Grigorij Klimow «Pieśń Zwycięzcy»

Rozdział 8. OWOCE ZWYCIĘSTWA

1.

Fabryka samochodów BMW w Eisenach była jednym z pierwszych dużych przedsiębiorstw przemysłowych w strefie radzieckiej Niemiec, które otrzymało od SWA pozwolenie na wznowienie produkcji. Od tego momentu fabryka działała na pełnych obrotach, dostarczając samochody na potrzeby reparacji i na wewnętrzne potrzeby SWA. Nowa flota Karlshorst składała się wyłącznie z samochodów BMW. Ponadto ciężkie motocykle wojskowe dostarczono Grupie Radzieckich Wojsk Okupacyjnych.

Zgodnie z postanowieniami konferencji poczdamskiej w sprawie demilitaryzacji Niemiec, Rada Kontroli, przy aktywnym udziale generała Szabalina, opracowała precyzyjne dyrektywy, kategorycznie zabraniające wykorzystywania niemieckiego przemysłu do produkcji jakiegokolwiek rodzaju produktów wojskowych i paramilitarnych. W tym samym czasie fabryka BMW otrzymała od tego samego generała Szabalina konkretne plany dotyczące dostarczania motocykli wojskowych. Ale to są, oczywiście, drobiazgi.

Przedstawiciele BMW-Eisenach w niezwykle szybkim tempie doszli do porozumienia w Karlshorst. Inne firmy, oferujące swoje produkty nawet jako reparacje, kręcą się u drzwi SWA przez wiele dni i tygodni na pozytywne rezultaty. Do szybkiego sukcesu przyczyniła się pomysłowość kierownictwa BMW, które wysłało swoich rzeczników do Karlshorst.

Kilka dni po tym, jak Szabalin podpisał wszystkie dokumenty dotyczące premiery BMW, przeglądałem poranną pocztę generała. Wśród innych dokumentów moją uwagę przykuła faktura wystawiona na nazwisko Szabalina od firmy BMW na kwotę 7.400 marek niemieckich jako zapłata za samochód „dostarczony panu za pośrednictwem naszych przedstawicieli”. Na fakturze widniał stempel „Zapłacono w całości”. Spojrzałem pytająco na Kuzniecowa. Udawał, że nic nie wie na ten temat.

Następnego dnia, spacerując po podwórku domu, w którym mieszka Szabalin, spotkałem Miszę przy drzwiach garażu znajdującego się pod domem. Za pomocą szmatki polerował lśniący nowy samochód, który nie miał nawet jeszcze tablic rejestracyjnych i wyłaniał się z półmroku garażu.

„Czyj to samochód?” „Zapytałem ze zdziwieniem, wiedząc, że generał nie ma takiego samochodu.

„Po prostu tak jest” – odpowiedział Misza wymijająco, wbrew swojej zwykłej gadatliwości.

Patrząc na okrągły znak fabryczny w kształcie szachownicy na przodzie samochodu, zrozumiałem, o co chodziło. Zarząd BMW wręczył generałowi mały „prezent”. W końcu dziś 7400 marek to zakup fikcyjny. Generał nakazał kierowcy i adiutantowi, na wszelki wypadek, zachowanie ciszy. Dlatego Kuzniecow i Misza są tak powściągliwi w stosunku do nowego samochodu.

Podczas ofensywy w Niemczech generał Szabalin „zdobył” i z pomocą Miszy przetransportował do domu dwa samochody osobowe, nie licząc trzech ciężarówek załadowanych innymi „trofeami”. Tutaj generał ma do dyspozycji dwa samochody służbowe. Szabalin nigdy nie jeździł swoim nowym BMW, korzystając ze służbowych samochodów. Niedługo potem Misza znów wsiadł do BMW i wraz z dwoma ciężarówkami wrócił do ojczyzny. Oczywiście nie na fundusz odbudowy czy reparacji, ale na adres generała. Tak więc trzy samochody osobowe i dwa należące do rządu. Wydaje rządowe pieniądze, ale po cichu ukrywa i chroni swoje własne. Pod tym względem proletariacki generał jest tak samo oszczędny jak lichwiarz. O, ty, twardogłowy bolszewiku z duszą kieszonkowca!

Początkowo myśl o kupnie własnego samochodu nie przyszła mi do głowy. Potem, patrząc na innych, którzy już przystosowali się do tutejszych warunków, pomyślałem, że nie zaszkodziłoby mi mieć własnego samochodu. Kupno samochodu to pestka, ale o wiele trudniej jest uzyskać tzw. „zezwolenie na prawo do posiadania samochodu osobowego”. Zezwolenia te wydaje Szef Administracji Wydziału Gospodarczego SWA, Generał Demidow. Generał Demidow jest podporządkowany generałowi Szabalinowi jako swojemu przełożonemu. Dlatego postanowiłem najpierw sprawdzić się na Szabalinie. Jeśli będzie chciał, wystarczy, że zadzwoni do Demidowa, a wszystko zostanie załatwione. Po napisaniu odpowiedniego raportu i złożeniu kolejnego raportu służbowego Szabalinowi, przedstawiłem mu ten raport.

„Hmm! Po co ci samochód osobowy?” – zapytał, jak zwykle, ekonomiczny dyktator Niemiec, potrząsając czubkiem nosa zgiętym palcem. Przywódcy radzieccy są bardzo zazdrośni, jeśli chodzi o zapewnianie innym korzyści, z których sami korzystają. Postaw dowolnego Amerykanina przed generałem Szabalinem, nawet samego generała Drapera, a Szabalin uzna, że samochód jest mu całkowicie niepotrzebny.

„Poczekaj chwilę. Nie mam teraz czasu się tym zająć” – mówi generał, oddając mój raport.

Wiem, że rejestracja samochodów staje się z dnia na dzień coraz trudniejsza. Poza tym wiem, że nie ma sytuacji beznadziejnych, są tylko ludzie, którzy nie potrafią znaleźć wyjścia. „Gdy żyjesz z wilkami, wyj jak wilk” – to jedno z głównych przykazań życia w Związku Radzieckim. Jednocześnie zaczynam podejrzewać, że odmowa generała wynika po prostu z ostrożności. Nie chce narażać się na oskarżenia o brak bolszewickiej czujności, pozwalając swoim podwładnym oddawać się „kapitalistycznym zabawkom”. Z tym samym uczuciem „zorganizował” wszystkie swoje „trofea”, ale tam przedkomunistyczny relikt chęci osobistego zysku wziął górę nad strachem. W przypadku mojego raportu nie ma on żadnego osobistego interesu, ale wieczne uczucie strachu i pragnienie ubezpieczenia pozostaje.

Na podstawie tych parametrów postanawiam podejść do wektora strachu od drugiej strony – nie wbrew niemu, ale razem z nim.

„Czy mogę zwrócić się do Demidowa, towarzyszu generale?” – pytam od niechcenia.

„Proszę” – odpowiada Szabalin.

No więc moje przypuszczenie okazało się słuszne. Generał nie chce złożyć swojego podpisu, ale nie sprzeciwia się, jeśli ktoś inny weźmie na siebie tę odpowiedzialność.

Szef Wydziału Administracji Gospodarczej. Wydział doskonale wie, że pracuję w osobistym zespole Szabalina. Tutaj można się przestraszyć. Następnego dnia, z przesadnie pewnym siebie wyrazem twarzy, położyłem mój raport na biurku generała Demidowa.

„Za pozwoleniem generała Szabalina” – mówię, podnosząc rękę do czapki.

Demidow czyta raport i sądzi, że wszystko zostało zatwierdzone przez Szabalina. W tym przypadku odmowa jest równoznaczna ze złamaniem polecenia przełożonego.

„Och, co wam? Cztery cylindry to za mało” – krzywi się, patrząc na dokumenty i dane samochodu. – „Sześć cylindrów jest zabronione dla osób prywatnych”.

Demidow znany jest z tego, że potrafi się targować całymi dniami, z pianą na ustach, o dziesięć litrów benzyny, choć w swoich magazynach ma jej dziesiątki tysięcy ton. Aby targować się z nim o dwa nielegalne cylindry, uprzejmie radzę: „Zadzwońcie do Szabalina, towarzyszu generale!”

Demidow nigdy nie zrobiłby czegoś tak głupiego, a potem dowiaduje się, że Szabalin wyszedł i nie ma go w biurze.

„No dobrze” – jęczy Demidow, jakby popełniał przestępstwo. – „Ponieważ Szabalin wyraził zgodę.”

Udziela zgody i podpisu na raporcie, po czym podaje mi kartkę: „Tylko nie rozbij sobie głowy”.

Tak zostałem właścicielem samochodu. To było wielkie szczęście. Wielu funkcjonariuszy miesiącami ubiegało się o pozwolenie na „prywatną własność” i ostatecznie zmuszeni byli zadowolić się tramwajami.

Ostrzegają mnie: „W Karlshorst lepiej jest chodzić pieszo, a przechodząc przez ulicę, rozglądać się we wszystkich czternastu kierunkach!” Rzeczywiście, w Karlshorst dochodzi do większej liczby wypadków samochodowych niż w pozostałych częściach Berlina.

Tutaj zasady ruchu drogowego są nieco zmodyfikowane. Owszem, przez samych kierowców, a raczej przez osoby siedzące za kierownicą. Pierwszeństwo w ruchu prawo-lewo oraz na skrzyżowaniach mają zazwyczaj samochody ciężarowe, w zależności od ich tonażu. Logika jest niezwykle prosta i wynika z samego życia: ten, kto bardziej ucierpi w razie zderzenia, musi ustąpić. Nie bez powodu Karlshorst nazywany jest berlińskim Kremlem. Zasady są te same.

Jedyną kwestią budzącą kontrowersje są samochody generałów. Ponadto spór o tonaż i prestiż jednostki często kończy się zepsutymi chłodnicami. Na skrzyżowaniach pod stopami chrzęszczą rozbite reflektory, a ciekawscy przechodnie z zainteresowaniem przyglądają się pobliskim drzewom i płotom, próbując odtworzyć dodatkowe szczegóły zdarzenia na podstawie poszarpanej kory i uszkodzonych krat. Najbezpieczniej byłoby jeździć po Karlshorst czołgiem.

Żołnierze-kierowcy są szczerze oburzeni faktem, że samochody generałów nie mają znaków identyfikacyjnych. Zgadnij, kto siedzi w samochodzie: zarozumiały porucznik czy generał pełen poczucia własnej wartości. Jednocześnie istnieje niepisane, ale bardzo rygorystycznie przestrzegane prawo: nikt nie ma prawa wyprzedzać samochodu generała.

Kiedyś towarzyszyłem generałowi Szabalinowi w podróży z Drezna do Berlina. Na wąskiej, obsadzonej jabłoniami autostradzie, mały samochód DKW przemknął tuż przed nosem naszego masywnego Admirała. Żartobliwie kręcąc luźnym tyłkiem, szybko wyprzedził naszą limuzynę. Za kierownicą siedział jakiś oficer, który nawet na nas nie spojrzał.

Kierowca Misza bez słowa spojrzał kątem oka na generała siedzącego obok niego. Dobrze znał jego zwyczaje i czekał tylko na polecenie. Generał, nie odwracając głowy, wydał krótki rozkaz: „No, zatrzymajcie go!”

Misza, któremu generał zwykle zabraniał szybkiej jazdy z powodu dolegliwości żołądkowych, nie zmusił się do powtórzenia rozkazu. W oczekiwaniu na przyjemność, która rzadko mu się zdarzała, nacisnął pedały tak mocno, że generał boleśnie się skrzywił.

Nieszczęsny DKW, nieświadomy losu, jaki go czekał, próbował podjąć wyzwanie i również wcisnął gaz, ryzykując utratę wszystkich kół. Po kilku minutach szaleńczego wyścigu „Admirał” wyskoczył do przodu i zaczął spychać rywala w kierunku rowu. Aby podkreślić swoje stanowisko, generał wystawił głowę przez okno, miał na głowie czapkę ze złotymi sznurami i potrząsnął pięścią. Ta sugestia okazała się zadziwiająco skuteczna. DKW zahamował i zatrzymał się jakieś trzydzieści metrów za nami, czekając na atak.

„No, majorze, idźcie i temu durniowi porządnie obijcie mordę” – powiedział generał, zwracając się do mnie.

Wysiadłem z samochodu i poszedłem wykonać polecenie. Starszy lejtnant stał obok DKW, niezręcznie przestępując z nogi na nogę. Zahipnotyzowany widokiem pięści generała, wymyślał niezrozumiałe wymówki. Zerkając kątem oka i upewniając się, że generał obserwuje mnie z samochodu, wybuchnąłem przekleństwami pod adresem nieszczęsnego lejtnanta. Ku mojemu zdziwieniu zauważyłem, że porucznik był dużo bardziej przestraszony, niż powinien być, biorąc pod uwagę sytuację. Przeglądając dokumenty porucznika z poważną miną, zajrzałem do środka samochodu. Pełne łez oczy młodej Niemki patrzą prosto na mnie, zdezorientowane. Tego właśnie obawiał się porucznik. To może go kosztować utratę pagonów. Spojrzałem na zakłopotanego lejtnanta pytającym wzrokiem. Stoi z miną baranka, czując nad sobą nóż rzeźnika. Odwracając się plecami do samochodu generała, powiedziałem do porucznika innym tonem: „Uciekaj szybko!”

Gdy wracam, generał patrzy zirytowany na moją pogodną twarz i mruczy: „Nie mogłeś dać mu w zęby? A jeszcze żołnierz frontowy!”

Aby uspokoić urażoną dumę generała, mówię: „To nic nie da, towarzyszu generale. Tak się ciebie bał, że zmoczył spodnie”.

„Masz długi język, majorze. Zawsze znajdziesz wymówkę, żeby nie wykonać mojego rozkazu” – mruczy generał i kiwa głową w stronę Miszy. – „No to jedźmy. Tylko bądź cicho.”

Zgodnie z przepisami, w armii walka na pięści jest surowo zabroniona, jednak w czasie wojny została ona nielegalnie zalegalizowana i uważano ją nawet za specjalny szyk dla oficerów „bojowych”, zwłaszcza w oddziałach szkoleniowych tyłowych. Za to samo można dostać pochwałę albo Trybunał Wojskowy. Drabina radzieckiej kariery jest śliska.

Przyzwyczaiłem się już do podstawowych zasad ruchu drogowego w Karlshorst i po tym, jak kilkakrotnie wjechałem samochodem na chodnik, uciekając przed ciężarówkami, poczułem się nieco nieswojo, jeżdżąc po Berlinie. Element obcy. Jedziesz ostrożnie główną autostradą i uprzejmie naciskasz hamulec, gdy z zaułka wyłania się przód ogromnej amerykańskiej ciężarówki. Do cholery, nie chciał nawet ustąpić pierwszeństwa samemu marszałkowi. A głupi Jankes daremnie pali benzynę, wzdycha jak słoń z pneumatycznymi hamulcami i macha ręką ze swojej grzędy: „No dalej!” Od razu widać, że dana osoba nie rozumie najprostszych rzeczy – jeśli masz taką możliwość, to proszę bardzo.

I jednocześnie jest to miłe, w końcu szanuje się jakieś wyższe zasady, a nie brutalną siłę.

Liczba ofiar wypadków samochodowych w szpitalach i na cmentarzach rośnie. W poszukiwaniu wyjścia z sytuacji niektórzy komendanci prowincji po prostu konfiskują samochody wszystkich swoich oficerów, a marszałek Żukow jest zmuszony podjąć drakońskie środki przeciwko tym, którzy dopuszczają się grzechów samochodowych.

Kiedy Mercedes pierwszego szefa sztabu armii, generała porucznika Kurasowa, uległ wgnieceniu na jednym ze skrzyżowań w Karlshorst, policja drogowa wkroczyła do akcji. Następnego dnia na wszystkich skrzyżowaniach pojawiły się czerwone okręgi, sygnalizacja świetlna, niemieccy kontrolerzy ruchu i patrole motocyklowe WAI (wojskowej policji drogowej). Jazda przez Karlshorst stała się trudniejsza niż jazda przez gęsty las.

W okupowanych Niemczech dowództwo musi głowić się nad problemem, jak chronić obywateli Związku Radzieckiego przed demoralizującym wpływem kapitalistycznego Zachodu. Na przykład te same samochody. Faktem jest, że według radzieckich dogmatów posiadanie własnego samochodu jest uważane za luksus burżuazyjny. Zasadniczo samochody powinny być wyłącznie prywatne, czyli państwowe i przeznaczone do użytku osoby, którą państwo uzna za odpowiednią ze względu na jej stanowisko służbowe. Wyjątki, które służą głównie celom propagandowym, są rzadkie i nie liczą się. Era wulgarnej równości i braterstwa już dawno minęła. Teraz mamy socjalizm naukowy. Ci, którzy nauczyli się tego dobrze, od dawna jeżdżą w zespołach indywidualnych.

Tu rozpoczyna się walka pomiędzy „pozostałościami kapitalizmu w świadomości komunistycznej” a dogmatami sowieckimi. „Pozostałości kapitalizmu”, mimo trzydziestu lat przekształcania, okazały się niezwykle żywotne i, znalazłszy się w innym otoczeniu, rozkwitły w pełnym rozkwicie.

W 1945 roku radziecki oficer w Niemczech mógł za swoją miesięczną pensję kupić sobie samochód. Polityka „kontroli rubla” była w tym przypadku bezsilna. Dlatego Dowództwo musiało uciec się do innych środków.

Poniższe sceny można było zaobserwować w całym Karlshorst.

Major Dernow podaje słuchawkę telefoniczną kapitanowi Terechowowi:

„Coś się wydarzyło w twoim domu. Dzwoni twoja żona”.

Terechow roztargnionym ruchem podnosi słuchawkę do ucha. Na jego twarzy malował się cały szereg narastających uczuć – najpierw irytacja, potem oburzenie, a na końcu oczywista wściekłość. Nie słuchając końca żałosnych krzyków żony, rzuca telefon na stół i pośpiesznie zakłada płaszcz:

„Dernow, jedźmy szybko do mnie.”

„Co się stało?”

„Włamali się do garażu i zabrali samochód”.

„Ale przecież żona jest w domu?!”

„A co żona? Wsadzają jej karabin maszynowy w brzuch i żadnych rozmów”.

„Kto jest odpowiedzialny?” – pyta zdziwiony Dernow, zakładając po drodze płaszcz.

„Autoinspekcja! Kto inny miałby tu dowodzić? No cóż, ja im pokażę!” – wścieka się Terechow.

W rezultacie samochód zostaje skonfiskowany przez autoinspekcję, a kapitan Terechow przez długi czas kręci się pod drzwiami Sztabu, łudząc się, że otrzyma prawo do posiadania własnego samochodu.

Podczas gdy funkcjonariusze SWA są w pracy, podwórka Karlshorst są przeczesywane przez patrole silnie uzbrojonej Wojskowej Policji Ruchu Drogowego. Sprawdzane są wszystkie garaże i piwnice w poszukiwaniu samochodów, które nie mają dokumentów uprawniających do prywatnego użytku. Dokumenty potwierdzające legalny zakup samochodu nie odgrywają żadnej roli. Możesz kupić samochód, ale kto będzie nim jeździł, to już inna kwestia. Społeczeństwo bezklasowe jest podzielone na ściśle określone klasy, w których nie tylko zwykli ludzie, ale nawet sam Karl Marks czułby się zagubiony.

Ta radykalna metoda jest stosowana w celu konfiskowania oficerom samochodów, które zostały zakupione w oficjalnie zatwierdzony sposób, ale które, w ten sam oficjalnie zatwierdzony sposób, nie otrzymały praw własności prywatnej i podlegały przekazaniu na rzecz funduszu państwowego lub przymusowej konfiskacie. Wywłaszczenie jako metoda wychowania socjalistycznego. Nie dajcie się wciągnąć w codzienne życie, towarzysze oficerowie.

W 1945 roku oficerowie w stopniu majora i wyższym mogli rejestrować pojazdy jako własność prywatną. Od maja 1946 r. – tylko dla pułkowników i wyższych stopni. W praktyce oznaczało to, że wszystkim funkcjonariuszom zakazano rejestrowania samochodów.

Niemcy wjeżdżają samochodami do Karlshorst. Oficerowie radzieccy często jadą do Niemców tramwajem. „Zostawiłem samochód za rogiem” – tak mówią w takich przypadkach.

Złote dni 1945 roku, gdy granica radziecka na zachodzie praktycznie nie istniała, odeszły już w zapomnienie. Większość zagorzałych obrońców własności prywatnej, żywiących nadzieję na szybką przejażdżkę „własnym” samochodem u siebie w domu, gdzieś w Kałudze lub Arzamasie, i podróż własnym transportem z Berlina przez Polskę do ZSRR, po prostu porzuca samochód i ukochane marzenia na granicy i, przeklinając, wciąga walizki do pociągu. Cło graniczne znacznie przekracza cenę samochodu. Jeżeli samochód został zakupiony za 5000 marek niemieckich (2500 rubli), to nadzór celny wycenia go na wartość odpowiadających mu samochodów radzieckich, czyli na 10–12 tys. rubli, i nakłada cło w wysokości 100–120% tej wartości. W rzeczywistości w Niemczech trzeba zapłacić cło, które jest od 2 do 6 razy wyższe od ceny zakupu samochodu. Oczywiście, nikt nie ma w kieszeni takich pieniędzy.

W pociągu grzesznik, który ponownie nawrócił się na wiarę radziecką, jest pocieszany przez współpasażerów: „Nie smuć się, Wania! To nawet lepiej. Uratowałeś się tylko od dalszych kłopotów. Cóż, oceń sam: przyjeżdżasz na przykład do Moskwy. Aby zarejestrować samochód, potrzebujesz kamiennego garażu, a sam mieszkasz w drewnianym domu, dziewięć metrów na osobę. I nie dostaniesz limitu na benzynę, a jeśli źle to zrobisz, „albo pójdziesz w dół ścieku, albo skończysz za kratkami”.

Doświadczona głowa zwisa z górnego łóżka i wylewa balsam na urażoną duszę pozbawionego praw kierowcy: „Ciesz się, że unikniesz kłopotów. W naszym mieście jeden zdemobilizowany kapitan przywiózł do domu wspaniałego mercedesa. I co z tego wyszło? Teraz ten kapitan prawdopodobnie będzie miał problemy z nerwami do końca życia. Był normalnym człowiekiem – nie przewodniczącym komitetu okręgowego i nie aktywistą. A nagle taki prosty facet jeździ wypasionym samochodem. Wszystkie lokalne władze się zmartwiły”.

„Zastanawiali się, jak mu wyrwać tego mercedesa. I tak poszło! Gdzieś w okolicy pociąg przejechał krowę – ciągną go do prokuratora: „Dlaczego przejechałeś krowę?” Gdzieś most zawalił się ze starości – ciągną znowu do sądu: „Dlaczego rozwaliłeś most?” Gdziekolwiek w okolicy zdarzy się jakieś nieszczęście, teraz ciągną go, żeby powiedzieć: „To ty zrobiłeś ten bałagan swoim samochodem!”

„W końcu znudziła mu się ta komedia i postanowił sprzedać swój samochód. Łatwiej nie było – nikt nie kupuje. Ledwo zgodził się z szefem MTS na wymianę samochodu na jałówkę i kilka worków zboża na poczet przyszłych zbiorów. A w tym czasie – dekret KC „O trwonieniu majątku kołchozów i MTS”. Szef MTS trafił do więzienia za swoje poprzednie grzechy, a kapitan bał się nawet wspomnieć o jałówce i zbożu. Widzicie, jak kończą się te gierki. Oczywiście, mądrzej byłoby przepić samochód, niż rzucić go tym skurwysynom. Cóż, nie można przewidzieć wszystkiego”.

Kierowca, który stracił prawo do samochodu, odczuwa wyraźną ulgę po wysłuchaniu tych opowieści i zaczyna stopniowo nabierać przekonania, że postąpił mądrze, porzucając swój samochód na granicy. On sam zaczyna chwalić oczywiste zalety nieposiadania samochodu w warunkach socjalistycznych: „Tak, rzeczywiście, tylko dodatkowy kłopot. W Niemczech, na najbardziej przeklętym pustkowiu, jeśli zepsuje się samochód, wystarczy gwizdnąć – Niemiec natychmiast wyskoczy spod krzaka i wszystko naprawi. Ale tutaj, jeśli coś się stanie w środku miasta, sytuacja jest jak u Robinsona Crusoe”.

Po powrocie do domu człowiek czuje się szczęśliwy, że uwolnił się od ciężaru samochodów i stał się równoprawnym członkiem społeczeństwa radzieckiego.

2.

„Ten tytoń nadaje się tylko do wypychania materacy. Fuj!” – kapitan w wyblakłym od słońca mundurze i czapce zsuniętej na tył głowy ze złością rzuca na ziemię niedopałek „Mischung-6” i jakby chcąc podkreślić swoją pogardę dla niemieckiego ersatzu, pilnie wciska papierosa w luźny piasek.

Grupa oficerów siedzi na trawniku przed budynkiem Sztabu SWA. Usiedli u stóp pięciometrowego obelisku, naprędce skleconego ze sklejki i hojnie pomalowanego czerwoną farbą. Podstawa obelisku w kształcie pięcioramiennej gwiazdy wyłożona jest na krawędziach czerwonymi deskami, a wnętrze wypełnione jest piaskiem. Oficerowie wygrzewają się w skośnych promieniach jesiennego słońca. Słońce w Niemczech jest uprzejme i zdaje się przyzwyczajone do porządku. Nigdy nie zmusza cię do szukania zbawiennego cienia, nie nagrzewa ziemi pokrytej betonem i kamieniem. Tylko rozgrzewa – przyjemnie i grzecznie.

Czekając na wezwanie do Sztabu, oficerowie wygodnie usiedli na gwieździe ze sklejki. Lata spędzone na froncie nauczyły ich, żeby się nie spieszyć i miło spędzać czas przy papierosach i filozoficznych rozmowach.

„Dobrze, że wojna się skończyła” – mówi zamyślony młody lejtnant z odznakami artyleryjskimi na naramiennikach, nie zwracając się do nikogo konkretnego. – „Wtedy nie myśleliśmy wiele – dziś żyjesz, a jutro idziesz do kwatery w ziemi albo do kwatery w szpitalu, jeden ch_j. Dopiero jak dostaniesz list od matki, to przypominasz sobie, że musisz się schylać. Żeby nie denerwować staruszki.”

Jakby szukając potwierdzenia swoich myśli, odwraca głowę i spogląda na panoramę dziedzińca – rzędy starannie przyciętych karłowatych jodeł, ozdobne brzozy pokryte jesiennym złotem wzdłuż podjazdu do Sztabu.

„Wczoraj siedziałem tutaj w małym parku naprzeciwko «Kapitolu»” – mówi porucznik – „Stoi tam jakaś kamienna kobieta, a u jej stóp pagórek, wbity w szczyt patyk i trójkolorowa flaga. Zapytałem Niemców: „Co to jest?” Powiedzieli, że pochowano jakiegoś Francuza. Biedak umarł, więc pochowali go na środku ulicy. Mimo wszystko jest to jakoś nienajlepsze, gdzieś w polu jest ciszej – rośnie trawa piórkowa, wieje wiatr. Ale temu Francuzowi nie pozwolą nawet spać spokojnie. 7 listopada, w tym małym parku, nasi saperzy odpalili fajerwerki nad jego głową, aby uczcić święta, zakopali w ziemi sześciocalowe łuski i zaczęli strzelać tak głośno, że zaniepokoiło to połowę Berlina. Niemcy myśleli, że znowu jest wojna – bombardują Karlshorst”.

Porucznik daje się ponieść własnym myślom i kontynuuje: „Tak, co by nie powiedzieć, na górze jest przyjemniej niż pod ziemią. Współczuję tym, którzy muszą tam leżeć. Mówią, że gdzieś tutaj w Berlinie był grób nieznanego żołnierza. Płonął tam wieczny ogień, a w suficie nad nim był okrągły otwór i widać było błękitne niebo. Kto wchodził do środka, czuł się, jakby był w połowie drogi między tamtym światem a tym. Tam Niemcy modlili się za tych, którzy zgnili na polach i w lasach. To prawda, przecież nie zapomnieli o nikim. Każda matka, która przychodziła, myślała, że ta świeca jest dla jej syna. Mówią, że w Paryżu jest to samo. Okazuje się, że nie zapomnieli też o tym małym Francuzie, który leży naprzeciwko Kapitolu”.

Starszawy kapitan, który obojętnie przysłuchiwał się rozmowie, zainteresował się tematem i powiedział: „Tutaj jest wiele rzeczy, które przyciągają wzrok. W każdej małej wiosce zawsze jest pomnik poległych żołnierzy. I to nie jakiś tam malunek na sklejce, ale naprawdę pomnik, na który patrząc ma się ochotę zdjąć czapkę. Granit lub polny kamień, nazwiska żołnierzy wyryte w kamieniu, porośnięte mchem, jest tam źródło, woda bulgocze. Niemcy są wspaniali – tworzą pocieszenie nawet dla zmarłych”.

„W mieście, w którym pracowałem w biurze komendanta, był też pomnik” – kontynuuje kapitan. „Duża kamienna kula, prawdopodobnie Ziemia, a na niej leżał umierający żołnierz. Twarzą w dół, z rękami wyciągniętymi w konwulsjach i ściskającymi ziemię, jakby cały świat chciał zostać pogrzebany. Nasz oficer polityczny zasugerował kiedyś komendantowi, żebyśmy wysadzili pomnik, mówiąc: „Propaganda militarystyczna”. Komendant spojrzał na niego, spojrzał na niego i powiedział: „Słuchaj, komisarzu, podburzasz żywych, ale zostaw umarłych w spokoju. Zrozumiano?"

Lejtnant zgadza się z kapitanem: „Tak, Niemcy wiedzą, jak czcić swoich zmarłych. Kiedyś przypadkiem wpadłem na ich cmentarz na motocyklu i nawet się zawstydziłem. Taki porządek, a naprawdę tchnie wiecznym pokojem. A w Rosji chodziłem na cmentarz tylko po to, żeby zdzierać cynk z trumien. Wszystkie krypty i tak były wyłamane, a zmarli leżeli do góry nogami... Wtedy rabusie zdzierali z umarłych – na zmarłych można było zarobić więcej niż na żywych. No cóż, chodziłem tam po cynk, po baterie” – usprawiedliwia się lejtnant.

Kapitan wyraża fragmenty własnych myśli: „Kiedy Allilujewa zmarła, Stalin postawił jej na cmentarzu Nowo-Diewiczie bardzo piękny pomnik. Kiedyś nawet chciałem go zobaczyć, ale mówią, że tam nie wolno”.

Do rozmowy przyłącza się trzeci oficer, noszący grube okulary i mający gęste, kręcone włosy. Istnieje typ ludzi, którzy zawsze próbują patrzeć na każdą sprawę z przeciwnego punktu widzenia. Oficer z grzywką uśmiecha się: „To wszystko bzdura. U nas, w Gorkim, lepiej dbają o zmarłych, nawet rozstawili parkiet”.

„Dla kogo?” – pyta porucznik.

„Dla każdego – dla żywych i umarłych”.

Oficerowie z niedowierzaniem odwracają głowy w stronę mówcy, pokazując swoim zachowaniem, że spodziewają się, że będzie kontynuował.

Oficer z grzywką wyjaśnia: „W środku miasta znajdował się cmentarz. No więc Rada Miasta postanowiła tam założyć park. No więc zrobili to zgodnie ze wszystkimi zasadami nauki i techniki – zaorali cmentarz, zrobili „Park Kultury i Wypoczynku im. Swierdłowa". Z parkietem i innymi rozrywkami. Tak to nazywali wszyscy w mieście, „Klub Żywych i Umarłych". Żywi się bawią, a umarli się nie nudzą. Córki tańczą fokstrota na kościach swoich tatusiów. Starsze panie przechodzą obok i po prostu żegnają się: „O, święty, Święty…"

„Mamy coś takiego także w Rostowie” – mówi porucznik artylerii. – „Zbudowali nowy teatr nazwany imieniem Maksyma Gorkiego. Według projektu miał być wyłożony białym marmurem na zewnątrz. Kłócili się i debatowali, skąd wziąć marmur. Postanowili pobrać podatek od zmarłych – zburzyli wszystkie pomniki z białego marmuru w obwodzie rostowskim, pocięli je na kawałki i wyłożyli teatr płytkami”.

„Tak, teatr jest dobry, ale akustyka jest kiepska. Byłem tam raz” – zgadza się oficer z grzywką.

„Kiedy budowano teatr, wszyscy budowniczowie zostali posadzeni” – odpowiada artylerzysta. – „W holu działo się coś diabelskiego, słyszalność była lepsza na galerii niż w pierwszym rzędzie. Oczywiście obwiniali budowniczych za sabotaż. Ale ludzie gadali, że to zmarli robią sobie żarty”.

Kapitan spogląda na zegarek, a potem na okna Sztabu: „Cóż, wygląda na to, że nie będziemy czekać na Utkina. Chodźmy na obiad!”

Kapitan pluje na piasek. Lejtnant zakopuje kolejnego „Mischung-6” obcasem buta, podnosi się na nogi, przeciąga po długim siedzeniu i poprawia rzemień kordzika. Oficerowie starają się ostrożnie wrzucać niedopałki papierosów i inne należące do nich rzeczy do spluwaczki, nie na zielony trawnik, lecz do środka piaskowej gwiazdy.

Oficerowie byli zapewne oniemiali, gdy ziemia rozstąpiła się przed ich oczami i spod pokrytego pluchą piasku i łuszczącej się czerwonej sklejki wyłonił się z grobu wściekły cień ich niedawnego dowódcy, bohatera szturmu Berlina i jego pierwszego komendanta, generała pułkownika gwardii Bierzarina. Oczywiście, ani radzieckim oficerom, ani niemieckim robotnikom, którzy smutno kręcili się po terenie Sztabu, nie przyszło do głowy, że czerwona, bezimienna budowla, szpecąca cały kompleks dziedzińca Sztabu i rażąca oczy swoją kiczowatą tandetą, pełni funkcję nagrobka i ma upamiętniać radzieckiego bohatera, który w bitwie o Berlin odegrał drugą rolę po marszałku Żukowie.

Absurdalna ironia losu. Przejść całą wojnę bez szwanku na najniebezpieczniejszych odcinkach frontu na czele armii przełomowej, czekać na zwycięski koniec i zaszczytną pozycję triumfatora w pokonanej stolicy wroga, a dosłownie następnego dnia paść ofiarą głupiego wypadku samochodowego.

Generał miał zwyczaj wybierania się na poranną przejażdżkę motocyklem. Ubrany w sportową koszulkę z krótkim rękawem, bez kurtki i czapki, wyjechał z bocznej uliczki potężnym zdobycznym BMW na główną autostradę, Treptower Allee, prowadzącą do Karlshorst. Kolumna ciężko załadowanych wojskowych Studebakerów pędziła w jego kierunku z pełną prędkością wzdłuż Treptower Allee. Nikt nie wie, czy było to spowodowane zainteresowaniem sportem, typowym dla większości motocyklistów, czy czymś innym. W każdym razie generał postanowił przecisnąć się między pędzącymi ciężarówkami.

Na skutek nieszczęśliwego zderzenia myślenia generała z nieugiętymi prawami dynamiki, po generale pozostały jedynie spodnie generała z czerwonymi paskami. Kierowca ciężarówki najpierw przeklął głupców, którzy włazili pod jego koła, a potem, dowiedziawszy się, czyje spodnie tak bezskutecznie wyprasował, wyjął pistolet i zastrzelił się. Nie wiadomo, gdzie żołnierz został pochowany, ale prawdopodobnie leży w większym spokoju niż generał Bierzarin.

Dziś po tym zwycięstwie, na każdym kroku musimy pamiętać o tych, którzy odnieśli to zwycięstwo.

Pewnego dnia major Dubow i ja spacerowaliśmy bocznymi uliczkami w pobliżu Kurfürstendamm w angielskiej części Berlina. Była niedziela, ulice były puste i martwe. Chcieliśmy pospacerować tam, gdzie nie było międzynarodowego zgiełku berlińskiej ulicy Piccadilly, chcieliśmy na chwilę zanurzyć się w prawdziwych Niemczech, takich, jakie sobie wyobrażaliśmy przed wojną: spokojnych, czystych i uporządkowanych.

Szerokie ulice obsadzone drzewami. Jak archeolodzy próbujemy odnaleźć i zrekonstruować w naszych umysłach przedwojenny Berlin pośród ruin. Nie jest to już „kryjówka faszystowskiej bestii”, jaką była dla nas w ostatnich latach. Chcemy zobaczyć miasto i ludzi, którzy dla wielu z nas byli prawdziwym symbolem kultury, zanim opanowała ich urojona wielkość.

Dotarliśmy do małej, zacienionej wysepki na skrzyżowaniu trzech ulic. Pod rozłożystymi drzewami kasztanowca, pośród morza ogromnego obcego miasta, dwa małe wzgórki znalazły schronienie w braterskiej wspólnocie. Dziwny paradoks powojennego Berlina.

Zachwyceni niezwykłym obrazem, podchodzimy bliżej. Dwa splecione brzozowe krzyże u wezgłowia. Jeden z nich ma na sobie niemiecki hełm, drugi radziecki hełm stalowy. Radziecki hełm! Międzynarodowe namiętności szaleją wszędzie, a tutaj... Żywi powinni uczyć się od umarłych!

Najwyraźniej, po walkach ulicznych, okoliczni mieszkańcy znaleźli te dwa ciała na skrzyżowaniu dróg i pochowali je tak, jak mogli, w cieniu kasztanowców. Szacunek dla zmarłych okazał się silniejszy niż ziemska nienawiść.

Miłe miejsce. Wiosną zakochani całują się tutaj, a słowiki śpiewają w gałęziach kasztanowców. Śpiewają odwieczną pieśń o miłości, o życiu, o śmierci. Dobrze ci tu, nieznany żołnierzu rosyjski!

Nagle coś do mnie dotarło, co wywołało niewytłumaczalną, niemal bolesną falę uczuć w mojej piersi. Major też to zauważył. Świeże kwiaty! Na obu grobach znajdują się świeże kwiaty, złożone przez kogoś troskliwą ręką.

Jak na komendę zdjęliśmy czapki i w milczeniu spojrzeliśmy na siebie. Widzę, jak dziwnie zmieniły się oczy majora, jak gęsta zmarszczka utworzyła się wokół jego ust. Wyjmuje chusteczkę i ociera nagle spocone czoło.

„Pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy, było zrównanie z ziemią niemieckich cmentarzy” – mówi major stłumionym głosem. „Do diabła z tą wojną i tym, kto ją wymyślił” – dodaje jeszcze ciszej po minucie ciszy.

Zaciekawiona staruszka, spacerująca w pobliżu z dzieckiem, zatrzymała się, aby przyjrzeć się rosyjskim oficerom, rzadkim gościom w tej części miasta.

„Kto położył kwiaty na grobach?” – zwraca się do niej major. Jego głos jest ostry i zimny, jakby wydawał rozkaz bojowy.

Wspinamy się po zniszczonych schodach wskazanego nam domu. Starsza Niemka, która otworzyła nam drzwi, cofnęła się ze strachu, widząc czerwone opaski na naszych czapkach. Słabo oświetlony korytarz, zaniedbane mieszkanie, w którym nie widać typowego rodzinnego komfortu, w którym, jak się okazuje, brakuje wielu mieszkańców.

Major robi uspokajający znak ręką: „Widzieliśmy kwiaty na grobach. Czy je położyliście?”

Kobieta, wciąż nie otrząsnąwszy się ze strachu i nie wiedząc, co to wszystko może oznaczać, mówi niepewnie: „Tak... myślałam...” i ze zmieszaniem składa ręce pod fartuchem.

Major wyjmuje portfel, nie patrząc, wyjmuje wszystkie pieniądze – kilka tysięcy marek – i kładzie je na stole.

„Kontynuuj składanie kwiatów” – mówi. A potem dodaje: „Na obie mogiły”.

Na papierze firmowym Kwatery Głównej Radzieckiej Administracji Wojskowej major pisze w zamaszystym stylu: „W imieniu Armii Czerwonej rozkazuję wszystkim żołnierzom i oficerom rosyjskim udzielić pomocy i wsparcia Pani...”, składa swój podpis i wręcza zaskoczonej kobiecie papier ozdobiony radzieckim herbem.

„Jeśli musisz spotkać się z Rosjanami, to ci pomoże”.

Rozejrzał się po pustym pokoju, po czym, jakby coś sobie przypominając, zapytał: „Powiedz mi, czy masz męża lub synów?”

„Mój mąż i syn zginęli na froncie. Drugi syn jest w niewoli” – odpowiada kobieta, mimowolnie zerkając na wiszące na ścianie zdjęcia.

„Gdzie?” – pyta krótko major.

Kobieta znów się waha, po czym cicho mówi: „W Rosji…”

Major ogląda standardową pocztówkę z czerwonym krzyżem, którą mu wręczono, i zapisuje nazwę oraz numer posterunku jenieckiego obozu.

„Napiszę do komendanta obozu i wyższych władz. Złożę petycję o przedterminowe zwolnienie” – mówi, zwracając się do mnie.

Na zewnątrz wciąż świeci słońce. Gołębie modrogłowe przechadzają się wzdłuż paneli, kiwając głowami i zerkając na boki rubinowymi oczami. Nie odlatują, gdy idziemy chodnikiem, po prostu uprzejmie ustępują nam miejsca.

Znałem tego majora na froncie. Jako szef wydziału wywiadowczego sztabu dywizji, sortował więźniów. Widząc na czapkach symbol śmierci SS-manów i wiedząc, że każdy z nich ma za sobą dziesiątki zniweczonych ludzkich istnień, nigdy nie wahał się wysłać ich na tyły w specjalnej grupie, wiedząc, że ich życiowa podróż zakończy się za kolejnym zakrętem drogi.

Gołębie chodzą wokół nas, uprzejmie ustępując nam miejsca. Jako równi wśród równych. Obmywane jasnym wrześniowym słońcem, lipy i kasztanowce w Berlinie cicho szeleszczą liśćmi. Życie toczy się dalej swoim torem. Życie jest silniejsze niż śmierć. A życie jest szczególnie dobre, gdy w duszy nie ma nienawiści, gdy chce się zrobić coś dobrego dla wszystkich – żywych i umarłych.

3.

Przez pierwsze kilka miesięcy mojego pobytu w Karlshorst mało interesowałem się otaczającym mnie światem. Musiałem dużo i ciężko pracować. Opuszczałem Karlshorst tylko wtedy, gdy wymagała tego praca. Zapomniałem o istnieniu kalendarza na moim biurku i gdy sobie o tym przypomniałem, od razu przewracałem strony tygodnia.

Na zewnątrz była cudowna, złota jesień. Żółte liście chrzęściły cicho pod stopami na ulicach Karlshorst.

Pewnej niedzieli obudził mnie dźwięk budzika i z przyzwyczajenia wyskoczyłem z łóżka niczym kula. Kwiaty i gałęzie drzew wystają z ogrodu przez szeroko otwarte okno, a dojrzałe śliwki mienią się niczym matowe wypełnienie między liśćmi. Poranne słońce świeci oślepiająco jasno, bawiąc się króliczkami na ścianach sypialni. Cisza, błogi spokój niedzielnego poranka wypełnia mały dom. Z pobliskiej spiczastej dzwonnicy słychać dźwięk dzwonów.

Chłodny poranny wiatr wędruje po pokojach, łaskocze rozgrzaną snem skórę i orzeźwia ciało. Chcę coś zrobić. Bez celu chodzę po pokojach. Dzisiaj jestem pozostawiony samemu sobie. Jak spędzić ten dzień?

Nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie. Dokąd ja się tak naprawdę spieszę? Więc przez całe życie kręcisz się jak wiewiórka w kołowrotku i nie myślisz o tym. A jeśli się nad tym zastanowić, dokąd pędziliśmy przez całe życie? Większość ludzi zdaje sobie z tego sprawę, gdy jest już za późno.

Niedawno natknąłem się na niemiecką broszurę propagandową „In Gottes eigenem Land”. Tam Niemcy ostro i złośliwie wyśmiewali Amerykę i Amerykanów. Szczególnie wyśmiewali amerykańskie tempo życia i wieczną pogoń za pieniędzmi i sukcesem – „Twoje szczęście jest tuż za rogiem”. Amerykanin biegnie tak szybko, jak tylko może, w kierunku narożnika, licząc na to, że uda mu się złapać szczęście. A tam jest pusto. Ale jest wiele innych punktów widzenia. I tak jest przez całe życie.

Zgadzam się z tym. Ale jak można nauczyć się sztuki cieszenia się życiem?

Wyjmuję papierosa z brązowego pudełka, po czym kładę się na kanapie i wpatruję się w sufit. Ani jednej muchy na suficie. Zabawny kraj – nie ma tu nawet much.

Wchodzę do kuchni. Zapalam gaz i gaszę. Włączam kuchenkę elektryczną i ją wyłączam. Włączam gazowy podgrzewacz wody, podłączam odkurzacz i uruchamiam elektryczny młynek do kawy.

Cóż innego można robić? Wychodzę na balkon i siadam na płóciennym leżaku. Zapalam następnego papierosa, wydmuchuję dym w lewo, wydmuchuję dym w prawo. Po kilku minutach nudzę się śmiertelnie.

Na koniec siadam przy biurku, w jednej z szuflad znajduję paczkę papieru do notatek i przygotowuję się do pisania listów. Z tęsknotą myślę o Moskwie i wyobrażam sobie, kto tam teraz co robi.

W tym momencie za mną słychać kroki w sąsiednim pokoju. Prawdopodobnie ktoś pomyślał, że dom jest pusty i wszedł do środka, żeby zobaczyć, co może zdobyć. Nie odwracając się, pytam:

„Kto tam?”

„Ha-ha-ha!” – słychać za mną. – „Zobacz jak tu żyją!”

Odwracam się. Michaił Bielawski stoi w szklanych drzwiach składanych, a zza jego ramienia wystaje blond głowa Walii Grinczuk. Oboje turlają się ze śmiechu, patrząc na mnie siedzącego przy biurku w samych majtkach i butach na bosych stopach.

Kilka minut później, już ubrany, wchodzę ponownie do gabinetu, gdzie moi niespodziewani goście bezceremonialnie sprawdzają list, który zacząłem pisać.

„Popatrz, Waliuszo„ – mówi Bielawski – „nie wiemy, jak uciec z Moskwy, a on tu nad tym płacze”.

„Misza, jak się tu znalazłeś?” – pytam, wciąż nie otrząsnąwszy się ze zdziwienia.

„Przyjechaliśmy wczoraj. Jest cała grupa z Akademii. Wysłali nas, żeby ci pomóc”.

„No i jak tam w Moskwie, co nowego?” – pytam Bielawskiego.

„Co tam może być nowego? Niemcy są teraz w modzie. W Akademii każdy marzy o tym, żeby dostać tu pracę”.

Bielawski rozgląda się po pokoju: „Tak, możesz tu mieszkać. Już się przyzwyczaiłeś, nie zauważasz różnicy”.

„Opowiedz mi coś o Moskwie” – proszę.

„Ach, czytaj gazety!” – Bielawski macha ręką, – „Cieszę się, że wyrwałem się stamtąd. Lepiej mi powiedz, jak tu jest”.

„Sam zobaczysz. Chcesz dziś pojechać do Berlina?” – Sugeruję. – „Zanurzmy się w samym środku wydarzeń.”

„Walia i ja właśnie się szykowaliśmy. Dlatego zaszliśmy po ciebie”.

„Więc, zgadzam się!” – Podejmuję decyzję.

Około południa opuszczamy Karlshorst i wsiadamy do tramwaju do centrum miasta.

Budynek Reichstagu. Ta masywna budowla, na tle Bramy Brandenburskiej, była kiedyś symbolem Cesarstwa Niemieckiego. Tu płonęły polityczne namiętności, tu brązowa pochodnia rozpaliła swój pierwszy ogień, który później rozprzestrzenił się na całą Europę, tu w ostatnich latach obradował teatr lalek, pełniący rolę niemieckiego parlamentu.

„Dem Deutschen Volke” – masywne litery na frontonie szarego kolosa błyszczą od łuszczącego się złocenia. Dziś słowa te brzmią dla Niemców jak złowroga kpina. Martwa piramida wstydu dla tych, którzy uważali się za nadludzi.

Okna zamurowane cegłami, są otwory strzelnicze dla strzelców, ściany czarne od sadzy po pożarach. W środku znajdują się stosy połamanych, osmalonych cegieł, kałuże cuchnącej zielonkawej wody, a przez dziurę w kopule widać błękitne niebo. Wiatr niesie szeleszczące stosy papierów z czarnymi orłami. Taśmy do karabinów maszynowych, łuski nabojów, maski gazowe.

Na ścianach wszędzie widnieją niezliczone napisy: „Iwan Sidorczuk z Kuszczewki. 14/V-1945”, „Simon Vaillant. Paryż. 5.7.1945”, „John D. Willis. Chicago”. 23-7-1945". Napisy są wszędzie – na ścianach, na suficie. Czasami, bez względu na to, jak bardzo się starasz, nie sposób zgadnąć, w jaki sposób właściciel podpisu zdołał dotrzeć do wyraźnie niedostępnych miejsc, aby zostawić po sobie pamięć historyczną. Napisy w węglu, sadzy, kawałku wapna.

Jak ostatni krzyk tonącego człowieka, napis wyryty bagnetem przez jednego z obrońców Reichstagu brzmi: „Heil Hitler!” Na przeciwległej ścianie dużymi literami, wyraźnie napisanymi farbą olejną, widnieje napis: „Tu s..ł sierżant Kostia z Odessy”.

Rzeczywiście, atmosfera przypomina słynne strofy poematu Heinricha Heinego „Germania”. Najwyraźniej dziś dla wielu Reichstag służy jako latryna. Tak, pouczający zabytek historyczny!

Nieopodal znajduje się zrujnowana Nowa Kancelaria Cesarska. Oto, na oczach wszystkich dyplomatów świata, istota z chuligańską grzywką wpadała w histerię. Setki tysięcy rycerzy okazji dostrzegło szansę na wygraną i postawiło na nią. Miliony Niemców podążało za „Führerem”, oślepionych kuszącymi obietnicami, ogłuszonych trzaskiem demagogicznych frazesów.

I tak oto dziś koń doszedł do bariery!

W jasnym słońcu, między budynkiem Reichstagu a Bramą Brandenburską, wśród ruin dawnej świetności budzi się nowe życie. Tutaj działa międzynarodowy czarny rynek. Niemcy rozglądają się dookoła, sprzedają parasole, buty, stare ubrania. Rosjanie najbardziej interesują się zegarkami, w zamian dając paczki papierosów, bochenki chleba i jaskrawe banknoty okupacyjne.

Nieopodal nas zatrzymuje się amerykański jeep. Siedzący w nim czarni żołnierze, nie wysiadając z samochodu, rozpoczynają ożywiony handel. Czekolada, papierosy, mydło. Opróżniwszy torby, czarnoskórzy uśmiechają się szeroko i rozglądają się dookoła. Widząc nas, jeden z nich mruczy coś do swojego partnera. Następnie, gestykulując barwnie, zwraca się do mnie, najwyraźniej proponując coś do zakupu.

„What?” – pytam.

Murzyn wyciąga spod siedzenia ogromnego wojskowego Colta i pokazuje dwa palce – dwa tysiące. Daję znak negatywny. Wtedy żołnierz, wskazując palcem na pistolet wiszący u mojego pasa, pyta o cenę. Ku wyraźnemu zdziwieniu mojego sojusznika oświadczam, że pistolet nie jest na sprzedaż. Następnie przyszła kolej na Leicę wiszącą na ramieniu Bielawskiego.

„Co sprzedajesz?” – pyta czarnoskóry mężczyzna w sposób rzeczowy.

„Nic” – odpowiadam.

„Co kupujesz? Kupujesz jeepa?” – Uderzył otwartą dłonią w bok powozu.

Odpowiedziałem tylko uśmiechem.

Zaspokoiwszy w ten sposób swoją ciekawość dotyczącą wschodnich sojuszników, żołnierz wymienia spojrzenia ze swoim towarzyszem i naciska pedał gazu tak mocno, że jeep rusza jak koń wyścigowy na ostrogach.

Przechodzi patrol radzieckiej komendantury – dwóch żołnierzy z automatami i czerwonymi opaskami. Nieopodal, schorowany starszy Niemiec sprzedaje gazety. Na nogach ma ogromne buty przypominające ochraniacze. Poruszanie nogami sprawia mu trudność, albo z powodu osłabienia, albo dlatego, że ma za duże buty. Gdy zbliżają się do niego żołnierze patrolu, wykonuje błagalny gest ręką i cmoka pomarszczonymi ustami: „Towarzyszu, papierosa?” Jeden z żołnierzy, najwyraźniej zmęczony żebraniem, powoli chwyta starca za kołnierz i odpycha go na bok. Młodzieńcza brutalność nie przewidywała oporu. Starzec, niczym bezbronny worek szmat, rozciągnięty na chodniku, jego olbrzymie kalosze pozostały gdzieś z tyłu, a gazety rozłożyły się wachlarzem na kamieniach. Żałosny obraz starczej impotencji.

Bielawski właśnie otworzył usta, by przywołać żołnierza do porządku, gdy ten już ponownie złapał starca za kołnierz i zaczął go podnosić, próbując postawić na nogi. Robi to niegrzecznie, ale bez złośliwości. W jego ruchach widać mieszankę obrzydzenia i irytacji. Najwyraźniej nie spodziewał się, że jego decyzja będzie miała aż takie konsekwencje. Starzec wisi bez życia uczepiony ręki żołnierza, nie mogąc ustać na nogach.

„Odpuść! Chodźmy” – mówi drugi patrolujący.

„Poczekaj... Ten cholerny Fritz” – mruczy niegrzecznie pierwszy, próbując ukryć zakłopotanie pod maską niegrzeczności. „Du, Fritz! Głodny?” – Kopie starca czubkiem buta, który bezsilnie upadł na stos kamieni. Ten milczy i tępo patrzy na ziemię.

„On tu jeszcze umrze...” – przeklina żołnierz i rozgląda się dookoła, jakby czegoś szukał.

Obok przechodzi rosyjska sierżant, trzymając w rękach torbę. W torbie znajdowało się kilkadziesiąt paczek papierosów wymieszanych z kilkoma szmatami. Spod jej pachy wystaje bochenek chleba – również na wymianę.

Patrolujący wyciąga rękę po bochenek chleba: „Czy nie wiesz, że tutaj handel jest zabroniony?!”

Dziewczyna sierżant znika w tłumie ze strachu, bochenek chleba pozostaje w rękach żołnierza. Wraca do starca, wciąż siedzącego bez życia na skałach. Ludzie wokół niego zebrali gazety i położyli je u jego stóp.

„Ty Fritz!” – Żołnierz daje starcowi chleb. Ten mruga oczami bezmyślnie, jak ślepy.

„Ech, twoju mać” – przeklina ponownie patrolujący, wpycha bochenek do torby z gazetami, która wisi na brzuchu staruszka i odchodzi.

Zaskakuje nas mnogość starszych mężczyzn i kobiet w tramwajach i na ulicach. Ludzie starsi są przyzwoicie ubrani, a ludzie wokół nich traktują ich z szacunkiem, ustępując im miejsca w tramwajach i pomagając przejść przez ulicę.

„Ech, boże staruszki" – wzdycha Bielawski, patrząc na dwie staruszki w schludnych czarnych sukienkach z białymi kołnierzykami, które podpierając się wzajemnie, wysiadają z tramwaju. – „U nas one wszystkie już oddały swoje dusze Bogu. W toku doboru naturalnego”.

To, co widzimy wokół siebie, nie jest dla nas nowe. Wiemy, że należy szanować osoby starsze. W końcu to przyszłość każdego z nas. Nie tylko o tym wiemy, każdy z nas ma taką potrzebę. Jednocześnie musimy przyznać, że staliśmy się ordynarni i straciliśmy nawyk bycia uprzejmym i wyrozumiałym wobec innych. Byt determinuje świadomość – taki jest dogmat materializmu dialektycznego. Życie w Związku Radzieckim czyni ze starych ludzi ciężar i wprowadza odpowiednie korekty dialektyczne do naszej świadomości.

Słowa radzieckiej piosenki brzmią szyderczo: „Młodzi są wszędzie mile widziani, starzy są wszędzie szanowani”. Szkoda mówić o tym szczegółowo. Jeszcze bardziej haniebne jest to, że spędzając pierwsze dni i miesiące wśród pokonanych wrogów, których – co zrozumiałe – uważasz za istoty już teraz godne, jeśli nie nienawiści, to w każdym razie pogardy, nagle odkrywasz tu, co jest naturalne dla człowieka kulturalnego, czego potrzebujesz – a czego nie masz. Z jednej strony skłania do lepszego myślenia o pokonanym wrogu, z drugiej zaś budzi w duszy nieprzyjemne uczucia, których nie masz ochoty analizować. W końcu jesteśmy zwycięzcami.

Później, gdy lepiej poznaliśmy warunki w Niemczech, przekonaliśmy się, że zabezpieczenie społeczne w formie emerytury lub czynszu, bez względu na to, jak niskie może się wydawać, nadal zapewnia ludziom minimalne wynagrodzenie na utrzymanie, pozwalając im spędzić resztę życia w godnych warunkach. Emerytury starcze są w ZSRR koncepcją całkowicie fikcyjną. Człowiek może żyć tylko pracując aż do śmierci lub otrzymując pomoc od swoich dzieci. Jak dzieci mogą pomóc, skoro same nic nie mają? Co może być gorszego niż poczucie bezradności i niezdolności do pomocy tym, którzy dali ci życie.

Wokół kręcą się ludzie wracający do zdrowia ze szpitali. Noszą pasiaste ubrania i bluzy podobne do więźniarskich. Wielu z nich trudni się handlem, niektórzy nie wahają się nawet w biały dzień dokonywać rabunków. Jeden z nich chwyci coś i ucieka w ruiny, podczas gdy jego wspólnicy będą osłaniać tyły, machając kulami i kijami. Niepełnosprawni są skrajnie rozgoryczeni, wielu z nich jest pod wpływem alkoholu i po prostu szukają powodu, żeby wszcząć bójkę. Niemcy unikają ich jak ognia, a i sami Rosjanie starają się trzymać od nich z daleka.

Ta sama historia dotyczy emerytur dla osób niepełnosprawnych i emerytur starczych. I nie umrzesz – i nie będziesz żył. I za to wszystko musimy być wdzięczni: „Nasze szczęście jest nie do zmierzenia...” W pokonanych Niemczech, inwalidzi z przegranej wojny otrzymują wyższe renty niż inwalidzi zwycięzcy. To śmieszne, ale prawdziwe.

Tutaj zaczynasz rozumieć, dlaczego beznodzy inwalidzi pędzą po Alexanderplatz niczym rój wściekłych, pobudzonych os. Chcą utopić swoją beznadziejną melancholię i gniew w wódce, kłócić się i przeklinać. Bohaterowie, pobrzękując swoimi orderami, będą sprzedawać machorkę lub żebrać o jałmużnę na bazarach. O, ty, moja ojczysta kraino, ukochani przywódcy…

Na ulicach Berlina jest wiele dzieci. Podczas I wojny światowej i ostatniej wojny Niemcy przywiązywali dużą wagę do wskaźnika urodzeń. Ludendorff, a później Hitler, próbowali wszelkimi sposobami zapobiec spadkowi liczby urodzeń w czasie wojny. To właśnie, a nie względy humanitarne, tłumaczyło regularne opuszczanie przez żołnierzy armii niemieckiej służby czynnej. Wyniki są przed naszymi oczami.

Dla nas jest to dziwne, gdyż w ZSRR, w czasie wojny, odzwyczailiśmy się od widoku niemowląt. W czasie wojny w Armii Czerwonej nie było urlopów. Kilka lat później radzieccy przywódcy będą musieli zmierzyć się z problemem: wskaźnik urodzeń w latach 1941–1945 spadł niemal do zera. Będzie to odczuwalne, gdy nadejdzie czas poboru tych lat.

Berlin leży w ruinie. A mimo to spod ruin wyłania się nowe życie. Na tle martwych ruin życie to staje się szczególnie uderzające. Wola życia człowieka jest silniejsza od sił zła i zniszczenia.

Jesteśmy zdumieni mnogością kwiaciarni na martwych ulicach Berlina. Na rogu wypalona rama domu spogląda w niebo, a dookoła rozciąga się morze ruin. I tak na tle tego ponurego krajobrazu, z dolnej kondygnacji domu, niewinne płatki kwiatów uśmiechają się do nas jasnymi kolorami.

Ludzie z otaczającego świata mogliby być zaskoczeni – jaki dzikus, nigdy nie widział kwiatów! Nic zaskakującego. Kwiaty w Związku Radzieckim były czymś w rodzaju społecznie obcego elementu. Jaki z nich pożytek dla budowania komunizmu? Żaden. Więc wyrzucić je na śmietnik historii jako burżuazyjny relikt. Wyjątkiem są pogrzeby przywódców i niektóre szczególne okazje – spotkania delegacji zagranicznych i fotomontaże szczęśliwego życia.

Czasami staje się dla nas denerwujące zwracanie uwagi i myślenie o takich drobiazgach. Przecież to my jesteśmy zwycięzcami!

Zmęczeni i zakurzeni, późnym wieczorem wróciliśmy do Karlshorst.

Od tego dnia często spotykałem się z Bielawskim i Walią. Bielawskiego przydzielono do pracy w Zarządzie Sił Powietrznych Rady Kontroli. Walia pracowała w gabinecie osobistym szefa SWA marszałka Żukowa. Oboje byli bardzo szczęśliwi, że pozostali w pracy w Sztabie Generalnym i nie trafili do prowincjonalnej SWA.

W Moskwie znałem Walię tylko jako koleżankę ze studiów. Tutaj, z dala od mojego zwykłego kręgu znajomych, stała się dla mnie niespodziewanie bliska i droga, częścią tego, za czym podświadomie tęskniłem, częścią Moskwy i wszystkiego, co z nią związane. Wkrótce odkryłem jedną rzadką cechę u Walii, która sprawiła, że jeszcze bardziej doceniłem jej przyjaźń. Walia jest prawdziwym dzieckiem natury, nietkniętym przez błotnisą maź życia – mówi, co myśli i robi, co mówi.

Pewnej niedzieli Bielawski przyszedł mnie odwiedzić ponownie razem z Walią.

Kiedy zobaczyłem Bielawskiego, byłem bardzo zaskoczony. Przede mną stał elegancki młody mężczyzna w nienagannym cywilnym garniturze w kolorze jasnej kawy. Jaskrawy krawat i lekki filcowy kapelusz dopełniały obrazu. Wcześniej znałem Bielawskiego tylko w mundurze.

„Fie-fi! Gdzie idziesz cały wystrojony?” – gwizdnąłem, przyglądając się przyjacielowi ze wszystkich stron.

„Miałem iść do opery, ale Walia nie chciała. Postanowiłem więc zostawić ją na twój koszt”.

„Na Boga, Misza, im lepiej cię poznaję, tym bardziej jestem przekonana, że jesteś wspaniałym facetem” – nie mogę się powstrzymać od pochwały. „A ty przyprowadziłeś Walię, a teraz znikasz. Słuchaj, Walia, widziałaś kiedyś tak bezinteresownego przyjaciela?”

Bez względu na to, jak bardzo starałem się namówić Bielawskiego, żeby pojechał z nami na przejażdżkę po mieście, on pozostawał niewzruszony jak skała. „Nogi nadal mnie bolą od zeszłej niedzieli” – mówi.

Dzień okazał się niezwykle słoneczny i ciepły. Wysadziliśmy Bielawskiego na Friedrichstrasse, a Walia i ja postanowiliśmy wyjechać z miasta.

Na prawo i na lewo, niczym muzealne rekwizyty, mijają nas historyczne pojęcia przeszłości. Unter den Linden to wielka nazwa, otoczona ruinami, bez śladu roślinności. Drzewa w Tiergarten, połamane przez pociski i bomby lotnicze, gdzie leżą zmiażdżone kadłuby zestrzelonych samolotów. Kolumna Zwycięstwa z wyblakłym złotym aniołem symbolizującym minione zwycięstwo i chwałę 1871 roku. Przed nami szeroka i prosta jak strzała autostrada Ost-West Axe, przecinająca Berlin ze wschodu na zachód.

Berlin ma swoją własną, wyjątkową twarz. Twarz stolicy. Można tu dostrzec charakterystyczną perspektywę wielkiego miasta. Kamienie Berlina oddychają historią. Niemcy dały światu dziesiątki ludzi, których nazwiska są bliskie każdemu cywilizowanemu człowiekowi. Świadczą o tym wyraźnie podziurawione kulami i uszkodzone odłamkami tablice z nazwami ulic – Mozartstrasse, Humboldtstrasse, Kantstrasse.

Skręcamy na Avus. Za nami znajduje się Funkturm, Deutschlandhalle, stadion wyścigowy. Wokół nas rozciągało się zielone morze Grünewaldu szeleszczące liśćmi.

Walia rozgląda się dookoła. Odrzuciwszy głowę do tyłu na skórzanym siedzeniu, spojrzała w niebo, na niebieską kopułę rozciągającą się nad nami, po czym powiedziała:

„Wiesz co, Grisza?”

„Co?”

„Słońce świeci tutaj inaczej…”

„Jak to?”

„Sama tego nie rozumiem. Czujesz się tu inaczej. Powiedz mi, czy nie masz jakiegoś dziwnego uczucia?”

„To jest uczucie zwycięzcy, Waliusza. Dlatego słońce świeci tutaj inaczej”.

„Dobrze tutaj” – mówi Walia marzycielsko. – „Tak bardzo tęsknię za spokojnym życiem. Czasami chciałabym po prostu zrzucić ten mundur i żyć zwyczajnie – po prostu dla samego życia…”

„Co cię powstrzymuje?”

„Czasami żałuję, że noszę mundur. Podczas wojny było to konieczne, ale teraz... Chcę być wolna... Jak to wytłumaczyć…”

„Możesz to wyjaśniać komuś innemu” – uśmiecham się. – „A teraz dam ci radę – nie zapominaj, że to jest siedziba SWA. Ten las jest ciemniejszy i bardziej niebezpieczny niż partyzanckie ostępy. W przeciwnym razie zjedzą cię szare wilki. Rozumiesz?”

Walia patrzy na mnie uważnie, przez chwilę milczy, po czym mówi spokojnym i poważnym głosem:

„Widzisz, Grisza, czasami czuję się taka samotna i nie mogę się tym z nikim podzielić. Tak bardzo kocham wszystko, co dobre, ale jest tego tak mało wokół”.

Beton autostrady szeleści pod kołami. Szara strzała Avusa przecina złotą szatę Grünewaldu. Puszczam pedał gazu i samochód zwalnia. Wokół nas złota jesień rozpościera się leniwą ospałością. Odległość migocze, rozprzestrzeniając się w promieniach słońca. Dal biegnie ku nam.

„Powiedz mi, o czym myślisz?” – szepcze Walia.

„Zastanawiam się, gdzie powinniśmy skręcić – w prawo czy w lewo. Wannsee powinno być gdzieś tutaj”.

Wannsee to jedno z największych jezior w okolicach Berlina. Wzdłuż brzegów jeziora znajdują się piękne i bogate wille – kiedyś mieszkali tu najbogatsi ludzie stolicy Niemiec. Tutaj znajduje się również największe i najnowocześniejsze kąpielisko w Berlinie.

Jeździmy dookoła jeziora. Tutaj jest cicho, prawie pusto. Droga jest wyłożona kocimi łbami, a wzdłuż niej rosną rozłożyste stare klony. Kamień jest prawie niewidoczny pod grubym, opalizującym dywanem opadłych liści.

Po bokach rosną żywopłoty oplecione zielenią, wszystkie bramy są otwarte na oścież, wille stoją puste, opuszczone przez właścicieli. Niektórzy uciekli na Zachód wraz z postępami Armii Czerwonej, inni zostali przesiedleni do nowych mieszkań w pobliżu – byłych drewnianych baraków dla zagranicznych robotników.

Skręcam samochodem w otwartą bramę jednej z wyjątkowo pięknych willi. Poroże jelenia, które kiedyś zdobiło biuro właściciela, jest porzucone pośrodku żwirowej ścieżki, a wiatr zmiata po stopniach frontowych schodów kartki papieru, pomarszczone przez niedawny deszcz.

Nad wodą znajduje się niewielkie nabrzeże wybrukowane kwadratowymi płytami, z pomostami dla rybaków i przystaniami dla łodzi. Nieopodal rdzewieje hangar na motorówki z falistej blachy.

„Ludzie żyli dobrze” – mówi zamyślona Walia, rozglądając się po molo.

„Tak. Chcieli żyć jeszcze lepiej – i potknęli się” – odpowiadam.

Wysiadamy z samochodu i spacerujemy po parku. Wysoko w górze szumią stuletnie drzewa. Między drzewami widać rozpadające się okopy, splątane zwoje drutu kolczastego i zużyte naboje. Powyżej widać willę z dachem krytym dachówką, przyodzianą w jesienną, czerwoną szatę dzikich winogron.

„Chodźmy obejrzeć dom” – proponuję.

Wiatr wieje przez pokoje. Deski podłogowe skrzypią pod stopami. Wszędzie porozrzucane są maski gazowe, meble i puszki. Na drugim piętrze kiedyś mieściło się biuro właściciela domu. Stosy wyblakłych zdjęć szeleszczą na podłodze. Spod naszych butów wyzierają twarze wąsatych ludzi w stojących, wykrochmalonych kołnierzykach. Ci ludzie nie przypuszczali, że pewnego dnia ich portrety trafią pod but rosyjskiego oficera.

„Chodźmy stąd, Grisza” – Walia ciągnie mnie za rękaw. – „Nieładnie jest wchodzić do czyjegoś domu”.

Po półmroku panującym wewnątrz domu, słońce oślepiająco świeci na balkon. W dole rozciągała się powierzchnia ogromnego jeziora, pokryta delikatną mgiełką. Trzciny kołyszą się, zanurzone w wodzie, pod podmuchami lekkiej bryzy. Powiew wiatru szumi w koronach drzew. Martwy obraz upadku ludzkiego sukcesu za nami i wieczne, niegasnące życie u naszych stóp.

Nie sposób nie kochać jesiennej przyrody. Ma wiele wspólnego z naszym życiem. Liście opadają, tak jak dziś. Chmury przemijają niczym nasze sny. Latające pajęczyny łaskoczą nas jak nasze nadzieje. Powietrze staje się przejrzyste i czyste, jak nasz umysł.

Walia i ja stoimy na balkonie przez długi czas. Z gorącej ziemi unosi się falami cierpki, odurzający aromat. Dzikie winogrona pełzają czerwonymi łapami po kamiennej balustradzie. Pieszczą nas promienie słońca, słońca tak jasnego, jakie jest tylko jesienią.

Po kamiennym chaosie Berlina, dziewicza cisza i spokój Grünewaldu wywarły wpływ na Walię. Jej twarz nachmurzyła się, jakby bolała ją głowa. Klatka piersiowa dziewczyny unosi się i opada konwulsyjnie, jakby nie mogła nabrać wystarczająco dużo powietrza.

„Powiedz mi, Grisza, czym jest szczęście?” – pyta nie odwracając się.

„Szczęście? Szczęście to zdolność człowieka do zadowolenia się tym, co ma”.

„A co jeśli nic nie będzie miał?”

Walia odwraca się w moją stronę. Jej oczy są poważne i patrzą mi prosto w oczy, domagając się odpowiedzi. Między jej brwiami pojawiła się lekka zmarszczka.

Milczę, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

4.

Człowiek opuszczający więzienie po długim pobycie nie potrafi od razu przyzwyczaić się do wolności, boi się przestrzeni. Istnieje nawet specjalny termin – aerofobia. To samo dziwne uczucie towarzyszyło nam podczas naszego pierwszego pobytu w okupowanych Niemczech.

Cieszyliśmy się całkowitą swobodą i mogliśmy swobodnie odwiedzać sektory zachodnich aliantów. Rok później można było o tym tylko wspominać. Drzwi klubów żołnierzy i oficerów alianckich w sektorach zachodnich były dla nas otwarte i zawsze witano nas jak mile widzianych gości. Trzeba przyznać, ze wstydem, że goście często zachowywali się w taki sposób, że gospodarze musieli wkrótce stać się ostrożniejsi.

W Karlshorst popularna była następująca historia:

Pewnego dnia radziecki żołnierz przejeżdżający przez Berlin zgubił się i przez pomyłkę trafił do amerykańskich koszar. Amerykanie byli bardzo szczęśliwi na widok tego niezwykłego gościa i zaciągnęli Iwana, który był śmiertelnie przerażony, do siebie. Zdjęli z niego worek podróżny. Co radziecki żołnierz mógł mieć w swoim worku? Bochenek czarnego chleba i parę ochraniaczy na stopy. Amerykanie posadzili Iwana przy stole, nakarmili go i napoili w sposób, o jakim nigdy by sobie nie śnił, a wieczorem pozwolili mu spędzić noc w koszarach. Niektórzy dowcipnisie twierdzą, że gościnni Amerykanie zadbali o to, aby Iwan nie nudził się sam w łóżku. Rano Iwanowi wręczono pełną torbę najróżniejszych zagranicznych osobliwości i odprowadzono go przez bramę.

Niektórzy twierdzą, że Iwan próbował zaciągnąć się do armii amerykańskiej. Każdy z opowiadających przysięgał, że osobiście spotkał Iwana tuż za bramą amerykańskich koszar.

Dla nikogo z nas nie przeszło niezauważone, że żołnierze alianccy byli wyposażeni nieporównywalnie lepiej niż żołnierze radzieccy i cieszyli się znacznie większą swobodą osobistą. Nie bez uśmiechu oficerowie pracujący w Radzie Kontroli opowiadali swoim znajomym, że amerykańscy żołnierze palą te same papierosy, co amerykańscy generałowie. W Armii Czerwonej żołnierz, oficer młodszy, oficer starszy, generał – każdy otrzymuje inny rodzaj tytoniu lub papierosów, zależnie od swojego stopnia. A wszystko to pod sztandarem powszechnej równości i braterstwa.

Na początku żyliśmy jak na zapomnianej wyspie. Ponieważ byliśmy uważani za „zagranicę”, nie pobierano od nas żadnych radzieckich podatków i nie zawracano nam głowy nawet dobrowolnymi pożyczkami, które były obowiązkowe w Związku Radzieckim. A co jeszcze bardziej zadziwiające, byliśmy wolni nawet od studiów politycznych i... najlepszej, najmądrzejszej, najnudniejszej książki dla każdego radzieckiego człowieka: „Krótki kurs historii Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii”.

Stalin popełnił największy błąd pokazując narodowi radzieckiemu Europę, a Europie radziecki porządek. Ludzie radzieccy zaczęli patrzeć o wiele krytyczniej na to, co działo się za ich plecami w Związku Radzieckim. Zachód, poznawszy prawdziwe oblicze stalinowskiego komunizmu, pozbył się znacznej części złudzeń i wyleczył się z różowych tendencji. Spotkanie to było korzystne dla obu stron.

Pierwsze miesiące okupacji były bardzo charakterystyczne.

Pośród chaosu skapitulowanych Niemiec, pośród ruin Berlina, w życiu ludzi, którzy jeszcze wczoraj byli naszymi wrogami, zobaczyliśmy rzeczy, które nas zaskoczyły tylko na początku. Potem zaczęliśmy je stopniowo oceniać i odpowiednio zmieniać nasze poglądy na pewne sprawy.

Musiałem przezwyciężyć uczucie wewnętrznej wrogości wobec wszystkiego, co wiązało się z nazwą Niemcy, jakie pozostało po wojnie. Trzeba było szukać nowych skal pomiarowych. Co więcej, niełatwo jest odbudować normalne życie Niemca, Niemiec i Europy – to, co sprzeciwia się radzieckim formom życia – spod popiołów długich lat reżimu hitlerowskiego, wojny totalnej i bezwarunkowej kapitulacji.

Ludzie radzieccy byli zdumieni niespotykanie wysokim standardem życia przeciętnego mieszkańca Zachodu. Słowa radzieckiego żołnierza patrzącego na mieszkanie europejskiego robotnika stały się już przysłowiowe: „Czy jesteś kapitalistą?!” W latach okupacji ten sam żołnierz zaczął interpretować te słowa w odwrotnym kierunku, spoglądając wstecz na swoje własne życie. Każdy obywatel Związku Radzieckiego, który widział Europę na własne oczy, był dla władzy radzieckiej straconym obywatelem. On, niczym mechanizm, nadal spełnia swoje funkcje, ale trucizna płynąca z poznania prawdy nie zniknęła.

Po kilku latach wrażenia z pierwszych dni spotkania zostaną zatarte. Wszystko wyda się bardziej zwyczajne, kontrasty się wyrównają, a ludzie się do wszystkiego przyzwyczają. Żołnierze i oficerowie, którzy dziś stanowią trzon sił okupacyjnych, z czasem zostaną zastąpieni przez innych. Tym, którzy powrócą do ojczyzny, trudno będzie podzielić się wrażeniami z Niemiec. Kto chce dostać dziesięć lat za „antyradziecką agitację”?

Pewnego dnia siedziałem w na wpół pustej jadalni z trzema innymi oficerami. Była godzina dziewiąta wieczorem, kolacja dobiegła końca, ale ponieważ nikt z nas nie chciał iść do domu, pozostaliśmy przy stole, popijając piwo i prowadząc luźne pogawędki.

„Wyobrażałem sobie Niemców zupełnie inaczej” – mówi kapitan Kap. „Myślałem, że to nie są ludzie, tylko raczej…” pstryka palcami, nie mogąc znaleźć odpowiedniego wyrażenia.

„A wczoraj byłem w Treptow” – kontynuuje. – „Tam jest karuzela, różne łódki. I wiesz, byłem zaskoczony. Okazuje się, że Niemcy to radosny naród. I starzy, i młodzi jeżdżą na karuzeli. Byłem tak podekscytowany, że wlazłem na karuzelę”.

Charakterystyczne jest to, że każdego z nas uderzają te same fakty. Rzeczywiście, to co widzimy w Berlinie, zupełnie nie odpowiada naszemu wyobrażeniu o Niemcach. Zwykli Niemcy zachowują się o wiele swobodniej i beztrosko, można by rzec, z większą radością niż odpowiadające im warstwy społeczeństwa w Związku Radzieckim. Wydawałoby się, że Niemcy nie mają dziś powodu do szczególnego zadowolenia. I mimo to widzimy, że są bardziej beztroscy od nas – zwycięzców. Życie w Związku Radzieckim odcisnęło piętno na naszych duszach.

„W Treptow jeszcze nie jest tak wesoło” – kiwa głową major Żdanow. – „Dopiero niedawno trafiłem do sektora francuskiego. Było ciekawie i jakoś strasznie, w końcu byłem sam wśród obcych. I był tam też jarmark z wszelkiego rodzaju rozrywkami, Francuzi z ich dziewczynami. I było tam tak fajnie, że poczułem się jakoś dziwnie, nawet smutno”.

Major nalewa piwo z butelki, po czym kontynuuje: „I spotkałem tam jednego z naszych – pijany jak bela, zgubił czapkę, pistolet na tyłku i dwie bl... pod ręce. On też się bawi! Dorwał się do wolności”.

„Wódka to świetna rzecz!” – Porucznik Berens się uśmiecha. – „Wypijasz pół litra i czujesz się jak król. Bałeś się czegoś w sektorze francuskim, ale on nie bał się niczego”.

„Wódka wyzwala człowieka” – kontynuuje rozważania. – „Kiedy człowiek czuje się niewolnikiem w życiu, po upiciu się, próbuje nadrobić brak wolności – bije się, tłucze naczynia, zachowuje się jak chuligan – i czuje się lepszy od innych, myśli, że jest wolny”.

„Wygląda na to, że już wypiłeś więcej, niż potrzebujesz” – zauważa Kap.

„Witajcie zwycięzców!” – Berens podnosi kieliszek. – „Dzięki Bogu, przynajmniej wódka jest tania”.

Pierwsze spotkanie z pokonanym wrogiem otworzyło nam oczy na wiele spraw – zaczęliśmy odczuwać swoje miejsce w świecie. Czuliśmy swoją siłę i swoją słabość.

Wrażenia z pierwszych miesięcy po wojnie, w świetle późniejszych wydarzeń, stanowią wyjątkowy etap w dziejach radzieckich sił okupacyjnych w Niemczech. To był ulotny okres powojennej demokracji.

Żaden z ludzi Związku Radzieckiego nie odczuł Zwycięstwa tak, jak my – ludzie wojsk okupacyjnych. Widzieliśmy Zwycięstwo twarzą w twarz, pławiliśmy się w jego promieniach. Zwycięstwo tchnęło w nas ciepłym oddechem, kołysząc nas na swoich skrzydłach.

Jednocześnie Zwycięstwo i spotkanie z Zachodem obudziły w nas stare wątpliwości i zrodziły nowe. Wątpliwości te z kolei wzmacniały pragnienie, potrzebę i nadzieję na możliwość zaistnienia czegoś innego niż to, co znaliśmy przed wojną. W promieniach Zwycięstwa żyliśmy nadzieją na lepszą przyszłość.

Krótki okres powojennej demokracji dał nam nadzieję. Można to zrozumieć dopiero patrząc wstecz.


Następny rozdział
Powrót do spisu treści