1.
Kiedyś, przed wojną, miałem okazję przeczytać książkę Paula de Kruifa „Czy warto żyć?” Książka ta była prawdziwym odkryciem dla Goslitizdat; w pełni wpisywała się w ówczesny kurs Biura Politycznego skierowany przeciwko „zgniłym demokracjom”, dlatego też została wydana w języku rosyjskim w ogromnym nakładzie. Na okładce widniały obdarte dzieci, wyglądające jak żywe szkielety, szukające pożywienia na wysypisku śmieci. Za nieszczęsnymi dziećmi i stertą śmieci górowały nowojorskie wieżowce. Wystarczyło spojrzeć na okładkę, żeby wiedzieć, o czym będzie książka.
Następnie zamieszczono przedmowę do rosyjskiego wydawcy podpisaną przez Paula de Kruifa. Było to tak dziwne, że przeczytałem to na głos jednemu z moich towarzyszy. Dosłownie brzmiał on następująco: „Nie mogę uważać się za proletariusza, najprawdopodobniej jestem prawdziwym burżujem, rozpieszczanym i psutym wszystkimi korzyściami mojej pozycji społecznej. Trudno mi, trzymając w jednej ręce skrzydło kuropatwy, a w drugiej kieliszek burgundzkiego wina, mówić o społecznych bolączkach i palących problemach współczesnego społeczeństwa. Ale nadal podziwiam wielki eksperyment radziecki, podnoszę prawą pięść (kuropatwą czy winem?) i mówię – „Rot Front!”*
W tym momencie mój przyjaciel Siemion nie wytrzymał już dłużej i przeklinając, z całej siły rzucił książką o ścianę. Oboje bardzo żałowaliśmy, że naiwnego Paula nie było z nami w tym pokoju. Dla kogoś może być interesujące z naukowego punktu widzenia obejrzenie rozciętego królika laboratoryjnego, ale sam królik raczej nie będzie dzielił tej przyjemności.
Oczywiście, Paul de Kruif nie kłamał, zupełnie szczerze i prawdziwie opisał niedostatki współczesnego społeczeństwa amerykańskiego. Miał najlepsze intencje, i jego książka w amerykańskich warunkach stała się bodźcem do poprawy losu wielu ludzi, a być może nawet przyczyniła się do pewnych reform społecznych.
Autorzy książki ze szczerym oburzeniem przedstawili fakty, że bezrobotni Amerykanie, pobierający zasiłki dla bezrobotnych, zmuszeni są żyć w niezwykle trudnych warunkach, jedząc tylko smażone ziemniaki i okropnie soloną wieprzowinę. Dzieci tych bezrobotnych osób, w ramach działalności charytatywnej, otrzymują dziennie zaledwie kilka litrów zwykłego mleka krowiego, choć pasteryzowanego, ale nie wzbogacanego. Po tych słowach Paul de Kruif wykrzykuje: „Czy warto żyć?”
Oczywiście, pojęcia dobra i zła są pojęciami względnymi. Być może Paul de Kruif ma rację, mówiąc, że sytuacja jest bardzo zła w porównaniu z warunkami amerykańskimi.
Człowiek radziecki chciałby zapytać: „A co z tymi radzieckimi robotnikami, którzy, pracując do upadłego i otrzymując pensję, a nie zasiłek dla bezrobotnych, bardzo, bardzo rzadko mogą sobie pozwolić na taki przysmak jak wieprzowina, solona lub tylko przysolona? A co z dziećmi tych radzieckich robotników, które nawet w najlepszych latach władzy radzieckiej widzą mniej mleka niż dzieci amerykańskich bezrobotnych? Cóż zatem można powiedzieć o tych dzieciach – czy warto było, żeby się urodziły!? Z jakiego eksperymentu cieszy się wówczas pan Paweł i do kogo podnosi prawą pięść na powitanie z okrzykiem „Rot front!”?
Teraz znowu myślę o tej książce, szczególnie o dzieciach na okładce i pytaniu autora: „Czy warto im żyć?” Teraz mamy przecież okazję zobaczyć na własne oczy dzieci demokratycznego świata, i to w kontekście pokonanych Niemiec, w kontekście trudniejszym niż w większości innych demokratycznych krajów. Teraz mamy możliwość porównania.
Pewnego dnia major Dubow i ja siedzieliśmy przy wejściu do budynku. Kilka kroków od nas, przy płocie, bawi się chłopak naszego sąsiada, Kola. Pomimo ciepłej pogody, ma na sobie gruby, watowany płaszcz. Na głowie chłopca znajduje się prawdziwa czapka oficerska z czerwoną emaliowaną gwiazdą, będąca przeróbką czapki jego ojca.
Kola skupiony jest na wybieraniu kijem brudu z ziemi. Nie nudzi się, ani nie jest szczęśliwy – jest po prostu obojętny. Jego matka wysłała go na dwór, żeby się bawił, więc się bawi. Grudki ziemi odrywają się od gałązki Koli na wszystkie strony i spadają u naszych stóp.
„Hej, robaczku!” – mówi major Dubow. – Jak masz na imię?
Kola nie patrzy na nas i udaje, że nie słyszy pytania. Kontynuuje swoją pracę i jeszcze pilniej zagłębia się w ziemię.
„Chodź tutaj” – kontynuuje Dubow. – „Czy jesteś głuchy?!”
„Mmm…” Kola jęknął w odpowiedzi i spojrzał na nas nieprzyjaźnie.
„Czy jesteś niemy?” – nalega major.
„Mmm…” – rozlega się ten sam niewyraźny dźwięk. Kola, niczym płochliwe zwierzę, odwraca się i spuszcza wzrok.
„Czemu jesteś taki brudny?” – major nie uspokaja się. – Idź i powiedz mamie, żeby cię umyła.
„Mmm…” Kola reaguje, tym razem z pewną wrogością, i uderza w płot gałązką.
„No cóż, jeśli jesteś głuchy, niemy i brudny, to wynoś się stąd, nie rzucaj w nas błotem” – kończy major, wyczerpawszy wszelkie próby nawiązania przyjaznych relacji z Kolą.
W tym momencie Kola, który dotąd milczał, wybucha dzikim rykiem i biegnie na złamanie karku, by poskarżyć się matce, że go obraziliśmy. Papierek lakmusowy radzieckiej edukacji. Kola nie zareagował na życzliwość, ale podświadomie wychwycił nawet niewypowiedzianą groźbę w słowach majora, przekształcił ją w uczucie strachu, a to na niego podziałało. Przeciwną reakcją jest narzekanie. Dziś skarży się matce, ale gdy dorośnie, będzie dobrym informatorem NKWD.
„Kiedy patrzysz na takie stworzenie, to aż żal i złość bierze” – mruczy pod nosem major, zawstydzony takim obrotem spraw, patrząc na Kolę.
Tutaj, w Niemczech, różnica między dziećmi wywodzącymi się z obu systemów jest dla nas boleśnie oczywista. Na początku zauważamy tylko zewnętrzną różnicę. Mając doświadczenie w Berlinie i obserwując uważnie, jesteśmy przekonani o istnieniu innej, o wiele głębszej różnicy. Ta różnica nie jest zewnętrzna, lecz wewnętrzna. Radzieckie dzieci sprawiają wrażenie małych, bezdusznych automatów, pozbawionych dziecięcej radości życia, swobody i niepowtarzalnego dziecięcego uroku, który jest cechą charakterystyczną tylko dla dziecka. Jest to wynik wieloletniego niszczenia rodziny przez państwo, skutek oderwania dziecka od środowiska rodzinnego. Czasami próbujemy to uzasadnić trudnymi warunkami ostatnich lat wojny. Ale to słaba wymówka. Zbyt często się do tego uciekamy, aby pójść na kompromis z własnym sumieniem.
Dzieci w Związku Radzieckim dorastają w atmosferze izolacji, nieufności i podejrzliwości. Znacznie trudniej jest nam nawiązać rozmowę czy przyjacielską relację z dzieckiem któregoś z radzieckich oficerów, który mieszka obok nas i zna nas bardzo dobrze, niż z jakimkolwiek niemieckim maluchem na ulicach Berlina.
Niemieckie dzieci urodzone w czasach Hitlera i dorastające w latach po kapitulacji nie mogą być standardem dziecka wzorcowego. Urodziły się w państwie totalitarnym, doświadczyły koszmarnych trudności wojny totalnej na współczesnych tyłach, a dziś, razem ze swoimi rodzicami, na każdym kroku odczuwają ciężar przegranej wojny. Nie mamy przed oczami żadnego innego porównania. Tym trudniej zaobserwować tę ogromną różnicę zewnętrzną i wewnętrzną u dzieci obu systemów. Przecież dzieci są naszą przyszłością!
Dziecko i jego wychowanie w wieku przedszkolnym jest niemal wyłączną rolą matki. Radziecka matka nie ma czasu dla swojego dziecka – jest albo w pracy, albo w wiecznych kolejkach w pogoni za kawałkiem chleba, za każdą drobnostką potrzebną do życia.
Charakterystyczną cechą jest to, że w Niemczech nie ma zwyczaju trzymania teściowej w domu; uważa się to za rodzinną katastrofę. A nawet niemieckie teściowe, które wydały swoje córki za mąż, wierzą, że teraz mogą jeszcze trochę „pożyć” – ścigają się na rowerach, chodzą do kina i żyją dla własnej przyjemności. W radzieckiej rodzinie, w której jest dziecko, zjawisko jest dokładnie odwrotne. Obecność teściowej w domu jest błogosławieństwem dla matki, a zwłaszcza dla dziecka. Dzieci radzieckie zazwyczaj dorastają w ramionach babć. Jeśli Niemka często zaczyna „drugą młodość” po czterdziestce i wydaniu córki za mąż, to Rosjanka w wieku czterdziestu lat nie ma praktycznie żadnego życia osobistego i poświęca się całkowicie swojej „drugiej rodzinie” – małym wnukom. W takich przypadkach można spodziewać się normalnego wychowania dziecka.
Ogólnie rzecz biorąc, niemiecka kobieta należy do swojej rodziny, amerykańska kobieta do społeczeństwa, a radziecka kobieta do państwa. Teraz pojawia się pytanie, co jest bardziej zgodne z interesami samej kobiety i całego społeczeństwa? Rezultat można najlepiej zaobserwować w naturalnej biologicznej funkcji kobiety – rodzeniu i wychowywaniu potomstwa. Kobieta epoki atomowej pozostaje tą samą matką i kontynuatorką rodzaju ludzkiego, co kobieta epoki kamienia łupanego.
Kobieta radziecka może być maszynistką lokomotywy, górniczką, murarką. Ponadto przyznano jej honorowe prawo głosowania na Stalina i bycia zakładniczką męża, gdyby zainteresowało się nim NKWD. Nie przyznano jej tylko jednego małego prawa – prawa do bycia szczęśliwą matką. Kobiety mają takie same prawa jak mężczyźni – zarówno Wania, jak i Mania byli wypalani tym samym stalinowskim słońcem.
W radzieckiej nauce pedagogicznej przez długi czas ścierały się dwie przeciwstawne teorie rozwoju dziecka. Jedna z nich, teoria dziedziczności, głosi, że w rozwoju cech psychicznych dziecka główną rolę odgrywają skłonności przekazane mu przez rodziców, tzw. geny dziedziczne. Teoria ta stała się szczególnie rozpowszechniona w pedagogice po powstaniu teorii Darwina i ukształtowaniu się samodzielnej nauki o dziedziczności gatunków – genetyki. Druga teoria, teoria środowiskowa, głosi, że dusza dziecka jest tabula rasa, czystą woskową tabliczką, na której środowisko zapisuje prawa swojego rozwoju. Teoria ta zakładała, że rozwój umysłowy dziecka jest wyłączną funkcją wpływu środowiska. Obie teorie nie są nowe; istniały w szczęśliwym współistnieniu już w czasach Pestalozziego; naturalistyczną teorię środowiska głosił Jean-Jacques Rousseau, wspominał o niej także Arystoteles. Wszyscy wielcy myśliciele byli też nauczycielami; nie można myśleć o życiu, nie myśląc o embrionach rozwoju człowieka – dzieciach.
Pedagogika radziecka, działając na wyraźne polecenie Biura Politycznego, zdecydowanie uznała teorię środowiska za swój punkt wyjścia. Państwo totalitarne zazdrośnie walczy o duszę i ciało swojego obywatela; nie chce uznawać żadnych konkurentów, żadnych genów dziedzicznych w sferze kształtowania obywatela. Pedagogika radziecka krótko, ale jasno i kategorycznie głosi, że dziecko radzieckie jest stuprocentowym produktem środowiska komunistycznego.
W tej kwestii całkowicie zgadzam się z Biurem Politycznym. Uwalnia nas to od niezwykle nieprzyjemnego poszukiwania przyczyny kolosalnej różnicy między dziećmi radzieckimi a ich niemieckimi rówieśnikami. Dla mnie, nie tylko dla mnie, ale dla wielu z nas, radzieckich oficerów w Niemczech, jest to cholernie bolesne i obraźliwe, gdy wyciągamy niekorzystne wnioski na temat naszych radzieckich dzieci; po prostu uważamy je za dzieci rosyjskie. Biuro Polityczne, za pośrednictwem Ministerstwa Edukacji, uwalnia nas od tych ponurych myśli, samo przyznając, że dzieci radzieckie są produktem państwa totalitarnego, a nie rosyjskich genów.
Zróbmy krótką wycieczkę w rejon stalinowskiej „kuźni kadr”.
W okresie poszukiwań nowych form w dziedzinie pedagogiki Biuro Polityczne budowało system kształcenia obywateli radzieckich na tendencyjnym programie szkół i na politycznych organizacjach młodzieżowych – oddziałach pionierskich i Komsomole. Służba państwu miała tutaj swój początek. Pionier Pawlik Morozow został uznany za duchowego bohatera radzieckich dzieci. Jego wyczyn polegał na tym, że doniósł na ojca do NKWD, i ojciec został rozstrzelany. Kiedy Pawlik został zabity przez własnych braci, wierny sługa państwa został kanonizowany jako radziecki męczennik, a na jego cześć wzniesiono pomnik w pełnym mundurze pionierskim. Inne dzieci były gorąco zachęcane do pójścia w jego ślady.
Lata mijają. Państwo radzieckie coraz bardziej zaciera różnicę między formą a treścią. Po wielu latach eksperymentów z ortografią, samo Biuro Polityczne dialektycznie przechodzi od „metod perswazji” do bardziej stabilnych „metod przymusu”. W 1940 roku utworzono Komitet do Spraw Rezerw Pracy przy Radzie Komisarzy Ludowych ZSRR, zorganizowano szkoły fabryczne i zawodowe. Nabór do tych szkół odbywa się obowiązkowo od 14 roku życia, w formie mobilizacji rezerw pracowniczych.
W 1943 roku wydano kolejny dekret powołujący do życia szkoły wojskowe im. Suworowa i Nachimowa. Zadaniem tych szkół wojskowych, a jest ich około czterdziestu, jest przygotowanie dzieci do kariery wojskowej od ósmego roku życia w koszarach.
Kiedyś miałem okazję odwiedzić Kalinińską Suworowską Szkołę Wojskową. Ta szkoła jest położona najbliżej Moskwy i dlatego ma największe przywileje. Charakterystyczne jest, że w Moskwie nie ma żadnej Wojskowej Szkoły Suworowa. W Kalinińskiej Szkole Wojskowej im. Suworowa miałem szczęście poznać niemal wszystkich wnuków dziadków z Biura Politycznego. Pietka Ordżonikidze siedział na łóżku bez spodni, ponieważ naprawiano jego mundurowe spodnie z szerokimi czerwonymi paskami, a zgodnie z przepisami dozwolona jest tylko jedna para spodni, i nawet sława sławnego dziadka nie pomaga w tej sprawie. Kapitan-wychowawca skarżył się na delikatną sytuację najmłodszego syna Mikojana – zaopatruje on całą szkołę w przemycane papierosy, ale umieszczanie go w pojedynczej celi jest niewygodne, jego dziadek jeszcze nie umarł i nadal mocno zasiada w Biurze Politycznym. Małe urwisy radośnie maszerowały równym krokiem i przechwalały się na każdym kroku. Niektórzy dwunasto- i trzynastolatkowie nosili na piersiach medale wojskowe, gdyż wyróżnili się w działaniach wojennych wśród partyzantów.
Z bliska wszystko nie wygląda tak strasznie – szkoły Suworowa uchodzą za uprzywilejowane placówki edukacyjne, są ubrane i żywione na koszt państwa, kandydatów jest nadwyżka i przeciętnemu dziecku nie jest łatwo się tam dostać. W Szkole Wojskowej im. Suworowa około połowę wychowanków stanowili potomkowie generałów i radzieckiej arystokracji.
Dzieciom proletariuszy trudno dostać się do szkół Suworowa, ich przeznaczeniem jest zostać takimi samymi proletariuszami jak ich rodzice, dla nich istnieją szkoły rzemieślnicze.
Z kolei podchorążowie Suworowa po ukończeniu Szkoły Suworowa nie mają prawa do podjęcia nauki nigdzie indziej niż w Szkole Oficerskiej. Losy i kariera dziecka są rozstrzygane od ósmego roku życia. Społeczeństwo bezklasowe już od najmłodszych lat zaczyna dzielić się na ściśle zamknięte kasty – uprzywilejowaną kastę wojowników i kastę proletariuszy, których zadaniem jest produktywna praca, umiarkowane rozmnażanie się i ciche umieranie dla chwały Wodza.
Państwo totalitarne osiągnęło swoją ostateczną formę. Teraz trudno oczekiwać porzucenia dwóch głównych radzieckich instytucji – kuźni zawodowych żołnierzy i zawodowych niewolników. Korzenie sięgają głęboko – w jednym przypadku od 14. roku życia, w drugim od 8. roku życia. To jest polityka długoterminowa... To nie jest etap, ale stacja końcowa.
Jedna uwaga na marginesie. Niemieckie gazety w zachodnich sektorach Berlina piszą o tajemniczym i bez śladu zniknięciu setek niemieckich dzieci, twierdząc, że dzieci te zostały „zabrane” przez władze sowieckie. Niemcy łamią sobie głowy – dlaczego?
W swojej powieści „Człowiek, który się śmieje” Victor Hugo opisał gang średniowiecznych wędrownych artystów cyrkowych, comprichicos, którzy kradli dzieci, a następnie szkolili je w swoim fachu. Średniowieczni chirurdzy poddawali te dzieci specjalnym operacjom plastycznym twarzy, które zamieniły je w dziwolągi i na zawsze przykuwały do pogardzanego zawodu klaunów scenicznych.
Obecnie kremlowscy comprichicos porywają setki dzieci w Niemczech i Grecji. Dzieci te, poprzez wieloletnią komunistyczną edukację w specjalnych szkołach dla dzieci z internatem w Związku Radzieckim, przechodzą odpowiednią operację plastyczną duszy. Kiedy nadejdzie czas, pisklęta z kremlowskiego inkubatora odegrają swoją nikczemną rolę politycznych błaznów na arenie międzynarodowej.
W 1937 roku, kiedy radziecka awantura w Hiszpanii zakończyła się niepowodzeniem, do ZSRR przywieziono tysiące hiszpańskich dzieci. Generał Franco zapewne o nich zapomniał, ale stanowią one najpotężniejszą broń Kremla w przyszłym rozwiązaniu problemu hiszpańskiego. Gdy wybije godzina i Kreml wyciągnie „rękę wyzwolenia” do Półwyspu Iberyjskiego, setki i tysiące dobrze wyszkolonych kolaborantów o hiszpańskich nazwiskach i mówiących najczystszą hiszpańską wersją języka obejmą wszystkie kluczowe stanowiska w kraju.
Polityka ta sprawdziła się już w większości krajów Europy Wschodniej, które obecnie znajdują się w strefie wpływów Związku Radzieckiego. Teraz klauni odpłacają Kremlowi stokrotnie za kapitał, który został zainwestowany w to przedsięwzięcie. Trochę niewygodne jest to, że premierzy Nowych Demokracji mają w kieszeniach radzieckie paszporty i radzieckie obywatelstwo. Ale to nie jest problem. Już niedługo narody tych krajów jednomyślnie poproszą o przyjęcie ich do wielkiej rodziny narodów ZSRR, a wówczas premierzy nie będą musieli już więcej zmieniać paszportów.
Niedawno w biurze szefa Zarządu Politycznego Kwatery Głównej Armii zwołano nadzwyczajne zebranie w sprawie poprawy pracy pedagogicznej w rosyjskich szkołach w Karlshorst. Powodem tego były pewne niezdrowe zjawiska wśród uczniów starszych klas. Wywołało to sporo hałasu za barierami berlińskiego Kremla, chociaż szczegóły utrzymywano w ścisłej tajemnicy.
Miesiąc temu jeden z uczniów 9. klasy zastrzelił w swoim mieszkaniu swojego ojca i jego młodą konkubinę. Ojciec jest członkiem partii, podpułkownikiem i pracownikiem Wydziału Prawnego Sztabu SWA. Zwyczaje wojenne najwyraźniej przypadły do gustu partyjnemu pasterzowi sprawiedliwości. Nie krępował go fakt, że wszystko to działo się na oczach jego dorosłego syna i córki, których matka pozostała w Rosji.
Siedemnastoletni syn, członek Komsomołu, po bezowocnych rozmowach, prośbach i sporach z ojcem, postanowił zwrócić się o pomoc do organizacji partyjnej. Złożył oficjalny raport Szefowi Zarządu Politycznego Sztabu SWA – przełożonemu swojego ojca po linii partyjnej. Gdy członek partii zostaje oskarżony o przestępstwo domowe lub kryminalne, organy partyjne zazwyczaj kierują się zasadą: „Nie zamiataj brudów publicznie”. Zarząd Polityczny Sztabu SWA próbował zatuszować sprawę i ograniczył się do przekazania raportu... ojcu. Konsekwencje były zgodne z oczekiwaniami. Rozwścieczony ojciec wraz ze swoją konkubentką podjęli zdecydowane kroki przeciwko buntującemu się synowi. Skończyło się tak, że syn wyrwał ojcu służbowy rewolwer i zabił ich oboje na miejscu.
Zanim jeszcze hałas wywołany tragicznym morderstwem zdążył ucichnąć, komendant Karlshorst, pułkownik Maksimow, wysłał całą kompanię żołnierzy gwardii komendantury, w pełni uzbrojonych, na dość nietypową misję bojową. Na zalesionych pustkowiach i wydmach wokół Karlshorst – jak wskazano w planie walki: na placu Kahtarinen-Spital, torze wyścigowym Karlshorst i południowym krańcu Köpenick – działała tajemnicza banda rabusiów, wywołująca panikę w okolicy. Żołnierze otrzymali surowy rozkaz, aby nie strzelać bez specjalnego rozkazu dowódcy ekspedycji, lecz spróbować złapać bandytów żywych. Ostatecznie piraci leśni okazali się uczniami szkoły w Karlshorst, a dowodził nimi syn jednego z generałów Sztabu Armii. Rabusie byli solidnie uzbrojeni – w pistolety swoich ojców, a niektórzy nawet w automaty.
Podejrzany teren przeszukano zgodnie z wszelkimi zasadami sztuki wojennej, siedzibę bandytów odnaleziono w piwnicy zniszczonego domu i zorganizowano formalne oblężenie. Dopiero po długich negocjacjach z parlamentarzystami, podczas których zwrócono się o pomoc do zdezorientowanych rodziców i nauczycieli, przywódca bandytów zgodził się skapitulować.
Charakterystyczne jest, że pierwszym warunkiem, jaki postawili potomkowie Robin Hooda, było żądanie gwarancji, że nie zostaną odesłani do Związku Radzieckiego jako kary. Dowódca ekspedycji musiał wysłać łącznika do Sztabu Armii z prośbą o odpowiednie instrukcje. Był to bardzo charakterystyczny warunek kapitulacji, który mocno poruszył Zarząd Polityczny SWA.
Wyniki w nauce w starszych klasach szkoły w Karlshorst spadły w porównaniu do szkolnictwa w ZSRR, ale absencja proporcjonalnie wzrosła. Poprawie uległy jedynie oceny z języka niemieckiego, co nie spodobało się dyrekcji szkoły. Był to dowód kontaktu ze środowiskiem niemieckim i mógł mieć nieprzyjemne konsekwencje dla kierownictwa.
Patrole komendantury wyławiają uczniów szkoły Karlshorst z ciemności berlińskich kin, do których najchętniej chodzą w godzinach szkolnych. Bardziej interesują ich filmy niemieckie niż historia Komuny Paryskiej i lekcje o konstytucji Stalina. Przeszukanie ławek uczniów starszych klas ujawniło ręcznie napisane kartki papieru z zakazanymi wierszami Siergieja Jesienina i niemoralnymi wierszami Konstantina Simonowa, które krążyły wśród żołnierzy podczas wojny. „Naciśnij wszystkie pedały, a wojna wszystko zniweczy!” Najwyraźniej wojna nie zakończyła się, lecz nadal pisze swój powojenny zapis młodości.
Wisienką na torcie było to, że szpital SWA poinformował szefa sztabu o kilku zarejestrowanych przypadkach chorób wenerycznych wśród uczniów szkół średnich. Szesnastoletnią uczennicę przewieziono do szpitala z powodu silnego krwawienia będącego wynikiem nieudanej aborcji. Inna uczennica, niemal dziecko, przez kilka miesięcy walczyła w szpitalu między życiem a śmiercią po nieudanej próbie otrucia się gazem świetlnym w związku z nieudanym romansem.
Wszystko to razem doprowadziło do zwołania nadzwyczajnego zebrania w gabinecie Szefa Zarządu Politycznego, na którym postanowiono podjąć radykalne kroki w celu poprawy komunistycznego wykształcenia radzieckiej młodzieży w Niemczech. Za najskuteczniejszy, uznany za sprawdzony środek na wszelkie choroby, należało wprowadzić w szkołach dodatkowe godziny nauki „Krótkiego kursu historii Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (b)” oraz specjalne godziny szczegółowego zapoznawania uczniów z dzieciństwem i młodością przywódców światowego proletariatu – Lenina i jego wiernego przyjaciela, towarzysza i ucznia Józefa Wissarionowicza Stalina. Jednocześnie podjęto decyzję o możliwości wysłania niepoprawnych grzeszników do Związku Radzieckiego. Dotychczas kara ta dotyczyła jedynie dorosłych mieszkańców Karlshorst.
Choć kino Capitol jest teraz zamknięte dla niemieckiej publiczności i wyświetla się tam wyłącznie ściśle ideologiczne filmy radzieckie, choć przystanek tramwajowy przeniesiono dalej od Karlshorst, to i tak trucizna powojennych Niemiec przedostaje się przez ogrodzenia i bariery berlińskiego Kremla. Wszystko to pachnie atmosferą „Pamiętnika Kostii Riabcewa” i „Alei Psów”, które w latach 20. robiły furorę w środowiskach pedagogicznych. Młodzi ludzie znajdowali się wówczas w impasie duchowym lub na rozdrożu ideologicznym, gdy stare ideały zostały już wdeptane w błoto, a nowe jeszcze nie narodziły się. Jak to teraz wytłumaczyć?
„Młodość jest barometrem naszej partii” – powiedział kiedyś Trocki. Powiedział to mając na myśli Komsomoł, ale jego słowa mają szersze znaczenie. Młodość jest barometrem ludu. Po wojnie wskazówka barometru zaczęła się chwiać. Na co ona wskazuje?!
2.
„No i jak, podobało ci się?”
„Tak, to wyjątkowy film!”
„Nie ma wątpliwości – to prawdziwe arcydzieło…”
W ciemnościach nieprzerwany strumień ludzi niesie nas tylnym wyjściem z sali kinowej Klubu Oficerskiego w Karlshorst. Niewidzialni ludzie wymieniają opinie na temat obrazu podczas spaceru.
Dziś Nadia, sekretarka organizatora partyjnego w Zarządzie Przemysłowym, zaskoczyła wszystkich swoją uprzejmością. Obeszła po kolei każdy pokój i rozdała wszystkim bilety do kina. Zapytała nawet uprzejmie, ile biletów każda osoba chce. Zwykle nie jest łatwo zdobyć bilety do kina. Za każdym razem, gdy ktoś chciał pójść do kina, musiał wcześniej zadzwonić do Nadii i poprosić ją o zamówienie biletów.
„Ach, Nadia, moje jasne słońce! Jakiż to film dzisiaj?” – zapytałem wzruszony tak niezwykłą uwagą.
„Bardzo dobry film, Grigorij Pietrowicz. „Przysięga”! Ile biletów potrzebujesz?”
„Ach-ach! Przysięga?!” – powiedziałem z szacunkiem. – „To daj mi dwa.”
O tym filmie szeroko pisały radzieckie gazety, a film wychwalano pod niebiosa jako nowe arcydzieło autentycznej sztuki filmowej. Mimo że podchodzę krytycznie do wszystkich arcydzieł, postanowiłem pojechać. Film ten zyskał tak złą sławę, że nie obejrzenie go byłoby po prostu niebezpieczne.
Po pięciu minutach spędzonych w sali kapitan Bagdasarian i ja patrzyliśmy nie tyle na ekran, co na zegar. Opuszczenie sali byłoby samobójstwem, ale oglądanie…
„Wyjdźmy na zewnątrz – myślę, że do toalety” – szepcze Bagdasarian.
„Lepiej usiądź i obserwuj, co ciekawego dzieje się na polu naukowym” – uspokajam go.
Jeśli w przedwojennych filmach radzieckich, obok Lenina, silnie eksponowana była postać Stalina, to w „Przysiędze” Lenin pełni już tylko rolę tła. Chłopi, dowiedziawszy się o ciężkiej chorobie Lenina, przybywają z odległych wiosek do Gorek. Okazuje się, że przybyli do Gorek specjalnie po to, by ze łzami w oczach błagać Stalina, by został ich przywódcą. Na całym kilometrze taśmy filmowej przysięgają mu wierność.
Ja też przysięgam. Przysięgam, że nigdy w życiu, nawet w latach przedwojennych, nie widziałem tak głupiej, ordynarnej i bezczelnej kuchni. Sam film i całe zamieszanie wokół niego nie są przypadkowe. Nic więc dziwnego, że od kilku miesięcy nasz klub nie pokazuje filmów zagranicznych.
„Wiesz, co to wszystko znaczy?” – mówi kapitan Bagdasarian, gdy wracamy do domu. – To znaczy – curykk!
„«Przysięga» nie jest sztuką” – kontynuuje. – „Pokaż coś takiego za granicą, a ludzie pomyślą, że wszyscy Rosjanie to naprawdę głupcy”.
„Oni też mają mnóstwo kiepskich filmów” – próbuję uspokoić mojego przyjaciela.
Nieliczne filmy zagraniczne wyświetlane w ZSRR były prawdziwymi arcydziełami kina światowego. Oczywiście, wyświetlanie tych filmów było tylko krótkotrwałym ustępstwem na rzecz wyższych interesów i zawsze wpisywało się w meandry radzieckiej polityki zagranicznej.
Dzięki temu w społeczeństwie radzieckim wykształciła się przesadnie entuzjastyczna opinia o kinie zagranicznym. Będąc w Berlinie, będziemy mieli doskonałą okazję obejrzeć do woli filmy z różnych krajów. Często śmiejemy się do łez po obejrzeniu poruszającego amerykańskiego filmu akcji, w którym więcej jest strzelaniny niż dialogów, gdzie krew spływa z ekranu do widzów niczym rzeka i w którym tak naprawdę nie sposób zrozumieć, kto kogo zabija i dlaczego. Charakterystyczne jest, że filmy te nie sprawiały przyjemności nawet przeciętnym rosyjskim żołnierzom, jeśli pozwolimy sobie na mówienie o gustach „plebsu”.
Niedaleko Karlshorst, w Köpenick, znajduje się fabryka filmów Kodak. W jakiś sposób niektórzy pracownicy SWA, mający kontakty biznesowe z tą fabryką, dowiedzieli się, że jest tu hala przeznaczona na zamknięte pokazy filmowe i szerokie możliwości korzystania z archiwów całego europejskiego przemysłu filmowego. Podchodzili do swojego odkrycia z należytą ostrożnością i zazdrośnie strzegli kuszącej tajemnicy, potajemnie oddając się kontemplacji zakazanego świata trzydzieści lat temu. Ale na świecie nie ma nic absolutnego, łącznie z absolutnymi tajemnicami. Pod straszną tajemnicą, z uroczystą przysięgą milczenia aż do śmierci, tajemnica „Kodaka” krążyła po Karlshorst.
Wkrótce zamknięte pokazy w Kodaku stały się nieoficjalnym klubem dla wielu funkcjonariuszy SWA. Można tam było obejrzeć wszystkie filmy dokumentalne i fabularne, których po kapitulacji nie wolno było pokazywać nawet niemieckiej publiczności. Tam głośno „krzyknęliśmy oburzeniem” podczas projekcji europejskich filmów o treści antyradzieckiej, których projekcję sami zamówiliśmy u kierownictwa Kodaka w celu „technicznego obejrzenia”. Filmy te były w zasadzie nieszkodliwe, w pewnym stopniu naiwne. Ale w pewnym stopniu odzwierciedlały one pogląd Europy na temat Rosji Sowieckiej. Interesowało nas spojrzenie na własny wizerunek oczami otaczającego nas świata. Było w tym coś przyjemnego. Poza tym było to miłe uczucie wolności, świadomość, że oglądamy coś „zakazanego”.
Co ciekawe, Rosjanie lubią filmy niemieckie bardziej niż jakiekolwiek inne. Jeśli porównamy muzykę, literaturę, kino, te duchowe przejawy życia narodu, to niemiecka dusza okaże się dla Rosjan bardziej zrozumiała niż cokolwiek innego. Tutaj można wyczuć ten sam sentymentalizm, lekki smutek i poszukiwanie głębszych przyczyn zjawisk. Nie bez powodu Dostojewski cieszy się większym powodzeniem w Niemczech niż wśród Rosjan, a „Faust” był i pozostaje szczytowym osiągnięciem sceny rosyjskiej.
Często można usłyszeć Rosjan w ożywionych dyskusjach na temat niemieckiego kina i teatru. Uderzające jest niezwykłe jak na obywatela Związku Radzieckiego zainteresowanie szczegółami, faktami i samymi artystami. Jest o czym dyskutować. Nie ma potrzeby dyskutować na temat „Przysięgi”.
„Ich sztuka jest pasywna, a nasza aktywna. U nich sztukę się pokazuje, a u nas się nakazuje” {У них искусство показывает, а у нас – приказывает" } – mówi kapitan Bagdasarian. – „Widziałeś „Dwór Ludów”?"
„Tak”.
„No i jak tam?”
„Potężna rzecz.”
„Ostatnio oglądałem to w sektorze amerykańskim. Dali zupełnie inną wersję zatytułowaną „Norymberga”. Ten sam temat, ale bez wrażenia”.
Pewnego razu w naszym Klubie Oficerskim oglądaliśmy film dokumentalny na temat Procesów Norymberskich. Film został zmontowany z wyjątkową umiejętnością. Ujęcia z wojennych kronik filmowych przeplatały się ze scenami z sali sądowej, a w ciemnościach dało się usłyszeć złowieszcze czytanie Chmary. Kiedy siedzieliśmy w sali kinowej, zaciskaliśmy pięści; kiedy wychodziliśmy z kina, chcieliśmy chwycić za automat i wybić każdego Niemca z rzędu. Takie właśnie kolosalne wrażenie wywarł na mnie ten film. Ten sam materiał w amerykańskiej edycji „Norymbergi” był zupełnie nieszkodliwy, stanowił po prostu chłodną kronikę.
Przyjechaliśmy do mieszkania Bagdasariana. Pod wrażeniem obejrzanego właśnie filmu rozpoczynamy rozmowę na temat propagandy za pośrednictwem sztuki.
„Amerykanie mają jeszcze sto lat, żeby nauczyć się, jak z czerni zrobić biel” – kapitan przeciąga się leniwie, zdejmując marynarkę.
„Kiedy sytuacja się skomplikuje, oni też się czegoś nauczą” – mówię.
„Nic nie da się tu zrobić w jeden dzień. Masy muszą być edukowane przez lata”.
„Dlaczego właściwie kibicujesz Amerykanom?” – pytam.
„Po prostu tak – z punktu widzenia absolutnej sprawiedliwości”.
„Kogo obchodzi ta sprawiedliwość? Silny ma rację. A sprawiedliwość to bajka dla prostaków”.
„Daję ci piątkę. Ale z materializmu dialektycznego” – ironicznie zauważa kapitan.
„Anglicy znów przygotowują Annę Kareninę” – mówi, wskazując na jeden z magazynów. „To prawdopodobnie dziesiąty raz, kiedy film kręcono za granicą. A my nigdy nie pokazywaliśmy tego na ekranie. Kolej jeszcze nie przyszła. To Piotra Wielkiego zgnębią, to przemalują Iwana Groźnego na gołębia”.
„Czego chcesz? Interesów państwowych...” Próbuję się sprzeciwić.
Przed wojną radziecka kinematografia wzbudzała podejrzane zamieszanie wokół filmowania postaci historycznych z przeszłości Rosji. Początkowo, ku zaskoczeniu widzów, Piotr I pojawił się na ekranie nie jako tyran i „wyzyskiwacz”, lecz jako wielki mąż stanu. Jeszcze większy hałas wywołała inscenizacja Iwana Groźnego, która zakończyła się skandalem. Nawet dla radzieckich scenarzystów i reżyserów, przyzwyczajonych do fałszerstw, rozkaz Biura Politycznego okazał się nie do udźwignięcia. Pierwsza wersja spotkała się z ostrą krytyką i została zdjęta z ekranów. Nie było to aż tak zaskakujące, nie był to bowiem pierwszy film, który spotkał taki los. Zaskakującym było to, że zamówili przeróbkę filmu. Podobna historia wydarzyła się podczas inscenizacji „Iwana Groźnego” na scenie moskiewskiego Teatru Małego. Po pierwszym przedstawieniu cała kadra zarządzająca została rozproszona, poddana represjom i... wydano kolejny rozkaz – żeby wszystko zrobić od nowa.
Zagadka znalazła swoje wyjaśnienie, gdy na zamkniętych zebraniach działaczy partyjnych, wykładowcy Komitetu Centralnego WKP(b) bez cienia skrępowania oznajmili: prasa zagraniczna często przeprowadza historyczne paralele między czasami panowania Iwana Groźnego a epoką stalinowskiej Rosji. Teraz wszystko jest jasne – ponieważ nie da się zmienić teraźniejszości, musimy podjąć próbę sfałszowania przeszłości. Należy również zauważyć, że paraleli tych nie przeprowadzono w żadnej „prasie zagranicznej”. One same dojrzewały w rozpalonym umyśle Biura Politycznego.
Przez dwadzieścia pięć lat radzieckie podręczniki historii albo milczały o Iwanie Groźnym, albo wymieniały jego panowanie jako przykład najbardziej brutalnego i krwawego absolutyzmu. Teraz cień Iwana Groźnego nie dawał Stalinowi spokoju.
„Słuchaj, jak miała na imię ukochana żona Iwana Groźnego?” – pyta Bagdasarian.
„Nie pamiętam” – odpowiadam. – Wiem, że to siódma.
„Pewien żołnierz przysiągł kiedyś, że Stalin udusił Alilujewą własnymi rękami. Powiedział, że była przeciwna jego polityce kolektywizacji. A ostatnio słyszałem, że zrobił to samo swojemu synowi Jaszce. Był więźniem Niemców, a potem wrócił do domu”.
„Widzisz, tu właśnie potrzebny jest film Iwan Groźny” – mówię. „Obejrzyj go, a od razu stanie się dla ciebie jasne, że to wszystko jest potrzebne dla dobra ludzi. Iwan Groźny również dusił swoje żony i zabił własnego syna w imię interesów państwa.
„Dobrze było w czasie wojny” – wzdycha kapitan. – „Czy pamiętasz, jakie obrazy robili dla nas Amerykanie?”
„Tak, dobre zdjęcia. To po prostu zabawne, jak nieświadomi są naszego życia. W „Polarnej Gwieździe” stół w kołchozie był nakryty w sposób, w jaki Sokołowski teraz nie jada”.
„A na polanie tańczą w kółko – zupełnie jak za dawnych dobrych czasów” – uśmiecha się Bagdasarian.
Od 1943 roku w ZSRR wyświetlano amerykańskie filmy o tematyce rosyjskiej. Szczególnie zapamiętaliśmy film „Gwiazda Polarna”. Pomimo dużej naiwności i nieznajomości sowieckich realiów, istniała szczera sympatia do Rosjan. Często słyszałem, jak rosyjscy widzowie po obejrzeniu tego filmu mówili: „Dobrze zrobione, Amerykanie!”, mimo że na ekranie występowali wyłącznie Rosjanie. Dzięki pozytywnemu przedstawieniu filmu widzowie odczuli współczucie ze strony narodu amerykańskiego.
„Było tam kilku konsultantów o rosyjskich nazwiskach” – mówię. – „Prawdopodobnie nie widzieli Rosji od trzydziestu lat, jeśli nie dłużej. Posadzili mnóstwo rozłożystych żurawin. A „Misja na Moskwę”? Ha-ha!”
„Komedia! Pamiętacie, jak Karl Radek wchodzi do pubu, a tam siódemka z „Jaru”, samowary, a on sam w pelerynie Puszkina. I co najważniejsze – żadnego wniosku”.
„Ich mechanika jest dobra, ale nie mają ideologii” – stwierdzam. – „Prawdopodobnie nawet nie wiedzą, co to jest”.
„Stalin ich łaja bez powodu, a oni tylko się gapią” – rozmyśla Bagdasarian. – „Nie wiedzą, co robić. Teraz zaczynają krytykować Iwana – jest piegowaty, ma zeza i krzywe zęby. Głupcy! W końcu ostatnie trzydzieści lat rosyjskiej historii to biała plama, niewyczerpane źródło. Przeanalizuj to wszystko porządnie. W końcu Stalina można rozebrać do naga w jednej chwili – pokazać tak, że cały świat po prostu splunie. A my nie będziemy protestować. A kiedy zaczną krytykować Iwana…”
Kapitan chichocze znacząco. Denerwuje go, że Amerykanie nie potrafią wymyślić czegoś tak prostego.
Jesteśmy zdumieni tym, jak bardzo świat zewnętrzny nie jest świadomy prawdziwej sytuacji w sowieckiej Rosji. Trzydzieści lat kłamstw machiny państwowej i hermetycznej izolacji wolnej informacji odniosło skutek. Światu, niczym małemu dziecku, opowiada się o historycznej zagładzie systemu kapitalistycznego. Naród radziecki nie zajął w tej sprawie zdecydowanego stanowiska. Historia posuwa się naprzód i wymaga nowych form. Jednakże historyczna determinacja komunizmu, stwierdzenie, że „wszystkie drogi prowadzą do komunizmu” jest parametrem w równaniu z wieloma nieznanymi i ujemnymi wartościami. Co więcej, dla nas, dla ludzi radzieckich, równanie to przybrało już postać irracjonalną.
Łączy nas nie wewnętrzna jedność idei państwowej, lecz zewnętrzne formy zależności materialnej, osobistych interesów czy kariery. Nad tym wszystkim czuwa strach. Dla niektórych jest to bezpośredni, fizycznie namacalny nacisk, dla innych jest to tylko nieunikniona konsekwencja, jeśli działają lub nawet myślą w kierunku innym niż wymaga tego machina totalitarna.
Jeżeli jakiś Niemiec podejdzie do radzieckiego żołnierza i spróbuje powiedzieć mu „Iwan to łobuz”, żołnierz bez zbędnych ceregieli da mu w zęby. Gdyby ten sam Niemiec przeklinał Stalina, radziecki rząd i komunistów z całych sił, żołnierz z pewnością oddałby mu ostatnie papierosy. To automatyczna reakcja. Żołnierz rosyjski zareaguje w ten sam sposób w innym, poważniejszym przypadku…
Później, już na Zachodzie, miałem okazję obejrzeć amerykański film „Żelazna kurtyna” opowiadający o niepowodzeniu radzieckiego szpiegostwa atomowego w Kanadzie. Wcześniej czytałem wiele krytycznych opinii na temat „Żelaznej Kurtyny” i wściekłych ataków ze strony prasy komunistycznej. Zainteresowało mnie, jak Amerykanie podeszli do tego owocnego tematu. Po obejrzeniu filmu mam dwa wrażenia.
Z jednej strony odczuwało się satysfakcję – postacie zostały dobrane wyjątkowo trafnie, życie radzieckich przedstawicieli władzy za granicą i rola lokalnej partii komunistycznej zostały ukazane w sposób absolutnie trafny. Po raz kolejny przeżyłem w duszy lata spędzone na berlińskim Kremlu. Był to film całkowicie bezstronny, wręcz uprzejme. Żaden Rosjanin nie sprzeciwiłby się takiemu pokazowi. Nic dziwnego, że zagraniczne partie komunistyczne podniosły wrzawę na temat „Żelaznej Kurtyny”, bo to właśnie one odgrywają w tej grze najbrudniejszą rolę. To, co dla personelu attaché wojskowego jest misją służbową, dla komunistycznych najemników jest zdradą ojczyzny.
Z drugiej strony pozostało mi niewytłumaczalne uczucie lekkiej irytacji. Amerykanie nie potrafili wykorzystać wszystkich okazji. To było to samo, co kiedyś czuł kapitan Bagdasarian. Ludzie w Związku Radzieckim przyzwyczaili się do politycznego charakteru filmu, w którym widz musi sam wyciągnąć odpowiednie wnioski. Scenariusz „Żelaznej Kurtyny” był ewidentnie słaby.
Jestem pewien, że kapitan Bagdasarian, ubrany w cywilne ubranie, przedostał się, narażając się na wielkie ryzyko, do jednego z zablokowanych sektorów Berlina Zachodniego, aby obejrzeć Żelazną Kurtynę. Tylko „dla sportu”. Jestem pewien, że nie mógł sobie odmówić tej przyjemności. Wracając do Karlshorst po ryzykownej wyprawie, oczywiście znów zrugał naiwnych Amerykanów, którzy nie potrafili nakręcić porządnego antyradzieckiego filmu.
3.
Będąc tutaj, w Berlinie, my, ludzie radzieccy za granicą, mamy okazję porównać dwa światy. Jednocześnie czasami ciekawe jest porównanie wrażeń z realnego życia z fikcjami, które państwo radzieckie tworzy i podtrzymuje wokół siebie. Bezpośrednimi twórcami tych fikcji są pracownicy pióra, mówiąc w terminologii radzieckiej – „inżynierowie dusz ludzkich”.
Nas oczywiście najbardziej interesują pisarze, którzy w mniejszym lub większym stopniu zajmują się problemami Rosji Sowieckiej. Można ich podzielić na trzy główne kategorie: pisarzy radzieckich – niewolników „socjalistycznego porządku”, pisarzy zagranicznych, którzy odwrócili się od stalinizmu, i wreszcie te problematyczne istoty spośród zagranicznej inteligencji, które do dziś próbują szukać perły na gnoju.
Przyjrzyjmy się im oczami człowieka pochodzenia radzieckiego.
Pewnego dnia znalazłem na biurku Bielawskiego kolorową książkę w języku francuskim. Kiedy zobaczyłem nazwisko autora na okładce – Ilja Erenburg – byłem bardzo zaskoczony.
„Co, nie czytałeś tego po rosyjsku?” – zapytałem.
„Ta książka nie została jeszcze wydana w języku rosyjskim”.
„Jak to?!”
„Bardzo proste.”
Radziecka krytyka literacka utrzymuje, że w literaturze współczesnej najlepszymi przedstawicielami gatunku dziennikarstwa są Egon Erwin Kisch, Michaił Kolcow i Ilja Erenburg. Nie ma wątpliwości, że wszyscy są utalentowanymi pisarzami. Karierę literacką Michaiła Kolcowa przerwała w 1937 r. interwencja NKWD. Mówią, że teraz pisze swoje wspomnienia w STO. Tak nazywało się Syberyjskie Więzienie Specjalnego Przeznaczenia, Aleksiejewski rawelin z czasów Stalina, w którym ludzi grzebano żywcem bez prawa komunikowania się ze światem zewnętrznym.
Ilja Erenburg przez długi czas był uważany za „towarzysza podróży”. Mając w kieszeni radziecki paszport, rozsądnie wolał mieszkać za granicą, w odpowiedniej odległości od Kremla. Klimat Europy Zachodniej wydawał się bezpieczniejszy dla jego zdrowia. Dało mu to pewną niezależność. Jego książki ukazywały się w radzieckich wydawnictwach w dużym wyborze i dopiero po starannej obróbce redakcyjnej. Nic dziwnego, że natknąłem się na jego książkę w języku francuskim, która była nieznana w Związku Radzieckim. Ilja Erenburg zmieniał swoje poglądy literackie w zależności od pogody politycznej, ale dopiero inwazja Hitlera na Francję ostatecznie zaprowadziła go do długo oczekiwanej ojczyzny.
Ilja Erenburg jest przede wszystkim kosmopolitą. Wielu uważa go za komunistę. Krytykuje z wielką subtelnością i inteligencją wszelkie niedostatki Europy i świata kapitalistycznego. Ale nie musisz być komunistą, żeby to zrobić. Świat współczesny rzeczywiście nie jest idealny i wielu pisarzy ukazuje jego wady, nie będąc komunistami.
Pisarz, nawet najbardziej utalentowany, jest w pewnym sensie rzemieślnikiem – sprzedaje swoje towary i musi myśleć o rynku. Ilja Erenburg stanął przed dylematem. Dla niego potępianie Stalina i komunizmu było, po pierwsze, niebezpieczne, nawet podczas pobytu w Europie, a po drugie, nieopłacalne. Jeśli zaatakuje się stronę przeciwną, to nie grozi to w cieniu demokratycznych praw, a ponadto gwarantuje to duży rynek zbytu zarówno w ZSRR, jak i w otaczającym świecie. Transakcja rubli na walutę obcą jest znacznie bardziej opłacalna niż odwrotnie. A co z przekonaniami? Nie można żyć przekonaniami! Erenburg rozpoczął działalność z własnej woli, pozostawiając sobie otwarte drzwi – w jego pismach rzadko można spotkać słowo „komunizm” lub bezpośrednie stwierdzenie tego tematu. Erenburg wkrótce został podróżującym sprzedawcą literackim, specjalistą w manipulowaniu opinią publiczną.
Przewidywanie Erenburga okazało się bardzo pomocne, gdy w 1940 roku syn marnotrawny zmuszony był powrócić na rodzinne łono. Choć nie uważano go za „jednego z naszych”, nie było żadnych dowodów przeciwko niemu.
Odchrząknąwszy po usłyszeniu wściekłych przekleństw pod adresem faszystowskich najeźdźców na ulicy, Ilja Erenburg siada przy maszynie do pisania i szybko pisze przesłodzone artykuły o pięknej zgwałconej Francji, o niezłomnym brytyjskim lwie i o demokratycznej Ameryce. W czasie wojny z przyjemnością czytaliśmy te artykuły, ale gdy na dole pojawił się podpis Ilji Erenburga, wydało nam się to żartem. Dziś, posłuszny rozkazowi swego pana, toczy pianę z ust i ciska atramentowymi grzmotami i błyskawicami w głowy amerykańskich imperialistów.
Jest mało prawdopodobne, że Erenburg otrzyma teraz stały paszport zagraniczny. Mało prawdopodobne jest, aby on sam dopuścił się tak nieostrożnego czynu. Wszyscy do dziś pamiętają losy Maksyma Gorkiego. Po rewolucji Gorki miał poważne różnice zdań z bolszewikami. Przez wiele lat mieszkał we Włoszech, po czym wrócił do Moskwy. Krążyły pogłoski, że ponownie zwrócił się o wizę wyjazdową, lecz mu odmówiono. Gdy podczas procesów moskiewskich oficjalnie ogłoszono, że on i jego syn zostali otruci przez „bandę trockistowsko-bucharinowską”, dla każdego obywatela Związku Radzieckiego było jasne jak słońce, kto sporządził dla niego tę truciznę. Jego winą było to, że po powrocie do Moskwy nie napisał praktycznie ani jednego słowa. Wiadomo, przeciwko komu skierowany był ten cichy protest i dla kogo jego śmierć była konieczna. Ludzie radzieccy przyzwyczaili się interpretować wszystkie oficjalne wiadomości odwrotnie – w ten sposób można dowiedzieć się trochę prawdy.
W ten sposób Ilja Erenburg, który początkowo cieszył się pewną niezależnością, został całkowicie podporządkowany Kremlowi.
Kariera i losy Ilji Erenburga są bardzo typowe dla wielu radzieckich pisarzy. Jest tylko jeden wybór: albo pisać to, czego żąda Biuro Polityczne, albo być literackim trupem. Gdyby Lew Tołstoj, Aleksander Puszkin czy Lermontow żyli w czasach stalinowskich, nazwiska te nie znalazłyby się w panteonie kultury ludzkiej. Być może na liście któregoś z obozów NKWD. Śmierć literacka pisarza w Rosji sowieckiej zwykle wiąże się z jego śmiercią fizyczną.
W latach studenckich czytaliśmy z ręki do ręki następujące książki: „Dziewięć kropek” Kazakowa, „Ciężka dywizja” Lebiedienki, „Remont Kapitalny” Sobolewa. Nazwiska te są mało znane szerszej publiczności – książki te wydawano w sztucznie niskich nakładach i trudno było je zdobyć, mimo że były to znakomite dzieła napisane przez utalentowanych pisarzy. Co charakterystyczne, wszystkie dotyczyły okresu 1917–1921, czasu zapału, przebudzenia i nadziei wśród mas. Sumienie nie pozwalało tym pisarzom pisać o czasach późniejszych – tam trzeba było albo kłamać, albo milczeć.
Mamy własną, wspaniałą literaturę narodową, przyjętą i uznaną przez kulturę Zachodu. Ale nam samym nasza własna twórczość jest prezentowana z wielkią selekcją – oczyszczając dziedzictwo kulturowe przeszłości i sztucznie ukierunkowując nowoczesną kreatywność w kierunku pożądanym przez dyktaturę.
Nawet Puszkin, w pierwszych latach po rewolucji, musiał długo czekać na obrzeżach Goslitizdat, aż stalinowscy cenzorzy uznali go za politycznie nieszkodliwego. Opowiada bajki o złotych kogutach. Co dobrego to daje światowej rewolucji? Inaczej jest z Majakowskim, który krzyczy na cały głos:
„Kto tam idzie w prawo?
W lewo, w lewo!
Takich kogutów nam potrzeba!
Bij par-r-rabellum
w nieśmiałych,
wy-y-ystrzel grubsze kule
w gęstwi-i-inę bie-e-egnących!”
Szkoda tylko, że Majakowski strzelił sobie w czoło, gdy uświadomił sobie, że daremnie krzyczał i nadwyrężał gardło. Jak sam stwierdził, „zakrztusił się komunistycznymi wymiocinami”. W swoim liście pożegnalnym przytoczył słowa swojego wielkiego poprzednika: „A diabeł kazał mi się urodzić w ZSRR z duszą i talentem…” Trudno być pisarzem radzieckim – prawdziwy talent nie może tworzyć w klatce. Nawet szewcy, tacy jak Demian Biedny, prędzej czy później łamią sobie karki.
Nie można obrażać się na pisarzy radzieckich. Człowiek jest zrobiony z ciała, a ciało jest słabsze od ołowiu i drutu kolczastego. Co więcej, istnieje kusząca pokusa: z jednej strony twórcza i fizyczna śmierć, z drugiej – wszelkie korzyści wynikające z uprzywilejowanej pozycji. Być może dla wielu osób będzie dziwne, że w kraju komunistycznym są milionerzy? Tak, prawdziwi milionerzy, których konto w Banku Państwowym i wartość majątku przekracza milion rubli. Przykładem jest Aleksiej Tołstoj, autor falsyfikatów „Piotra I” i scenariuszy „Iwana Groźnego”. Kto może winić osobę postawioną przed takim wyborem?! Postaw się na ich miejscu zanim rzucisz kamieniem.
Pisarze radzieccy są jak ptaki w złotej klatce. Mogą śpiewać lub milczeć, ale nie mają dokąd latać. Sytuacja jest bardziej skomplikowana w przypadku pisarzy zachodnich. Nie można ufać zachodnim pisarzom. Nawet martwym nie można. John Reed kiedyś przewodził amerykańskiej sekcji Kominternu. Mieszkał, to prawda, w Moskwie, ale taki jest porządek rzeczy. Sumiennie napisał solidną książkę – „Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem”. Sam ludowy komisarz oświaty Łunaczarski i żona Lenina Nadieżda Konstantinowna Krupskaja potwierdzili w przedmowie do tej książki, że jest to najprawdziwszy opis rewolucji komunistycznej w Rosji. John Reed miał na tyle zdrowego rozsądku, że w porę odszedł z tego świata, a jego szczątki zamurowano w murze Kremla – honorowym apartamencie dla szczególnie zasłużonych komunistów.
A potem skandal! John Reed nie przewidywał, że historia stalinowskiej Rosji zostanie wywrócona do góry nogami. W ciągu całej rewolucji udało mu się poświęcić wielkiemu Stalinowi zaledwie dwie linijki, i to tylko mimochodem. Wychwalał pod niebiosa Trockiego i innych rewolucjonistów, którzy po śmierci Lenina zaczęli umierać jeden po drugim z powodu przeziębień i innych podobnych chorób.
Musieliśmy pośmiertnie wyrzucić uczciwego Johna z murów Kremla.
Można by wskazać dziesiątki światowej sławy ludzi, którzy w poszukiwaniu nowych dróg zwrócili się w stronę komunizmu. Poznawszy rzeczywistość sowiecką, ludzie ci na zawsze wyleczyli się ze swoich prosowieckich namiętności. Wystarczy wymienić choćby jednego z najnowszych w tej kategorii.
Theodore Plivier, autor „Stalingradu”, niemiecki pisarz i komunista, który przez wiele lat mieszkał w Moskwie, uciekł ze strefy radzieckiej do Niemiec Zachodnich. W wywiadzie udzielonym przedstawicielom prasy stwierdził, że w stalinowskiej Rosji nie ma śladu komunizmu, że wszystkie idee komunistyczne zostały tam stłumione, a wszelkie instytucje socjalistyczne przekształcono w narzędzia totalitarnego reżimu Kremla. Zdał sobie z tego sprawę wkrótce po przybyciu do Moskwy, musiał jednak zachować milczenie i pogodzić się z otaczającą go rzeczywistością, gdyż był de facto więźniem.
Theodore Plivier nie odrzuca komunizmu, ale jego uznanie dla Stalina jest bardziej niebezpieczne niż bezpośrednia krytyka komunizmu. Los Theodore’a Pliviera to los znacznej części komunistycznej inteligencji Zachodu, która na własne oczy widziała stalinowską Rosję. Nie każdy ma fizyczne i moralne predyspozycje, by złożyć takie wyznanie; wielu woli służyć Kremlowi kosztem swojego sumienia. Sumienie jest pojęciem abstrakcyjnym, ale jest wiele rzeczy i pojęć bardziej realnych.
Trudno oskarżyć prawników Kremla o jawne kłamstwa. Istnieje subtelna forma kłamstwa: jednostronne przedstawianie tematu. Na tym polu kremlowscy magicy i ich wędrowni sprzedawcy osiągnęli szczególne mistrzostwo. Całkowicie wyciszyć lub zaciekle krytykować jedną rzecz, a jednocześnie wychwalać pod niebiosa inną. W języku oszustów nazywa się to „przekrętem”.
Tutaj w Berlinie natknęliśmy się na kilka zabawnych książeczek. Bardzo śmieszne. Zostały napisane przez zagranicznych autorów i opublikowane przez zagraniczne wydawnictwa; histerycznie wychwalają Stalina i stalinowską Rosję. Bardzo charakterystyczne jest to, że książki te albo w ogóle nie są wydawane w języku rosyjskim, albo są wydawane w bardzo małych nakładach, które nie trafiają do obiegu. Książki te są przeznaczone wyłącznie do użytku zewnętrznego. Kreml woli nie pokazywać takich książek Rosjanom – kłamstwa są zbyt oczywiste.
Niedaleko Bramy Brandenburskiej znajduje się sklep o nazwie „International Book”. Jest to radziecki sklep, który specjalizuje się w sprzedaży literatury w językach obcych i jest skierowany do zagranicznych nabywców. Kiedyś często tam chodziliśmy. Oczywiście, nie kupowaliśmy dzieł Lenina, tylko zwykłe płyty gramofonowe. To, czego nie można kupić w Moskwie za żadne pieniądze, jest oferowane obcokrajowcom w nadmiarze. To właśnie w tym sklepie sprzedawane są książki, na przykład dzieła dziekana Canterbury.
Co mogło skłonić „czerwonego dziekana” do napisania takich rzeczy? Być może dziekan, patrząc wstecz, myśli, że jeśli Stalin dotrze na Wyspy Brytyjskie, jego wcześniejsze „społeczne” modlitwy uratują mu skórę przed Syberią? Czy mianuje go arcybiskupem Wszechangielskiej SRR? Człowiek sowiecki nie może dać innego wytłumaczenia tym sługom kremlowskiej propagandy.
Propaganda! Tylko człowiek radziecki rozumie, co to jest. Mówią, że Coca-Cola kosztuje 5 centów: dwa centy to koszt samej mieszanki, a trzy centy to koszt reklamy. Amerykanie są przekonani, że na świecie nie ma nic smaczniejszego, zdrowszego i bardziej odżywczego. Ludzie dali się przekonać reklamie.
Podobnie było z komunizmem dla narodu radzieckiego. Byli i są przekonani, że komunizm jest najlepszym, najbardziej niedoścignionym osiągnięciem. Mieszanka ta jest bardziej złożona niż Coca-Cola. Jest obecna w człowieku od dnia jego narodzin. To, co reklama robi w Ameryce, robi propaganda w ZSRR. Mężczyzna chodzi nagi, głodny, sprowadzony do poziomu cichego robota. Jednocześnie zapewnia się go o czymś zupełnie przeciwnym. A co najbardziej zaskakujące, on w to wierzy. Albo raczej próbuje wierzyć. Dzięki temu łatwiej znosić trudności, których nie da się pokonać ani przezwyciężyć.
Kreml zdaje sobie sprawę z potwornej siły propagandy na dusze ludzi; zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie niesie zniszczenie mirażu. W totalitarnych Niemczech Hitlera słuchanie wrogich stacji radiowych było w czasie wojny zakazane, ale odbiorników radiowych nie konfiskowano. Albo Hitler uważał, że krytyka jego systemu państwowego przez Niemców nie ma sensu, albo bardziej ufał swoim poddanym. W każdym razie jego partner z Kremla postąpił inaczej. W ZSRR w pierwszych dniach wojny skonfiskowano absolutnie wszystkie odbiorniki radiowe. Kreml doskonale zna swoje słabe punkty. Jeśli trzydziestoletnie dzieło kremlowskiej propagandy zostanie zachwiane, ulotna jedność duchowa Kremla i ludzi rozpadnie się jak domek z kart od pierwszego podmuchu wiatru.
Ludzie radzieccy byli zdumieni prymitywnością niemieckiej propagandy w czasie wojny. Mówili po rosyjsku, ale dla ruskich. Ich przekazy przesiąknięte były naftaliną lub obcym, niemieckim duchem. Propaganda jest pokarmem dla duszy, tutaj trzeba znać receptury i formuły niezbędne dla rosyjskiej duszy. Nic nie mówili o przyszłości, nie potrafili przedstawić rozsądnej krytyki dyktatury Kremla. Postawili na brutalną siłę – pruską głupotę, znaną już wcześniej. Dusza potrzebuje sztuki psychiatry, a nie krzyku feldfebla.
„Prasa jest najpotężniejszą bronią naszej partii” – powiedział Stalin. Innymi słowy: propaganda jest najpotężniejszą bronią Kremla. Propaganda cementuje siły wewnętrzne i rozkłada siły zewnętrzne. Tym lepiej dla Stalina, jeśli jego przeciwnicy nie zrozumieli w pełni prawdy i znaczenia tych słów.
* Rot Front (powitanie). Objaśnienie
Materiał z Wikipedii – wolnej encyklopedii
Termin ten ma również inne znaczenia, patrz Rot Front. Rot Front (niem. Rotfront, od Rote Front – „Czerwony Front”) to międzynarodowe pozdrowienie, gest uniesionej, półzgiętej (lub prawie wyprostowanej) ręki (zwykle prawej) z zaciśniętą pięścią odwróconą od siebie. Gest na plakacie partii POUM, 1936 (lewa ręka).
Historia
Był on używany w Niemczech od końca XIX wieku jako powitanie robotników. Po I wojnie światowej gest ten symbolizował przynależność lub solidarność z Niemieckim Frontem Czerwonym, założonym na początku lat dwudziestych XX wieku w Niemczech. Jego członkowie witali się, unosząc prawą rękę do góry i zaciskając pięść. Symbolem organizacji była zaciśnięta pięść.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści