucia zostają zahamowane na tym drugim punkcie – głodzie. W ten sposób uwalnia się od niebezpiecznego obowiązku odczuwania potrzeb społeczno-politycznych. Człowiek chronicznie głodny bardziej myśli o tym, gdzie może kupić bochenek chleba, niż zastanawia się nad doktrynami politycznymi. Przywódcy myślą za niego. Stary Russo naprawdę nie był głupi!

Leningrad. Słowo, z którego jesteśmy dumni. Byłem tam krótko po wyzwoleniu miasta spod blokady. Nikt nie zna dokładnej liczby ofiar głodu podczas oblężenia. Gdy Niemcy zaczęli nacierać, mieszkańcy okolicznych terenów, których liczba wynosiła około ośmiu milionów, stłoczyli się w mieście. Co najmniej trzy miliony osób zmarło z głodu.

Pewnego dnia spacerowałem z oficerem wzdłuż brzegu jeziora na obrzeżach Leningradu. Tuż obok wody znajdował się niewielki cmentarz, między zaniedbanymi grobami przebijała się młoda wiosenna trawa. Moją uwagę przykuł znajdujący się nieopodal czerwony granitowy głaz. Grób był całkiem świeży. „Pilot, starszy porucznik... Zginął śmiercią bohatera w bitwie o miasto Leningrad– przeczytałem słowa wyryte w granicie.

„Szczęściarz” – powiedział mój towarzysz, który spędził całe oblężenie broniąc miasta. – „Ci, którzy przeżyli blokadę, nie są już ludźmi. Są tylko skorupami ludzi”.

„Jestem biernym zabójcą” – mówi mi inny mieszkaniec Leningradu. – „Pewien człowiek leży na ulicy w śniegu, upadł i nie może się podnieść z powodu osłabienia. Prosi mnie, żebym podał mu rękę, pomógł mu wstać – inaczej zamarznie. Ale ja nie mogę mu podać ręki, wtedy sam upadnę i już nie wstanę, zamarznę obok niego. Wlokę się dalej, zostawiając go na śmierć w śniegu”.

Z zimnym przerażeniem patrzę, jak ludzie spokojnie mi tłumaczą, że do pieczenia używa się głównie tylnych części, a najlepsza zupa powstaje z ludzkich wnętrzności – jest tam więcej wywaru. Potem następują szczegóły – okazuje się, że najbardziej esencjonalne są starsze kobiety. Moi rozmówcy podejrzanie dobrze znają ten przepis.

Ze wszystkich członków Biura Politycznego Andriej Żdanow miał najgrubszą sylwetkę. Pełnił również funkcję generalnego gubernatora Leningradu podczas oblężenia. Mówią, że musiał zachować szczególną ostrożność, żeby uniknąć upieczenia.

Każdemu żyjącemu leningradzkiemu obywatelowi dałbym złotą odznakę z gałązkami laurowymi. Od czasów Troi historia nie zna podobnego przypadku masowej odwagi cywilnej, ani podobnego miasta-bohatera. Oto bohaterstwo obywateli Leningradu. Czy były to względy strategiczne, czy też po prostu kwestia prestiżu Stalina?

Kiedy umiera jedna osoba, to jest to dramat, kiedy umierają miliony, to są tylko statystyki! Zwłaszcza gdy ogląda się to zza murów Kremla.

Tuż przed końcem wojny jadę pociągiem z frontu do Moskwy. Na dworcach kolejowych i przystankach gromadzą się tłumy obdartych kobiet ubranych w łachmany, trzymające na rękach dzieci. Dzieci mają błękitne, przezroczyste twarze, oczy zaczerwienione od skrofułów i ropiejące, wyraz twarzy obojętny, starczy – bez uśmiechu, bez radości. Dzieci wyciągają swoje chude, szkieletowe ręce: „Chleba! Chleba!”

Żołnierze odwiązują worki i w milczeniu rozdają dzieciom suchary i chleb przez okna wagonu. Każdy ma dręczącą, przygnębiającą myśl o swoich dzieciach i żonach. Pomoc ta budzi chwilowe uczucie ulgi w duszy, lecz bolesne uczucie wstydu i goryczy pozostaje przez długi czas. Jak można nakarmić cały kraj, który w milczeniu cierpi z powodu głodu, przy pomocy takiego działania?!

Wielu z nas jest zaskoczonych pewnym faktem. Na terenach wyzwolonych spod okupacji niemieckiej obrazy głodu są mniej widoczne i nie tak uderzające jak tam, gdzie władzę sprawowało Biuro Polityczne. Hitler pozostawił nienaruszony system kołchozów, system umożliwiający najdoskonalszą eksploatację ekonomiczną, ale nie miał w tej dziedzinie takiego samego doświadczenia, jakie miał jego partner z Kremla.

Kiedy niemieccy jeńcy wojenni wrócą do domów, bez wątpienia opowiedzą historie o przerażających warunkach wyżywienia w radzieckich obozach jenieckich. Z ich punktu widzenia mają rację. Warunki te były śmiertelne w porównaniu z normami europejskimi; surowy, czarny chleb był trucizną dla europejskiego żołądka.

Byłem w obozach dla niemieckich jeńców wojennych, widziałem na własne oczy warunki, w jakich żyli. Chciałbym dodać tylko jedną rzecz. Czy niemieccy jeńcy wojenni zauważyli, że ludność rosyjska po drugiej stronie drutu kolczastego była karmiona jeszcze gorzej niż jeńcy? Czy przypuszczali oni, że te tzw. „rosyjskie” warunki były uwarunkowane systemem radzieckim i że później te „rosyjskie” warunki z powodzeniem rozkwitną w Niemczech Wschodnich?

Normy żywieniowe dla radzieckich robotników były niższe niż dla jeńców wojennych. Niepracujący członkowie rodziny pracownika w ogóle nie otrzymywali żadnych kart; ci, którzy pracowali, musieli dzielić się swoimi racjami żywnościowymi z pozostałymi członkami rodziny. Jednocześnie wojenni jeńcy oficerowie, a w niektórych obozach również żołnierze, nie byli zmuszani do pracy, a ci, którzy pracowali, otrzymywali zwiększone racje żywnościowe.

Oczywiście, podstawą nie były względy humanitarne, lecz czynniki polityczne. Z jednej strony tworzono kadry nowej armii feldmarszałka Paulusa, na czele których stał komitet „Wolne Niemcy”, mający odegrać rolę kolejnego pionka w grze Kremla. Z drugiej strony, niektórzy więźniowie mogli wrócić do domów i opowiedzieć pewne rzeczy, które nie spodobałyby się Kremlowi. Były to czynniki, które w znacznym stopniu łagodziły sytuację jeńców, a których sami Rosjanie nie potrafili wykorzystać. Nie ulega wątpliwości, że niewola sowiecka była trudna, ale normalne życie wolnego obywatela Związku Radzieckiego było jeszcze trudniejsze.

Moskwa. Ostatnie dni wojny. Na moskiewskich rynkach panuje ożywiony handel. Blade, wyczerpane kobiety tłoczą się w kątach, trzymając w wyciągniętych rękach kilka kawałków cukru i jednego lub dwa śledzie. Mąż zginął na froncie, a w domu krzyczało głodne dziecko. Sprzedaje swoje skromne racje żywnościowe, aby kupić mleko dla dziecka lub chleb. Chleba, chleba! W oczach wszystkich słychać ten sam cichy krzyk, ten sam głód.

Najpopularniejszym produktem jest machorka. Machorka w torbach, machorka w woreczkach masek przeciwgazowych... 15 rubli za szklankę. „Hej, towarzyszu-obywatelu! Zapalmy trochę machorki – życie będzie słodsze!” – krzyczy beznogi inwalida o kulach, obwieszony brzęczącymi medalami i orderami.

Na rynku roi się od inwalidów – bez nóg i rąk, w frontowych szynelach i mundurach, z czerwonymi baretkami orderów za rany na piersiach. Milicja udaje, że nie zauważa gwałcicieli sowtorgowego monopolu. Jeśli któryś z funkcjonariuszy organów ścigania próbuje „zabrać” inwalidzie, powietrze wypełniają przenikliwe wrzaski: „O co walczyliśmy?! Za co przelewaliśmy krew?!” Inwalidzi z całego rynku zbierają się jak podekscytowane osy, w powietrzu powiewają kule i kije, a namiętności zaczynają płonąć. W oczach widać gniew szukający ujścia, a w otwartych, krzyczących ustach – głód.

Berlin skapitulował, a kilka dni później Niemcy skapitulowały bezwarunkowo. Ludzie myśleli, że dosłownie następnego dnia będzie łatwiej. Takie były nadzieje człowieka, który nie miał nic poza nadziejami.

Wojna ucichła. Minął pierwszy rok powojenny. Drugi dobiega końca. A oto my, ludzie sowieckich sił okupacyjnych, czytamy listy z naszej ojczyzny. Czytamy je, a te listy działają na nas jak trucizna. Tej gorzkiej świadomości sprzyja także to, co widzimy wokół siebie.

Pewnego dnia siedziałem sam na sam z Andriejem Kowtunem. Rozmawialiśmy o tym, co nas otacza tutaj w Niemczech. Stopniowo rozmowa zeszła na porównania – tam i tutaj.

„Berlińskie metro jest naprawdę do bani” – powiedział Andriej. – „Kiedy porównujesz to z Moskwą, czujesz się dobrze. Teraz łapię się na tym, że szukam w Niemczech rzeczy, które przemawiają na naszą korzyść. Trudno zgodzić się z ideą, że całe życie gonimy za cieniem. Wtedy jeszcze trudniej połączyć pracę praktyczną z pustką w duszy”.

„Tak” – zgodziłem się. – „Tutaj ludzie żyją teraźniejszością, ale my przeżyliśmy całe życie w przyszłości. Porozmawiajmy o przyszłości. Rozumiem twoje uczucia całkowicie. Naruszenie wewnętrznej harmonii – tak powiedziałby psychiatra. Jedynym lekarstwem na tę chorobę jest próba ponownego odnalezienia wiary w przyszłość”.

„Słuchaj, Grigorij” – kontynuował Andriej. – „Mamy doskonałe samoloty i czołgi, potężny przemysł. Zostawmy na boku cenę tych wszystkich rzeczy, zapomnijmy o krwi, pocie, głodzie. To wszystko przeszłość, a rezultaty są teraźniejszością. Teraz, jak się wydaje, nadszedł czas, aby wykorzystać wszystkie te osiągnięcia dla własnej korzyści. W końcu niczego nie widzieliśmy w życiu. Były tylko cele i idee – socjalizm, komunizm. Kiedy naprawdę będziemy żyć? Pamiętacie, co powiedział profesor Aleksandrow z wydziału Wyższej Szkoły Partyjnej Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Partii Komunistycznej (bolszewików): „Jeśli proletariusze innych krajów nie mogą się wyzwolić, to my wyciągniemy do nich pomocną dłoń”. Wiemy, czym jest ta „pomocna dłoń”. A co, jeśli wszystkie obietnice czasu wojny są tylko wekslem bez pokrycia?! Podczas wojny się nie bałem, ale teraz się boję... Tak, boję się”.

Andriej wyraził te same myśli i obawy, które niepokoją większość młodej radzieckiej inteligencji. Jesteśmy dumni z osiągnięć naszej ojczyzny i naszego zwycięstwa. Nie żałujemy trudów i przeciwności, które znieśliśmy, kosztem których okupiliśmy zwycięstwo i chwałę naszego kraju. Ale po przybyciu na Zachód odczuliśmy wyraźnie, że wszystko, co radziecka propaganda reklamowała jako wyjątkowe osiągnięcia władzy radzieckiej, było gigantycznym kłamstwem. Jeśli wcześniej mieliśmy wątpliwości, teraz przeradzają się one w pewność, z którą próbujemy daremnie walczyć.

Zrozumieliśmy, że jeszcze nie żyliśmy, że jedynie składamy ofiary na rzecz przyszłości. Teraz nasza wiara w tę przyszłość została zachwiana. W miarę rozwoju wydarzeń powojennych odczuwamy coraz większy niepokój. Dokąd to wszystko zmierza?

W tych latach Berlin był politycznym centrum Ziemi. Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie podczas międzynarodowego turnieju szachowego polityki międzynarodowej. Sami byliśmy pionkami w tej grze. Praktyka lat powojennych pokazała, że było to całkowite przeciwieństwo wszelkich nadziei i oczekiwań, jakie mieli rosyjscy żołnierze i oficerowie w czasie wojny. Co dalej?

„Polityka to polityka, ale życie to życie!” – Głos Andrieja brzmi mi w uszach. – „A co nam daje życie? Niemcy mają teraz ciężko, ale mają coś do zapamiętania z przeszłości, wciąż mają nadzieję na przyszłość. Pokonani?! Ha! Mogą przynajmniej mieć nadzieję, że odejdziemy i będą żyć na nowo. A na co my, zwycięzcy, możemy liczyć?!”

Minęły już dwa lata od zakończenia wojny. Teraz znaleźliśmy najgorsze potwierdzenie naszych obaw. W kraju znów panuje głód, głód znacznie dotkliwszy niż podczas wojny. Partia postanowiła raz jeszcze wziąć ludzi jeszcze mocniej w ręce, postanowiła zmusić ich do zapomnienia i porzucenia złudnych nadziei, które sama sztucznie w nich rozbudziła i podtrzymywała w krytycznym okresie wojny. Partia postanowiła po raz kolejny pokazać ludziom, kto jest prawdziwym władcą kraju i wezwała na pomoc swojego pierwszego sługę – Głód.

Jeśli dawniej głód był katastrofą naturalną, to dziś jest świadomym narzędziem politycznym w rękach Kremla. Dziś głód jest pełnomocnym członkiem Biura Politycznego.

Zegar bije rytmicznie za mną. Wstaję i rozglądam się po pokoju, jakbym był tu obcy. Patrzę na swoje nogi, ubrane w buty i niebieskie spodnie z czerwonymi lamówkami. Mój wzrok przesunął się po złotych guzikach ciemnozielonej kurtki. Twarde naramienniki błyszczą się na ramionach. Wszystko jest tak bliskie i znajome – a jednocześnie nieskończenie obce.

Ściany pokoju znikają mi z oczu. Za nimi widać ciemną, gwiaździstą noc nad Europą. Gdzieś dalej, daleko, daleko na Wschodzie leży granica ojczystej ziemi. Jest tam ciemno i cicho, cicho jak w ołowianej trumnie.


Następny rozdział
Powrót do spisu treści