1.
„Zapoznajcie się!” – przedstawia pułkownik Kondakow. – „Podpułkownik Dinaszwili”.
Ściskam dłoń mężczyzny w szarym, cywilnym garniturze. Rozpięty kołnierzyk białej koszuli bez krawata. Nieco podkreślona pogarda dla ubioru cywilnego, charakterystyczna dla zawodowych wojskowych. Wiotka twarz. Matowa, błyszcząca skóra, nieprzyzwyczajona do słońca. Zmęczony i obojętny wyraz twarzy, czarne, wyłupiaste oczy. Ten sam leniwy i obojętny uścisk wilgotnej dłoni.
Pułkownik Kondakow i ja przybyliśmy na prośbę Centralnej Grupy Operacyjnej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, aby zbadać zeznania pewnej liczby więźniów. Ponieważ sprawy te były powiązane z podobnymi materiałami znajdującymi się w departamencie pułkownika Kondakowa, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zwróciło się o konsultację i pomoc do SWA.
Pułkownik Kondakow zapoznaje się z protokołami poprzednich przesłuchań i materiałami śledztwa. Pierwszym przykładem jest przypadek byłego pracownika naukowego laboratoriów w Peenemünde, które były ośrodkiem niemieckich badań nad rakietami.
„Spóźniliśmy się trochę” – mówi podpułkownik MSW, zerkając na drzwi. – „Najpierw rozkazałem przywrócić mu ludzką postać”.
„Jak długo go tu masz?” – pyta pułkownik Kondakow.
„Jakieś siedem miesięcy” – odpowiada zaspanym głosem cywilny podpułkownik, jakby nie spał od swoich urodzin.
„Jak on do ciebie trafił?”
„Otrzymaliśmy informacje wywiadowcze... Po tym postanowiliśmy przyjrzeć mu się bliżej”.
„A dlaczego... w takiej sytuacji?” – pyta pułkownik.
„Mieszkał w strefie zachodniej, a jego matka mieszkała tutaj, w Lipsku. Zasugerowaliśmy, żeby jego matka napisała do niego list z prośbą, żeby do niej przyjechał... Cóż, musimy trzymać go pod kluczem, dopóki sprawy się nie wyjaśnią”.
„Jak matka się zgodziła?”
„Zagroziliśmy, że w przeciwnym razie zabierzemy jej sklep z warzywami. A potem – jej syn interesuje nas tylko jako przyjacielska pogawędka” – wyjaśnia podpułkownik, ziewając.
Po pewnym czasie sierżant eskorty wprowadza więźnia przez drzwi. Kredowa bladość twarzy i gorączkowy blask głęboko osadzonych oczu mówią więcej niż wszelkie wysiłki śledczego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, by nadać oskarżonemu ludzką postać.
„No to teraz zajmij się nim, a ja odpocznę” – podpułkownik ziewa ponownie i wyciąga się na stojącej pod ścianą sofie.
Szczególnie interesująca jest dla nas postać oskarżonego, inżyniera artylerii, gdyż według informacji wywiadowczych pracował on w Peenemünde w tzw. Wydziale Trzeciego Okresu. Za pierwszy okres uznawano te rodzaje broni, które zostały przetestowane w praktyce i wprowadzone do produkcji seryjnej, za drugi okres uznawano te rodzaje broni, które nie opuściły jeszcze etapu testów fabrycznych, a za trzeci okres uznawano te rodzaje broni, które istniały jedynie w obliczeniach i rysunkach. Wyniki pierwszych dwóch okresów są nam dobrze znane, ale ostatni okres jest dla nas czarną plamą, ponieważ niemal wszystkie rysunki i obliczenia zostały zniszczone w dniach kapitulacji, a w nasze ręce nie trafiły żadne dowody materialne, poza ustnymi zeznaniami kilku osób.
Z protokołów wcześniejszych przesłuchań wynika, że oskarżony pracował w grupie naukowców, której zadaniem było tworzenie rakiet obrony przeciwlotniczej. Rozwój tego projektu rozpoczął się w związku z założeniem bezwarunkowej wyższości środków napadu powietrznego aliantów nad defensywną bronią przeciwlotniczą Niemiec. Cechą szczególną zaprojektowanych pocisków była obecność w głowicy bojowej urządzeń o dużej czułości, które naprowadzały pocisk na cel i wywoływały eksplozję w jego bezpośrednim otoczeniu. Pocisk wystrzeliwany jest ze specjalnego uchwytu, bez użycia precyzyjnego celownika. Gdy pocisk osiągnie określoną odległość od zagrożonego samolotu, do akcji wkracza urządzenie naprowadzające, które samodzielnie reguluje wstępne naprowadzanie, naprowadza pocisk na cel i po osiągnięciu określonej odległości od celu detonuje ładunek. Niemcy z powodzeniem zastosowali podobną zasadę w minach magnetycznych i torpedach, które były poważnym ciosem dla floty alianckiej w pierwszym okresie wojny.
W przypadku pocisku rakietowego rozwiązanie problemu było skomplikowane ze względu na nieporównywalnie większą prędkość pocisku i celu, mniejszą masę celu oraz fakt, że samolot w dużej mierze zbudowany był z metali niemagnetycznych.
Mimo to istniały dowody na to, że Niemcom udało się znaleźć rozwiązanie problemu. Jakiej metody użyli Niemcy, aby pokonać specyficzne trudności tego zadania – radaru, fotokomórki czy jakiejś innej metody? W tej kwestii było wiele rozbieżnych zdań.
Z protokołów przesłuchań wynika, że od oskarżonego wymagano zapamiętania wszystkich obliczeń i rysunków związanych z projektem rakiety V-N. Pułkownik Kondakow prowadzi przesłuchanie w zupełnie innym kierunku. Próbuje ustalić, na podstawie dostępnych mu danych, miejsce, jakie zajmował oskarżony w skomplikowanym systemie centrum badawczego w Peenemünde. Jest dla niego oczywiste, że jedna osoba nie może znać całego zakresu prac nad projektem, jak tego wymaga Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.
„Czy zgadza się Pan kontynuować pracę w jednej z radzieckich instytucji naukowych?” – pułkownik zwraca się do więźnia.
„Już kilkakrotnie prosiłem o możliwość udowodnienia prawdziwości moich zeznań” – odpowiada oskarżony. – „Nie mogę wiele udowodnić... tutaj. Rozumiecie!”
W tym momencie szara postać, która leżała cicho na sofie, odwrócona do nas plecami, podrywa się jak sprężyna. Podpułkownik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zrywa się na nogi i zaczyna przeklinać: „Chciałeś wolności? Dlaczego uciekłeś na Zachód? Dlaczego nic tu nie mówisz?” Z wściekłością ruszył w stronę więźnia siedzącego na krześle. Ten wzrusza bezradnie ramionami i spogląda na nas z poczuciem winy przez stół, jakby przepraszał za zachowanie swojego śledczego.
„Proponuję przekazanie go generałowi…” – Pułkownik Kondakow zwraca się do śledczego i podaje nazwisko generała odpowiedzialnego za radziecką bazę badawczą w Peenemünde. – „Tam dostaniemy od niego wszystko, co będzie mógł nam dać”.
„A co jeśli ucieknie?” – śledczy patrzy na więźnia krzywo i z nieufnością.
„Towarzyszu podpułkowniku” – Kondakow uśmiecha się napięty. – „Dla nas najważniejsza jest maksymalna szybkość każdej sprawy. W tym przypadku złożę petycję do najwyższych władz o przeniesienie tego człowieka do Peenemünde”.
Skończywszy pierwszą rzecz, przechodzimy do drugiej. Mówimy tu o dość fantastycznym wynalazku. Projekt nie wyszedł jeszcze poza etap obliczeń i rysunków samego wynalazcy i nie został poddany kontroli przez oficjalne niemieckie instytucje. Zanim trafił za kratki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Poczdamie, wynalazca mieszkał we francuskiej strefie okupacyjnej Niemiec. Początkowo przedstawił swój projekt odpowiednim francuskim władzom do rozpatrzenia. W rezultacie, za pośrednictwem Francuskiej Partii Komunistycznej, zainteresowane instytucje radzieckie dowiedziały się o tym i zwróciły się o pomoc do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W aktach śledztwa nie wskazano sposobu ani trasy podróży niemieckiego wynalazcy, ale z protokołów jasno wynika, że oskarżony od dziesięciu miesięcy przebywa w piwnicach Grupy Operacyjnej w Poczdamie, gdzie wszelkimi dostępnymi „środkami śledczymi” zachęca się go do dalszej pracy nad wynalazkiem.
Przed nami stoi stosunkowo młody człowiek, inżynier zajmujący się niskim natężeniem prądu. Podczas wojny pracował w laboratoriach badawczych wiodących niemieckich firm elektrotechnicznych, specjalizujących się w telemechanice i telewizji. Długo pracował nad swoim wynalazkiem, ale projekt nabrał realnych kształtów dopiero pod koniec wojny, gdy niemieckie władze wojskowe przestały się interesować tego typu sprawami.
Oskarżony zaczyna wyjaśniać swój wynalazek. Stopniowo rozwija swoją ideę, potwierdzając ją odniesieniami do prac czołowych niemieckich naukowców z dziedziny fizyki optycznej. Jego wynalazek w formie technicznej składa się z dwóch urządzeń – czujnika i odbiornika. Czujnik, urządzenie stosunkowo miniaturowe, rozmieszczone kilka kilometrów za linią frontu wroga, pozwala na ekranie odbiornika znajdującego się w miejscu stacjonowania własnych wojsk zobaczyć to, co znajduje się między czujnikiem a odbiornikiem, czyli rozmieszczenie przeciwnika i jego środki techniczne. Połączenie szeregu czujników i odbiorników umożliwia pokrycie zasięgiem dowolnego obszaru wzdłuż frontu.
Nie wiadomo, z jakich powodów Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przetrzymywało wynalazcę w piwnicy przez dziesięć miesięcy. Z podejrzliwością charakterystyczną dla tej instytucji, śledczy zakładali, że więzień próbuje ukryć przed nimi swoją tajemnicę i wszelkimi sposobami starali się zmusić go do powiedzenia więcej, niż rzeczywiście wiedział.
Tym razem przesłuchanie pułkownika Kondakowa ma nieco inny cel niż w przypadku specjalisty od rakiet. Teraz próbuje ustalić, w jakim stopniu pomysł wynalazcy uzyskał formę technicznie wykonalną. Pułkownika interesują nie tylko uzasadnienia teoretyczne, ale także sposoby ich technicznej realizacji. Coraz częściej pojawiają się pytania dotyczące technologii komunikacji bezprzewodowej i telewizji. Ku naszemu wspólnemu zadowoleniu oskarżony zdał test z honorem. Jednocześnie z uporem dziwnym jak na mury Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, odmawia składania zeznań na temat kluczowych elementów swojego projektu. Być może obawia się, że wyrywając mu istotę wynalazku, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych po prostu wyeliminuje go jako niepotrzebnego i niewygodnego świadka.
„Czy zgadzasz się udowodnić techniczną wykonalność swojego projektu w warunkach odpowiedniej radzieckiej instytucji badawczej?” – pyta pułkownik.
Iskra nadziei błysnęła w oczach więźnia. „Panie pułkowniku, to jest jedyna rzecz, której pragnę i o którą proszę od dłuższego czasu” – odpowiada drżącym głosem.
„On kłamie, ten drań!” – odzywa się głos z kanapy, a podpułkownik MSW zrywa się na nogi. – „On po prostu szuka okazji, żeby uciec. Dlaczego zaproponował swój wynalazek Francuzom?!”
„Proponuję, aby tego człowieka przekazać do dyspozycji pułkownika Wasiliewa w Arnstadt” – podsumowuje pułkownik Kondakow, zwracając się do śledczego. – „Jeśli Wasiliew wypowie się negatywnie o jego pracy, możesz go odzyskać i rozwiązać problem według własnego uznania”.
„W takim razie uwolnisz wszystkich moich więźniów” – mruczy podpułkownik.
Resztę dnia spędzamy na przeglądaniu dokumentów będących w posiadaniu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, ale dotyczących nauki i techniki. Są to głównie materiały wywiadowcze dotyczące niemieckich naukowców i ich pracy w zachodnich strefach Niemiec. W tym miejscu należy przedstawić wartość techniczną tych naukowców i ich pracę na rzecz Związku Radzieckiego. W przypadku pozytywnej oceny, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych podejmuje praktyczne wdrożenie dalszych kroków w celu realizacji sprawy. Decyzje w sprawie wielu dokumentów podejmowały już specjalne komisje.
Wieczorem zakończyliśmy wszystkie nasze sprawy i przygotowywaliśmy się do powrotu do domu. Patrząc na zegarek i telefon leżący na stole, postanowiłem zadzwonić do Andrieja Kowtuna. Dowiedziawszy się, że jestem w Poczdamie, Andriej poprosił mnie, abym natychmiast przybył do jego biura.
Minęło kilka miesięcy od naszego pierwszego spotkania z Andriejem w moim mieszkaniu w Karlshorst. Andriej odwiedzał mnie prawie co tydzień. Czasami przybywał w środku nocy, czasami wczesnym rankiem. Kiedy proponowałem mu kolację lub śniadanie, machał ręką ze znużeniem i mówił: „Wpadłem tylko na chwilę. Będę spał tutaj, na twojej kanapie”. Początkowo te nieplanowane i bezprzyczynowe wizyty mnie zaskakiwały. Podczas naszych rozmów z chorobliwą przyjemnością wspominał nasze wspólne przygody w szkole i na studiach. Był gotów dziesiątki razy szczegółowo analizować nasze młodzieńcze romanse, dodając niezmiennie: „Och, to były dobre czasy!” Chwilami wydawało mi się, że w moim towarzystwie i w tych rozmowach szukał on ratunku od otaczającej go rzeczywistości.
Poprosiłem pułkownika Kondakowa, żeby wysadził mnie przy wejściu do budynku Centralnego Zarządu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie pracował Andriej. Kompleks kilku budynków otoczony był gołym murem, przez który przechodziły gałęzie drzew. Na punkcie kontrolnym znajdowała się już przepustka wystawiona na moje nazwisko. O zmierzchu letniego wieczoru przeszedłem przez ogród i wszedłem na drugie piętro budynku, gdzie mieściło się biuro Andrieja.
„No to zakończ swoje sprawy!” – powiedziałem wchodząc przez drzwi pokryte filcem i ceratą. – „Jedziemy do Berlina!”
„Hmm! Dla niektórych praca się kończy, a dla innych zaczyna” – mruknął Andriej.
„Po jaką cholerę mnie tu zaprosiłeś?!” – powiedziałem z pewną irytacją. Cały dzień spędzony w gabinecie podpułkownika Dinaszwilego wystarczył, abym zapragnął jak najszybciej wyjść na świeże powietrze.
„Nie martw się, Grisza! Już rozwaliłem połowę twojego domu, a ty nawet jeszcze mnie nie odwiedziłeś. Ciekawie jest tu raz przyjść” – mówi Andriej.
„Cały dzień spędziłem siedząc w podobnej kryjówce” – odpowiadam i nie potrafię ukryć niezadowolenia.
„Dzień?!” – uśmiecha się Andriej. – Czy byłeś tu kiedyś w nocy?
„Wiesz co, Andriej” – mówię. – „Nie mam teraz nastroju, żeby tu siedzieć. Jeśli chcesz, pójdziemy do teatru w Berlinie. Jeśli nie…”
„Więc chcesz iść do teatru” – przerywa Andriej. – „Tutaj też coś można zobaczyć. Czegoś takiego nie zobaczysz w żadnym teatrze”.
„Dziś nie mam nastroju…” powtarzam.
„Słuchaj, Grisza!” – Andriej zmienia ton. Udawanie opada, a głos Andrieja przypomina mi dni, gdy wiercił się na krześle obok mojego stołu kreślarskiego. Potem zaczynał pompatyczną rozmowę o wielkich ludziach i wielkich czynach, by nagle, w tonie pochlebstwa, poprosić mnie o notatki z mechaniki teoretycznej lub zapytać, do którego wykładowcy najlepiej udać się na egzamin.
„Słuchaj, Grisza!” – kontynuuje Andriej. – „Jedno pytanie interesuje mnie od dawna. Abyś mógł je zrozumieć, muszę nieco głębiej zagłębić się w przeszłość. W końcu ty i ja nie mamy przed sobą nic do ukrycia. W końcu prawdopodobnie nie ma na świecie osoby, która znałaby mnie lepiej niż ty”. Andriej przez chwilę milczy, po czym dopowiada: „Ale ja cię nie znam do dziś…”
„Co cię właściwie interesuje?” – pytam.
Andriej podchodzi do drzwi i przekręca klucz w zamku. Następnie wyciąga kilka wtyczek z gniazdek ściennych, od których kable biegną do jego biurka.
„Czy pamiętasz nasze dzieciństwo?” – mówi, odchylając się na krześle. – „Byłeś chłopcem, tak jak ja. I powinieneś był myśleć tak samo jak ja. Ale milczałeś. Wtedy byłem na ciebie zły. Dziś mogę cię za to pochwalić. Wiesz dlaczego?”
Milczę.
Po chwili wahania Andriej mówi, patrząc gdzieś pod stół: „To już przeszłość... Miałem wtedy czternaście lat... Tuż przed feriami październikowymi zostałem wezwany z klasy do gabinetu dyrektora szkoły. Był tam jeszcze jeden człowiek. Krótko mówiąc, ten człowiek zaprowadził mnie do GPU. Tam oskarżyli mnie o przyklejanie niedopałków papierosów do portretów Stalina i wszelkiego rodzaju inne działania kontrrewolucyjne. Oczywiście, wszystko było zmyślone. Potem powiedzieli, że biorąc pod uwagę mój młody wiek, zgodzą się wybaczyć mi grzechy, jeśli im pomogę. Co mogłem zrobić?! Kazali mi podpisać przysięgę współpracy i milczenia. Tak zostałem... donosicielem. Nienawidziłem Stalina z całej duszy, pisałem antyradzieckie hasła w toaletach – i sam byłem donosicielem. Nie bój się. Nie donosiłem na nikogo. Kiedy naprawdę naciskali, pisałem donosy na tych samych donosicieli. Mając powiązania z GPU, znałem kilka osób. To im nie zaszkodziło”.
Andriej przesuwa się na krześle i mówi, nie podnosząc oczu: „Wtedy byłem na ciebie zły, że nie dzieliłeś się swoimi szczerymi myślami na głos. Byłem przekonany, że myślisz tak jak ja. Teraz! Kiedy byliśmy studentami... Pamiętasz Wołodkę?” – wymienił nazwisko naszego wspólnego towarzysza, który tuż przed wojną ukończył Akademię Marynarki Wojennej im. Dzierżyńskiego.
„Jeśli żyje, to pewnie dowodzi teraz krążownikiem” – kontynuuje Andriej. – „Wołodka mówił do mnie szczerze... A ty nadal milczałeś. A potem – coraz bardziej. Wstąpiłem do Komsomołu. Ty nie. Teraz jestem w partii. Ty nie. Jestem majorem Bezpieczeństwa Państwowego i jednocześnie... – większym kontrrewolucjonistą niż wszyscy moi więźniowie razem wzięci”. Andriej spojrzał na mnie i zapytał wprost: „Czy nadal jesteś prawym obywatelem radzieckim? Dlaczego, do cholery, milczysz?!”
„Czego ode mnie chcesz?” – mówię z dziwną obojętnością. – „Przyznanie się do kontrrewolucji? Czy lojalność wobec Stalina?”
„A-a-a! Możesz na to nie odpowiadać” – Andriej macha ręką ze złością. – „Uważam cię po prostu za mojego najbliższego przyjaciela i chcę wiedzieć, jaki jesteś”.
„Do czego ci to potrzebne?” – pytam.
„Dlaczego nie wstąpiłeś do partii?” – Andriej spojrzał mi w oczy czujnym wzrokiem śledczego.
„Nie sprawia mi trudności odpowiedź na to pytanie” – mówię. – Trudniej odpowiedzieć na pytanie – dlaczego ty wstąpiłeś do partii?
„Znowu merdasz ogonem!!” – krzyczy wściekły Andriej. Z jego ust wydobywa się paskudne przekleństwo. „Nie bądź zły! Ja po prostu…” poprawia się przepraszającym głosem.
„Cała sprawa, Andriej, polega na tym, że twoje życie jest sprzeczne z twoimi przekonaniami” – mówię. – „Robię dokładnie to samo…”
„Aha! Więc dlatego nie dołączysz do partii?!” – wykrzykuje Andriej z nieukrywaną radością. Mam wrażenie, że chce mnie na czymś przyłapać.
„Niezupełnie...” – sprzeciwiam się. „Kiedy leciałem z Moskwy do Berlina, planowałem dołączyć do partii po powrocie”.
„Planowałeś?!” – powtarza drwiąco Andriej.
„Nie kłóćmy się o czasy gramatyczne, obywatelu śledczy!” – Staram się, żeby rozmowa miała humorystyczny charakter. Przez moją głowę przemknęła zabawna myśl. Zaczyna mi się wydawać, że siedzący naprzeciwko mnie major Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR podejrzewa mnie i próbuje skazać za sympatyzowanie z komunizmem.
„Grisza, żarty na bok” – mówi cicho Andriej, pochylając się do przodu i patrząc mi w oczy. – Powiedz, podlec ty, czy nie podlec?
„A ty?” – rzucam przez stół.
„Jestem ofiarą...” – szepcze Andriej i znów spogląda w dół. – „Nie mam wyboru... Ale ty jesteś wolny...” W biurze panuje martwa cisza. Potem znów rozlega się histeryczny, niemy krzyk: „Powiedz mi – jesteś podlec czy nie?!”
„Dokładam wszelkich starań, żeby zostać pełnoprawnym komunistą...” – odpowiadam zamyślony. Chcę mówić szczerze, ale moje słowa brzmią nienaturalnie i fałszywie.
Andriej siedzi chwilę w milczeniu, jakby szukał ukrytego znaczenia w moich słowach. Potem mówi spokojnie i chłodno: „Wydaje mi się, że powiedziałeś prawdę. I wydaje mi się, że mogę ci pomóc. Chcesz kochać władzę sowiecką? Czyż nie?!”
Nie otrzymawszy odpowiedzi, Andriej kontynuuje: „Miałem jednego znajomego. Teraz jest ważną osobistością w Moskwie. Więc oto, co zrobił: aresztował kogoś, oskarżył go o przygotowanie zamachu na Stalina, wysadzenie Kremla, zatrucie moskiewskiego wodociągu itd. Następnie wręczył mu gotowy protokół i powiedział: „Jeśli kochasz Stalina, to podpisz to wszystko!” Andriej śmieje się napięty i mówi: „Mogę ci też pomóc pokochać Stalina. Chcesz? Przeprowadzę mały eksperyment. To z pewnością pomoże ci w dążeniu do stania się pełnoprawnym komunistą”.
„Co powinienem zrobić?” – pytam, potajemnie zirytowany Andriejem. Cała ta rozmowa, zwłaszcza w murach Głównej Kwatery Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Niemiec, mimowolnie działa na nerwy. – „Nie podpiszę żadnych protokołów. I nie przyjdę tu, żeby cię drugi raz zobaczyć”.
„Raz ci wystarczy” – major Służby Bezpieczeństwa Państwowego uśmiecha się krzywo i spogląda na zegarek. – „Teatr wkrótce się zacznie. Nie będziesz się nudzić”.
„Teraz ani dźwięku!” – mówi Andriej i podłącza kable telefoniczne do gniazdek w ścianie. Wyjmuje akta sprawy z szuflady biurka i po sprawdzeniu papierów podnosi słuchawkę telefonu. Powtarza tę czynność kilka razy, szukając czegoś na wewnętrznym przełączniku. Sądząc z rozmów, na drugim końcu znajdują się biura podległych Andriejowi śledczych. Na koniec kiwa głową z zadowoleniem i się rozłącza.
„Akt pierwszy. Scena pierwsza. Nazwę wymyślisz później sam” – mówi Andriej półgłosem i włącza dyktafon (dyktafony to urządzenia umożliwiające dwustronną komunikację między gabinetem szefa a podległymi mu śledczymi. Dyktafony umożliwiają usłyszenie wszystkiego, co dzieje się po drugiej stronie, z taką samą wyrazistością, jakby wszystko działo się w tym pokoju. Ponadto w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych powszechnie używa się mikrodyktafonów, ukrytych w ścianach lub meblach, które umożliwiają tajne podsłuchiwanie. Operator siedzący przy stanowisku podsłuchowym ma pod ręką sprzęt do nagrywania dźwięku, umożliwiający w razie potrzeby nagranie rozmowy na taśmie), stojący na biurku. Dwa głosy przerwały ciszę wielkiego pomieszczenia. Melodyjny głos żeński mówi wyłącznie po niemiecku. Odpowiada męski głos z silnym rosyjskim akcentem.
„...Teraz, jeśli pan porucznik pozwoli, chciałabym zapytać o los mojego męża” – rozlega się kobiecy głos.
„Jedyne, co mogę ci powiedzieć na pewno, to to, że los twojego męża zależy wyłącznie od twojej pracy dla nas” – odpowiada męski głos.
„Panie poruczniku, dokładnie rok temu obiecał mi pan, że pod pewnymi warunkami mój mąż zostanie zwolniony za kilka dni” – rozlega się kobiecy głos.
„Twoja praca dla nas jest zaszczytnym obowiązkiem. Tym samym potwierdzasz jedynie swoje zaangażowanie na rzecz nowych demokratycznych Niemiec. Czy chcesz powiedzieć...?” – w głosie mężczyzny słychać groźbę.
„Nie chcę nic mówić, Herr Lieutenant. Pytam tylko o mojego męża” – rozlega się cichy, pozbawiony akcentu głos.
„Twoje materiały ostatnio nas nie zadowalają. Będzie mi bardzo przykro, jeśli będziemy zmuszeni podjąć odpowiednie środki. Może się okazać, że spotkasz swojego męża nie tam, gdzie byś chciała” – brzmi odpowiedź.
Słychać stłumiony kobiecy szloch. Tak płacze człowiek, trzymając głowę w dłoniach. Andriej kręci dźwignią dyktafonu. Następnie wyjmuje kartkę papieru z teczki i podaje mi ją. Taki jest wyrok Wojskowego Trybunału Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, który stwierdza: 25 lat ciężkich robót „za działania terrorystyczne skierowane przeciwko wojskom okupacyjnym Armii Radzieckiej”.
„Komunista od 1928 roku” – wyjaśnia Andriej. – „Spędził 8 lat w nazistowskim obozie koncentracyjnym. Miesiąc po rozpoczęciu okupacji złożył wniosek o opuszczenie partii komunistycznej. Mówił za dużo, wynik macie przed sobą. Jego żona pracuje jako tłumaczka dla Brytyjczyków. Ufają jej jako żonie ofiary faszyzmu. Po tym, jak aresztowaliśmy jej męża, ufają jej jeszcze bardziej. Do niedawna była naszą cenną agentką”.
Andriej ponownie podnosi słuchawkę, prosi o numery spraw przesłuchań w sąsiednich biurach, i jednocześnie sprawdza swoje teczki. Kiedy pytam, dlaczego nie używa dyktafonu, Andriej odpowiada: „Osoby trzecie nie powinny słyszeć, co mówią śledczy. I generalnie nie powinny wiedzieć o istnieniu i przeznaczeniu dyktafonów. Te rzeczy są tu przede wszystkim po to, aby szef mógł wewnętrznie nadzorować swoich podwładnych. Mogę w każdej chwili podsłuchiwać, co robią moi śledczy. A oni nie wiedzą, czy moje urządzenie jest włączone, czy nie. Zabrania się odłączania dyktafonów od sieci. System radziecki w miniaturze! Szczerze mówiąc”.
W końcu znajduje to, czego potrzebuje, ponownie daje mi znak ciszy i uruchamia dźwignię magnetofonu. Tym razem słychać dwa męskie głosy, ponownie mówiące po niemiecku.
„...Ostatnio dobrze się sprawdziłeś. Teraz dajemy ci bardziej odpowiedzialną pracę” – rozbrzmiewa głos z akcentem. – „Byłeś kiedyś aktywnym członkiem Narodowosocjalistycznej Partii. Staramy się dać ludziom możliwość naprawienia błędów z przeszłości. Daliśmy ci nawet możliwość dołączenia do szeregów SED. Teraz oczekujemy, że honorowo uzasadnisz zaufanie, jakim cię obdarzono”.
„Panie kapitanie, mimo że z powodu okoliczności należałem do szeregów NSDAP, zawsze sympatyzowałem z ideami komunizmu i z optymizmem spoglądałem na Wschód” – słychać głos bez akcentu.
Dziś w szeregach SED jest znaczna liczba osób, które wcześniej sympatyzowały z ideami nacjonalizmu – rozbrzmiewa pierwszy głos. – Możliwe, że nawet teraz nadal sympatyzują z tymi ideami. Jesteśmy bardzo zainteresowani tymi nacjonalistycznymi tendencjami wśród członków SED. Tacy ludzie, kryjący się za legitymacją partyjną SED, w rzeczywistości pracują na rzecz restauracji faszyzmu i są najgorszymi wrogami nowych, demokratycznych Niemiec…"
„O tak! Rozumiem pana, Herr Kapitan!” – zgadza się rozmówca.
„No i to tyle!” – kontynuuje głos kapitana Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. – „Jako byłemu narodowemu socjaliście, ludzie o podobnym nastawieniu naturalnie ufają tobie bardziej niż komukolwiek innemu. Twoim zadaniem będzie nie tylko wysłuchanie wszystkich wypowiedzi na ten temat, ale także zbadanie nastrojów twoich kolegów w tej sprawie. Osobiście powierzam następujące osoby twojej szczególnej uwadze...” Poniżej wymieniono szereg nazwisk.
„Jakieś szczegółowe instrukcje, Herr Kapitan?” – pyta niewidzialny Niemiec tonem rzeczowym.
„Szczególnie interesuje nas to, co następuje” – wyjaśnia kapitan MSW. – „Być może usłyszycie wśród członków SED stwierdzenie, że polityka towarzysza Stalina jest odstępstwem od idei marksizmu i komunizmu, że ustrój radziecki nie ma nic wspólnego z socjalizmem, że braterska przyjaźń Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i postępowych partii krajów nowej demokracji jest po prostu wasalną zależnością. Być może któryś z waszych towarzyszy partyjnych wyrazi opinię, że lepiej byłoby realizować idee socjalizmu niezależnie, wysiłkami narodu niemieckiego. Musicie zrozumieć, że takie rewizjonistyczne oświadczenia są niczym więcej niż kamuflażem dla restauracji faszyzmu…”
„Och, tak! Tacy ludzie powinni być na Syberii, Herr Kapitan!” – zgadza się z przekonaniem były nazista.
„Na Syberii miejsca wystarczy dla wielu” – niejednoznacznie zauważa kapitan Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. – „Wiemy, jak karać tych, którzy są przeciwko nam. Ale wiemy też, jak nagradzać tych, którzy są nam lojalni. Jeśli honorowo wykonasz wszystkie nasze rozkazy, to zadbamy o twój dalszy awans. W przyszły piątek przyniesiesz następny materiał do mojego mieszkania. Nie powinieneś się tu pokazywać…”
Andriej wyłącza dyktafon i, przesuwając wzrokiem po dokumentach, czyta: „Szpieg Gestapo od 1934 r. Współpracuje z nami od maja 1945 r. Na podstawie jego materiałów dokonano 129 aresztowań. Z naszej rekomendacji został przyjęty jako członek SED”.
Przy stoliku naprzeciwko mnie siedzi dyżurny major Bezpieczeństwa Państwowego. Dał się ponieść emocjom i zaczął gorączkowo przeglądać papiery. Ze stalowego sejfu stojącego pod ścianą za nim wyciągnął szafkę na dokumenty. Wyciągnął stamtąd kartkę z numerem i zobaczył obszerny folder z tym numerem.
„Aha! Miłość w służbie państwa” – mówi Andriej, otwierając teczkę – „Baronowa von... Od 1923 r. – patronka instytutu zawierania małżeństw w wyższych sferach, a dorywczo – właścicielka domu publicznego. Od 1936 r. – etatowa agentka Gestapo. Od lipca 1945 r. zarejestrowana u nas. Dwóch synów – jeńcy wojenni w ZSRR. Rozkaz do szefa Administracji Obozu zakazujący ich zwalniania bez specjalnych instrukcji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Interesują cię piękne dziewczyny? Zajrzyj!”
Andriej podaje mi teczkę i wizytówkę przez stół. Na okładce teczki pogrubioną czcionką napisano numer karty indeksowej i pseudonim. W ten sposób tożsamość agenta pozostaje tajemnicą. Karta indeksowa zawiera dane osobowe. W lewym górnym rogu kartki znajduje się fotografia siwowłosej, szanowanej kobiety w koronkowym kołnierzyku.
Otwieram folder. Zawiera standardowe formularze z dołączonymi fotografiami młodych, pięknych kobiet. To są nadzorowane przez baronową. Wszystkie kobiety, jakby wybrane osobiście, są pięknościami i przynoszą chlubę filantropijnej działalności szanowanej starszej kobiety. Na każdej kartce, oprócz danych osobowych, znajduje się sekcja zatytułowana „Naruszanie danych”. Pod zdjęciem pogodnej, uśmiechniętej blondynki w tej sekcji napisano: „Narzeczony służył w SS. Od 1944 w niewoli w ZSRR. 1946 – syfilis”. Na kolejnym zdjęciu, przedstawiającym dziewczynkę o oczach gazeli, widnieje notatka: „Ojciec – członek NSDAP. Internowany w ZSRR. 1944 – nieślubne dziecko”. Na następnej stronie widnieje płonąca brunetka włoskiego typu, a na dole notatka: „Zarejestrowana na policji za prostytucję. 1946 – dziecko z czarnoskórym mężczyzną”. Wszystkie wpisy są opatrzone dokładnymi datami i danymi faktycznymi.
„Pensjonat Baronowej mieści się w sektorze amerykańskim” – wyjaśnia Andriej. – „Odpowiada temu pole działania”. Zabiera mi z rąk kartkę ze zdjęciem dziewczynki o oczach gazeli, patrzy na numer kontrolny u góry, po czym bierze ze stołu drugą teczkę z tym samym numerem i wręcza mi ją: „Patrz!”
W tym folderze znajdują się materiały wywiadowcze otrzymane od dziewczyny o oczach gazeli. Fotografie amerykańskich żołnierzy w mundurach. Liczby. Daty. Listy miłosne jako próbki pisma odręcznego. Charakterystyki określające miejsce służby i stanowisko, styl życia, poglądy polityczne, adres zamieszkania w Ameryce.
„Dlaczego amerykański adres?” – pytam.
„W razie potrzeby zawsze mamy możliwość skontaktowania się z osobą, która nas interesuje” – odpowiada Andriej. – Tam jest nam jeszcze łatwiej niż tutaj.
Major Bezpieczeństwa Państwa wskazuje palcem na jedną z sekcji teczki. Oto starannie posegregowane fotografie dziewczyny o oczach gazeli, zrobione w towarzystwie amerykańskiego porucznika. Na pierwszy ogień idą zdjęcia amatorskie, wykonane aparatem Leica, odzwierciedlające wszystkie etapy rozwoju znajomości. Następnie na oddzielnej kartce, starannie ponumerowane i datowane, dołączone są fotografie nieco innego typu. Technika druku przedstawia pracę automatycznej mikrokamery. Gatunek ten stanowią pocztówki pornograficzne o bardzo niecenzuralnej treści. Uchwycą nie tylko miłość bez zasłony, ale także miłość perwersyjną. Mało kto miałby przyjemność oglądać takie dzieła sztuki, w których występuje w roli głównej. Amerykański porucznik był wyraźnie widoczny na wszystkich obciążających fotografiach.
„Ten chłopak teraz pracuje też dla nas” – uśmiecha się Andriej. – „Ma młodą i bogatą narzeczoną w Ameryce. Gdy stanął przed wyborem – albo kompromitacja w oczach narzeczonej, a więc pewne zerwanie kontraktu małżeńskiego i utrata solidnego kapitału, albo nikła pomoc dla nas, wybrał to drugie. Teraz dostarcza nam dość cennych materiałów”.
„To tylko jeden z przykładów pracy baronowej” – kontynuuje. – „Ma w sumie dwadzieścia sześć kobiet, które są przeznaczone do ukierunkowanych znajomości, i trzydzieści cztery uliczne prostytutki, które dostarczają losowy materiał. Zgodnie ze wskazówkami baronowej, mamy specjalnych instruktorów zajmujących się prostytutkami we wszystkich czterech strefach Niemiec. Jak widać, przedsiębiorstwo jest zorganizowane na wielką skalę”.
„Czy to się opłaca?” – zastanawiam się.
„Więcej niż można by się spodziewać” – odpowiada major Bezpieczeństwa Państwowego. – „Prostytucja i szpiegostwo szły ręka w rękę od niepamiętnych czasów. My tylko nadaliśmy tym rzeczom nową ideologiczną podstawę. W zależności od każdego indywidualnego przypadku. Jednocześnie prawie każda z tych kobiet ma zakładnika w naszych rękach. Nasz system jest najtańszy na świecie”.
Wskazówka zegara minęła północ. Gdy podnoszę wzrok znad jasno oświetlonego biurka, wszystko wokół mnie ginie w półmroku. Okna zasłonięte są grubymi, ciemnymi zasłonami. Z ramy portretu wiszącego na ścianie za Andriejem spogląda na nas twarz o niskim czole i gęstych wąsach. Ponownie spoglądam na stół. Mały świat zamknięty w świetle lampy stołowej opowiada o człowieku zakutym w łańcuchy. Foldery na stole wiążą losy setek ludzi, którzy nie mają wyboru.
„Proszę włączyć górne światło” – proszę. Kiedy Andriej naciska przycisk na ścianie i pod sufitem błyska matowa kula, pytam: „Na pewno widziałeś ludzi skazanych na śmierć. Powiedz mi, czy często widziałeś ludzi umierających z wiarą w słuszność swojej sprawy?”
„Na początku wojny często widywałem esesmanów, zanim zostali rozstrzelani” – mówi zamyślony Andriej, pocierając czoło. – „Krzyczeli „Heil Hitler!” Kiedy byłem w partyzantce, musiałem zobaczyć, jak Niemcy wieszali Rosjan. Przed śmiercią przeklinali Niemców i krzyczeli „Niech żyje Stalin!”. Znałem osobiście niektórych z tych więźniów skazanych na śmierć. I wiedziałem, że przez całe życie nigdy nie wypowiedzieli takich słów. Ale przed śmiercią krzyczeli. Moim zdaniem to nie jest kwestia wiary, ale osobistej odwagi. Chcieli po prostu wyrazić swoją pogardę dla śmierci i wroga”.
„Teraz zajmujesz się eksterminacją wrogów państwa” – kontynuuję. – „Kapitaliści i właściciele ziemscy, mówiąc językiem historii Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików), zostali dawno wytępieni. W związku z tym ci, z którymi musimy walczyć dzisiaj, są potomkami nowego społeczeństwa. Jeśli są wrogami, to kim? Jak można ich klasyfikować? Czy są wrogami ideologicznymi, czy ludźmi, którzy ze względu na okoliczności dopuścili się przestępstw karalnych na mocy Kodeksu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych?”
„Dlaczego o to pytasz?” – Andriej podejrzliwie spojrzał w bok.
„Interesuje mnie to pytanie od jakiegoś czasu” – mówię. „Kto może odpowiedzieć na nie lepiej niż major Ministerstwa Spraw Wewnętrznych?”
„A ty sam o tym nie wiesz?”
„Chciałbym poznać Twoją opinię…”
„Do diabła z tobą, Grisza!” – mówi nagle Andriej z westchnieniem. – „Chciałem cię dręczyć i ulżyć własnej duszy. Ale ty siedzisz tam jak pień, a nawet dłubiesz w mojej duszy. Jakby przypadkiem zadajesz mi pytanie, które wisi nade mną od dawna, jak topór”.
Andriej mówi powoli. Słowa z trudem wydobywają się z jego piersi, jakby wahał się, czy wypowiedzieć swoje myśli na głos: „Jeśli mówimy o wrogach ideologicznych, to naszym dzisiejszym wrogiem ideologicznym jest cały naród. Ci, których skazało MSW, są po prostu ofiarami losu. Spośród stu aktów oskarżenia wydanych przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, dziewięćdziesiąt dziewięć jest czystą fikcją. Wychodzimy z założenia, że każdy jest wrogiem. I w swoim sercu, w swojej duszy jest wrogiem. Aby złapać wroga na gorącym uczynku, musisz pozwolić mu wykonać wrogą akcję. Jeśli będziemy czekać, będzie za późno. Przecież są ich miliony. Dlatego łapiemy każdego i oskarżamy o popełnienie przestępstwa. Nie zdaje sobie sprawy, że w jego duszy dojrzewają wszystkie te antypaństwowe zbrodnie, o które go oskarżamy. Postępując w ten sposób eliminujemy część potencjalnych wrogów i jednocześnie paraliżujemy wolę działania u reszty wrogiej masy. Jest to metoda prewencyjna. Rozumiesz?! Bieg historii zmusił nas do tego. Jednocześnie odkryto pozytywne skutki uboczne takiego systemu…"
Major Bezpieczeństwa Państwowego zamyślony rysuje ołówkiem na marginesach teczki leżącej na stole, po czym, nie podnosząc głowy, pyta: „Jak myślisz, jaka jest ogólna liczba więźniów w obozach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych?”
„Dla każdego normalnego człowieka liczba ta wydałaby się fantazją” – kontynuuje, nie czekając na moją odpowiedź. – „Około piętnastu milionów. Dokładność to plus minus trzy miliony. Okazuje się, że to kolosalny rezerwuar pracy. Prawie równocześnie z przejściem na prewencyjną metodę pracy organów bezpieczeństwa państwa, rozwój przemysłu wymagał ogromnej liczby rąk do pracy w tych obszarach, do których nikt dobrowolnie by nie poszedł. Tak więc metoda prewencyjna idealnie rozwiązała problem pracy. Następnie zapotrzebowanie obozów na pracę stało się jednym z czynników determinujących pracę organów śledczych. Jak widać, uzyskano system stabilnej równowagi. System ten jest nieco niemoralny, ale niezbędny i dodatkowo opłacalny dla państwa. Specjalne tajne biuletyny są wydawane najwyższym kadrom dowódczym Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w których zapewnia się ideologiczne podstawy dla wszystkich tych rzeczy. Prawo i Sprawiedliwość wychodzą z ogólnej linii Partii. Liczbę więźniów dyktuje nie Prawo i Sprawiedliwość, ale potrzeby obozów i względy polityczne”.
„Czy zapomniałeś już swoich wykładów o marksizmie-leninizmie?” – pytam. – „Pamiętasz teorię państwa w społeczeństwie komunistycznym?!”
„A-a-a-a... W społeczeństwie komunistycznym państwo stopniowo obumiera” – Andriej uśmiecha się krzywo. – „A przede wszystkim wymierają organy przymusu państwa, takie jak policja itd.”
„Wygląda na to, że wszystko jest w porządku” – mówię.
„Tak, po mojej stronie stołu wszystko jest w porządku” – mówi Andriej, wracając do rzeczywistości. – „Jeśli spojrzeć na problem z drugiej strony tego stołu... Czasami jest ciężko”.
„Wciąż nie odpowiedziałeś na moje pytanie” – mówię. – „Czy kiedykolwiek spotkałeś prawdziwych wrogów? Takich, którzy patrzyli ci w oczy i mówili – tak, jestem temu przeciwny”.
Major Bezpieczeństwa Państwowego spogląda na mnie spod brwi: „Dlaczego sam nie pójdziesz do pracy w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych? Byłbyś idealnym śledczym” – mruczy. – „Świadomie starałem się unikać tego tematu. Teraz mam żywą odpowiedź na twoje pytanie... Tylko nie chciałem ci jej pokazywać. Obawiam się, że może to wpłynąć na twoją relację ze mną osobiście”.
Andriej spojrzał na mnie z oczekiwaniem i wahał się. Wskazówka zegara, gdy podnoszę głowę od stołu, majaczy gdzieś w oddali. Wszystkie obiekty w pomieszczeniu są rozmazane. Jest już grubo po północy. Budynek znajdujący się z tyłu ogrodu żyje własnym nocnym życiem. Na korytarzu słychać stłumione dźwięki, zrozumiałe tylko dla osób zaznajomionych z pracą Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Kilkakrotnie ktoś ostrożnie puka do drzwi. Potem Andriej wychodzi z pokoju i zamyka drzwi na klucz. Naszą rozmowę przerywają częste połączenia telefoniczne.
„Dobrze!” – mówi w końcu Andriej. – „Ale proszę cię... Nie myśl o mnie nic...” Podnosi słuchawkę i dzwoni do jednego z sąsiednich pokoi: „Towarzyszu kapitanie, co u was nowego w sprawie 51-B?” Słucha raportu, po czym mówi: „Wciąż to samo? Dobrze. Zawołaj go na przesłuchanie. Przyjdę do ciebie z innym oficerem”.
Schodzimy piętro niżej. Tutaj na korytarzach nie ma już dywanów. Ściany pomalowane szarą farbą olejną. Drzwi z numerami. Tu znajdują się biura śledczych.
Wchodzimy do jednego z pomieszczeń. Kapitan w mundurze piechoty siedzi przy biurku naprzeciwko drzwi. Nad stołem wisi ten sam portret, który wisi w gabinecie Andrieja. Andriej kiwa głową w odpowiedzi na powitanie, po czym podchodzi do kanapy stojącej pod ścianą i w milczeniu zagłębia się w dokumentację śledztwa. Siadam również po cichu na drugim końcu sofy.
Pukanie do drzwi. Sierżant w zielonej czapce melduje: „Więzień 51-B, na rozkaz towarzysza kapitana!” Na progu pojawia się ciemna postać z rękami skrzyżowanymi za plecami. Drugi strażnik zamyka drzwi.
„No i co u ciebie, Kałużny?” – pyta uprzejmie kapitan.
„Co..? Dawno mnie nie widziałeś, psie..?!” – słychać chrapliwy, bulgoczący głos. Zawiera mieszankę bezgranicznej nienawiści i pogardy, ukrytego bólu i śmiertelnej udręki. A wszystko to przykryte jest wyzwaniem i groźbą płynącą z głębi duszy. To głos ludzi, który pożegnał się już z życiem i chce tylko jednego – sprzedać swoje życie po wyższej cenie.
Więzień, kołysząc się z boku na bok, podchodzi do stołu i zatrzymuje się. Nogi są szeroko rozstawione, w poszukiwaniu wsparcia. Głowa jest nienaturalnie zwrócona na bok. Ręce są skute z tyłu. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zazwyczaj stosuje kajdanki w przypadku więźniów skazanych na śmierć lub szczególnie niebezpiecznych.
Duża, muskularna postać w strzępach wojskowego munduru. Ramiona strome, lekko pochylone. Charakterystyczna postać młodego robotnika przy maszynie. „Słońce” umieszczone na blacie stołu oświetlało tylko dolną część ciała więźnia, pozostawiając resztę ciała w cieniu.
„No i czy coś sobie przypomniałeś?” – pyta kapitan, nie podnosząc głowy znad raportu z dochodzenia.
Odpowiedzią jest wściekłe, niewyraźne przekleństwo. Ciemna postać obrzuca obelgami kapitana, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, rząd radziecki i wreszcie mężczyznę w ramie portretu nad głową śledczego. „Po raz pierwszy w życiu będę mówił otwarcie…” więzień sapie i pochyla się do przodu, albo ze zmęczenia, albo z zamiarem rzucenia się na śledczego. Strażnicy stojący po obu stronach chwytają chwiejącą się postać za ramiona i siłą sadzają ją na krześle.
„A teraz porozmawiajmy spokojnie” – mówi kapitan. – „Chcesz zapalić?”
Na znak kapitana strażnicy zdejmują kajdanki. Przez kilka minut w pokoju zapada cisza. Mężczyzna na krześle łapczywie zaciąga się papierosem. Coś bulgocze i charczy w jego klatce piersiowej. Kaszlał mocno i wypluwał czarne skrzepy na dłoń.
„Tutaj, kapitanie, raduj się!” – Wyciąga rękę przez stół. W jasnym świetle lampy skrzepy krwi kołyszą się niczym czarna galareta. „Rozbili mi płuca... Gady!” – więzień sapie i wyciera krew o krawędź stołu.
„Słuchaj, Kałużny” – mówi śledczy łagodnym głosem. – „Bardzo mi przykro, że jesteś taki uparty. Przecież byłeś wzorowym obywatelem Związku Radzieckiego. Spójrz! Syn robotnika, sam robotnik, bohater Wojny Ojczyźnianej. No cóż, teraz popełniłeś błąd…”
„To nie pomyłka...” – chrypi druga strona stołu.
„Wiemy, jak docenić przeszłe zasługi” – kontynuuje kapitan. – „Pokutujcie, naprawcie błędy... A ojczyzna wam wybaczy…”
„Kim jest ta ojczyzna?” – bąbelki wydobywają się z klatki piersiowej więźnia. – „Czy wy, krwiopijcy, jesteście ojczyzną?!”
Kapitanowi trudno zachować spokój. Obraca blat stołu „słońce” tak, aby światło padało na twarz osoby siedzącej po drugiej stronie stołu. Nie ma twarzy. Zamiast twarzy widać solidną maskę z zaschniętej krwi. Włosy wyschły od krwi niczym kłująca kora. Krwawa, szarpana rana w miejscu, gdzie powinny być usta. Kiedy człowiek mówi, wypowiadanie słów przychodzi mu z trudem. Pogryziony, spuchnięty język z trudem porusza się pomiędzy pokruszonymi resztkami zębów.
„Chcę ci tylko ułatwić życie” – mówi kapitan. – „Pokaż nam pozostałych. Wtedy daję ci słowo honoru jako komunista…”
„Słowo komunisty...” – krwawy charkot tchnie bezgraniczną nienawiścią. – Ty, gadzie, słowo honoru... ilu już zastrzeliłeś? Dręczony bolesnym kaszlem cłowiek na krześle przełamuje się na pół i pluje krwią na podłogę.
„Moje słowo jest słowem Partii. Przyznaj się, a będziesz wolny” – powstrzymuje się śledczy wysiłkiem woli.
„Wolność!?” – szydzi zakrwawiona maska. – „Znam tę wolność... Jest w niebie…”
„Podpisz protokół!” – kapitan wyciąga kartkę papieru przez stół.
„Sam to napisałeś, więc sam to podpisz...” – brzmi odpowiedź.
„Podpisać!” – rozkazuje groźnie kapitan. Zapomina o obecności dwóch milczących postaci na sofie i, przeklinając, wyciąga pistolet ze stołu.
„No dalej... podpiszę..!” – więzień sapie. Zabiera protokół z przesłuchania i z całych sił kaszle krwawymi skrzepami na papier: „Proszę bardzo... Z komunistyczną pieczęcią...!” – głos skazanego na śmierć wibruje radosnym triumfem. Zakrwawiona postać z trudem podnosi się z krzesła, powoli pochyla się nad stołem w stronę lufy pistoletu: „No! Strzelaj...!”
Zakrwawiona postać, zniekształcona spazmem, przesuwa się w kierunku lufy pistoletu. Oczy więźnia spotykają się ze wzrokiem śledczego: „No, kat, teraz strzelaj...! Daj mi wolność...!”
Kapitan, w bezsilnej wściekłości, opuszcza pistolet i daje znak strażnikom stojącym po obu stronach stołu. Uderzenie kolbą automatu powala więźnia na podłogę. Bransolety stalowe klikają.
„Tak łatwo się nas nie pozbędziesz” – wycedził kapitan przez zęby. – „Wciąż będziesz nazywać śmierć swoją matką”. Mężczyzna w kajdankach leży nieruchomo na podłodze. Strażnicy gwałtownie stawiają go na nogi. Stoi niepewnie, powstrzymywany przez żołnierzy. „Postawić go w stójkę!” – kapitan wydaje rozkaz i daje znak, aby zabrać więźnia. ("Stójka" to jedna z tortur stosowanych przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Oskarżonego ustawia się twarzą do ściany i pozostawia w tej pozycji, dopóki nie zgodzi się podpisać protokołu fikcyjnego zarzutu. Jeśli oskarżony oprze się o ścianę lub usiądzie, jest bezlitośnie bity. Po „stójce” oskarżony jest gotowy podpisać każdy protokół, nawet taki, który oznacza wyrok śmierci. Dlatego osoby zaznajomione ze „stójką” wolą celowo prowokować do bicia siebie i w ten sposób unikać „stójki”. Rekord „stójki” należy do byłego członka japońskiej sekcji Kominternu, aresztowanego podczas „czystek” w latach 1935-1937. Japończyk stał w „stójce” przez 26 dni, po czym zmarł w szpitalu z powodu niewydolności serca).
Nieoczekiwanie ciemna postać rozpaczliwym szarpnięciem uwalnia się z rąk sołdatów. Skuty kajdankami więzień szaleńczym kopnięciem przewraca stół śledczego. Ten odskakuje na bok, po czym z rykiem rzuca się do przodu. Rękojeść pistoletu spada z głuchym odgłosem na głowę mężczyzny wijącego się w rękach strażników. Gorące, Po stwardniałej masce z zakrzepłej krwi rozlewają się gorące, szkarłatne strumienie.
„Towarzyszu kapitanie!” – Głos Andrieja Kowtuna brzmi ostro.
Gdy więźnia wywlekają z pokoju, kapitan, ciężko dysząc, mówi: „Towarzyszu Majorze, proszę o pozwolenie na dokończenie śledztwa i przekazanie sprawy Trybunałowi do rozpatrzenia”.
„Postępuj zgodnie z instrukcjami, które ci dałem” – odpowiada sucho Andriej i kieruje się do drzwi.
Idziemy cicho korytarzem. Za każdymi drzwiami słychać stłumione dźwięki. Dźwięki obiecujące pokusy życia w zamian za zdradę. Dźwięki, które obiecują uratowanie własnego życia w zamian za życie innych. Ci, którzy dziś jeszcze się śmieją i cieszą życiem, nie wiedzą, że los już na nich padł.
„Chciałeś sam to zobaczyć” – mówi ponuro Andriej, gdy drzwi jego biura zamykają się za nami. Wypowiada te słowa pospiesznie, jakby szukał wymówek, jakby próbował uprzedzić to, co mam do powiedzenia.
„Za co został aresztowany?” – pytam.
„Tylko za to, co cię interesowało” – mówi Andriej i znużony opada na krzesło. – „Człowiek, który mówi otwarcie – tak, jestem przeciw. Przeżył całą wojnę od pierwszego do ostatniego dnia. Był ranny wiele razy. Był wielokrotnie odznaczany. Kiedy po wojnie nadszedł czas jego demobilizacji, dobrowolnie został na służbę długoterminową. A miesiąc temu został aresztowany za antyradziecką propagandę w armii. Po aresztowaniu w końcu wybuchł. Rozdziera koszulę na piersiach i krzyczy: „Tak! Jestem temu przeciwny!"
„Przesłuchiwałeś go?” – pytam.
„Tak...” odpowiada Andriej po chwili wahania.
„Jak to wszystko wyjaśnisz?”
Niedawno był na urlopie w Rosji. Przyjechał do domu, a tam - pusto. Starą matkę zesłano na Syberię... Za kolaborację. W czasie okupacji, aby nie umrzeć z głodu, zmywała naczynia u Niemców. W 1942 roku młodszy brat został wywieziony przez Niemców na roboty do Niemiec. Po repatriacji jego brat został skazany na 10 lat w kopalniach... I w ogóle widział, co się dzieje wokół niego. Kiedy wrócił do jednostki, zaczął o tym mówić. W rezultacie... zobaczyłeś sam."
- „O jakich wspólnikach oni mówili?” – pytam.
„Och, jak zwykle” – Andriej wzruszył ramionami. – „Z jednej osoby trzeba napompować całą kontrrewolucyjną organizację”.
„Oto jasny dowód, że wszyscy są wrogami” – kontynuuje monotonnym głosem major Bezpieczeństwa Państwowego. – „Z zewnątrz był wzorowym człowiekiem sowieckim. To właśnie tacy ludzie ginęli podczas wojny krzycząc: „Niech żyje Stalin!” A kiedy kopiesz głębiej…"
„Więc uważasz go za wroga ideologicznego?” – pytam.
„On nie ma pojęcia” – odpowiada major. – „Ale on już doszedł do zaprzeczenia tego, co istnieje. Największym zagrożeniem jest to, że są ich miliony. Wystarczy rzucić tu jakąś konkretną ideę, a wszystko to wybuchnie jak beczka prochu”.
„Nie bez powodu pomysł ten został wtłoczony do STON” – dodaje w milczeniu (STON to Syberyjskie Więzienie Specjalnego Przeznaczenia. Miejsce odosobnienia dla szczególnie ważnych wrogów politycznych ZSRR, skazanych na dożywocie. Aleksiejewski ravelin z epoki stalinowskiej). {СТОН – Сибирская Тюрьма Особого Назначения} – „Władze Kremla biorą to niebezpieczeństwo pod uwagę”.
Milczę. Jakby odgadując moje myśli, Andriej bezradnie szepcze: „Co mogę zrobić?!” Potem, z niespodziewanym gniewem, krzyczy: „Po co chciałeś to zobaczyć? Mówiłem ci…”
W półmroku pokoju twarz Andrieja wyglądała na zmęczoną i postarzałą. Jego oczy są zamglone i pozbawione wyrazu. Unika mojego wzroku i leniwie przegląda dokumenty leżące na stole.
„Andriej!” – wołam głośno i odwracam klosz tak, aby snop światła padał na jego twarz. Major Bezpieczeństwa Państwa wzdryga się, podnosi głowę i patrzy na mnie ze zdziwieniem. Patrzę mu uważnie w oczy. Czarne oczy Andrieja wpatrywały się nieruchomo w stół. Źrenice się nie zwężają. Nie reagują na światło. Wtedy po raz pierwszy widzę błysk strachu w oczach Andrieja.
„Czy wiesz, co to jest reakcja świetlna?” – pytam tak delikatnie, jak to możliwe.
„Wiem...” odpowiada Andriej i cicho pochyla głowę.
„To znaczy, że osiągnąłeś punkt krytyczny” – mówię. – „Za kilka lat zostanie po tobie tylko żywy trup”.
„Ja też to wiem...” szepcze Andriej jeszcze ciszej.
„Nie masz innego wyjścia niż morfina?” – pytam i kładę rękę na ramieniu mojego szkolnego przyjaciela.
„Nie ma wyjścia, Grisza... Nie” – szepczą wargi majora Bezpieczeństwa Państwowego.
„Wiesz, czasami mnie nawiedzają... Jak to się nazywa w medycynie – natrętne myśli” – mówi Andriej głosem pozbawionym jakiegokolwiek wyrazu. – „Zapach krwi prześladuje mnie wszędzie... Nie tylko krwi... Świeża krew... Ten dywan. Te teczki. Moje własne ręce... Dlatego czasami przychodzę do ciebie tak niespodziewanie. Uciekam od tego zapachu.”
„Uspokój się, Andriusza” – mówię i podnoszę się. Zdejmuję czapkę z wieszaka i patrzę na zegarek: „Już szósta rano. Chodźmy do miasta!”
Major Bezpieczeństwa Państwa podchodzi do metalowej szafy wbudowanej w ścianę i wyjmuje cywilny ubiór. „Wszyscy mamy obowiązkowe cywilne ubranie” – wyjaśnia w odpowiedzi na moje milczące spojrzenie. – „Teraz używam tego garnituru także po to, żeby zapomnieć o tym cholernym zapachu.”
Zanim opuścił biuro, Andriej wyjął książkę z szuflady biurka i powiedział, podając mi ją: „Weź ją i przeczytaj. Nie spotkałem wielu książek takich jak ta”.
Na płóciennej okładce widzę tytuł w języku niemieckim: „...laßt alle Hoffnung fahren” („...porzućcie wszelką nadzieję” – przyp. red.) i nazwisko autorki: Irene Cordes.
„Nie mam zbyt wiele czasu na czytanie” – mówię, kartkując książkę i po szybkim rzucie oka zauważam, że traktuje ona o ZSRR. – „Już dość przeczytałem tego rodzaju bzdur. Zwłaszcza odkąd opublikowano je w 1942 r.”
„Dlatego daję ci to” – mówi Andriej. – „To jedyna niemiecka książka o ZSRR, którą powinien przeczytać każdy Niemiec. Dla mnie osobiście ma ona jeszcze jedną szczególną wartość. Ta kobieta spędziła cztery lata pod śledztwem NKWD”.
„Ale to jest książka antyradziecka. Skąd ją masz?” – pytam.
„Mamy specjalną bibliotekę. Cała antyradziecka literatura, jaka kiedykolwiek została opublikowana w języku niemieckim” – odpowiada Major Bezpieczeństwa Państwowego. „To rodzaj materiału informacyjnego dla pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych” – wyjaśnia.
Później przeczytałem książkę, którą dał mi Andriej Kowtun. Autorka, Irena Kordes, mieszkała w Moskwie z mężem. Obydwoje zostali aresztowani w okresie jeżowszczyny za to, że mówili po niemiecku na ulicy. To wystarczyło, aby NKWD oskarżyło oboje Niemców o szpiegostwo. Potem nastąpiły cztery lata tortur w celach przesłuchań złowrogich więzień Łubianki, Butyrki i innych więzień Związku Radzieckiego. Cztery lata, co w pełni uzasadnia tytuł książki, wyjętej z bram piekła Dantego. Po podpisaniu traktatu o przyjaźni z nazistowskimi Niemcami Irene Cordes została zwolniona i deportowana do Niemiec. Jej mąż zniknął bez śladu za murami NKWD.
Charakterystyczne jest, że książka została wydana w 1942 roku. Być może to wyjaśnia niewielki nakład tej książki. Prawdziwą wielkość ludzkiej duszy pokazała mała Niemka. Spędziwszy cztery lata w warunkach, w których każdy mógłby przekląć reżim, kraj i samych ludzi, którzy świadomie lub nieświadomie są winowajcami ustroju sowieckiego, Irena Cordes w całej książce nie wypowiedziała ani jednego słowa wyrzutu czy oskarżenia pod adresem ludzi. Na próżno szukałem takich miejsc. Człowiek rodzi się we krwi i bólu, a we krwi i bólu ludzie poznają się nawzajem. Spędziwszy cztery lata w piekle wraz z dziesiątkami i setkami Rosjan, którzy podzielili jej los, Irena Cordes poznała Rosjan, jak niewielu cudzoziemców ich zna.
Po przeczytaniu książki zgodziłem się ze słowami majora bezpieczeństwa państwa Andrieja Kowtuna: „Taką kobietę należy całować po rękach! Przecież przy moim stole siedziało wielu Niemców. Może mieli tę samą duszę co ta kobieta...” W głosie majora słychać było wahanie.
Pierwsze promienie wschodzącego słońca złociły czubki drzew, gdy Andriej i ja wyszliśmy z budynku w głąb ogrodu. Zapach porannej świeżości uderzył mnie w twarz. Tutaj, w promieniach słońca, obudziło się życie. Tam, za naszymi plecami, między nocą a dniem, życie drgało, krwawiło, dyszało w śmiertelnych drgawkach. Ogarnęła mnie nieodparta chęć przyspieszenia kroku, ucieczki z miejsca, w którym unosi się zapach dymiącej krwi.
Nasz samochód wjeżdża na autostradę. Andriej siedzi cicho za kierownicą. W słabym świetle wschodzącego poranka jego twarz wydaje się szara i pozbawiona życia. Prowadzi samochód gwałtownymi ruchami. Silnik ryczy i pracuje nierówno. Stalowe serce nie ma nerwów i nie może zrozumieć, dlaczego noga na pedale drży.
Gdy samochód zbliża się do Wannsee, Andriej zwalnia pedał gazu i zerkając na zegarek, proponuje: „Musisz iść do pracy o dziesiątej. Pójdziemy nad jezioro? Poleżymy na piasku przez godzinę”.
„No dalej” – zgadzam się.
Małe fale przemieszczają się po szerokiej powierzchni jeziora. Mewy latają nad falami, muskając krople wody skrzydłami. Świeży wiatr rozprasza ołowiane zmęczenie nieprzespanej nocy i odświeża ciężką głowę. Rozbieramy się i wskakujemy do wody. Im bardziej brzeg oddala się od nas, tym bardziej ogarnia mnie poczucie wolności, przestrzeni, niewytłumaczalne uczucie potrzeby płynięcia coraz dalej. Czuję dziwną wewnętrzną ulgę. To tak, jakby nadciągające fale zmywały z nas krew tej nocy.
Po pływaniu kładziemy się na piasku. Andriej obserwuje rzadkich porannych pływaków. Patrzę w niebo, po którym płyną chmury.
„No i co? Czy pomogłem ci w twoim pragnieniu zostania prawdziwym komunistą?” – pyta Andriej drewnianym głosem i próbuje się uśmiechnąć.
„Nic nowego mi nie powiedziałeś” – odpowiadam, nie poznając własnego głosu. Wydaje mi się, że jest obcy i pochodzi z bardzo daleka. „Wiele rzeczy wydaje się nieprzyjemnych, gdy przyjrzeć się im bliżej” – dodaję.
„Więc usprawiedliwiasz to wszystko?”
„Musimy starać się objąć nie tylko część, ale całość” – kontynuuję. – „Nie środek, lecz cel.”
„No więc...! Cel uświęca środki” – mówi gorzko Andriej. – „Prawdopodobnie zostaniesz lepszym bolszewikiem ode mnie.”
„Jestem produktem ery stalinowskiej…” – odpowiadam.
„Więc uważasz, że wszystko jest w porządku?”
„Chciałbym tego…”
„Czego jeszcze ci brakuje?”
„Obawiam się, że brakuje mi perspektywy” – mówię powoli. – „Kiedy rozwiążę problem celowości lub niecelowości ostatecznego celu, wtedy będzie mi łatwo... W obu przypadkach będzie łatwo... Oto moja ostatnia odpowiedź dla ciebie, Andriusza. Do tego czasu zostawmy rozmowy na takie tematy”.
Dwie dziewczynki bawią się w pobliżu, rzucając piłką tam i z powrotem. Jedna z nich, w ferworze gry, niczym młody kozioł, przeskakuje nad nami z pełną prędkością i śmieje się figlarnie. Andriej strząsa piasek ze swej owłosionej piersi i próbuje się uśmiechnąć, lecz uśmiech szybko znika z jego twarzy, ustępując miejsca wyrazowi obojętności i zmęczenia.
„Patrz!” – mówi, kiwając głową w stronę dziewcząt. – „W nich kipi życie. Ale my nie jesteśmy już zdolni do radości. Jesteśmy starzy…”
„Musisz wziąć urlop i odpocząć” – mówię.
„To nic nie pomoże” – wzdycha smutno Andriej. – „Potrzebuję czegoś jeszcze.”
„Albo musisz znaleźć wiarę, która usprawiedliwi twoją pracę, albo…” Nie wiem, co powiedzieć dalej.
„Za późno, żebym szukał, Grisza” – Andriej kręci głową i patrzy na piasek. – „Spaliłem sobie skrzydła... Teraz pełzaj…”
2.
Mała Lisa była czarującym dzieckiem. Gdy wychodziła na spacer na bulwar Gogolewskiego ze swoją starą guwernantką, ludzie relaksujący się z dziećmi na ławkach mówili z naganą do swoich maluchów: „Spójrz, jaka ona jest grzeczna! Zobacz, jak dobrze się zachowuje”. I zwracając się do sąsiadów na ławce, z zazdrością kręcili głowami: „O! Są szczęśliwe dzieci! Wyrośnie - zostanie kimś…”.
Mała Liza usłyszała te słowa, z dumą wygładziła aksamitną sukienkę i głośno zwróciła się do guwernantki po niemiecku. Ludzie szeptali za nimi ze zdziwieniem: „To pewnie obcokrajowcy…”
Ojciec Lisy należał do tych ludzi, którzy potrafią przystosować się do życia. Dołączył do partii we właściwym czasie, wiedział, jak powiedzieć to, co trzeba i gdzie trzeba, a co najważniejsze, potrafił trzymać język za zębami. Znalazł się więc w zarządzie jednego z dużych trustów handlowych w Moskwie. Wystarczająco wysoko, by móc czerpać korzyści finansowe z zajmowanego stanowiska, i wystarczająco nisko, by uniknąć ryzyka pociągnięcia do odpowiedzialności za losy przedsiębiorstwa. Roztropnie wychowywał swoich synów zgodnie z duchem swojej kariery. Udało mu się jednak wydać swoje córki za ludzi, którzy zapewnili rodzinie nie tylko dobrobyt materialny, ale i prestiż społeczny. Lisa była najmłodszą córką i ulubienicą ojca. Od wczesnego dzieciństwa przyzwyczajona była do hałaśliwych wyrazów zachwytu ze strony krewnych i znajomych oraz do naiwnej, dziecięcej zazdrości ze strony rówieśników.
Tak mijały lata. Jesienią na Bulwarze Gogolewskiego opadały liście, a wiosną pąki drzew napełniały się słodkim aromatem. Lisa ukończyła szkołę i stała się dorosłą dziewczyną. Patrzyła na życie trzeźwo. Kiedy nadszedł czas, aby wybrać swoją drogę życiową, po konsultacji z ojcem, podjęła decyzję o wstąpieniu do Moskiewskiego Instytutu Języków Obcych – MIIJ. Gwarantowało to stosunkowo łatwą naukę, a po jej ukończeniu możliwość równie łatwej pracy. Ponadto MIIJ było znane z tego, że często służyło jako brama do wielu kuszących miejsc – Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Ministerstwa Handlu Zagranicznego i innych miejsc, o których mówi się szeptem. Wśród moskiewskich dziewcząt krąży wiele tajemniczych plotek na temat ogromnego żółtego budynku na ulicy Metrostrojewskiej. Tutaj możesz usłyszeć szelest odgłosów dalekich i tajemniczych obcych krajów, tutaj słodkie aromaty Coty odurzają twoją głowę, tutaj na balach studenckich tańczą książęta z marzeń dziewcząt, ubrani w najnowsze zagraniczne stroje. Drzwi MIIA wydały się Lisie bramą do Terra Incognita.
Dzięki dobrej znajomości języka niemieckiego, którą w dzieciństwie otrzymała od swojej guwernantki, a także koneksjom ojca, Lisa bez trudu dostała się do Instytutu. Już w pierwszym roku studiów zwróciła na siebie uwagę profesorów swoim bystrym umysłem i znakomitymi osiągnięciami. Sukces w nauce był dla Lisy kwestią honoru. Jako dziecko była przyzwyczajona do powszechnego podziwu i uwielbienia dla swoich długich loków, koronkowych sukienek i drogich zabawek. Z biegiem lat uczucie to stało się dla niej bolesną potrzebą. Teraz próbowała zdobyć podziw i zazdrość otoczenia innymi sposobami. Próbowała prześcignąć innych uczniów pod każdym względem – ocenami, manierami, ubiorem. I Lisa postawiła na swoim. Profesorowie stawiali ją za wzór pracowitości. Przyjaciele krzywili się, widząc jej ekscentryczne wybryki. Młodzi mężczyźni podążali wzrokiem za jej szczupłą sylwetką, zaskoczeni jej wyzywającymi manierami i strojem.
Tak minął pierwszy rok studiów. Drugi już się rozpoczął. Pewnego ranka Lisa, jak zwykle, wbiegła po schodach Instytutu, gdy wzdłuż ulicy Metrostrojewskiej wiał zimny jesienny wiatr. Na korytarzach było zimno. Włożywszy ręce w rękawy płaszcza, Lisa pospieszyła w kierunku swojej klasy, mając nadzieję, że zdąży podzielić się nowinami z przyjaciółmi, zanim rozpocznie się wykład. Zanim zdążyła podejść do grupy studentów tłoczących się przy drzwiach sali wykładowej, lider grupy odwołał ją na bok. „Liza, wzywają cię do Wydziału Specjalnego” – powiedział surowym szeptem. – „Idź natychmiast!”
Dział Specjalny Instytutu mieścił się w pomieszczeniu obok biura rektora Instytutu. Żaden ze studentów nie znał funkcji Wydziału Specjalnego. Można się było tylko domyślać. Drzwi tego pokoju były rzadko otwierane. Ludzie nie wychodzili stamtąd, wymykali się, próbując otwierać drzwi delikatnie, a zamykać jak najciszej.
Lisa najpierw zapukała, po czym nieśmiało otworzyła drzwi do tajemniczego pokoju. Przy stole siedziała kobieta o pewnej siebie postawie, charakterystycznej dla kobiet wykonujących męską pracę. Według plotek Lisa wiedziała, że jest to szef Wydziału Specjalnego. Nie wyjmując papierosa z ust, kobieta wyjęła teczkę ze stojącej za nią żelaznej szafki i trzymała ją tak, że Lisa nie mogła zobaczyć jej zawartości. Następnie rzuciła Lisie badawcze spojrzenie, sprawdzając zdjęcie w folderze. Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Liza ze smutkiem spojrzała na dachy domów za oknem i pomyślała: „Albo mnie aresztują, albo wyrzucą z Instytutu…”
Na koniec kobieta o manierach mężczyzny podała jej przez stół zapieczętowaną kopertę i powiedziała: „Proszę zgłosić się pod ten adres o godzinie 9 wieczorem”.
Lisa spojrzała na kopertę, a listy zaczęły tańczyć przed jej oczami. Na kopercie było napisane: „Plac Łubiański. Wejście 8. Pokój 207”.
„Powiedz komendantowi swoje nazwisko” – wyjaśniła szefowa Wydziału Specjalnego. – „Będą tam na ciebie czekać.”
Tego dnia Lisa była wyjątkowo roztargniona. Prawie nie słuchała profesorów i nie mogła skupić się na notatkach. Słowa wciąż dźwięczały jej w głowie: „Plac Łubiański... Godzina dziewiąta wieczorem...” Ostrożnie otworzyła teczkę i zajrzała do środka. Szara koperta ze złowrogim adresem leżała na swoim miejscu.
Dokładnie za pięć dziewiąta Liza weszła przez oprawione w brąz drzwi składane Głównego Zarządu NKWD na placu Łubianka. Dyżurny porucznik NKWD wykonał telefon i wręczył Lizie przepustkę. Teraz ósme wejście, klatki piętr i na końcu drzwi z napisem „207”. Lisa ze ściśniętym sercem niemal bezgłośnie dotknęła drzwi kostkami palców.
„Jesteś taka precyzyjna. To dobry znak!” – powiedział młody mężczyzna w cywilnym garniturze z przyjaznym uśmiechem, otwierając drzwi. – „Proszę!” Uprzejmie wskazał na miękkie krzesło naprzeciwko biurka. Lisa machinalnie opadła na krzesło, podwijając nogi pod siebie i nie śmiąc się na nim oprzeć. Łamanym głosem podała swoje nazwisko.
„Bardzo miło mi cię poznać, bardzo miło mi cię poznać” – uśmiechnął się nieznajomy. – Czy mogę zaproponować pani papierosa?! Podał Lisie paczkę drogich papierosów leżącą po drugiej stronie stołu. Lisa, ze swoimi nieposłusznymi palcami, długo nie mogła sobie poradzić z obudową z folii aluminiowej. Na koniec ostrożnie sięgnęła po papierosa, zastanawiając się, co może oznaczać to ciepłe powitanie.
„Czy chcesz herbaty? Albo kawy?” – zapytał miły nieznajomy. Lisa była jeszcze bardziej zdezorientowana. Nie czekając na odpowiedź dziewczyny, gościnny gospodarz nacisnął przycisk na stole i minutę później przed Lisą stanęła niklowana taca z kawą, ciasteczkami i pudełkiem czekoladek.
Aby jakoś ukryć swoją niepewność i nieśmiałość, Lisa odgryzła kawałek ciasteczka. Ciasteczka wydały jej się gorzkie i nie mogła ich przełknąć.
„Dlaczego, myślisz, że cię tu zaprosiłem?” – powiedział cicho nieznajomy, zapalając papierosa i patrząc na Lisę z boku.
„Nie wiem...” odpowiedziała Lisa drżącym głosem i poczuła, że jej serce przestało bić.
„Interesujemy się tobą od dłuższego czasu” – zaczął mężczyzna w cywilnym ubraniu, odchylając się na krześle i patrząc ponad głową Lisy. „Jesteś kulturalną i atrakcyjną dziewczyną. Powiedziałbym nawet, że bardzo atrakcyjną”. Podkreślił słowo „atrakcyjny”. „Poza tym pochodzisz z dobrej radzieckiej rodziny” – kontynuował nieznajomy. – „Twój ojciec jest starym członkiem partii. W Instytucie pokazałaś się również jako aktywny członek Komsomołu. Mamy o tobie bardzo dobre opinie”.
Mężczyzna po drugiej stronie stołu zatrzymał się i spojrzał na Lisę, sprawdzając, jaki skutek wywołają jego słowa. Wyraz niepokoju powoli zniknął z twarzy Lisy, ustępując miejsca pełnemu napięcia oczekiwaniu.
„Nie tylko karzemy wrogów władzy radzieckiej” – kontynuował mężczyzna przy stole. – „Pomagamy również rozwijać kadry prawdziwych ludzi radzieckich. Oczywiście, jeśli ci ludzie okażą się godnymi obywatelami Związku Radzieckiego, oddanymi sprawie partii i towarzysza Stalina. Na podstawie opinii, jakie mamy o was, uważamy za nasz obowiązek zadbać również o wasz przyszły los”.
Mężczyzna znów zamilkł, spojrzał ponownie na Lisę, która siedziała nie podnosząc wzroku, a potem zapytał: „Powiedz mi, czy nie mamy racji, uważając cię za oddaną osobę radziecką i chcąc pomóc ci w karierze?”
„Jestem jeszcze za młoda” – powiedziała Lisa zdezorientowana. – „Jeszcze nie miałam okazji…”
„Och, tak! Rozumiem” – zgodził się mężczyzna po drugiej stronie stołu. – „Zawsze chciałaś udowodnić swoje oddanie sprawie partii, ale nigdy nie miałaś okazji. Czyż nie?”
„Tak... Zawsze starałam się...” – wyjąkała Lisa – „Zawsze uczestniczyłam w zebraniach Komsomołu...”
„Wiem. Organizacja Komsomołu poleciła cię w jak najlepszym świetle” – mężczyzna przy stole skinął głową, by uspokoić słuchaczkę. – „Jak widzisz, zdążyłem dobrze poznać twoją osobowość, zanim cię tu zaprosiłem”.
„A teraz wierzymy, że jesteś wystarczająco sumienna, aby usprawiedliwić się w praktyce” – kontynuował. – „Studiujesz w Instytucie Języków Obcych. Wiesz, że po ukończeniu studiów niektórzy absolwenci będą mieli okazję pracować z obcokrajowcami, a nawet otrzymać wyjazd służbowy do pracy za granicą. To jest największe wyróżnienie dla absolwentów. Czy nie chciałabyś znaleźć się wśród tych wybranych osób?” Głos mężczyzny po drugiej stronie stołu brzmiał łagodnie i pochlebnie.
„Oczywiście, towarzyszu!” Lisa zawołała z zapałem i natychmiast dodała ostrożnie. – „Jeśli leży to w interesie partii i rządu”. Poczuła, że tym razem wieczorna wizyta w NKWD będzie daleka od nieprzyjemnych konsekwencji, jakie sobie wyobrażała. Być może teraz dano jej jedną z tych szans, o których ludzie szepczą na korytarzach Instytutu. Lisa postanowiła wykorzystać wszystkie swoje umiejętności, aby nie przegapić tajemniczych okazji, które majaczyły na horyzoncie.
„Proszę mnie nazywać Konstantinem Aleksiejewiczem” – odparł mężczyzna siedzący przy stole przyjaznym tonem i pchnął w stronę Lisy pudełko czekoladek. – „Widzę, że jesteś mądrą dziewczyną. Praca z obcokrajowcami czy za granicą?! Wiesz, co to znaczy?! To znaczy jedwabie z Lyonu, perfumy z Paryża, najlepsze restauracje na świecie... To są specjalne stawki dla pracowników służby zagranicznej... To jest wysoka societa. Błysk, łatwe i piękne życie, pełne przyjemności... To mężczyźni u twoich stóp…"
Konstantin Aleksiejewicz wziął oddech i spojrzał na Lisę. Lisa siedziała nieruchomo, jakby była w transie. Jej oczy błyszczały z podniecenia. Nadgryziony cukierek rozpuścił się między jej palcami.
„Ale to wszystko jest możliwe tylko pod jednym warunkiem” – powiedział nowy znajomy Lisy z lekkim westchnieniem żalu i rozłożył palce na stole, jakby chciał pokazać, że droga do pięknego życia jest w zasięgu jego ręki. – „Ten stan to nasze absolutne zaufanie. A to zaufanie nie jest dane każdemu... Trzeba na nie zasłużyć”.
W ostatnich słowach Konstantina Aleksiejewicza Liza poczuła coś bezlitosnego i zimnego. Przez chwilę znów poczuła lekką bezradność i strach. W następnej chwili wahania Lizy zostały rozwiane przez jej ukochane marzenia o wspaniałym życiu, w którym wszyscy będą na nią patrzeć.
„Co powinnam zrobić?” – zapytała Lisa w sposób rzeczowy.
„O, różne zadania, które dadzą ci okazję do udowodnienia swego oddania sprawie partii” – powiedział Konstantin Aleksiejewicz tonem, jakby mówił o drobiazgach – „łatwiej to wykonać, niż wytłumaczyć”. Następnie, jakby już uzyskał zgodę dziewczyny, wyjaśnił tonem rzeczowym: „Przejdziesz dodatkowy kurs specjalnego szkolenia. Do każdego indywidualnego zadania otrzymasz odpowiednie instrukcje... i odpowiednie fundusze na niezbędne wydatki”.
„Ale może nie spełnię niektórych wymagań” – Lisa słabo próbowała zaprotestować, nie spodziewając się, że sprawy potoczą się tak szybko. – „Może po prostu nie mogę?..” Instynktownie chciała spróbować wyjścia.
„Pomożemy ci” – zapewnił ją Konstantin Aleksiejewicz. – „Poza tym, jesteśmy dobrze zaznajomieni z twoimi możliwościami na podstawie charakterystyk, które posiadamy. Teraz poproszę cię o podpisanie tego papieru!” Podał jej nad stołem standardowy formularz z miejscem na podpis.
Lisa szybko przesunęła wzrokiem po kartce. Było to zobowiązanie do współpracy i milczenia, które w razie jego złamania groziło „zastosowaniem wszelkich środków w celu ochrony bezpieczeństwa państwowego ZSRR”. Lśniące obrazy pięknej przyszłości nieco zbladły w oczach Lizy. Konstantin Aleksiejewicz zanurzył pióro w atramencie i trzymał je nad stołem. Lisa podpisała.
W ten sposób spełniło się marzenie jednej ze studentów Moskiewskiego Instytutu Języków Obcych. W ten sposób granitowa budowla na Łubiance została uzupełniona o kolejną pułapkę agenturalną. Wkrótce Lisa, nie przerywając nauki w Instytucie, została modelową syreną NKWD.
W czasie wojny w Moskwie nie było żadnych niemieckich cudzoziemców w ścisłym tego słowa znaczeniu. Dlatego Liza trafiła w kręgi nielicznych Niemców-antyfaszystów, którzy przybyli do ZSRR jako emigranci polityczni i którym udało się przetrwać niekończące się czystki. Praca ta wkrótce okazała się bezcelowa. Jedynymi niemieckimi komunistami, którzy pozostali na wolności, byli tajni agenci Łubianki. NKWD wysłało Lizę w swoje szeregi, mając nadzieję, że uda im się raz jeszcze sprawdzić wiarygodność swoich informatorów. Ale Niemcy, mądrzy z doświadczenia, głośno palili kadzidło Stalinowi i chórem powtarzali modne w tamtych latach hasło: „Zabić Niemca!” Lisa czuła się chora z powodu takiego oddania i niemożności pokazania swoich zdolności.
Po pewnym czasie Konstantin Aleksiejewicz, który był bezpośrednim przełożonym Lizy, przekonał się o jej wyjątkowo bystrym umyśle i ogólnym wykształceniu, co było stosunkowo rzadkie u kobiety. Lisa była prawdziwą mistrzynią w rozpoczynaniu i podtrzymywaniu rozmowy na każdy temat. Została przeniesiona do pracy wśród wyższych rangą działaczy partyjnych. Lizie umożliwiono odwiedzanie zamkniętych klubów różnych Komisariatów Ludowych, a nawet Klubu Komisariatu Ludowego Spraw Zagranicznych na Kuźnieckim Moście, który uważano za szczególnie uprzywilejowany.
Rezultaty pracy Lizy przechowywane są w aktach i więzieniach NKWD. Fakt, że Liza przez długi czas była przydzielona do „frontu wewnętrznego”, jest dowodem jej sukcesu. Według klasyfikacji NKWD praca z cudzoziemcami jest uważana za raczej niskokwalifikowaną. W przypadku cudzoziemców interesują ich szczegóły zewnętrzne i materiały faktograficzne. W przypadku inwigilacji „bobrów”, czyli wyższych rangą działaczy partii radzieckiej, niezbędne jest poznanie ich najgłębszych myśli i nastrojów. Ta praca jest o wiele bardziej złożona i wymaga od syreny prawdziwej sztuki.
Wiosną 1945 roku Lisa ukończyła Instytut jako jedna z najlepszych. W tym czasie wielu absolwentów było oddelegowywanych do pracy w radzieckiej administracji wojskowej w Niemczech. Lisa również znalazła się w tym nurcie. Ponownie, ze specjalnym zadaniem. Została przydzielona jako tłumaczka i jednocześnie szpieg NKWD do jednego z członków Specjalnej Komisji ds. Likwidacji – Rady Komisarzy Ludowych ZSRR, w Niemczech w celu zbadania możliwości najbardziej racjonalnego wykorzystania zasobów gospodarczych strefy radzieckiej.
Po tym, jak generał od spraw demontażu powrócił do Moskwy, Lizę przekazano do dyspozycji Wydziału Personalnego Sztabu SWA. W jej teczce osobistej znajdowała się notatka: „Nominacja do uzgodnienia z Dyrekcją Bezpieczeństwa Państwowego”. Kilka dni później Lisa została osobistą tłumaczką niemieckiego dyktatora gospodarczego, generała Szabalina.
Miałem więc okazję osobiście spotkać Lizę Steninę. Niedługo major Kuzniecow dał mi tajemnicze ostrzeżenie. Długotrwała współpraca z generałem pozwoliła mu zdobyć odpowiednie doświadczenie. Czy generał sam zgadł, jacy ludzie go otaczają? Później nabrałem przekonania, że miał powody, by nie ufać nikomu i wszystkim. Oto kilka przykładów.
Ordynans generała, Nikołaj służył kiedyś w oddziałach NKWD. Zgodnie z przyjętym w Związku Radzieckim zwyczajem osoby, które kiedyś miały jakiekolwiek powiązania z NKWD – nie tylko byli pracownicy NKWD, ale także byli więźniowie – nigdy nie tracą kontaktu z tą instytucją. Zwyczaj ten był, rzecz jasna, dobrze znany generałowi. Mikołaj, będąc ordynansem, był jednocześnie strażnikiem swego pana.
Służąca generała, Dusia. Słodka i cicha dziewczyna. Pod koniec 1945 roku wszystkie byłe repatriantki, które wcześniej pracowały na różnych niskich stanowiskach, zostały odesłane do ojczyzny. Ku zaskoczeniu wszystkich Dusia została. W tamtym czasie uważano, że było to zasługą patronatu generała. Kiedy generał powrócił do Moskwy, a Dusia nadal przebywała w Karlshorst, ludzie myśleli, że Dusia ma jakiegoś innego opiekuna. Tylko nieliczni zgadli, jaki to był opiekun.
Dusia była bardzo słodką dziewczyną. I zawsze uderzał mnie ten ślad cichego smutku i melancholii, który nigdy nie znikał ze świeżej twarzy dziewczyny. Wiedziała, jaki los spotkał jej przyjaciół repatriantów. Wiedziała, że i ją spotka ten sam los. A jednocześnie zmuszona była służyć jako narzędzie w rękach ludzi, którzy jutro mieli być jej strażnikami.
Tak więc ordynans, pokojówka i osobisty tłumacz generała byli szpiegami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Później miałem okazję zweryfikować tę informację w oficjalnych źródłach. Wydaje mi się, że generał nie był na tyle głupi, żeby tego nie zauważyć. Jeśli nie zauważyłem, wiedziałem z doświadczenia, że tak właśnie powinno być. Dla uproszczenia uważał wszystkich swoich najbliższych współpracowników za szpiegów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Wliczając mnie.
Po ostrzeżeniu Kuzniecowa zacząłem traktować Lisę ostrożniej. Potem w tajemnicę Lisy wtajemniczyli mnie jej byli przyjaciele z Instytutu, którzy pracowali jako tłumacze w Sztabie Generalnym. Oprócz niepohamowanej próżności Lisa była też osobą nieustannie chełpliwą. Przy takich założeniach „zaufanie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych” nie mogło długo pozostać tajemnicą. Później dowiedziałem się szczegółów z innych źródeł.
Pewnego wieczoru Lisa przyszła do mnie pod jakimś pretekstem. W Karlshorst panował zwyczaj odwiedzania sąsiadów bez specjalnego zaproszenia. Po okrążeniu pokoi Liza bezceremonialnie usiadła na kanapie i oświadczyła: „Grigorij Pietrowicz, jesteś złym dżentelmenem. I skąpcem na dodatek”.
W odpowiedzi na moje pytające spojrzenie, podwinęła nogi i wskazała: „Wyjmij butelkę wina z tego pudełka, a poczujemy się jak w domu”.
„Już czuję się jak w domu” – zauważyłem.
„Nie bądź taki okropny” – zamruczała Lisa. – „Wkrótce wyjeżdżam. Chociaż nie mogę cię znieść, pożegnajmy się”.
„Miłujemy się wzajemnie” westchnąłem. – „Ale jednocześnie, z jakiegoś powodu, jest mi przykro, że wyjeżdżasz.”
To był czas, kiedy Lisa, po odejściu Szabalina, spodziewała się, że zostanie przydzielona do nowej pracy. Ponieważ nie miałem konkretnych planów na wieczór, postanowiłem spędzić czas w towarzystwie Lisy.
„Więc nadal żałujesz, że się ze mną rozstajesz?” – Lisa spojrzała na mnie swoimi ciemnobrązowymi oczami. – „Przyznaj się!”
Jeśli mówimy o kobiecych wdziękach Lisy, to najbardziej pociąga mnie jej wielkomiejskie usposobienie, wykształcenie i kultura w połączeniu z bezkonkurencyjną wulgarnością. To połączenie mimowolnie przyciąga swoją nowością.
„Interesujesz mnie tak samo, jak piękna skóra węża” – przyznałem.
„Dlaczego mnie unikasz, Grigorij Pietrowicz?” – zapytała Lisa. – „W końcu, według wszelkich dowodów, ty i ja powinniśmy rozumieć się lepiej niż inni.”
„Właśnie dlatego, Liso” – powiedziałem i dotknąłem jej ramienia.
Podniosła głowę i spojrzała mi w oczy.
„Nie gniewaj się na mnie, Liso” – powiedziałem. – „Chcesz, żebym ci przepowiedział przyszłość? Słuchaj! Twój mąż będzie starszym generałem. Tylko to zaspokoi twoje potrzeby życiowe. Patrzysz na rzeczy na tyle trzeźwo, żeby zgodzić się z moją przepowiednią”.
Lisa spojrzała na mnie lekko zdezorientowana, zastanawiając się, jak ma rozumieć moje słowa – jako żart czy poważnie. Potem przemówiła pewnie i namiętnie, jakby się broniła: „Okej... Szczerość za szczerość! Tak, wyjdę za mąż za mężczyznę, który może być wysoko postawiony! Prawdopodobnie nie będzie młody. Ale czym jest tak zwana czysta miłość w porównaniu z tym, co może mi dać wysoko postawiony mąż?! Poderwę przystojnych chłopców na ulicy, a oni zrobią to, czego chcę. Ha! Miłość?! Pozwól innym biegać bez pończoch i bawić się w czystą miłość. Musisz mieć władzę, niech to będą pieniądze lub wysokie stanowisko... Wtedy, dopiero wtedy możesz zrozumieć, jak tania jest miłość…”
„Kwestia gustu!” – Wzruszyłem ramionami.
„To nie kwestia gustu, ale rozsądku” – zaprotestowała Lisa, a jej oczy błyszczały i drżały z podniecenia. – „Ty, Grigorij Pietrowicz, jesteś wystarczająco dojrzałym człowiekiem i powinieneś zrozumieć, że życie jest walką. To są silni i słabi. Jeśli chcesz żyć, to musisz być silny. Jeśli sam jesteś słaby, to służ silnym. Równość, braterstwo?! Ha! Gdzie to widziałeś? Piękne bajki dla głupców…”
„Masz bardzo krytyczne podejście do życia” – powiedziałem.
„Tak, chcę być na górze, a nie na dole” – kontynuowała Lisa, jakby w zapomnieniu. – „Życie można zrozumieć tylko patrząc na nie z góry... Do tego potrzebne są skrzydła…”
„Liso, podobasz mi się dzisiaj” – powiedziałem niemal szczerze. – „Czasami życie jest naprawdę ciężkie. Czasami szukasz pięknej bajki. Jak to się mówi – dla głupców. Ale... Czy pamiętasz opowieść o Ikarze? To bajka dla mądrych ludzi. On też chciał mieć skrzydła... Czy wiesz, jak się skończyła?”
Lisa spojrzała na mnie ze zdziwieniem. „Co przez to rozumiesz, Grigorij Pietrowicz?” – zapytała niepewnie.
„Tak po prostu... Skojarzenie” – odpowiedziałem.
Na początku 1946 roku Lisa została przydzielona jako tłumaczka do radzieckiej delegacji na proces norymberski głównych sprawców wojny. Pozostała tam około roku. W filmie dokumentalnym o procesach norymberskich można ją dostrzec wśród personelu technicznego sił alianckich na sali sądowej. Oczywiście w Norymberdze Lisa wykonywała także inną pracę, swoją główną pracę. Kto był kolejną ofiarą kremlowskiej syreny: naiwni Amerykanie, poprawni Anglicy czy dzielni Francuzi?!
Liza jest interesującą postacią jako wyraźna przedstawicielka nowego typu narodu sowieckiego. Ten typ został ukształtowany przez epokę i ma wszelkie dane, by rozwijać się w sowieckich warunkach. Dorastając w środowisku wykluczającym wolnego ducha i idee, świadomość tych ludzi automatycznie kieruje się ku materialnym aspektom życia. Siłą napędową jest tutaj chęć wspięcia się na najwyższy szczebel istniejącej drabiny społecznej. Fundusze? Ludzi takich jak Liza nauczono, aby nie myśleli o moralnej istocie swoich czynów. Moralność radziecka usprawiedliwia wszystko, co służy interesom partii.
Nie sposób nie porównywać Andrieja Kowtuna i Lizy Steniny. Obydwoje służą temu samemu celowi. Pierwszy – w duszy protestuje, ale nie ma możliwości zmiany czegokolwiek. Druga – całkowicie dobrowolnie i świadomie. Andriej już zdążył się dowiedzieć, że jest tylko bezbronnym niewolnikiem systemu. Liza nadal dąży ku górze. Być może wkrótce zapach krwi zacznie ją prześladować.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści