Grigorij Klimow «Pieśń Zwycięzcy»

Rozdział 11. KRÓL ATOM

1.

„Siemens w Arnstadt – to wasza firma?”

„Tak”.

„Przeczytaj to!”

Szef Wydziału Przemysłowego wręcza mi tajną, zaszyfrowaną przesyłkę, ozdobioną czerwonym poprzecznym paskiem. W depeszy czytamy: „Odkryto elektroniczne przyrządy pomiarowe o nieznanym przeznaczeniu. Zakładam, że badania atomowe. Oczekiwanie na instrukcje. Wasiliew”.

Pułkownik Wasiliew jest pełnomocnikiem SWR w zakładach Siemensa w Arnstadt i jednocześnie dyrektorem Radzieckiego Naukowo-Badawczego Instytutu Telewizji, który działa na bazie tych zakładów. Wasiliew jest osobą dość doświadczoną i poważną. Jeśli wspomina słowo „atom”, to znaczy, że ma ku temu powód.

Trzymam depeszę w rękach i czekam, co powie Aleksandrow.

„Musimy tam kogoś wysłać. Skoro zakład jest twój, najlepiej będzie, jeśli sam pojedziesz” – sugeruje.

„Dobrze byłoby zatrudnić kogoś innego z Departamentu Nauki i Technologii” – mówię.

Za pół godziny zastępca szefa Wydziału Nauki i Techniki, major Popow, i ja opuścimy Karlshorst i udamy się do Turyngii. Po kilku godzinach jazdy jesteśmy w Arnstadt. Pomimo, że zbliża się północ, od razu udajemy się do mieszkania pułkownika Wasiliewa, który mieszka w małym domku naprzeciwko zakładu. Wasiliew, uprzedzony telefonicznie, czeka na nas ze swoim asystentem.

„Jakiego odkrycia dokonaliście, towarzyszu pułkowniku?” – pyta major Popow.

„Chodźmy prosto do zakładu. Zobaczcie sami” – mówi Wasiliew, zapraszając nas, byśmy poszli za nim.

Oświetlając sobie drogę kieszonkowymi latarkami, idziemy w ciemnościach między budynkami fabrycznymi. Towarzyszy nam szef straży. Na samym końcu placu fabrycznego, gdzie znajdują się magazyny surowców i magazyny wyrobów gotowych, zatrzymuje nas krzyk wartownika. Wewnątrz budynku, przy drzwiach zapieczętowanych lakiem, natykamy się na drugiego strażnika z karabinem maszynowym.

Po otwarciu plomb wchodzimy do ogromnego magazynu, w którym piętrzą się niedokończone stacje magnetyczne, panele sterowania i pogięty wojskowy sprzęt radiowy. Niedokończone produkty wojskowe rdzewieją w magazynach. Typowy obraz we wszystkich niemieckich fabrykach po kapitulacji.

Pułkownik Wasiliew zatrzymuje się przy długich drewnianych skrzyniach leżących na pochylniach. W pudełkach błyszczą starannie zapakowane, z przekładkami i amortyzującymi zapięciami, ogromne szklane instrumenty ze sferycznymi wypustkami w środkowej części. Wyglądem przypominają nieco zwykłe lampy elektronopromieniowe oscyloskopów, są jednak wielokrotnie większe. Łatwo się domyśleć, że tajemnicze urządzenia mają służyć pomiarom elektrycznym. Sądząc po izolacji, muszą być zaprojektowane tak, aby wytrzymać ogromne napięcia. Takie napięcia i pola magnetyczne wykorzystuje się w cyklotronach w eksperymentach nad rozszczepianiem jąder atomowych.

Jedno z urządzeń posiada specjalne urządzenie służące do wykonywania fotogramów procesu. Jakie monstrualne pola elektromagnetyczne ma rejestrować to urządzenie? Sądząc po konstrukcji, urządzenia te nie są przeznaczone do długotrwałej pracy, lecz do obciążeń udarowych. Wyładowanie cyklotronowe?

Na pudełkach znajdują się znaki ostrzegawcze: „Vorsicht! Glas”. Na próżno przeszukujemy skrzynki w poszukiwaniu nadawcy i odbiorcy. Zamiast tego widać jedynie rzędy czarnych, nic nie znaczących cyfr i liter.

„Skąd się wzięły te rzeczy?” – pytam pułkownika Wasiliewa. – „W końcu nie mogliby ich wyprodukować w twojej fabryce”.

Pułkownik tylko wzrusza ramionami.

Następnego ranka przeprowadzamy oficjalne dochodzenie. Każda osoba, która może mieć coś wspólnego z tajemniczymi pudełkami w magazynie, jest po kolei wzywana do biura Wasiliewa. Ankietowani są wszyscy – od magazynierów po kierowników technicznych produkcji. Właściciele magazynu nic nie wiedzą, ponieważ pudełka nie były otwierane od momentu przybycia do magazynu. Kierownicy techniczni potwierdzają, że sprzęt ten nie został wyprodukowany w Arnstadt, ale został wysłany z Berlina wraz z innym ewakuowanym sprzętem z głównych zakładów Telefunken i Siemens. Jesteśmy przekonani, że oni nawet nie wiedzą, o jakim sprzęcie mówimy. My ze swojej strony nie ujawniamy nikomu swoich założeń.

Nie angażując w tę sprawę Turyńskiego SWA, wysyłamy zaszyfrowaną wiadomość do Karlshorst, prosząc o pomoc specjalistów z Grupy Specjalnej. Grupa Specjalna jest najwyższym radzieckim organem w Niemczech zajmującym się badaniami naukowymi, częścią Departamentu Nauki i Techniki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Poczdamie. W razie potrzeby mają możliwość natychmiastowego nawiązania kontaktu ze wszystkimi instytutami naukowo-badawczymi ZSRR.

W oczekiwaniu na przybycie specjalistów Grupy Specjalnej podsumowujemy wyniki i omawiamy dalsze możliwości.

Fakt, że tajemniczy sprzęt trafił do magazynów Siemensa, nie jest niczym szczególnym. W ostatnim roku wojny duże przedsiębiorstwa niemieckie z reguły ewakuowały swoje zakłady produkcyjne i tworzyły oddziały i magazyny w rejonach zabezpieczonych przed nalotami. Tuż przed kapitulacją najcenniejszy sprzęt i surowce przewożono do tajnych magazynów w najodleglejszych zakątkach Niemiec. Często natykaliśmy się na kuszące niespodzianki w najbardziej niespodziewanych miejscach.

Ważne jest dla nas ustalenie, kto zamówił ten sprzęt i dla kogo był on przeznaczony. Najłatwiejszym sposobem, aby tego dokonać, jest ustalenie miejsca, w którym sprzęt został wyprodukowany. Tylko ograniczona liczba niemieckich firm może zająć się realizacją tego typu zamówień. Główny kompleks tego typu przedsiębiorstw mieści się w Siemensstadt, w angielskiej dzielnicy Berlina. To jest poza naszym zasięgiem. Przynajmniej oficjalnie. Jednak tuż obok znajduje się fabryka Telefunken w Erfurcie, w której produkowane są duże lampy generatorowe dla stacji radiowych. Telefunken-Erfurt jest w stanie zrealizować takie zamówienie. Ponadto dyrektorzy techniczni w Erfurcie utrzymują stałe kontakty biznesowe z Siemensstadt i są doskonale poinformowani o wszystkim, co dzieje się w innych spółkach Grupy Telefunken. Tam musimy spróbować znaleźć wskazówki prowadzące do tajemniczego sprzętu w magazynach Siemensa.

Postanawiamy, że pułkownik Wasiliew pozostanie w Arnstadt i będzie oczekiwał na przybycie specjalistów ze Specjalnej Grupy, podczas gdy major Popow i ja udamy się do zakładów Telefunken w Erfurcie.

W gabinecie dyrektora czekali na nas oficerowie kontroli SWR w Telefunken, podpułkownik Jewtichow i porucznik Nowikow, których powiadomiono telefonicznie. Dowiedziawszy się, jaki jest cel naszej wizyty, odetchnęli z ulgą. Najwyraźniej bali się kolejnej kontroli w sprawie notorycznego niewywiązywania się z planu produkcji i dostaw reparacyjnych. Dowiedziawszy się, że nie interesuje nas brak drutu wolframowego i molibdenowego, lecz sprzęt katodowy, podpułkownik Jewtichow chętnie zgadza się nam pomóc. Przeprowadzamy wywiady jeden po drugim ze wszystkimi inżynierami pracującymi w dziale lamp generatorowych. Tutaj pojawiają się pewne ważne wątki.

Tak, na krótko przed kapitulacją realizowano tu specjalne zamówienia o nieznanym przeznaczeniu – ogromne elektrody i prefabrykowane części zupełnie nowej konstrukcji. Rysunki robocze przywieziono z Berlina. Wyprodukowane części odsyłano do Berlina, gdzie najprawdopodobniej odbywał się ich montaż. Praca była ściśle tajna. Gdy uporczywie pytamy o źródło rysunków i o klienta, kierownik techniczny działu lamp generatorowych niepewnie odpowiada: „Berlin-Dahlem... zakładam...”.

To nam wystarczy. Podczas wojny w Berlinie-Dahlem znajdowały się tajne laboratoria fizyki atomowej, w których realizowano specjalne zadania polegające na rozszczepieniu jądra atomowego.

„Ponieważ zamówienie było wysoce wyspecjalizowane, konieczne było wykonanie specjalnych szablonów i narzędzi, aby je zrealizować. Czy przetrwały?” – pytamy.

„Tak... Chyba że zniknęły w czasach kapitulacji” – niepewnie odpowiada również dyrektor techniczny.

W tym czasie pułkownik Wasiliew dzwoni z Arnstadt i informuje o przybyciu ekspertów ze Specjalnej Grupy. Wiedząc o wyjątkowym lenistwie podpułkownika Jewtichowa, proszę porucznika Nowikowa, aby natychmiast wyznaczył godnych zaufania ludzi do przeszukania wszystkiego, co mogłoby mieć związek z tajemniczym rozkazem, zapieczętował to i umieścił wszystko, co zostanie znalezione, pod strażą zbrojną. Podczas gdy porucznik Nowikow, energiczny i wykształcony inżynier, który później, po przejęciu Telefunken-Erfurt przez radzieckie spółki akcyjne (SAO) został mianowany na stanowisko głównego inżyniera zakładu, kończył śledztwo, major Popow i ja wracaliśmy do Arnstadt.

W gabinecie Wasiliewa znajdowała się grupa osób, które można było od razu zidentyfikować jako pracowników naukowych przyzwyczajonych do pracy laboratoryjnej i biurowej. Towarzyszy im stale kilka milczących postaci ubranych po cywilnemu. Nie wtrącają się do dyskusji technicznych i pozostają w tle. Jednocześnie odnosi się wrażenie, że to ci ostatni są tu panami sytuacji. Oto cienie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Eksperci Grupy Specjalnej już odwiedzili magazyn i zbadali tajemniczy sprzęt. Nie mamy wątpliwości, że nie obalają one naszych założeń.

Major Popow informuje o wynikach naszej podróży do Telefunken-Erfurt. Z przykrością zauważamy, że nasz raport wkrótce zaczyna przypominać przesłuchanie. Tak jakby cienie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych podejrzewały, że coś ukrywamy. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ma swoją własną, specyficzną metodę postępowania nawet z oficerami sowieckimi. Twarze są pozbawione wyrazu, każde słowo jest zapisywane przez stenografa.

Skrupulatne przesłuchania personelu technicznego firmy Siemens trwają przez cały dzień. Po przesłuchaniu każda osoba musi podpisać nakaz milczenia, pod groźbą surowej kary w przypadku jego złamania. Wieczorem tajemniczy sprzęt zostaje wysłany do Berlina z zachowaniem szczególnych środków ostrożności i pod silną strażą.

Kilkoma samochodami komisja Grupy Specjalnej oraz major Popow i ja jedziemy do Erfurtu. Podpułkownik Jewtichow otrzymał rozkaz, aby nie zwalniać z zakładu osób niezbędnych do przeprowadzenia śledztwa.

Przesłuchania ponownie trwały całą noc. Dla cichych ludzi o bladych twarzach noc i dzień najwyraźniej nie mają większego znaczenia. Przesłuchania odbywają się w gabinecie Jewtichowa, ale on sam, podobnie jak major Popow i ja, spędza całą noc w sąsiednim gabinecie. Od czasu do czasu ktoś z nas jest wzywany do pomieszczenia, w którym obraduje Specjalna Komisja Grupowa, aby potwierdzić istotne fakty lub złożyć zeznania jako osoby zaznajomione ze sprawami Telefunkena.

Nocne przesłuchanie pozwoliło m.in. przedstawicielom Grupy Specjalnej zdobyć nazwiska szeregu niemieckich naukowców i inżynierów bezpośrednio związanych z wykonaniem tajemniczego rozkazu. Po raz kolejny tropy prowadzą do Instytutu Cesarza Wilhelma i tajnych laboratoriów fizyki atomowej w Berlinie-Dahlem.

Berlin-Dahlem był główną siedzibą niemieckich badań atomowych. W ostatnich latach wojny Niemcy intensywnie pracowali nad zagadnieniami związanymi z energią atomową. Uczeń Maxa Plancka, dr Otto Hahn, był jednym z czołowych fizyków atomowych w Niemczech. Część niemieckich naukowców pracujących w laboratoriach dr. Hahna dostała się w nasze ręce po kapitulacji i została deportowana do Związku Radzieckiego, gdzie uzyskali najszersze możliwości kontynuowania badań. Wielu wybitnych niemieckich naukowców, znanych ze swojej pracy w dziedzinie fizyki atomowej, wśród nich profesor Hertz i doktor Arden, pracuje dziś w ramach kompleksu instytutów naukowo-badawczych ZSRR, zajmujących się zagadnieniami atomowymi i pod ogólnym kierownictwem profesora Kapicy, który jest kierownikiem Głównego Zarządu Instytucji Badań Naukowych Ministerstwa Specjalnych Rodzajów Uzbrojenia.

W ostatnich miesiącach wojny Niemcy dysponowały instalacjami cyklotronowymi niezbędnymi do rozszczepienia atomu. Jednak katastrofalna sytuacja na froncie oraz fakt, że brytyjskie lotnictwo zniszczyło niemieckie fabryki w Norwegii, produkujące ciężką wodę, niezbędną do eksperymentów z cyklotronami, zmusiły Niemców do zaprzestania dalszych prób zgłębienia tajemnicy atomu. Przed kapitulacją starannie rozrzucili cały sprzęt z laboratoriów atomowych, ukrywając go w miejscach, skąd nie mógł wpaść w ręce zwycięzców. Po naszej stronie znajdowały się specjalne jednostki, których wyłącznym zadaniem było poszukiwanie tajnej broni Niemiec, w której Hitler pokładał tak wielkie nadzieje, a która nie okazała się przydatna w zamierzonym celu.

Teraz podążamy tropem zakopanego miecza Führera.

W ciągu następnego miesiąca wszystkie osoby mające związek z odkryciem w Arnstadt są wzywane jeszcze kilkakrotnie do Poczdamu-Babalsbergu, gdzie stacjonuje Grupa Specjalna. Sprawa odbiła się szerokim echem. Nie wiadomo, z jakich źródeł i jakimi środkami zdobyte, ale Grupa Specjalna ma w swoich rękach zeznania niemieckich naukowców, przebywających w zachodnich strefach Niemiec. Znajdują się tu również zeznania niemieckich naukowców, obecnie pracujących w Związku Radzieckim. Czasem nie sposób nie podziwiać precyzji i szybkości, z jaką działa Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Nic więc dziwnego, że to właśnie im powierzono najważniejszą dziedzinę badań naukowych.

Podczas gdy Grupa Specjalna rozwikływała tajemnicę Arnstadt, SWA dokonała drugiego ważnego odkrycia. Depesza z Weimaru do pułkownika Kondakowa brzmiała następująco: „Grupa Lewkowicza odkryła tajny magazyn sprzętu o nieznanym przeznaczeniu. Proszę o natychmiastowe wysłanie ekspertów z Departamentu Wojskowego. Susłow”.

Znaleziska tego rodzaju nie były rzadkością. Niejednokrotnie podczas demontażu natrafiano na podwójne ściany, między którymi zamurowywane były maszyny. Następnie wydano okólnik nakazujący wystukanie wszystkich głuchych ścian wszystkich demontowanych fabryk. Ponadto, demontażyści prowadzili systematyczne poszukiwania sprzętu wywiezionego z fabryk tuż przed kapitulacją. Najwyraźniej wiadomość dotyczyła podobnego odkrycia.

Pułkownik Lewkowicz jest szefem grupy demontażowej działającej w Turyngii. Kapitan Susłow jest upoważnionym przedstawicielem Departamentu Nauki i Technologii SWA w Turyngii.

Pułkownik Kondakow natychmiast wysłał z Karlshorst dwóch pracowników swojego wydziału. Po przybyciu na miejsce, ci ostatni odkryli starannie zapakowane urządzenia w opuszczonych sztolniach niedokończonej podziemnej fabryki zakamuflowanej w lesie, co wzbudziło podejrzenia pułkownika Lewkowicza. Wyglądem tajemnicze urządzenia przypominały kolosalne transformatory napięciowe lub ograniczniki wysokiego napięcia, stosowane w laboratoriach do badania prądów wysokiego napięcia. Rzucały ię w oczy ogromne rozmiary urządzeń, a zwłaszcza izolacja wysokiego napięcia. Sprzęt zaprojektowano do pracy w warunkach tak dużych wartości prądu i napięcia, jakich dotychczas w przemyśle nie stosowano. Był to zatem sprzęt laboratoryjny. Do badania czego? Eksperci z Karlshorst, mimo że nie mieli wcześniej żadnego doświadczenia z cyklotronami, od razu wpadli na pomysł: atom!

Eksperci pułkownika Kondakowa natychmiast skontaktowali się telefonicznie ze specjalistami Grupy Specjalnej. Kilka godzin później na miejsce odkrycia przyjechał samochód z Babelsbergu. Za nim jechał drugi samochód z oddziałem żołnierzy w zielonych czapkach – jednostka specjalna Wojsk MSW. Specjaliści ze Specjalnej Grupy wystarczyli, aby przekonać się o znaczeniu podziemnego znaleziska.

Zaszyfrowana wiadomość adresowana do generała Paszyna została wysłana do Ministerstwa Broni Specjalnych w Moskwie. Następnego dnia samolotem z Moskwy przybyła grupa funkcjonariuszy sił specjalnych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, którzy przejęli dalszą opiekę nad znalezionymi urządzeniami.

Od dnia przybycia specjalistów Moskwy miejsce odkrycia było ogrodzone na obszarze wielu kilometrów przez siły bezpieczeństwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ani personelowi Karlshorst, ani Grupie Specjalnej z Babelsbergu nie pozwolono ponownie wejść na ten teren, dopóki cały sprzęt nie został przetransportowany do Związku Radzieckiego.

Później wyjaśniono wszystkie szczegóły dotyczące odkrycia sprzętu nuklearnego w Turyngii i jego wartości naukowej. Techniczna strona odkrycia nie stanowiła niczego nowego dla naukowców Związku Radzieckiego. Podobne urządzenia budowano w ZSRR tuż przed wojną w leningradzkich laboratoriach akademika Kapicy.

Z wypowiedzi szefa Departamentu Nauki i Techniki SWR, pułkownika Kondakowa, możemy wywnioskować, że w dziedzinie badań atomowych w Niemczech nie odkryto żadnych poważnych innowacji. W czasie wojny Niemcy nie były w stanie rozwijać tej pracy na większą skalę ze względu na brak odpowiednich możliwości technicznych. Nawet dla tak zaawansowanego technologicznie kraju jak Niemcy, zadanie to przekraczało ich możliwości. Czysto naukowa strona problemu atomu znana jest od dawna naukowcom w wielu krajach. Co ciekawe, tajemnica atomu kryje się głównie za przeszkodami technicznymi w postaci kolosalnych struktur energetycznych i równie potwornych źródeł energii, niezbędnych do rozbicia jądra atomowego i rozpoczęcia reakcji łańcuchowej.

W radzieckich kręgach naukowych twierdzi się, że opracowany w ZSRR tuż przed wojną projekt gigantycznego węzła energetycznego, tzw. „Wielkiego Projektu Wołga”, z systemem elektrowni wodnych w pobliżu Kujbyszewa, był ściśle związany z problemem potrzeby zapewnienia odpowiedniego źródła zasilania dla projektowanego na Uralu ośrodka radzieckich badań atomowych. Tam też dokonano porównania z amerykańskim ośrodkiem badań atomowych w Oak Ridge, centrum energetycznym Projektu Tennessee, i największą na świecie elektrownią wodną, ”Big Slave”, położoną nieopodal, w wąwozie Kolorado.

Poruszając problem atomu, nie sposób nie zauważyć uderzającej różnicy w sposobie, w jaki prasa radziecka i zagraniczna relacjonowały tę kwestię. My, ludzie radzieccy, stojący na granicy dwóch światów, widzimy to lepiej niż ktokolwiek inny. Jeśli prasa radziecka jest zbyt cicha, to prasa zachodnia jest zbyt głośna. W kwestii atomu prasa zagraniczna przypomina kobietę, która wpada w histerię na widok myszy.

Przesadny hałas wokół bomby atomowej ma raczej uspokajać tych, którzy podnoszą ten hałas, i świadczy o braku poczucia rzeczywistości. Ostatecznie nie jedna bomba atomowa zadecyduje o losie świata. Bombę atomową stworzył człowiek i człowiek zawsze będzie silniejszy od atomu.

„To zabawne, jak dużo tu krzyczą o bombie atomowej” – powiedział kiedyś pułkownik Kondakow.

„Poza tym wszystkie informacje pochodzą ze źródeł pierwszorzędnych” – zaśmiał się jego asystent, major Popow. – „Czasami z kręgów bliskich Karlshorst, czasami bezpośrednio z Moskwy. Podobno rozmawiają ze Stalinem przez telefon bez żadnych problemów”.

„Tak. Zagraniczne gazety wiedzą więcej niż my” – westchnął pułkownik. – „W pogoni za „sensacją...”

Słowa pułkownika Kondakowa są bardzo charakterystyczne dla stanowiska radzieckich urzędników. Każdy z nas wie dokładnie tyle, ile potrzebuje do swojej pracy. Co więcej, większość ludzi wręcz świadomie stara się wiedzieć mniej. W świetle tych faktów informacje publikowane w prasie zagranicznej „na podstawie źródeł pierwotnych” wydają się co najmniej niepoważne. Wystarczy znać przybliżone współrzędne źródła, aby od razu zrozumieć, że „źródło” po prostu nie mogło wiedzieć, co mu się przypisuje.

Podczas gdy świat trzęsie się w gorączce atomowej, życie toczy się jak zwykle. W kontekście dążenia do atomu, mimowolnie przychodzi mi na myśl następujący, stosunkowo trywialny fakt z życia codziennego.

Niedługo po powrocie z polowania na atomy w Turyngii na moje biurko trafiła teczka z rysunkami z Biura Reparacji. Do rysunków dołączono list przewodni: „Przesyłamy standardowy projekt standardowego domku letniskowego dla osiedli robotniczych Związku Radzieckiego na mocy nakazu reparacyjnego nr... Prosimy o wyrażenie zgody i zatwierdzenie części elektrycznej w określonych projektach. Ponadto prosimy o sporządzenie zbiorczej specyfikacji wyposażenia elektrycznego na podstawie całego zamówienia na 120.000 domów i jednoczesne wskazanie, w których przedsiębiorstwach można składać te zamówienia. Kierownik Wydziału Przemysłu Elektrycznego Dyrekcji Reparacyjnej – Pietrow”.

Plany przedstawiały typowy niemiecki dom jednorodzinny składający się z trzech pokoi, kuchni, łazienki i toalety. W piwnicy, oprócz piwnicy do składowania węgla, znajdowało się także osobne pomieszczenie do prania odzieży.

Ja i kilku innych inżynierów z zainteresowaniem przejrzeliśmy rysunki. „Kiedy wrócimy do Rosji, my też otrzymamy taki dom” – powiedział ktoś obecny.

Uzgodniono kwestie elektryczne projektu, projekt został podpisany i wysłany przez Biuro Reparacji do Moskwy w celu ostatecznego zatwierdzenia.

Wkrótce projekt wrócił na moje biurko. W towarzyszącej notatce napisano: „Wnoszę o wprowadzenie niezbędnych zmian do obliczeń, zgodnie z instrukcjami Ministerstwa Budownictwa ZSRR. Pietrow”.

Rozłożyłem papiery, ciekaw, jakie ulepszenia narzuciła Moskwa. Pierwszą rzeczą, którą należy zrobić, jest likwidacja pralni w piwnicy. Według Ministerstwa pranie można wykonywać także w kuchni. Następnie weranda zostaje zlikwidowana. To zrozumiałe – żeby ludzie nie siedzieli na werandzie z bezczynnym wzrokiem.

Po naniesieniu zmian i zatwierdzeniu projekt ponownie wysłano do Moskwy w celu zatwierdzenia. Kilka tygodni później znów znalazłem na stole nieszczęsny folder z lakoniczną notatką: „Proszę dokonać odpowiednich zmian. Pietrow”.

Tym razem zmiany były radykalne. Bez wyjaśnienia zaproponowano usunięcie zarówno łazienki, jak i toalety. W osiedlach robotniczych znajdują się łaźnie publiczne. Dlaczego więc w każdym domu ma być łazienka? To zrozumiałe. A co z toaletami? Najwyraźniej przywódcy Moskwy rozumowali w ten sposób: po co mieć toalety, skoro można uciec do krzaków.

Schemat instalacji elektrycznej domu był gęsto pokryty pogrubionymi znakami zapytania narysowanymi czerwonym ołówkiem. W sypialni pytania te pojawiły się w kontekście gniazdek elektrycznych odpowiadających lampom na szafkach nocnych i okablowania przełącznika umożliwiającego wyłączanie światła bez wstawania z łóżka. Najwyraźniej wujek w Moskwie nie wiedział, co to takiego. Albo, jeśli wiedział, chciał wyrazić swoje zdziwienie obecnością takiego luksusu w mieszkaniach przeznaczonych dla robotników.

120 000 domów w osiedlach robotniczych przebudowano na styl radziecki. Domki zamieniły się w zwykłe chaty. Ostatecznie „zmodernizowany” projekt krążył wśród inżynierów Wydziału Przemysłu jako żart. Ludzie kręcili głowami i milczeli. Nikt nie wyraził chęci zamieszkania w takim domu.

Od jednej czwartej do jednej trzeciej całkowitego budżetu obecnej powojennej pięciolatki na rzecz „odbudowy gospodarki narodowej ZSRR”, czyli około 60 miliardów rubli, jest bezpośrednio lub pośrednio poświęcone na atom. Jeżeli Człowiek, korona stworzenia i twórca bomby atomowej, chce biec pod wiatr, niech biegnie w krzaki. Tego wymagają interesy państwa.

2.

W połowie lata do Karlshorst przybyły z Moskwy komisje z różnych ministerstw, których zadaniem było znalezienie nowych lokalnych możliwości składania zamówień na reparacje i wykorzystanie gotowych produktów, dostępnych w magazynach przedsiębiorstw przemysłowych w Niemczech. Przedstawiciele Ministerstwa Przemysłu Stoczniowego ZSRR, którzy rozmawiali ze mną o możliwościach mojej branży, zaproponowali mi, abym pojechał z nimi na wycieczkę po prowincjach strefy radzieckiej i zapoznał się z sytuacją na miejscu. Następnego dnia inżynier-pułkownik Bykow, kapitan 2. stopnia Fiodorow i ja opuściliśmy Karlshorst, kierując się na Weimar.

Po drodze miałem okazję lepiej poznać moich towarzyszy. Obaj okazali się niezwykle miłymi ludźmi i, mimo wojskowych mundurów, zwracali się do siebie i do mnie po imieniu i „patronimie”, a nie według stopnia, jak wymagały regulaminy. Nie byli to oficerowie liniowi, lecz inżynierowie. To ma ogromne znaczenie, jeśli chodzi o poziom intelektualny personelu wojskowego. Ponadto byli oficerami Marynarki Wojennej. Każdy, kto miał styczność z marynarzami, od razu wie, jaka jest różnica między marynarką wojenną a armią.

Po przybyciu do Erfurtu zatrzymaliśmy się w hotelu Haus Kossenhaschen, który pełnił funkcję kwatery głównej firmy zajmującej się demontażem pojazdów w Turyngii. Oficerowie SWA żartobliwie nazywali hotel Haus Kossenhaschen „Małą Radą Komisarzy Ludowych”.

Siedząc w starym, ciemnym, wyłożonym dębowymi panelami holu najlepszego hotelu w Erfurcie, czekając na kolację, rozmawialiśmy i obserwowaliśmy, co się dzieje wokół nas. Nie byłem tu pierwszy raz i nie było to dla mnie niczym nowym. Moi towarzysze, którzy przybyli z Moskwy zaledwie kilka dni temu, byli wyraźnie zaintrygowani.

„Powiedz mi, Grigorij Pietrowicz, czy tu szykuje się wyprawa na Biegun Północny?” – pochylił się nad krzesłem i półgłosem zapytał inżynier-pułkownik.

Powodem tak dziwnego pytania był fakt, że każdy z demontażystów, którzy kręcili się wokół nas z rzeczową miną, ubrany był w ogromne, futrzane buty z renifera. Jednocześnie na zewnątrz panuje lato. Mężczyźni, ubrani w futrzane buty, nigdy nie rozstają się ze swoimi dwulufowymi strzelbami myśliwskimi, które zabierają ze sobą nawet do jadalni.

„Nie. Demontażyści po prostu znaleźli gdzieś magazyn niemieckich mundurów lotniczych na loty w Arktyce. No cóż, ubrali się z radości” – odpowiadam. – „I noszą ze sobą broń, bo po kolacji wszyscy idą na polowanie”.

„Jaka fajna firma!” – inżynier-pułkownik kręci głową. – „Co, nie mają tu nic lepszego do roboty?”

„Sytuacja tutaj jest niejasna” – wyjaśniam. – „Główny demontaż został już dawno zakończony, a większość z nich nie ma tu absolutnie nic do roboty. Ale żyją tu całkiem dobrze, więc za wszelką cenę próbują przeciągać swoją pracę. Ponieważ dowodzi nimi Moskwa, SWA nie ma siły, żeby cokolwiek zrobić”.

„A co oni teraz robią?” – pyta kapitan drugiego stopnia.

„Oni po prostu żerują na innych”. – Odpowiadam, – „Przed obiadem przeszukują okoliczne fabryki w poszukiwaniu miejsc, w których mogą się pożywić. Ci, którzy są bardziej leniwi, po prostu siedzą w Kossenhaschen i piją wódkę”.

„W Berlinie powiedziano nam, że wiele osób dorobiło się tu prawdziwego majątku, wystarczającego na całe życie” – mówi kapitan drugiej rangi.

„Niedawno Wydział Mechaniki Precyzyjnej SWA zajmował się podobną sprawą” – mówię. – „Dyrektor «Drugiej Państwowej Fabryki Zegarków» jest w to zamieszany. Czy słyszałeś coś na ten temat?”

Otrzymawszy odpowiedź negatywną, kontynuuję: „Ten dyrektor został wysłany tutaj do Niemiec, aby zdemontować przemysł zegarmistrzowski. Niedługo po powrocie do Moskwy SWA otrzymała materiały, z których wynika, że podczas demontażu nielegalnie przywłaszczył sobie kilka tysięcy złotych zegarków i kilkadziesiąt kilogramów złota”.

„To naprawdę wystarczy na całe życie” – mówi pewnie kapitan. – „Dożywotnie pozbawienie wolności – również.”

„Nie sądzę tak w przypadku tego ostatniego” – zauważam.

„Jak to?” – jest zaskoczony kapitan drugiej rangi.

„Bardzo proste” – odpowiadam. – „Sprawę przekazano wyższym władzom i tam ją po cichu wyciszono”.

„Ale dlaczego?” – kapitan nie może zrozumieć.

„Dla mnie to też jest zagadką” – mówię. – „Najwyraźniej nie chcą dyskredytować takich ludzi. Jak to mówią – nie zamiataj brudów publicznie... To nie jest pierwszy przypadek”.

„To, co miał, nie wystarczyło mu. Chciał złota” – oburza się pułkownik inżynierii. – „I to się nazywa radziecki dyrektor!”

Mimowolnie na mojej twarzy pojawia się gorzki uśmiech. Kiwam głową w stronę demontażystów, kręcących się wokół nas i mówię: „Każdy, kogo widzicie tutaj, w Związku Radzieckim jest wyższym urzędnikiem ministerstwa lub dyrektorem fabryki. I wszyscy oni niewiele różnią się od dyrektora Drugiej Państwowej Fabryki Zegarków, uwierzcie mi z własnego doświadczenia. My w SWA otrzymujemy takie materiały coraz częściej.

Nasza rozmowa kończy się niezręczną ciszą. Wkrótce podchodzi do nas maître d' i zaprasza do jadalni.

Przez dwa dni będziemy inspekcjonować fabryki w okolicach Erfurtu. Moi towarzysze mają zadania związane ze specjalistycznym sprzętem elektrycznym do wyposażania okrętów wojennych, zwłaszcza okrętów podwodnych. Nie ma planów odbudowy floty handlowej, która poniosła kolosalne straty w czasie wojny. Cała uwaga skupiona jest na budowie Marynarki Wojennej. Tak wyglądała powojenna odbudowa gospodarki narodowej ZSRR.

Nie mogę nie zauważyć reakcji moich towarzyszy na wszystko, co się dzieje wokół nich. Jestem już w Niemczech od roku i wszelkie kontrasty straciły dla mnie swoją nowość. Już przyzwyczaiłem się do rzeczy, które wydają się interesujące osobie, która niedawno przyjechała z ZSRR.

Pewnego dnia przyjechaliśmy do fabryki Telefunken, aby ustalić możliwość złożenia zamówień na naprawy gwarancyjne stacji odbiorczych i nadawczych dla Marynarki Wojennej. Gdy minęliśmy bramy fabryki i nasz samochód jechał drogą prowadzącą do budynku administracji fabryki, inżynier-pułkownik, patrząc przez okno samochodu, powiedział do kapitana drugiego stopnia: „Patrz, Wiktorze Stiepanowiczu! Korty!”

On z kolei spojrzał przez okno. Rzeczywiście, jest tu kilka kortów tenisowych, starannie pokrytych siatką. Wokół znajdują się rabaty kwiatowe i niewielki teren przypominający park, gdzie można odpocząć. Wszystko to znajduje się na terenie zakładu i najwyraźniej jest przeznaczone wyłącznie dla pracowników tego przedsiębiorstwa.

Kapitan przygląda się kortom z dziwnym zainteresowaniem. Spogląda nie tylko na korty, ale także na ukryte wśród zieleni ogrodzenie fabryki i wznoszące się nieopodal budynki przemysłowe, jakby oceniając fakt, że korty tenisowe znajdują się właśnie w tym miejscu.

W ZSRR głośno mówi się o potrzebie stworzenia podobnych terenów rekreacyjnych dla pracowników na terenach fabryk. Mimo całego szumu zielone tereny rekreacyjne istnieją głównie na papierze, a nawet w niektórych przedsiębiorstwach, gdzie tworzy się je wyłącznie na pokaz. I nagle tutaj, w Niemczech, zza krzaków, bez krzyku i hałasu, pojawiają się rzeczy, które w ZSRR reklamowano jako wyjątkowe osiągnięcia ustroju radzieckiego. Wydaje mi się, że w uważnym spojrzeniu kapitana drugiej rangi przeczytałem bez słów: „Ale te korty były tu zbudowane dawno temu…”

Niedaleko budynku, w którym mieści się administracja zakładu, znajduje się kilka rzędów specjalnych stojaków na rowery, które rdzewieją i stoją porzucone.

„Grigorij Pietrowicz” – pyta mnie kapitan – „a gdzie są rowery?”

„Cóż, to zupełnie dziecinne pytanie” – odpowiadam. – Oczywiście, w Rosji. „Och, tak…” kapitan się uśmiecha. – „A wcześniej, jak widać, było ich mnóstwo. Prawie każdy pracownik miał rower”.

Po rozmowie z radzieckimi oficerami kontroli i przedstawicielami kierownictwa Telefunkena, podczas której sporządzamy potrzebne nam zlecenia robocze, inżynier-pułkownik zwraca się do mnie z nieoczekiwaną propozycją: „Jak możemy zorganizować krótką wycieczkę po zakładzie, zapoznać się z procesem i organizacją produkcji?”

Dyrektor techniczny Telefunkena jest gotowy towarzyszyć nam przy zwiedzaniu zakładu. Sprawdzamy wszystkie działy zgodnie z ruchem produktów wytwarzanych w zakładzie. W ogromnej hali, w której odbywa się nawijanie i montaż elektrod lamp radiowych, przy stołach montażowych siedzi kilkaset dziewcząt i kobiet. Dyrektor techniczny wyjaśnia nam szczegóły procesu, który jego zdaniem powinien zainteresować radzieckich inżynierów.

Pułkownik inżynier ledwo słucha wyjaśnień dyrektora technicznego. Pozostał trochę w tyle za nami i, starając się nie zwracać na siebie uwagi otoczenia, rozglądał się po sali. Jego wzrok powoli przesuwa się po wielkich oknach, jakby oceniał liczbę jednostek świetlnych w miejscu pracy. Następnie dokładnie szacuje wysokość pomieszczenia. Jego wzrok zatrzymuje się na chwilę na przegrodach ze szkła zbrojonego, które oddzielają pracowników od siebie, niczym kabiny do czytania w elegancko wyposażonej czytelni.

Inżynier pułkownik nie jest zainteresowany dyskusjami na temat zasad wyżarzania lamp radiowych. Zamiast tego uważnie przygląda się stanowisku pracy jednego z pracowników. Wysoki rangą urzędnik ministerialny, szef jednego z Głównych Zarządów Ministerstwa Przemysłu Okrętowego, niewątpliwie doskonale zna warunki pracy robotników w Związku Radzieckim. Teraz natknął się na coś, co bardzo go zainteresowało. Zgaduję, że tak myślał. Porównuje myślach warunki pracy w niemieckim przedsiębiorstwie z warunkami w analogicznych fabrykach radzieckich.

Gdy mieliśmy już wychodzić z sali, zatrzymał mnie kapitan drugiej rangi: „Grigorij Pietrowiczu, jak ci się podoba to krzesło?”

Kapitan siada na pustym krześle niedaleko, niczym nie różniącym się od setek innych, na których siedzą pracownicy. Jest to standardowe krzesło z oparciem sprężynowym i regulowaną wysokością siedziska.

„Co w nim znalazłeś szczególnego, Wiktorze Stiepanowiczu?” – pytam.

„Po pierwsze, krzesło jest wygodne” – odpowiada. – „Dla pracowników, można by nawet powiedzieć, to luksusowe krzesło. A zauważyłeś, jakie krzesła są w zarządzie zakładu?”

„Nie, nie oglądałem” – przyznaję.

„Te same krzesła” – mówi kapitan z lekkim uśmiechem. – „Zarówno dyrektor, jak i pracownicy pracują na tych samych krzesłach. Krzesła są naprawdę wygodne”.

„To tutaj standard” – mówię.

„Hmm...” – podsumowuje krótko kapitan, gdy idziemy za grupą, która nas wyprzedziła.

Wchodzimy do komory próżniowej. Tutaj jest gorąco. Języki płomienia gazowego migoczą. Słychać monotonny syk sprężonego powietrza.

„W tym właśnie tkwi nasz największy problem” – mówi dyrektor techniczny. – „Zainstalowaliśmy kilka starych jednostek próżniowych, ale nie spełniają one wymogów technicznych. To głównie wyjaśnia masę skarg z Biura Reparacji”.

„Tak, coś tu jest nie tak” – zgadza się pułkownik-inżynier, rozglądając się dookoła. Działające pompy próżniowe służące do wypompowywania powietrza z kolb lamp radiowych zostały najprawdopodobniej pobrane ze składowiska złomu. W pobliżu widać kilka pustych betonowych fundamentów. Rury gazowe, powietrzne i elektryczne wystają z fundamentów niczym przecięte tętnice.

„Gdzie są te jednostki?” – pyta kapitan.

„Zostały zdemontowane i teraz pracują nad Swietłaną” – odpowiadam.

„A-a-a...” – odpowiada kapitan.

Podczas wyjaśnień dyrektor techniczny narzeka na dużą rotację pracowników. Ma to negatywny wpływ na jakość produktu.

„Szkolenie pracownika trwa cztery tygodnie” – mówi. „Wielu z tych pracowników po tygodniu pracy nigdy więcej nie pojawia się w zakładzie. Ponadto liczba nieobecności jest bardzo wysoka”.

„Czy nie ma pan sposobu, żeby temu zapobiec?” – pyta inżynier-pułkownik, zaskoczony bezradnością dyrektora w stosunku do robotników.

Dyrektor wzrusza ramionami: „Pracownik ma prawo nie przychodzić do pracy przez okres do trzech dni bez udokumentowanego wyjaśnienia przyczyn” – mówi. – „W przypadku dłuższego okresu czasu pracownik zobowiązany jest przedstawić zaświadczenie od lekarza.”

„Co może zrobić kierownictwo w kwestii absencji i rotacji pracowników?” – pyta pułkownik inżynier.

„W przypadkach, które właśnie wymieniłem, nie mamy prawa zwolnić pracownika. Jeśli pracownik chce odejść, nie mamy prawa go zatrzymać” – odpowiada dyrektor.

„Nie mówię o ich zwalnianiu, ale o zmuszaniu pracowników do pracy” – upiera się pułkownik inżynier.

Dyrektor spojrzał na niego bez wyrazu: „Bitte!” – mówi, prosząc o powtórzenie pytania. Pułkownik inżynier powtarza.

„Nie mamy prawa zmuszać pracowników do pracy. Mamy prawo zwalniać tylko tych, którzy łamią kodeks pracy” – odpowiada dyrektor.

Zapada niezręczna cisza. Najsurowszą karą wśród Niemców jest zwolnienie pracownika z fabryki. W ZSRR zwolnienie z pracy było często nieosiągalnym marzeniem robotnika. Dyrektor radziecki rozporządza robotnikiem całkowicie według własnego uznania – może mu nakazać przeniesienie do niższej i gorzej płatnej pracy, może, a raczej jest zobowiązany, postawić robotnika przed sądem za spóźnienie się do pracy o kilka minut. Pracownik ze swej strony nie ma prawa opuścić miejsca pracy bez zgody dyrektora. W przeciwnym razie – proces i więzienie.

Jesteśmy do tego przyzwyczajeni i bezradność niemieckiego dyrektora jest dla nas niezrozumiała. Jego z kolei zaskakują nasze, jego zdaniem, dziwne pytania. Dwa światy – dwa systemy.

„Wspomniał pan o kodeksie pracy” – kontynuuje pułkownik inżynier. – „Proszę mi powiedzieć, jakie przepisy prawne określają dziś relacje między pracodawcą a pracownikiem? Prawa z czasów Hitlera?”

„Zasadniczo niemiecki kodeks pracy został przyjęty za czasów Bismarcka” – odpowiada dyrektor. – „Za wyjątkiem drobnych zmian, będzie on obowiązywać do dziś.

„Za czasów Bismarcka?!” – pyta niedowierzająco pułkownik inżynier. – „Ale to było jakieś 70 lat temu...”

„Tak” – mówi dyrektor i po raz pierwszy na jego twarzy pojawia się ledwie zauważalny cień dumy. „Niemieckie prawo socjalne jest uważane za jedno z najbardziej zaawansowanych na świecie... mam na myśli Europę Zachodnią” – szybko się poprawia, przypominając sobie, że ludzie stojący przed nim to sowieccy oficerowie.

Pułkownik inżynier patrzy na kapitana. On z kolei wymienia ze mną spojrzenia. Już się przyzwyczaiłem do tej cichej rozmowy. Tak właśnie ludzie radzieccy reagują na sprawy, nad którymi dużo myślą, ale o których nie mogą rozmawiać.

Korzystając z faktu, że nie ma z nami oficerów kontroli stacjonujących w Telefunken, pytam dyrektora o przyczyny gwałtownego spadku produkcji lamp radiowych w ostatnim miesiącu. Kontrolując fabryki, zawsze warto słuchać obu stron niezależnie.

„Główną przyczyną jest niedobór drutu wolframowego i molibdenowego” – odpowiada dyrektor.

„Tak, ale wasz zakład niedawno otrzymał kontyngent wystarczający na realizację planu na sześć miesięcy” – mówię. – „Czy nie dostał pan tego telegramu z Berlina?”

„Czy pan nie wie, Herr Major?...?” – mruczy zdezorientowany dyrektor. – Czy pan Nowikow nie meldował panu...?

„Nie. Co się dzieje?”

Dyrektor waha się przez chwilę, po czym mówi: „Potrzebowaliśmy tak pilnie drutu, że nie czekając na przybycie kontyngentu koleją, wysłaliśmy specjalną ciężarówkę do Berlina”.

„No to co?” – pytam.

„W drodze powrotnej samochód został zatrzymany i okradziony…”

„A co z drutem?”

„Panie Majorze, nasi ludzie nic nie mogli zrobić…”

„Gdzie jest drut?”

„Kiedy nasza ciężarówka zbliżała się nocą do Lipska, inna ciężarówka, zaparkowana po drugiej stronie drogi, zablokowała jej drogę. Ludzie uzbrojeni w automaty zmusili kierowcę i konwojenta do wyjścia na drogę i ukradli ciężarówkę. Drut…”

„Kim byli bandyci?” – pytam.

„Ci ludzie mieli na sobie radzieckie mundury” – odpowiedział dyrektor po chwili wahania.

Kiedy pożegnaliśmy się z dyrektorem i wsiedliśmy do samochodu, kapitan powiedział: „Kto mógłby potrzebować ciężarówki z drutem? Może to sabotaż mający na celu zakłócenie reparacji”.

„Do takiego sabotażu już się przyzwyczailiśmy” – mówię. – „Ten samochód ciężarowy wkrótce znajdzie się gdzieś w lesie. Z drutem, ale bez gumy i bez akumulatora. Prawdopodobnie na to liczy Nowikow. Dlatego na razie milczy”.

„Kto tu robi takie rzeczy?” – pyta kapitan.

„Jeśli pożyjesz dłużej, to zobaczysz” – mówię, unikając bezpośredniej odpowiedzi.

Po Telefunkenie udaliśmy się do fabryki precyzyjnych obrabiarek i zegarków firmy Til, mieszczącej się w małej wiosce, którą trudno nam było znaleźć na mapie. W tej samej wiosce znajdowało się kilka innych, dość dużych przedsiębiorstw przemysłowych produkujących osprzęt elektryczny. Wieś rozciągała się wzdłuż wąskiej doliny, wciśnięta pomiędzy zalesione góry. Schludne domy turyńskie, pomalowane na jaskrawe kolory, wspinały się na zbocza gór. Trudno było sobie wyobrazić, że ta malownicza wioska była kiedyś osadą robotniczą i że mieściło się tu kilka dużych fabryk.

„Wygląda to bardziej jak sanatorium niż osada robotnicza” – zauważył kapitan drugiej rangi, być może z zazdrością, a może z żalem. – „Pracownicy tutaj żyją jak w kurorcie”.

Po naszej wizycie u oficerów kontroli SWA, którzy zakwaterowali się w willi właściciela jednej z fabryk, inżynier-pułkownik zaśmiał się: „Wiktorze Stiepanowiczu, czego twoim zdaniem ci ludzie najbardziej się boją?”

„Żeby ich stąd nie przenieśli gdzieś” – odpowiedział kapitan bez zastanowienia.

Słowo „gdzieś” było dla nas wszystkich jasne, nawet bez precyzyjnego określenia.

Ludzie z Zachodu nigdy nie zgadną, co najbardziej zaskakuje mieszkańca Związku Radzieckiego, a w szczególności inżyniera, gdy po raz pierwszy zetknie się z niemieckimi fabrykami. Ludzie Zachodu zapewne zakładają, że radzieccy inżynierowie stoją z otwartymi ustami, zachwyceni ogromnymi fabrykami, mnogością maszyn i innymi osiągnięciami technologicznymi. Nie, te czasy już minęły. Jeśli mówimy o wielkości przedsiębiorstw przemysłowych i ich wyposażeniu technicznym, to ludzie Zachodu będą zaskoczeni, gdy natkną się na radzieckie fabryki.

To, co jest dziś dla nas nowe na Zachodzie, to nie technika i maszyny, ale pozycja człowieka w kompleksie społeczeństwa i państwa. Musimy być przekonani, że ludzie Zachodu, ludzie w systemie swobodnej ewolucji stosunków społecznych, cieszą się o wiele większymi prawami i swobodami, że mają o wiele więcej od życia niż ludzie radzieccy o podobnym poziomie społecznym.

Zakończywszy pracę w zakładzie Til, wieczorem tego dnia wyruszamy do kolejnego punktu naszej wycieczki. Niedaleko Jeny rozładował się akumulator w naszym samochodzie i zaczął szwankować zapłon. Aby nie dopuścić do całkowitego rozładowania akumulatora, wyłączamy światła i jedziemy powoli po ciemku. Po jednej stronie wąskiej drogi wznosi się urwisko porośnięte drzewami, po drugiej stronie opada czarna przepaść.

Kapitan mruczy, oskarżając kierowcę-marynarza o nieostrożność. Ten pozostaje milczący, trzymając ręce na kierownicy i przyciskając twarz do przedniej szyby.

W najbardziej dzikim miejscu, pośród ciemności i wąwozów, nasz samochód w końcu odmawia dalszej jazdy. Podczas gdy kierowca majstruje przy silniku, oświetlając go latarką, my wysiadamy z samochodu, żeby rozprostować nogi.

Nagle z ciemności wyłoniło się dwoje oślepiających, ognistych oczu. Samochód jadący z naprzeciwka niemal w nas wjeżdża, ale nagle hamuje i zatrzymuje się. Z ciemności dobiega głos mówiący po rosyjsku.

„Towarzysze oficerowie, czy słyszeliście tu jakąś strzelaninę?”

„Nie” – odpowiada ktoś z nas. – „Co się stało?”

„Tak, nasi ludzie poszli tu na polowanie i postrzelili jednego ze swoich. Doktor jedzie z nami. Teraz nie znajdziemy drogi”.

„Cóż, wygląda na to, że trafiliśmy we właściwe miejsce” – mruczy kapitan, gdy widmowy samochód ponownie znika w ciemności.

Ciemna postać przechodzi obok nas drogą, trzymając w ręku rower. „Co to za miejsce?” – pytam.

„To są zamki Goethego” – odpowiada Niemiec. – „Tam, tuż nad waszą głową.”

„Czy w pobliżu są jakieś domy?”

„Tak. Teraz będzie most, a za mostem będzie wioska” – odpowiada głos z ciemności.

„Nic nie mogę zrobić, towarzyszu pułkowniku” – melduje w tym momencie marynarz. – „Musimy iść do warsztatu.”

„Co teraz powinniśmy zrobić? Czy będziemy musieli spędzić noc w samochodzie?” – moi towarzysze są zirytowani.

„Po co?” – mówię. – „Niedaleko jest wioska. Spędzimy tam noc.”

„Co ty mówisz, Grigorij Pietrowicz!” – wykrzykują z przerażeniem marynarze. „Przecież nie ma tam żadnej komendantury ani hotelu dla żołnierzy”.

„To dobrze” – mówię.

„Nie, nie, przestańcie robić takie żarty” – protestują moi towarzysze. – „Jeszcze nie znudziło nam się życie.”

„Co się stało?” – Jestem zaskoczony.

„Zapomniałeś, gdzie jesteśmy? Codziennie dochodzi tu do morderstw. Właśnie usłyszałeś, że ktoś został zastrzelony w pobliżu”.

„Aha, więc to są nasi” – mówię. – „Nic dziwnego, że go postrzelili.”

„Grigorij Pietrowicz, ciągle nam mówili, żebyśmy byli ostrożniejsi. Polecali nawet, żeby nie zostawiać kierowcy w samochodzie na noc, bo go zabiją. Przecież tu cały czas... No cóż, wiesz, o co chodzi”.

„Gdzie słyszeliście takie rzeczy?”

„Ostrzegano nas w Moskwie”.

Nie mogę powstrzymać się od śmiechu: „Cóż, jeśli w Moskwie, to możliwe. Tutaj wszystko wygląda trochę inaczej. W każdym razie lepiej nam się będzie spało na wsi niż w hotelu komendantury. Gwarantuję wam to. Poza tym wszyscy mamy pistolety”.

Po długich namowach moi towarzysze zgodzili się zaryzykować i spędzić noc w nieznanej niemieckiej wiosce. Poprosiliśmy kierowcę, żeby został w samochodzie i ruszyliśmy w drogę.

„Gdzie będziemy tam spać?” – pyta kapitan ponownie z powątpiewaniem. – „Niewygodnie jest budzić ludzi w środku nocy i włamywać się do ich domów”.

„Nie martw się o to, Wiktorze Stiepanowiczu” – przyjmuję rolę przewodnika. – „Pierwszy dom, na jaki trafimy, będzie hotelem. Chcesz się ze mną założyć?”

„Ty, Grigorij Pietrowicz, po prostu sobie żartujesz. Dlaczego jesteś taki pewny, że pierwszy dom będzie hotelem?” – pyta kapitan. – „Jeśli chcesz, to odkorkujemy butelkę koniaku”.

„To bardzo proste. Idziemy drogą, a Niemcy zawsze mają hotele przy drodze, przy wjeździe i wyjeździe z wioski. Widzisz, jak łatwo było mi wygrać twoją butelkę?”

„Wciąż nie podoba mi się ten cały pomysł” – wzdycha ponuro kapitan drugiej rangi.

Po dziesięciu minutach marszu z ciemności przed nami wyłaniają się niewyraźne kontury mostu. Teraz, za mostem, widzimy światło przedostające się przez szpary w oknach.

„No to teraz spójrz, Wiktor Stiepanowicz. Kto ma rację?” „Mówię, kierując światło kieszonkowej latarki na czarny, wzorzysty znak z wizerunkiem kufla piwa nad wejściem. – Oto twój hotel.

Kilka minut później siedzimy przy stole w holu wiejskiego pensjonatu. Moi towarzysze rozglądają się dookoła z nieufnością, jakby spodziewali się ataku w każdej chwili. Salon urządzony jest w stylu turyńskim – ciężkie rzeźbione meble z ciemnego dębu i masa poroży jeleni na ścianach. Żyrandole i kinkiety również wykonane są z poroża jelenia. W głębi sali znajduje się bufet, który lśni licznymi niklowanymi kranami. Dwie dziewczyny w białych fartuchach uśmiechają się za ladą.

Po dogadaniu z właścicielem noclegu zamawiamy gorącą kawę. Z walizek, które zabraliśmy ze sobą, wyjęliśmy chleb, kiełbasę i na koniec butelkę koniaku, którą kapitan zabrał ze sobą w drogę „przeciwko grypie”.

„O, Grigorij Pietrowicz, napijemy się, a potem nas tu wszystkich pozabijają jak kuropatwy” – kapitan ciężko wzdycha, odkorkowując butelkę. – Cóż, za wszystko odpowiesz Apostołowi Piotrowi.

„Chcesz, żebym ci zdradził mój mały sekret?” – zapytałem. – „Wtedy na pewno będziesz lepiej spał. Często musiałem wyjeżdżać w podróże służbowe. Kilka razy przejechałem całą Turyngię i Saksonię w towarzystwie ciężarówki z ładunkiem. W takim przypadku rzeczywiście istnieje niebezpieczeństwo i trzeba być ostrożnym. I tak, ilekroć zbliżała się noc i trzeba było zatrzymać się na noc... Co myślisz, że zrobiłem?”

„No cóż, oczywiście, że próbowaliście dostać się do hotelu komendantury” – odpowiada pewnie kapitan.

„Zrobiłem to tylko raz. Pierwszy i ostatni raz. Potem zawsze starałem się unikać miast, w których znajdowała się komendantura i garnizon radziecki. Celowo nie jechałem do miasta, szukałem pierwszej napotkanej wioski i zatrzymywałem się w pierwszym hotelu, na jaki trafiłem”.

„Dlaczego tak?” – zaczyna się interesować pułkownik inżynier.

„To najbezpieczniejszy sposób” – odpowiadam. „Podczas mojego roku w Niemczech, trzy razy wyciągałem pistolet, zamierzając strzelać... I za każdym razem byli to ludzie w radzieckich mundurach... W celu rabunku” – wyjaśniam po krótkiej pauzie.

„Ciekawe...” – wymamrotał kapitan przez zęby.

„Kiedyś zatrzymałem się w hotelu oficerskim w Glauchau” – kontynuuję. – „Zaparkowałem ciężarówkę pod oknem, na wszelki wypadek. Nie miałem nawet czasu położyć się spać, gdy usłyszałem, że moja ciężarówka jest już rozbierana”.

„To zabawne...” – powtarza pułkownik inżynier.

„Wcale nie było mi śmiesznie, kiedy biegałem po ulicy z bronią w ręku i w samej bieliźnie” – zauważam.

„I jak się to skończyło?” – pyta pułkownik inżynier.

„Zatrzymałem dwóch naszych poruczników i jednego sierżanta. Zadzwoniłem do patrolu komendanta i przekazałem ich do aresztowania. Rano komendant miasta powiedział mi: „Wierzę ci, towarzyszu majorze, ale aresztowanych trzeba będzie zwolnić. Nie mam czasu zajmować się takimi drobiazgami. Następnym razem radzę Ci zrobić to w ten sposób. Poczekaj, aż samochód zostanie rozebrany. Aby istniał dowód rzeczowy. Potem zastrzelcie wszystkich na miejscu i zadzwońcie do nas. Sporządzimy raport i podziękujemy później. Szkoda, że tym razem dałeś się ponieść emocjom.

W tym momencie do sali wchodzi elegancka młoda kobieta. Mężczyzna podąża za nią. Siadają przy stoliku naprzeciwko nas i zapalają papierosy. Dym papierosowy unosi się ku górze niebieskimi falami.

„Wszystko w porządku” – mówi kapitan. – „Ale jest jedna rzecz, której tu nie lubię – publika jest zbyt dobrze ubrana. Spójrz na tego faceta, co jest z tą kobietą naprzeciwko niego? Prawdopodobnie wszyscy są byłymi wielkimi nazistami. Ukryli się tutaj na pustkowiu, a teraz znaleźliśmy się w ich gnieździe. Czy zauważyłeś tę grupę młodych facetów? Weszli, szepnęli i odeszli! Wszystko to wydaje mi się bardzo podejrzane”.

„No to chodźmy spać” – proponuję. – „Poranek jest mądrzejszy od wieczora”.

„Och, spać” – krzywi się pułkownik inżynier. – „Muszę zobaczyć, w którą stronę wychodzą okna.”

Gdy docieramy na najwyższe piętro, do przydzielonych nam pokoi, pułkownik inżynier i kapitan rozpoczynają rozpoznanie. Otwierają i zamykają okna, a następnie sprawdzają wytrzymałość zatrzasków. „Powiedziano nam, że przez okna wrzucano granaty ręczne” – wyjaśnia kapitan. Następnie wychodzi na korytarz i próbuje sprawdzić, czy w sąsiednich pokojach nie ma wilkołaków. Na koniec sprawdza wytrzymałość zamków w drzwiach.

„Na Boga, Wiktorze Stiepanowiczu, patrząc na ciebie, ja też się boję” – mówię. – „Być może masz szczególny talent do wszelkiego rodzaju przygód”.

Moi towarzysze zajmują jeden pokój. Muszę zamieszkać w pokoju obok. Po raz pierwszy podczas mojego pobytu w Niemczech poczułem pewną niepewność. Zamknąłem drzwi na zasuwkę i chwilę się zastanowiłem, po czym wyjąłem pistolet z teczki i schowałem go pod poduszkę. Następnie gaszę światło i nurkuję pod kołdrę puchową.

Następnego ranka pukam do drzwi sąsiadów. Zza drzwi dobiegają zaspane głosy, po czym słychać grzechot zamków. Moi towarzysze mają trudności z wstawaniem z łóżka. Okazało się, że siedzieli długo po północy, zastanawiając się, czy spać nago, czy ubrani. Teraz, w blasku słońca, wszystkie ich obawy i zmartwienia rozwiały się, a oni nawet zaczęli sobie żartować.

„Wiktorze Stiepanowiczu, powiedz mi, jak to się stało, że w nocy poszedłeś do toalety z bronią?” – pułkownik inżynier puszcza do mnie chytre oko.

„Wiesz, co to za śliczna para była wczoraj?” – mówię. – „Lokalny szewc z żoną. Stary komunista, na dodatek. Już zapytałem właściciela. A ty wziąłeś ich za wielkich nazistów”.

Wieczorem poprosiliśmy właściciela hotelu o wysłanie elektryka samochodowego, aby pomógł naszemu kierowcy wcześnie rano. Gdy podjeżdżamy na miejsce parkingowe naszego samochodu, obaj są zajęci naprawą. Aby zabić czas, postanawiamy zobaczyć zamki Goethego, które muszą znajdować się gdzieś nad naszymi głowami. Wspinamy się stromą ścieżką między krzakami.

Po krótkiej wędrówce wspinamy się na szczyt. Na samym skraju stromego klifu stoją dwa domy, otoczone gąszczem krzewów i drzew. Daleko w dole, u naszych stóp, wstęga drogi, na której nasz samochód i ludzie kłębiący się wokół niego jawi się jako czarna plama. Daleko, daleko stąd, we wszystkich kierunkach otwiera się wspaniała panorama.

Zbliżamy się do raczej niepozornych domów, dumnie noszących miano zamków. Przy bocznym wejściu rozwieszono do wyschnięcia skóry zajęcze. Tutaj mieszka strażnik, opiekun i jednocześnie przewodnik po zamkach, które są dziś muzeami. Podobno jest tam niewielu gości, a strażnik musi zarabiać na życie kłusownictwem. Z jego pomocą możemy obejrzeć zabytki, a nawet napis Goethego na parapecie wykonany ołówkiem. Napis jest starannie oprawiony w specjalną szklaną ramę.

Dom ten kiedyś był letnią rezydencją elektora Turyngii. Następnie przez jakiś czas należał do Goethego. Wyposażenie jest skromne i w żaden sposób nie przypomina siedziby królewskiej lub książęcej.

Gdy po obejrzeniu zamków wychodzimy znów do parku, inżynier-pułkownik mówi: „Ciekawie jest jeszcze zobaczyć dom, w którym stanęła noga Goethego. Czujesz jakiś wewnętrzny niepokój. Ale na zewnątrz to wszystko nie może się równać z naszym Peterhofem czy Carskim Siołem. Ich elektorzy żyli biednie”.

„Miło jest widzieć tu porządek i szacunek dla dziedzictwa kulturowego Goethego” – wspomina kapitan. – „A co zrobili z naszymi pałacami w Peterhofie? Przecież wszystkie pałace wokół Leningradu zostały splądrowane, a co gorsza, zbezczeszczone. Widziałem to wszystko na własne oczy”.

„To typowe dla Niemców” – podsumowuje pułkownik-inżynier. – „Są zbyt narcystyczni. Ten dom jest dla nich azylem. Jest tym samym azylem dla nas. I dlaczego, można się zastanawiać, postawili stajnie w pałacach Katarzyny?!”

Spacerujemy po parku. Wiewiórki biegają po drzewach, nie zwracając na nas najmniejszej uwagi. Jedna z nich spokojnie siedzi na gałęzi tuż nad naszą głową. Słowa moich towarzyszy naprowadziły mnie na nieoczekiwaną myśl. Wyciągam pistolet z kabury i powoli celuję w wiewiórkę.

„Co ty, Grigorij Pietrowicz?!” – kapitan chwyta mnie za rękę. – Myślałem, że jesteś dorosły?

„O, co w tym złego?” – Upieram się i znów celuję w wiewiórkę.

„Zostaw to!” – protestuje inżynier-pułkownik, przyłączając się do kapitana. – „Czy dozwolone jest strzelanie tutaj!”

„Nie martw się” – śmieję się, chowając broń. – „Chciałem tylko zobaczyć, jak zareagujesz na barbarzyństwo…”

W tym momencie słychać dwa strzały z pobocza drogi, przy którym zaparkowany jest nasz samochód. To kierowca dający nam sygnał, że samochód jest w porządku. Pół godziny później zamki Goethego pozostają daleko w tyle.

Przez kilka kolejnych dni pędzimy po Turyngii i Saksonii. Kontrolujemy fabryki, nakładamy sekwestr, konfiskujemy bieżącą produkcję, przygotowujemy projekty zleceń dla Administracji Reparacji.

Podczas tej podróży po raz pierwszy poczułem coś dość dziwnego. Jestem przekonany, że rok spędzony poza Związkiem Radzieckim nie minął bez pozostawienia we mnie śladu. W pewnym sensie zmieniłem się wewnętrznie. Widzę to wyraźnie w kontaktach z moimi towarzyszami podróży – marynarzami. Wczoraj przyjechali z Moskwy i jutro znów tam wrócą. Dla mnie są oni pewnego rodzaju papierkiem lakmusowym, na którym mam możliwość testowania zachodzącego we mnie procesu.

W kontakcie z nimi poczułem z wewnętrznym dreszczem, że w swoich myślach i światopoglądzie oddaliłem się od orbity, po której krąży człowiek radziecki. Nie oznaczało to rezygnacji z tego, co miałem, na rzecz czegoś innego. To było poszerzenie horyzontów.


Następny rozdział
Powrót do spisu treści