Grigorij Klimow «Pieśń Zwycięzcy»

Rozdział 7. W ZESPOLE KONTROLNYM

1.

Pewnego wieczoru generał Szabalin wezwał mnie do swojego biura i pokazał mi list z amerykańskiej kwatery głównej, gdzie on i jego pracownicy zostali zaproszeni na spotkanie dotyczące likwidacji koncernu I.G. Farbenindustrie, które miało się odbyć we Frankfurcie nad Menem, powiedział: „Weź mój samochód i jedź do Zehlendorf. Daj listę naszej delegacji. Dowiedz się, kiedy przyleci samolot. Jeśli nie będzie samolotu, zorganizuj wydanie przepustki, abyśmy mogli pojechać naszymi samochodami”.

Gdy dotarłem do amerykańskiej kwatery głównej, było już kwadrans po piątej.

„No cóż, teraz spędzę około godziny na szukaniu przepustki” – myślę. – „W końcu nie mam żadnego oficjalnego dokumentu, który by wyjaśniał, dlaczego tu przyjechałem, poza dowodem osobistym. I będę musiał porozmawiać z zastępcą Eisenhowera do spraw ekonomicznych”.

Przy bramie zatrzymuję samochód i sięgam do kieszeni po dokumenty. Amerykański wartownik w białym hełmie, białym płóciennym pasie i pasujących do niego kamaszach salutuje dłonią w białej rękawiczce i nie okazuje żadnego zainteresowania moimi dokumentami. Aby w jakiś sposób wytłumaczyć, dlaczego samochód się zatrzymał, zadaję mu pytanie. W milczeniu wskazuje na tablicę ze strzałką i napisem „Informacje”.

Przejeżdżam spokojnie obok przyjaznego biura, zerkając na boki, żeby sprawdzić, czy ktoś mnie stamtąd obserwuje. „Sam znajdę to, czego potrzebuję” – myślę. Prawdopodobnie w tym samym czasie miałem jeszcze jedną myśl: „Skorzystam z okazji i popełzam dookoła. Zobaczę, co to za ptaki ci Amerykanie. Mam nadzieję, że mnie nie aresztują. W najgorszym wypadku powiem, że się zgubiłem”.

Stanowczo nakazuję kierowcy Miszy, aby pozostał w samochodzie i nigdzie nie jechał. Kto wie, może porwą kierowcę – wtedy zostaniesz pociągnięty do odpowiedzialności.

Idę korytarzem. Wszystkie drzwi są szeroko otwarte. Wszystko w środku jest puste. Tu i ówdzie niemieckie sprzątaczki zamiatają podłogi. Na każdych drzwiach znajduje się odpowiednia tabliczka: „Major takie a takie stanowisko” lub „Podpułkownik takie a takie stanowisko”. Boże, co tu się dzieje! Gdzie jest czujność? Z zasady nie wieszamy wizytówek na drzwiach. Aby wrogowie wewnętrzni i zewnętrzni nie wiedzieli tak łatwo, kto gdzie siedzi.

Czuję się nawet trochę niezręcznie i przestraszony. To tak, jakbym wbrew własnej woli znalazł się w szafie z tajnymi dokumentami i bał się, że w tym momencie zostanę złapany. Szukam na tablicach na drzwiach potrzebnego mi pokoju i czuję się tak, jakbym wszedł na listę wrogiego sztabu generalnego. A ja mam na sobie pełny radziecki mundur.

Przeszukałem więc wszystkie piętra i korytarze, ale nie znalazłem nikogo oprócz sprzątaczek. Patrzę na zegarek – jest wpół do szóstej.

Jeden z oficerów powiedział mi kiedyś, że nie ma sensu jechać do Amerykanów po godzinie piątej. „Wszyscy chodzą na spacery z Niemkami” – powiedział, albo z pogardą dla amerykańskich metod pracy, albo z zazdrością – „myślą tak: ktokolwiek zostaje w biurze po zakończeniu pracy, nie wie, jak pracować, nie wykonuje swojej pracy na czas”.

„Ten facet nie kłamał” – pomyślałem – „Amerykanie najwyraźniej nie przemęczają się. Dla generała Szabalina najważniejsza część dnia pracy zaczyna się o 19:00. Jak tam dotrę? W końcu będę musiał skontaktować się z tą „Informacją”.

W dziale „Informacje” dwóch czarnoskórych mężczyzn siedzi rozwalonych na krzesłach, z nogami na stole i skupia się na żuciu gumy. Z wielkim trudem wyjaśniam im, że muszę zobaczyć się z generałem Clayem. Nie przerywając swojego głębokiego zajęcia, jeden z czarnoskórych miauczy coś do sąsiedniego okienka. Gdyby teraz stanął przed nimi prezydent Truman, marszałek Stalin albo sam diabeł z rogami, raczej nie zdjęliby nóg ze stołu i nie przełożyliby gumy z prawego policzka na lewy. Mimo to „Informacja” działa bez zarzutu: sierżant za oknem z kolei miauknął coś do telefonu, a po chwili do pokoju wszedł amerykański porucznik. Grzecznie zaprosił mnie, abym poszedł za nim.

W sekretariacie generała Claya sekretarka na dyżurze przegląda kolorowy magazyn. „Czy ona też zwali nogi na maszynę do pisania?” – zastanawiam się i roztropnie zajmuję bezpieczną pozycję.

Gdy zastanawiałem się, czy siedzieć cicho, czy spróbować nawiązać rozmowę z moim sojusznikiem, z drzwi prowadzących do biura generała szybko wyleciał niski żołnierz z długim nosem. Szybko przelatując przez pokój niczym meteor, rzucając po drodze kilka słów do sekretarki, chwycił czapkę leżącą na wieszaku.

„Musi być surowym generałem, skoro jego żołnierze biegają tak szybko” – myślę.

W tym czasie nakręcony żołnierz macha mi ręką i i zaczyna coś bełkotać z prędkością przekraczającą moją znajomość angielskiego. „Generale Clay” – głos sekretarki dobiega do mnie zza pleców.

Gdy odzyskałem przytomność, generała już nie było w pokoju. Nie generał, a bomba atomowa! Jedyne co zrozumiałem to „w porządku” i że odpowiednie polecenie zostało już wydane. Poza tym naprawdę trudno stwierdzić, gdzie jest generał, a gdzie żołnierz. Żołnierze kładą nogi na stole, a generałowie biegają jak chłopcy.

Z tych samych drzwi wychodzi inny oficer i zaprasza mnie, żebym wszedł do biura. Mając doświadczenie, zwracam uwagę na paski naramienne. Również jakiś rodzaj generała. Generał wysłuchał powodu mojej wizyty w sposób ściśle biznesowy, nie oferując mi miejsca, ale też sam nie siadając. Następnie skinął głową i opuścił biuro.

Rozglądam się. Skromne biurko. Skromny zestaw do pisania. Gruby stos gazet po lewej stronie. Pęk ołówków. Nic więcej. To biuro służy do pracy, a nie do łapania much. Wybierając biurko dla generała Szabalina, które odpowiadałoby jego stanowisku, przeszukano cały Karlshort i wszystkie magazyny trofeów wojennych. Wysłano specjalnego do Drezna po przyrządy pisarskie.

Niedługo potem generał wraca i, najwidoczniej wyjaśniwszy sprawę przez telefon, mówi mi, kiedy przyleci samolot. Później przekonałem się, że tam, gdzie my wymagamy dokumentu podpisanego przez trzech generałów, a nawet dodatkowymi pozwoleniami, Amerykanom wystarczy jeden telefon.

Nie jest wymagana uprzednia zgoda na listę delegacji radzieckiej. Wszystko odbywa się w jakiś sposób rodzinnie, bez Służby Łącznikowej i bez kontroli ze strony Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, jak to jest u nas przyjęte. Po drodze generał wręcza mi pakiet materiałów informacyjnych na temat koncernu I. G. Farbenindustrie, aby zaznajomić mnie z przyszłymi pracami konferencji.

Następnego ranka delegacja radziecka, w skład której wchodzili generał Szabalin, podpułkownik Orłow, major Kuzniecow, ja i dwóch tłumaczy, przybyła na lotnisko Tempelhof.

W pokoju kontrolnym sierżant dyżurny daje nam do zrozumienia, że wie wszystko, długo rozmawia przez różne telefony, po czym prosi nas, żebyśmy czekali, bo nasz samolot będzie później. Mam wrażenie, że Amerykanie z jakiegoś powodu opóźniają nasz wylot.

„No więc, jak długo będziemy tu czekać?” – mówi generał Szabalin, patrząc z irytacją na zegarek, a potem na szerokie betonowe pole lotniska.

W oddali widać samoloty powoli kołujące do startu, ale żaden z nich nie ma najmniejszej ochoty zabrać nas ze sobą. Generał przeklina i nie wiedząc, na kim wyładować swój gniew, pyta mnie ponownie: „Co dokładnie powiedzieli ci wczoraj? Dlaczego nie wzięli jakiegoś papieru lub potwierdzenia?” Najwyraźniej generał jest głęboko przekonany, że bez odpowiedniego potwierdzenia dokumentowego w postaci podpisów i pieczęci, jakiekolwiek słowa i obietnice nie są warte absolutnie nic, nawet słowa amerykańskiego generała.

„Powiedzieli to całkiem jasno” – odpowiadam. – „Dzisiaj o 10 rano, lotnisko Tempelhof. Będzie dla nas specjalny samolot. Kierownik lotniska otrzymał rozkaz.”

Generał zakłada ręce z tyłu, mocniej wciąga szyję w ciasny kołnierz kurtki i nie patrząc na nikogo, kontynuuje przechadzkę po betonowej ścieżce w pobliżu budynku administracji lotniska.

Aby jakoś zabić czas, major Kuzniecow i ja zaczynamy inspekcję lotniska. Amerykański żołnierz w kombinezonie przechadza się w pobliżu i rzuca nam przyjazne, ciekawe spojrzenia, szukając pretekstu do rozpoczęcia rozmowy. Rozpaczliwie pragnie pogawędzić z rosyjskimi oficerami, pokazać im portfel z kolekcją pamiątek, swoją książeczkę żołnierza w czterech językach i w ogóle całą zawartość swoich kieszeni. W pierwszych dniach w Berlinie amerykańscy żołnierze zachowywali się wobec Rosjan jak dzieci, które znalazły się na nieznanej wyspie i próbują nawiązać przyjazne relacje z dzikusami.

„Douglas” o haczykowatym nosie i dziwnych rysunkach na kadłubie, przypominających zdjęcia z dziecięcych tablic rejestracyjnych, powoli kołuje po pasie startowym w stronę startu. Podczas wojny samoloty tego typu dostarczano Związkowi Radzieckiemu w dużych ilościach. Unia oparta na ustawie Lend-Lease była dobrze znana wszystkim Rosjanom.

Amerykański żołnierz uśmiecha się i wskazuje na samolot, mówiąc: „S-47!”

Kiwam głową w tym samym kierunku i odpowiadam pouczająco: „Douglas!”

Żołnierz kręci głową: „Nie, nie... S-47. Sikorski... rosyjski konstruktor…”

„Czy to naprawdę może być projekt Igora Sikorskiego, pioniera rosyjskiego lotnictwa w pierwszej wojnie imperialnej i twórcy pierwszego na świecie samolotu wielosilnikowego, Ilja Muromiec!” – myślę. Wiem, że pracuje w branży lotniczej w Ameryce, razem z Borisem Sewerskim, ale kiedy sam latałem Douglasami, nie sądziłem, że to jego pomysł. Zastanawiam się, dlaczego „Prawda" jeszcze nie zrobiła wokół tego zamieszania!

Żołnierz wskazuje palcem na zegarek, a następnie na niebo. Opisawszy lądowanie samolotu ręką i na koniec wskazując palcem na ziemię – najwyraźniej przyzwyczaił się już do takiego sposobu zwracania się do Rosjan – mówi: „General Eisenhower!” A potem, jakby mówił o swoim najbliższym przyjacielu, dodaje spokojnie: „Okej!”

„Co, generał Eisenhower naprawdę ma przybyć teraz?” – Myślę – „Może dlatego nasz wyjazd jest opóźniony”.

Gdy rozmawialiśmy z żołnierzem, za nami wylądował samolot, z którego wyskoczyła niczym groch grupa wesołych staruszków. Oni, niczym dzieci wypuszczone na spacer, żwawo otoczyli oszołomionego generała Szabalina i zaczęli ściskać mu dłonie z tak szczerym wyrazem radości na twarzach, jakby przylecieli specjalnie po to z zagranicy. Generał również udzielił się tej beztroskiej wesołości i klaskał w dłonie na lewo i prawo. Później okazało się, że nowo przybyli omyłkowo wzięli generała Szabalina za marszałka Żukowa.

W tym czasie podpułkownik Orłow, który nam towarzyszył, gdzieś już się dowiedział, że pogodni staruszkowie to grupa amerykańskich senatorów lecących do Moskwy. Szeptem powiedział o tym generałowi, ale było już za późno. Generał uścisnął dłonie najzagorzalszych wrogów systemu komunistycznego. Prawdopodobnie później bał się, że jego ręce uschną.

Radośni staruszkowie noszą proste, szare płaszcze, które nie są zgodne z najnowszą modą, i skromne, czarne buty wypolerowane pastą. W Rosji Amerykanie zazwyczaj pojawiali się w lakierowanych butach z gumową podeszwą o grubości trzech cali. A w Moskwie w ogóle nie można poznać, że ci ludzie są obcokrajowcami. Po prostu mili, szanowani starsi panowie, nic więcej. Ponadto są w doskonałym stanie, pogodni i pełni życia. Siwe, prawie białe włosy wyraźnie odznaczają się na tle zdrowych, rumianych twarzy. To nie są starzy ludzie, ale reklama firmy ubezpieczeniowej.

Aparaty fotograficzne pstrykają wszędzie. Senatorowie chętnie pozują, trzymając generała Szabalina za rękę. Generał naprawdę nie chce być fotografowany w tak kompromitującym towarzystwie, ale nie ma wyboru. Generał jest głęboko przekonany, że wszystkie te zdjęcia trafią do archiwów odpowiednich „zagranicznych służb wywiadowczych”, część z nich, zgodnie z przewidywaniami, trafi do archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a wtedy kłopotom nie będzie końca.

Po nalocie fotograficznym zaczyna się podejrzany handel. Ludzie wokół nich, głównie amerykańscy pracownicy lotniska, wcisnęli senatorom do rąk nowe banknoty okupacyjne. Moje wątpliwości dotyczące jawnej korupcji w amerykańskim Senacie zostają rozwiane przez mojego nowego znajomego – żołnierza w kombinezonie ochronnym. Podchodzi do nas, machając chrupiącą, niebiesko-czerwoną kartką papieru, na której znajdowały się różne podpisy, i patrzy na nas zwycięsko. Chwaląc się niedawno zdobytymi trofeami, pokazuje nam podpisy Trumana, Eisenhowera, marszałka Żukowa i wielu innych znanych osobistości. Okazuje się, że jest to wyjątkowy sposób zbierania autografów. Ponieważ Tempelhof jest ważnym szlakiem lotniczym, łowcy autografów mają tu bogaty łup.

Niedawno zakończyła się tutaj konferencja poczdamska. Zastanawiałem się, czy ktoś zdobył podpis Stalina? Mało prawdopodobne. Jednak Stalina prawdopodobnie nie było na Tempelhofie. Chwali lotnictwo, ale sam nigdy w życiu nie siedział w samolocie.

Z boku major Kuzniecow z niedowierzaniem pyta podpułkownika Orłowa: „Czy to naprawdę senatorowie?”

„Tak. Poza tym najbardziej zagorzali są z Senackiego Komitetu Politycznego” – odpowiada.

„Nie wyglądają na kapitalistów” – wątpi Kuzniecow.

„Wyglądają całkiem niegroźnie, ale mają miliony w kieszeniach. Rekiny!” – protestuje Orłow, dla którego trzymanie pieniędzy w kieszeni jest najwyraźniej grzechem śmiertelnym. Podpułkownik Orłow jest człowiekiem ściśle partyjnym i nie odbiega od linii partii ani o milimetr.

„W końcu są oni w istocie gospodarzami Ameryki, ale zachowują prostotę. Nasz jakikolwiek minister…”

Rozważania Kuzniecowa zostają przerwane pojawieniem się na scenie nowych postaci. Kolejka krytych limuzyn wjeżdża na lotnisko i kieruje się w naszym kierunku. Z samochodów wysiada grupa oficerów radzieckich. Sądząc po czapkach ze złotymi sznurami i czerwonych lamówkach na płaszczach, jest jasne, że są to generałowie.

„Cóż, wygląda na to, że wylądowaliśmy w teatrze” – mruczy Kuzniecow. – „W końcu to marszałek Żukow ze swoim sztabem. Musimy się gdzieś oddalić na bok”.

Generał Szabalin najwyraźniej podziela to samo zdanie, lecz jego generalski płaszcz nie pozwala mu tak łatwo zniknąć za plecami ludzi, jak to zrobiliśmy my. Nie został zaproszony na cały występ. A znalezienie się w roli nieproszonego gościa u marszałka Żukowa jest sytuacją dość delikatną.

Na ratunek przybywają ci sami weseli staruszkowie. Z swobodnym „Cześć!” i przyjacielskimi oklaskami, najpierw w dłonie, a potem w plecy swoich nowych znajomych, od razu przechodzą przez pierwszą oficjalną fazę znajomości i tworzą swobodną, przyjazną atmosferę. Tutaj nawet ostatni melancholik uśmiechnie się i krzyknie „Hello!” jak Jankes z Broadwayu.

„Jacy senatorowie!” – podziwia Kuzniecow. – „Klaszczą w dłonie, jakby byli na jarmarku. Jakby całe życie handlowali końmi. Mili faceci!” Oblizuje wargi, jakby pił bruderszaft z senatorami.

Marszałek Żukow, niski, mocno zbudowany, z mocno wysuniętą, ciężką, silną brodą, porusza się z wyjątkową prostotą. Nie zwraca uwagi na zamieszanie wokół niego, jakby czekał, aż w końcu zabiorą się do roboty. W przeciwieństwie do wielu radzieckich generałów, których kariera rozpoczęła się w czasie wojny, on całym swoim wyglądem daje do zrozumienia, że jest tylko żołnierzem. W czasie wojny, analizując działania operacyjne, nie przebierał w słowach i nawet generałowie otrzymywali od niego ciosy w twarz. Potem powiedział, że życie tysięcy żołnierzy jest dla niego cenniejsze niż ząb jednego generała. Bardzo charakterystyczne było to, że w kraju, zupełnie bez pomocy oficjalnej kremlowskiej propagandy, uważany był za powszechnie uznawanego drugiego Kutuzowa, zbawcę Ojczyzny w II Wojnie Ojczyźnianej.

Lotnisko staje się zauważalnie bardziej ruchliwe. Pojawiają się jednostki żandarmerii wojskowej ubrane w pełne mundury. Personel dyżurny zaczął się krzątać. W pobliżu przygotowywał się batalion straży honorowej.

Czterosilnikowy samolot ląduje całkowicie bezgłośnie. Łowcy autografów będą rozczarowani. Niezauważalnie, ale szybko cały obszar zostaje odcięty przed ciekawskimi przez podwójny pierścień strażników.

Major Kuzniecow rozgląda się i mówi: „Pracują czysto. Wystarczy spojrzeć na tych bandytów. Musieli ich zwerbować spośród gangsterów”.

Pierwszy pierścień rosłych żołnierzy żandarmerii jest rzeczywiście imponującym widokiem. Wyglądają raczej ponuro, mimo że są ogoleni. Drugi pierścień również tworzą bokserzy i kowboje w mundurach wojskowych, ale jadący na motocyklach, które pracują o wiele głośniej niż samoloty.

„To właśnie tacy żołnierze mi się podobają” – zauważa kontemplacyjnie Kuzniecow – „u tego nie da się nawet palcem dotknąć guzika”.

Batalion straży honorowej wykonuje dziwne ćwiczenia. Podnosząc ręce do poziomu ramion, żołnierze rozłożyli się jak gimnastycy na boisku sportowym po wszystkich czterech stronach. Naszym zdaniem jest to dość niezręczne i nie ma charakteru wojskowego.

„Coś tu pachnie operetką” – mówi Kuzniecow, zwracając się do Orłowa. – Dlaczego się kręcą?

Podpułkownik machnął tylko lekceważąco ręką: „Tacy są senatorowie, tacy są żołnierze. Czekoladowi żołnierze. Wszyscy zachorują od czarnego chleba”.

„Czy lubisz czarny chleb?” – pyta sarkastycznie Kuzniecow. – „Albo może jesteś jak zawsze – troszczysz się o innych.”

Orłow udaje, że nie dosłyszał pytania. Leci z nami jako ekspert prawny. Generalnie jest prokuratorem wojskowym i z racji swojego stanowiska dobrze wie, co może się stać, jeśli mówisz zbyt szczerze lub jeśli w ogóle jesteś gadatliwy.

Generał Eisenhower, ubrany w wojskową kurtkę i z szerokim uśmiechem na twarzy, wita marszałka Żukowa. Wspaniali ludzie w prawdziwym życiu są zawsze bardziej prości niż na łamach gazet i czasopism. Eisenhower, rozdawszy kilka autografów, swobodnie pyta, gdzie może zjeść śniadanie i zaprasza Żukowa, aby poszedł z nim.

„No cóż, to tyle. Generałowie poszli po kalorie, a najwyraźniej nie było dla nas wystarczająco krzeseł” – podsumowuje Kuzniecow. – „W końcu czekaliśmy na Eisenhowera dłużej niż ktokolwiek inny”. Rozglądając się w poszukiwaniu restauracji, pociesza się: „Przynajmniej uścisnął nam dłoń. Nasz generał pewnie teraz umyje ręce kwasem karbolowym. Biedak wpadł w kłopoty!”

Gdy tylko dostojni goście odjechali, pojawił się dyspozytor i zameldował, że nasz samolot jest gotowy do startu. Teraz rozumiemy, dlaczego nasz wylot został opóźniony.

Mężczyzna w mundurze amerykańskiego generała brygady podchodzi do generała Szabalina i zwraca się do niego w czystym języku rosyjskim. Podobno dowiedział się, że lecimy do Frankfurtu i oferuje nam swoje usługi. Można powiedzieć, że Amerykanie mówią po rosyjsku lepiej niż my sami. Najwyraźniej opuścił Rosję trzydzieści lat temu, a jego mowa pozostała niezmieniona – taka sama, jaką posługiwano się w rosyjskich kręgach arystokratycznych. Nasz język zmienił się wraz z rozpadem życia i struktur społecznych w sowieckiej Rosji; jest pełen żargonu i neologizmów. Amerykanin mówi kiszonym językiem martwej Rosji. Pachniało delikatnymi perfumami i odrobiną naftaliny. Ciekawe, co to za zapach od niego zalatywał?

Nie wiadomo, dlaczego Eisenhower i Żukow polecieli do Moskwy. Przynajmniej w radzieckich gazetach nie było oficjalnego komunikatu. Kiedy tydzień później byłem w biurze generała Szabalina, po moim raporcie zapytał: „Czy wiesz, dlaczego Eisenhower poleciał do Moskwy?”

„Prawdopodobnie jako gość honorowy niedawnej parady” – odpowiedziałem.

„Wiemy, jak przyjmować gości” – powiedział generał – „Eisenhower został tam poczęstowany taką wódką, że spędził całą noc, śpiewając piosenki, przytulając Budionnego. Budionnego zawsze podsuwają dla dekoracji”.

Najwyraźniej było to wszystko, co generał wiedział o wizycie w Moskwie. Potem przyłożył palec do ust i pogroził mi nim.

Te krótkie epizody pokazują pozycję zastępcy naczelnego dowódcy SWR – był chłopcem na posyłki i wiedział tylko z plotek, co dzieje się na szczycie.

2.

Amerykański oficer podchodzi do starszego adiutanta. Wsuwa czapkę do tylnej kieszeni spodni i salutuje, gwałtownie wskazując ręką na swoją gołą głowę. Następnie przedstawia się w czystej postaci po rosyjsku: „Kapitan armii amerykańskiej – John Jabłokow”.

Major Kuzniecow jest wyjątkowo inteligentnym człowiekiem, ale nie przeszkadza mu to być świetnym żartownisiem i artystą estradowym. Wita Amerykanina, zerkając kątem oka na wystającą z tyłu czapkę. „Dzień dobry, John Ivanovich! How do you do?”

Amerykanin John Ivanovich jest najwyraźniej doświadczonym weteranem. Zauważywszy uśmiech majora, bez najmniejszego zażenowania odpowiada: „Wiem – w takich przypadkach mówi się: »Nie salutuj do pustej głowy«. My mamy inną procedurę”.

Później okazało się, że John Jabłokow naprawdę jest świetnym facetem. Najwyraźniej, chcąc nam dogodzić lub próbując pokazać, że chociaż jest Amerykaninem, to jednak wciąż podąża za czasami, demonstracyjnie rozkoszował nasze uszy wielopiętrowymi rosyjskimi przekleństwami... prawdopodobnie wyższymi niż Empire State Building. Przeklinał tak płynnie i bez wahania, jak dobry kaznodzieja Ewangelii.

Ale to było później. Dziś kapitan Jabłokow przybył z oficjalną misją przekazania generałowi Szabalinowi zaproszenia na pierwsze zebranie organizacyjne Zarządu Ekonomicznego Rady Kontroli. Generał Szabalin odwraca w rękach tekst zaproszenia i porządek obrad spotkania. Starając się nie okazywać, że to dla niego chiński, pyta: „No i co u ciebie nowego?”

Drugi amerykański oficer towarzyszący kapitanowi Jabłokowowi odpowiada po rosyjsku: „Nasz szef, generał Draper, ma zaszczyt zaprosić pana na...”. Amerykanin najwyraźniej nie zna zbyt dobrze słownictwa używanego na zebraniach partyjnych ani naradach przy czerwonym stole. Po chwili zastanowienia w poszukiwaniu odpowiedniego określenia, mówi dosłownie to, co jest napisane na kartce – „spotkanie”: „Eee... na spotkanie, Panie Generale”.

Tutaj generał czuje się jak w siodle. Nie zna języka angielskiego, ale zna słownik Stalina na pamięć. Patrząc na Amerykanów w ten sam sposób, w jaki patrzył na niższych rangą działaczy partyjnych, gdy był sekretarzem Komitetu Regionalnego, mówi pouczająco: „Musimy pracować, a nie organizować wiece”.

To wyświechtane stalinowskie powiedzenie, które kiedyś było niczym bat na usta wszystkich działaczy partyjnych, tutaj brzmi dość niezręcznie. Ale generał kieruje się zasadą: „kaszy masłem nie zepsujesz” – dodatkowe powtórzenie słów Stalina nigdy nie zaszkodziło.

Siedzę w kącie i świetnie się bawię. Teraz generał zacznie wygłaszać Amerykanom wykład na temat edukacji partyjnej. Generał, jak to zwykle bywa w kontaktach z obcokrajowcami, ma niepisaną zasadę, aby nigdy nie ufać jednemu tłumaczowi. Zawsze metoda krzyżowa. Zwłaszcza jeśli tłumacz jest stroną przeciwną. Muszę tymczasem posłuchać, czy Amerykanie nie dopuścili się jakiegoś oszustwa.

Generała tak bardzo pochłonęła jego rola mentora partii, że próbuje udowodnić Amerykanom, że nie zamierza organizować żadnych wieców, lecz jedynie pracować. Podczas gdy Amerykanie próbują opisać generałowi, na czym polega „spotkanie”, ja próbuję łagodzić sytuację. Generał nie lubi aluzji, ale zawsze potem narzeka: „Czemu nic nie powiedziałeś?” Delikatnie zauważam: „To nic wielkiego, towarzyszu generale. Oni zorganizują wiec, a my będziemy pracować”.

Po rozwiązaniu kilku drobnych kwestii Amerykanie wsiadają do swojego oliwkowozielonego Chevroleta i jadą do domu. Major Kuzniecow mówi: „Mówią bardzo dobrze po rosyjsku. Tylko ich wąsy są jak u Douglasa Fairbanksa”. Generał wzywa do porządku: „Od razu widać, co to za ptaki. Chińscy bandyci. Szpiedzy!”

Generał, mimo że jest zajęty, jest wyjątkowo dobrze poinformowany o danych osobowych swoich przyszłych współpracowników. Rzeczywiście, pewnego dnia kapitan Jabłokow zupełnie otwarcie powiedział mi, że służył wcześniej w amerykańskim wywiadzie w Chinach. Dla niego oczywiście nie było to ujawnieniem tajemnic urzędowych. Gdyby radziecki oficer otwarcie powiedział coś takiego, byłoby to zbrodnią przeciwko jego służbie.

Za kilka dni wybieramy się na spotkanie Rady Kontroli. Więc – pracuj, nie protestuj. Trzymajcie się, sojusznicy!

W dawnym budynku mieści się Rada Kontroli Związkowej. Pałac Sprawiedliwości na Elsholzstrasse. Sala konferencyjna jest prawie pusta. Członkowie delegacji właśnie się przygotowują. Szczerze mówiąc, obawiam się, że będzie mi ciężko, ponieważ nie mamy ze sobą żadnych tłumaczy, a ja nie jestem mocny z angielskiego. Gdy ostrzegłem o tym generała, odpowiedział krótko: „Oni muszą wiedzieć”. Znów hasło partyjne, ale to nie poprawia mi nastroju.

Przed rozpoczęciem spotkania na ratunek przyszedł język niemiecki, który dla aliantów stał się czymś w rodzaju esperanto. Wszyscy w pewnym stopniu mówią po niemiecku.

Widząc, że rozmawiam po niemiecku z Francuzami i Anglikami, generał mruknął do mnie w trakcie: „Poczekaj, Majorze, nauczę cię nie udawać. Opowiadałeś mi bajki, że nie znasz angielskiego. Rozmawiasz z Francuzami, ale nie powiedziałeś mi, że znasz francuski”. Nie ma sensu szukać wymówek. Teraz generał pewnie posadzi mnie w kącie, żebym mógł sprawdzić francuskich tłumaczy.

Ponownie, konsekwencja partyjnych praktyk generała. W ZSRR dość powszechną praktyką jest uchylanie się specjalistów od pełnienia odpowiedzialnych funkcji. Utalentowani inżynierowie, byli dyrektorzy dużych zakładów i fabryk, idą do pracy jako „kierownicy techniczni” w spółdzielni pracowników niepełnosprawnych „Puchatek i Piórko”, zatrudniającej 5–6 pracowników. „Tutaj przynajmniej jest mniejsze prawdopodobieństwo, że trafią do więzienia” – myślą i ukrywają swoje umiejętności i dyplomy. Działacze partyjni wiedzą o tym i polują na symulantów. W ten sposób możesz także zarobić artykuł... za bierny sabotaż.

Odetchnąłem z ulgą, widząc, że delegacje amerykańska i brytyjska mają znakomitych tłumaczy języka rosyjskiego.

Drugim trudnym problemem dla mnie było moje wyposażenie. Patrząc na mnie, można by pomyśleć, że przebyłem drogę na brzuchu ze Stalingradu do Berlina. Miałem na sobie wyblakły, biały mundur frontowy i żołnierskie buty, wyprane we wszystkich rzekach Rosji i Europy. Generał, patrząc na mnie krytycznie, zanim wyszedł na spotkanie, tylko się zaśmiał: „Gorszego śmiecia nie mogłeś znaleźć?” W tym momencie oboje zaczęliśmy się rozumieć. Wiedział doskonale, że kiedy wylatywałem z Moskwy, po prostu zostawiłem cały dobry sprzęt „w rezerwie”.

Wielu z nas rozumowało w ten sposób: „Wojsko to nie teatr, a w domu dzieci biegają nago. Niektórzy mają siostry, niektórzy siostrzenice. Uszyją im ciepłe sukienki lub spodnie z twojej wełnianej kurtki – dzieci są zadowolone. „Wujek Grisza w tym walczył!” – i z dumą wskazują na dziury po medalach”. Zostawiłem więc w Moskwie kilka kompletów wełnianych mundurów i ubrałem się w coś gorszego. Po przybyciu nadal otrzymasz wyposażenie zagraniczne. Jedyną rzeczą, której nie przewidziałem, było to, że znajdę się w Radzie Kontroli przed przybyciem wyposażenia.

Stoję przy oknie i rozmawiam z szefem delegacji francuskiej, generałem Sergenem. Rozmowa jest całkowicie abstrakcyjna. Skrupulatnie trzymam się tematu pogody, mocno pamiętając o przykazaniach generała Szabalina. Choć nie traktuję ich poważnie, generał z pewnością obserwuje ruchy moich ust. Lepiej być ostrożnym. A może ten Francuz w głębi duszy jest komunistą? Albo, w prostocie serca, przekaże moją rozmowę i w końcu dotrze ona do... Z doświadczenia wiem aż za dobrze, jak bardzo nasz wywiad jest świadomy tego, co dzieje się wśród sojuszników.

Później, gdy my, oficerowie radzieccy pracujący w Radzie Kontroli, dzieliliśmy się swoimi wrażeniami, zrozumiałem powód powszechnej powściągliwości nas wszystkich w rozmowach z cudzoziemcami. Kapitan D. powiedział kiedyś: „Wszystkie te opowieści o szpiegach mają nas tylko zmusić do trzymania języka za zębami. To po to, byśmy nie zdradzali innych sekretów...” Kapitan D. zamilkł. Nawet sobie nawzajem nie mówimy tych sekretów.

Generał Sergen jest prawdziwym potomkiem epoki waleczności. Wyglądem przypominał nieco generała de Gaulle'a – czy to wzrostem, czy to przez taki sam mundur. Jego uprzejmość i poczucie taktu sprawiają, że moje podejrzenia są niepotrzebne. Sprawy nie wykraczają poza zwykłe grzecznościowe zwroty i wzajemną wymianę papierosów. Jestem przekonany, że francuskie papierosy nie są lepsze od niemieckich, które palimy. Niech generał Sergen wybaczy mi to niepatriotyczne porównanie! W każdym razie, wówczas zgodziliśmy się, że dla tego zwycięstwa warto było zrezygnować z dobrych papierosów.

Podchodzi do nas inny uczestnik spotkania i wita się z nami. Widzę młodą twarz i okulary w rogowej oprawie. Nie widzę, co się dzieje dalej, ale czuję, że coś jest nie tak.

Kiedy nasz nowy znajomy, w stopniu kapitana, przechodzi do innej grupy, mam okazję dokładniej przyjrzeć się jego strojowi. Zaczyna się od niebieskiego beretu z czerwonym pomponem na górze. Następnie pojawia się kurtka wojskowa z typowymi kolorowymi baretkami, a nawet wstążkami od medali. Potem zaczyna się coś dziwnego: skórzana torba konduktorka z solidnym mosiężnym zapięciem i paskiem na szyi wisząca na brzuchu szykownego oficera. Właśnie wtedy kapitan z zimną krwią wyjmuje fajkę z torby, nabija ją tytoniem z tego samego magazynka, po czym w świetle dnia pojawiają się zapałki.

A potem... A potem, jak mawiają w dowcipach, sprawy przybierają pikantny obrót. Męskie biodra kapitana zdobi piękna, kolorowa, miękka i ciepła, nawet z daleka – spódnica w kratę. Jako chłopiec marzyłem o tym, żeby mieć kowbojską koszulę z tego materiału. Kapitan zasłużył na swoje medale i miał ku temu powody. Trzeba było niezwykłej odwagi i typowego szkockiego luzu, żeby paradować po Berlinie w takim stroju w 1945 roku.

Do dziś nurtuje mnie pytanie: na przykładzie jakiej płci kapitan rozwiązał problem bielizny? W tamtym momencie współczułem mu tylko w głębi duszy: „Musi być zimno temu biedakowi, gdy wieje wiatr!”

Pod spódnicą kapitana, jak u każdego prawdziwego syna Adama, widać nagie, owłosione kolana. Jego łydki są pokryte kolorowymi wełnianymi pończochami z czerwonymi muszkami. Podstawą tej struktury etnograficznej jest para zwykłych butów wojskowych. Wszystkie te zewnętrzne pozory nie przeszkadzają szkockiemu kapitanowi w byciu rozsądnym doradcą szefa angielskiej delegacji, Sir Percy'ego Millsa.

Spotkanie rozpocznie się dokładnie o godzinie 10. Po omówieniu punktów porządku obrad dotyczących porządku pracy Dyrekcji Ekonomicznej, porządku posiedzeń i ich przewodnictwa, co do których nie zgłoszono sprzeciwów, przystępuje się do zatwierdzenia porządku obrad kolejnego posiedzenia. Szef delegacji amerykańskiej, jako przewodniczący pierwszego spotkania w kolejności alfabetycznej, proponuje umieścić w porządku obrad pierwszy punkt roboczy: „Opracowanie wytycznych dla demilitaryzacji gospodarczej Niemiec”.

Tydzień temu zakończyła się konferencja poczdamska, na której postanowiono dokonać gospodarczej demilitaryzacji Niemiec, uniemożliwić odrodzenie się niemieckiej potęgi militarnej i stworzyć pokojowy potencjał gospodarczy. Szczegółowe wdrożenie tej decyzji powierzono Sojuszniczej Radzie Kontroli w Niemczech.

Tłumacze tłumaczą: „rozwój polityki demilitaryzacji gospodarczej”. Znów subtelność językowa. W tekście angielskim oznacza to „politykę”. Tłumacze tłumaczą na język rosyjski dosłownie – „polityka”, choć to słowo w języku angielskim ma znacznie szersze znaczenie i w tym kontekście odpowiada rosyjskiemu „wytyczne”.

Generał Szabalin podskakuje, jakby ukłuty słowem „polityka”: „Jaka polityka? Wszystko zostało ustalone na konferencji w Poczdamie!”

Amerykański dyrektor, generał Draper, zgadza się: „Całkiem słusznie – tak postanowiono. Teraz musimy to wdrożyć i opracować wytyczne”.

Tłumacze, angielscy i amerykańscy, ponownie tłumaczą wspólnie: „...polityka”.

Generał Szabalin kategorycznie protestuje: „Żadnej polityki. Wszystko zostało ustalone. Nie wywierajcie presji na moją psychikę!”

„To nie jest polityka” – uspokajają generała tłumacze – „to jest polityka”.

„X lub Y nie robi większej różnicy” – upiera się generał. – „Nie będę tu omawiał konferencji poczdamskiej. Jesteśmy tu, żeby pracować, a nie organizować spotkania”.

Potem, przez kilka godzin, odbywa się pierwsza bitwa przy owalnym stole. Wszystko z powodu jednego, podstępnego słowa: „polityka”, którego generał Szabalin, nawet z jego sympatycznymi końcówkami, nie chce umieścić w porządku obrad i protokole spotkania.

W kręgach ekonomicznych Związku Radzieckiego często można było usłyszeć, że decyzje konferencji poczdamskiej Kreml uważał za największe zwycięstwo radzieckiej dyplomacji. Instrukcje z Moskwy za każdym razem to podkreślały. Na konferencji poczdamskiej radzieckim dyplomatom udało się uzyskać od zachodnich sojuszników ogromne ustępstwa, których sami się nie spodziewali. Być może sprzyjało temu początkowe upojenie zwycięstwem i szczere pragnienie zachodnich sojuszników, by nagrodzić Rosję za jej bohaterskie wysiłki i kolosalne poświęcenie w wojnie. Być może przyczynił się do tego fakt, że na konferencji obecne były nowe twarze – prezydent Truman i premier Attlee – jeszcze osobiście nie znające metod sowieckiej dyplomacji.

Traktat poczdamski praktycznie oddał Niemcy Związkowi Radzieckiemu. Niektóre z jego punktów były sformułowane bardzo subtelnie, co w razie potrzeby dopuszczało pewną różnorodność interpretacji. Zadaniem SWA stało się teraz maksymalne wykorzystanie kunsztu radzieckich dyplomatów.

„Żadnej polityki!” – Generał Szabalin broni się uparcie, jak niedźwiedź przed włócznią. Najwyraźniej pytanie, które miał na końcu języka, brzmiało: „Dlaczego chcesz mnie zesłać na Syberię?” W tym miejscu w grę wchodzi zwyczaj nawet najważniejszych przywódców radzieckich, aby nie podejmować żadnych działań na własne ryzyko. Lepiej pozwolić innym decydować, a ja tylko wykonam tą decyzję. W ten sposób korzenie wszystkich decyzji automatycznie idą w górę.

Później przekonałem się, że delegacje amerykańska i angielska mogły zmieniać swoje decyzje w trakcie posiedzeń. Delegacja radziecka zawsze przyjeżdżała i wyjeżdżała z gotowymi decyzjami lub znakiem zapytania w czerwonej teczce generała, której on nigdy nie wypuszczał. Był raczej kurierem, niż aktywnym uczestnikiem spotkań Rady Kontroli. Podniesionego problemu nigdy nie udało się rozwiązać w ciągu jednego dnia. To była tylko dyskusja. Nocą w gabinecie generała, za drzwiami wyłożonymi filcem, dzwoniła „wiertuszka” – bezpośrednia linia telefoniczna do Moskwy. Zazwyczaj po drugiej stronie linii znajdował się Anastas Mikojan, członek Biura Politycznego Komitetu Centralnego i Nadzwyczajny Komisarz Rady Ministrów ZSRR w Niemczech, de facto kremlowski namiestnik Niemiec. Tutaj zapadały decyzje, a raczej rozkazy, które później delegacjom alianckim wybijały zęby.

Podczas gdy trwa bitwa wokół nieszczęsnej „polityki”, przyglądam się bliżej ludziom wokół mnie. Kiedy byłem w Rosji, nigdy nie musiałem mierzyć się z pytaniem: kim właściwie jesteś? Tutaj możesz poczuć się Rosjaninem. Można to odczuć po szczególnym znaczeniu, jakie delegacja radziecka miała na spotkaniu. Oto owoce bohaterstwa i poświęcenia rosyjskich żołnierzy. Dla osoby o nastawieniu narodowym to dużo.

Oczywiście, polityka to polityka i nigdy nie należy ulegać iluzjom. Przy każdym innym stole wszyscy moi zagraniczni koledzy mogą być wspaniałymi ludźmi i rozmówcami, ale przy stole konferencyjnym nie mogę zapominać, że jestem Ruskim. I nie tak, i nie inaczej. Przy żadnym innym stole nie powinienem się z nimi komunikować, a przy stole konferencyjnym, jak do cholery mogę być Ruskim, skoro jestem komunistą? Komuniści nie mają ojczyzny. Każdy z nas tutaj, przy owalnym stole, broni interesów swojego narodu lub swojego państwa. Dla „nich” te dwa pojęcia są ze sobą zbieżne. Dla nas…

Już podczas pierwszych spotkań z sojusznikami różnica jest bardzo widoczna. Alianci witają nas jako zasłużonych zwycięzców i szczerych sojuszników w czasie wojny i pokoju. Są one przedstawiane z punktu widzenia narodowego. Nie ma żadnych różnic ani sprzeczności pomiędzy naszymi interesami narodowymi ani obecnie, ani w najbliższej przyszłości. Uważają, że ta prosta rzecz powinna być oczywista również dla nas.

My jednak spotykamy naszych „sojuszników” jako stronę przeciwną, jako wrogów, z którymi zmuszeni jesteśmy zasiąść do jednego stołu jedynie ze względu na taktykę. Tutaj kwestia ta została rozstrzygnięta z punktu widzenia ideologicznego. „Sojusznicy” sądzą, że Karl Marks i Lenin nie żyją. Nie, ich cień stoi za naszymi plecami w sali posiedzeń Rady Kontroli. „Sojusznicy” do dziś tego nie rozumieją. Tym gorzej dla nich.

Oprócz tego, że każda delegacja reprezentuje interesy swojego państwa, członkowie delegacji są jednocześnie wyjątkowo wyrazistymi i typowymi przedstawicielami zewnętrznego i wewnętrznego wizerunku swojego narodu. Oczywiście nie oznacza to, że Dmitrij Szabalin pali tytoń, a William Draper żuje gumę. Przynajmniej nie podczas spotkań.

Na czele delegacji amerykańskiej stał generał William N. Draper, dyrektor Dyrekcji Ekonomicznej USA. W średnim wieku. Bardzo młodzieńczy. Szczupła sylwetka sportowca. Koścista, ciemna twarz. Żywiołowy i energiczny. Kiedy się śmieje, na jego czarnych wąsach pojawia się szeroki, wilczy uśmiech. Nie wkładaj palca do ust komuś takiemu. Nadaje ton spotkaniom, nawet gdy im nie przewodniczy. Emanuje zdrową energią młodego, pewnego siebie narodu.

Nie wiem, ile milionów William Draper ma w kieszeni, ale generał Szabalin wielokrotnie mówił: „Wow! Milioner. Rekin!” Zastanawiam się, na czym opiera swoją decyzję: na komunistycznym świato-poglądzie czy na naszych danych wywiadowczych?

Szefem delegacji brytyjskiej i brytyjskim dyrektorem Dyrekcji Ekonomicznej był Sir Percy Mills. Typowy Brytyjczyk. Zapach mgły i placu Trafalgar. Nosi mundur żołnierski wykonany z grubego materiału, bez insygniów. Sądząc po sposobie, w jaki jego zdanie biorą pod uwagę obecni, jest on wielkim autorytetem w kwestiach ekonomicznych. Według generała Szabalina jest on jednym z dyrektorów największego angielskiego koncernu Metropolitan-Vickers, angielskiego Kruppa. Sir Percy Mills jest wygolony do sinizny skóry. Jeśli wierzyć stwierdzeniu, że Anglicy golą się dwa razy dziennie, to dotyczy to przede wszystkim Sir Percy’ego Millsa. Kiedy uważa, że musi się uśmiechnąć, poruszają się tylko ciężkie zmarszczki wokół ust, jego wzrok jest utkwiony w papierach, a uszy uważnie słuchają słów licznych doradców. Wielka Brytania, reprezentowana przez Sir Percy'ego Millsa, ciężko pracuje, ale jest wrażliwa na głos swojego młodego sojusznika i zwycięskiego konkurenta, Ameryki.

Podczas obrad Rady Kontroli wyraźnie widać zmianę historycznego znaczenia największych mocarstw świata. Wielka Brytania odegrała swoją rolę. Pozostała tylko Anglia. Z dumą i świadomością siebie ustępuje miejsca młodszym i silniejszym. Jak przystało dżentelmenom!

Francja. Odbicie wszystkiego, co piękne w kulturze duchowej Europy. Odbicie, ale nic więcej. Potomkowie Bonapartego i Voltaire'a, współcześni Pierre'a Pétaina i Jean-Paula Sartre'a. To wszystko jest przeszłością. Egzystencjalizm. Jak utrzymać się na powierzchni. Francuski dyrektor Dyrekcji Ekonomicznej, generał Sergen, nie ma innego wyjścia, jak tylko manewrować w sposób niezwykle delikatny, przypominając złote czasy Charles’a Talleyranda. Nie zgadzaj się za bardzo z Zachodem. Nie bądź zbyt przeciwny Wschodowi.

Wielkim sojusznikiem na Wschodzie jest radziecki generał Szabalin, który śmiertelnie boi się słowa „polityka”, a także major Klimow, łączący jednocześnie obowiązki sekretarza, tłumacza i doradcy we wszelkich sprawach. Na pierwsze spotkanie przybyliśmy tak, jakby to był piknik. Mimo że byliśmy w pełni uzbrojeni w teorię komunistyczną, poczułem się nieswojo, gdy zobaczyłem liczny skład pozostałych delegacji i zapoznałem się z ich danymi osobowymi. Wtedy naiwnie wierzyłem, że na tych spotkaniach uda się coś ustalić. Taki sam sukces mogłaby odnieść jedna osoba po stronie radzieckiej – najzwyklejszy listonosz.

Na froncie zachodnim panuje spokój. Połączone siły aliantów nalegają na sformułowanie „polityka”, generał Szabalin powtarza kategorycznie od trzech godzin: „Żadnej polityki. Na konferencji w Poczdamie...” Na potwierdzenie wyciąga gazetę z teczki i pokazuje miejsca podkreślone czerwonym ołówkiem. Z kolei wykształceni ludzie Zachodu wyjmują gazety i zaczynają porównywać teksty – może naprawdę wszystko zostało już postanowione? Nie, pójście na spotkanie Rady Kontroli raz jest bardzo interesujące, ciekawsze niż pójście na operetkę. Jednak uczęszczanie na nie co tydzień jest niebezpieczne; można nabawić się zaburzeń układu nerwowego. W końcu spędzają pół dnia zmagając się z jednym słowem dotyczącym porządku obrad kolejnego spotkania!

Uczestnicy spotkania bardzo wyraźnie spoglądają na zegarki. Żołądek zachodnioeuropejski przyzwyczajony jest do precyzji. W końcu generał Szabalin nie wytrzymuje i oficjalnie oświadcza: „Czego właściwie ode mnie chcecie – zgwałcić mnie? Naprawdę?!”

Tłumacze przechylają głowy na bok, zastanawiając się, czy źle usłyszeli. Wtedy, nie wiedząc, jak to potraktować – jako żart czy poważnie, niepewnie pytają: „Czy mam to tak przetłumaczyć?”

„Tak to trzeba przetłumaczyć” – odpowiada generał.

Zerkam kątem oka na śliczną sekretarkę generała Sergena, z jej kameowym profilem. „Jak Paryżance spodobałyby się rosyjskie dowcipy?” – zastanawiam się.

Sir Percy Mills stara się pokazać, że jest bardzo wesoły i rozciąga kąciki ust w uśmiechu.

Generał Draper, jako przewodniczący tego spotkania, wstaje i mówi: „Proponuję odroczenie spotkania. Chodźmy na kolację!” Albo był naprawdę głodny, albo źle się czuł z powodu radzieckiej dyplomacji. Wszyscy odetchnęli z ulgą, a spotkanie dobiegło końca.

Wyszliśmy z tego zwycięsko. Przesunęliśmy termin o tydzień, a potem zobaczymy. Dziś wieczorem generał Szabalin będzie miał okazję wezwać helikopter i zapytać towarzysza Mikojana – czy można stawiać politykę na porządku dziennym, czy nie?

Podczas gdy my protestujemy, pracuje Specjalny Komitet ds. Demontażu i Wydział Reparacji Generała Zorina. Sojusznicy zostaną postawieni przed faktem dokonanym. Dobra! W końcu każdy broni swoich własnych interesów.

3.

Podczas posiedzenia Rady Kontroli po raz pierwszy będę miał okazję osobiście spotkać się z naszymi zachodnimi sojusznikami.

Podczas wojny, najpierw w Gorkim, a potem w Moskwie, spotkałem, a raczej zobaczyłem, wielu Amerykanów i Anglików. Nie miałem tam żadnego oficjalnego powodu do osobistych kontaktów, a bez specjalnego pozwolenia NKWD, jakakolwiek znajomość lub rozmowa z cudzoziemcem w Związku Radzieckim, nawet najbardziej niegroźna, jest szaleństwem. W tej kwestii nie ma żadnych zakazów, ale każdy obywatel radziecki na pewno wie, jakie fatalne konsekwencje może nieść za sobą taka lekkomyślność. Nawet jeśli ktoś zapali obcokrajowcowi światło na ulicy, zostanie on wezwany do NKWD i poddany najsurowszemu przesłuchaniu. To jest najlepszy możliwy scenariusz. W najgorszym wypadku mógł zostać „szpiegiem” i dołączyć do szeregów siły roboczej w obozach NKWD.

Aby uniemożliwić ludziom Związku Radzieckiego kontaktowanie się z obcokrajowcami, Kreml stworzył legendę, że wszyscy obcokrajowcy są szpiegami, a zatem każdy, kto się z nimi zetknie, również jest szpiegiem. Proste jak dwa plus dwa daje cztery.

Uniwersalnym osiągnięciem systemu sowieckiego jest zalegalizowane bezprawie i, ostatecznie, przesadny, paraliżujący strach przed władzą. Strach wisi nad głową każdego niczym topór. W rękach Kremla hipnotyzujący strach jest jednym z głównych sposobów edukowania i przewodzenia masom. Jest to także jeden z wszechwładnych członków Biura Politycznego, od którego nie jest wolny żaden z pozostałych trzynastu mędrców.

Pewnego dnia, po kolejnej bezowocnej debacie na posiedzeniu Rady Kontroli, sir Percy Mills spojrzał na zegarek i zaproponował odroczenie posiedzenia do następnego spotkania. Jednocześnie zaprosił członków delegacji do siebie na obiad.

Generał Szabalin wsiadł do samochodu swego angielskiego kolegi. Nie otrzymując żadnych instrukcji, usiadłem na fotelu generała i rozkazałem Miszy, żeby podążył za samochodem, w którym znajdował się mój szef. Po półgodzinnej jeździe kolumna samochodów zatrzymała się przed wejściem do willi na obrzeżach Berlina.

Czując się raczej niepewnie, wchodzę do domu. Wszyscy goście zostawiają czapki i teczki na stole lub wieszaku na ubrania w korytarzu. Służąca bierze czapkę z moich rąk, po czym uprzejmie wyciąga rękę do mojej teczki. Tutaj moje zmieszanie wzrosło jeszcze bardziej. Mam przy sobie czerwoną teczkę generała. Nie ma w tym nic szczególnego – to protokoły z poprzednich spotkań, które zresztą dotarły do nas od Brytyjczyków. Pozostawienie teczki w samochodzie jest niedozwolone, położyć ją, jak wszyscy, w korytarzu - jest przestępstwem, a ciągnięcie jej ze sobą jest głupotą.

Sam generał Szabalin przychodzi mi na ratunek. Podchodzi do mnie i cicho mówi: „Co tu robisz, majorze? Idź i czekaj na mnie w samochodzie!”

Z lżejszym sercem wychodzę na zewnątrz, siadam w samochodzie i zapalam papierosa. Kilka minut później w drzwiach willi pojawia się angielski kapitan, adiutant sir Percy'ego Millsa i zaprasza mnie do środka. Próbuję odmówić, tłumacząc się brakiem apetytu, ale kapitan robi tak zdziwioną minę, że nie mam innego wyjścia, jak tylko za nim pójść.

Gdy wszedłem do sali, gdzie siedzieli wszyscy goście i czekali na kolację, generał rzucił mi spojrzenie z ukosa, ale nic nie powiedział. Okazało się, że właściciel domu wcześniej zwrócił się do niego z prośbą o zgodę i dopiero wtedy przysłał po mnie swojego adiutanta. Nie bez powodu Anglicy słyną z tego, że są najbardziej taktownym narodem na świecie.

Wręczyłem generałowi czerwoną teczkę. Ze wszystkich głupich opcji ta wydała mi się najbardziej nieszkodliwa. Niech sam poczuje się jak głupiec, jeśli zagra tę komedię.

Stoję przy wielkim weneckim oknie z widokiem na ogród i rozmawiam z brygadierem Baderem. Brygadier jest prawdziwym wilkiem kolonialnym. Piaskowe włosy i brwi, jakby spalone słońcem, jasnoszare, żywe oczy pod wyblakłymi rzęsami, skóra twarzy wysuszona przez tropiki. Z uprzejmej rekomendacji generała Szabalina, jest on po prostu doświadczonym międzynarodowym szpiegiem. Mam więc zaszczyt rozmawiać z wybitną osobowością. Rozmowa prowadzona jest w żargonie angielsko-niemieckim.

„Jak ci się podoba tutaj w Niemczech?” – pyta brygadier.

„O, nieźle!” – odpowiadam.

„Alles kaputt” – kontynuuje brygadier.

„Ja, ja, ganz kaputt” – zgadzam się.

Po uporaniu się z problemami niemieckimi ruszamy dalej. Ponieważ lato 1945 roku było niezwykle gorące, pytam:

„Czy nie jest ci tu gorąco po Anglii?”

„O nie, jestem do tego przyzwyczajony” – uśmiecha się brygadier – „Spędziłem wiele lat w koloniach – w Afryce, w Indiach”.

Podczas rozmowy staram się unikać bezpośredniego zwracania się do rozmówcy. Jak mam go nazywać? Panie, to jest niezręczne. Pan – brzmi dla nas jak przekleństwo. Towarzysz? Nie, na razie powstrzymam się od używania tego słowa.

W tym momencie zauważam, że generał Szabalin patrzy na mnie badawczo. Mojego szefa prawdopodobnie dręczą obawy, że brygadier już zatrudnił mnie jako swojego agenta. Nagle, jak to bywa w życiu, podeszła do nas pokojówka z tacą. Bader podnosi małą szklankę z bezbarwnym płynem na wysokość oczu, zapraszając mnie, abym poszedł w jego ślady. Podnoszę kieliszek do ust, a następnie stawiam go na parapecie. Kiedy brygadier odwraca się na sekundę, dyskretnie robię ruch za plecami i wyrzucam whisky przez okno. Jak w taniej powieści kryminalnej. To głupie, ale nie ma innego wyjścia. A co najbardziej irytujące, generał oczywiście nigdy nie uwierzy w ten patriotyczny akt. Czy to w gardle, czy za oknem, ten kieliszek doliczy się do mojego ujemnego bilansu.

W delegacji radzieckiej obecny jest dziś szef wydziału paliw i elektrowni Kurmaszew. Nie wiem, z jakich powodów generał Szabalin zabrał go ze sobą. Porządek obrad dzisiejszego spotkania nie ma nic wspólnego z paliwem ani elektrowniami. Podejrzewam, że generał wziął Kurmaszewa po prostu za ozdobę. Wszystkie delegacje mają dużą liczbę doradców. Szabalin chce pokazać, że on także się z kimś konsultuje.

Nieszczęsny doradca jeszcze bardziej wcisnął się w fotel, podciągnął szyję między ramiona, nie wiedział, co zrobić z rękami i nogami, i śmiertelnie bał się rozmawiać z kimkolwiek, obawiając się sabotażu lub prowokacji. Kiedy właściciel domu z grzeczności zwraca się do niego z pytaniem, Kurmaszew wzdryga się ze strachu i mimowolnie rzuca pełne cierpienia spojrzenie w stronę jadalni, gdzie brzęczą talerze, jakby spodziewał się stamtąd wybawienia.

Kurmaszew jest jedyną osobą spośród obecnych, która ubrana jest w ciemnoniebieski cywilny garnitur. Dobrze, że nie pojawił się tu w garniturze, którym popisuje się w SWA.

W miarę jak Administracja Ekonomiczna się organizuje i rozrasta, przybywa do nas coraz więcej pracowników z Moskwy. Zastępcy komisarzy ludowych odpowiednich komisariatów ludowych są zazwyczaj mianowani na stanowiska szefów departamentów SWA, które są w istocie ministerstwami sowieckiej strefy okupacyjnej Niemiec. Wszyscy oni są starymi działaczami partyjnymi, specjalistami od zarządzania gospodarką radziecką.

Kiedy nowi szefowie pojawiają się w pracy, trudno nie wybuchnąć śmiechem. Są dosłownie krzyżowcami komunizmu. {Ни дать, ни взять – крестоносцы коммунизма}.

Niedawno podziwialiśmy nowo mianowanego szefa Departamentu Przemysłowego Aleksandrowa i jego zastępcę Smirnowa. Obaj skrzypieli w swoich stalinowskich butach z tępymi noskami i wysokimi cholewkami, które nawet kreator tej mody dawno temu odłożył do archiwum. Na buty zakładano bryczesy wykonane z materiału płaszczowego. Harmonię dopełniały ciemnoniebieskie mundury polowe z czasów komunizmu wojennego. Kiedyś strój ten był modny wśród działaczy partyjnych, od przewodniczącego MTS po komisarza ludowego, i wyrażał nie tylko wewnętrzne, ale i zewnętrzne oddanie przywódcy od stóp do głów. Współcześnie komisarze ludowi noszą już od dawna normalne europejskie ubrania, a podobną stalinowską maskaradę można spotkać tylko w odległym kołchozie.

Wyobrażam sobie, jakie wrażenie te strachy na wróble zrobiły na Niemcach. Dokładna kopia karykatur bolszewików wykonanych przez Hitlera.

Wkrótce sami komunistyczni krzyżowcy odczuli niespójność swego historycznego ubioru w zmienionych warunkach i zaczęli stopniowo przystosowywać się do otoczenia. Potem cały personel cywilny SWA ubierał się zgodnie z najnowszą europejską modą, a nawet z pewną dozą elegancji. Ułatwieniem był fakt, że wszyscy starsi pracownicy SWA otrzymują specjalistyczny sprzęt zagraniczny, tzn. mają oni możliwość otrzymania talonów na odzież stosownie do zajmowanego stanowiska. Dotyczy to w szczególności pracowników zatrudnionych przez Radę Kontroli.

W sali panuje atmosfera swobodnej, niewymuszonej, serdecznej atmosfery i gościnności. Społeczność międzynarodowa nie czuje się w ogóle ograniczona różnicami w strojach, a nawet językach. Tylko jeden delegat radziecki siedzi samotnie, ze skrzyżowanymi nogami, na krześle i cierpi. Kurmaszew czuje się znacznie gorzej niż misjonarz w kręgu kanibali. Ciągle ociera pot z czoła chusteczką, nadyma się, jakby był kimś ważnym, niczym indyk na fermie drobiu, i ciągle zerka na zegarek. Kiedy następuje zaproszenie do stołu, Kurmaszew wzdycha z wyraźną ulgą.

Nie ma wątpliwości, że chętnie rozmawiałby z sąsiadami, nawet używając palców, śmiejąc się i wypijając parę szklanek whisky. Ale tutaj nie jest on człowiekiem takim jak wszyscy inni. Jest nosicielem i zarazem niewolnikiem komunistycznego światopoglądu.

Podczas kolacji generał Szabalin siada po prawej stronie gospodarza domu i za pośrednictwem tłumacza rozmawia z sir Percym Millsem. Mundur wojskowy pomaga mu poruszać się pewniej niż Kurmaszewowi. Energicznie drapie talerz i udaje, że jest zupełnie obojętny na to, co się dzieje wokół niego. Najtrudniejsze zadanie polega na tym, żeby najeść się do syta, aby nie musiało się rozmawiać z towarzyszami stołu.

Mój szef uśmiecha się nerwowo i zmusza się do śmiechu, słysząc żarty Sir Millsa. Generał ze swojej strony nigdy nie próbował kontynuować ani wspierać rozmowy. Co Brytyjczycy o tym myślą? Trudno rozmawiać z Rosjanami nie tylko przy stole konferencyjnym, ale także przy stole obiadowym. Anglicy kiedyś zyskali od nas przydomek „twardogłowych”. Teraz role się odwróciły.

Siedzę po drugiej stronie stołu, pomiędzy brygadierem Baderem i angielskim adiutantem.

Gdy niechcący podniosłem wzrok znad talerza, spotkałem się z ostrożnym spojrzeniem generała Szabalina. Pod koniec kolacji generał stracił część swojego bolszewickiego pancerza, a nawet wzniósł toast za zdrowie gospodarza. Jednocześnie rzucał w moim kierunku coraz bardziej badawcze spojrzenia.

To jest i zabawne i smutne! Wiem, że generał, ze względu na swoje obowiązki służbowe, oczywiście ma na mnie oko. Taka jest kolejność rzeczy. Okazuje się jednak, że generał nie tyle sam mnie obserwuje, ile interesuje go, czy ja obserwuję jego. Jest pewien, że przydzielono mi zadanie szpiegowania go. Kurmaszew boi się generała, generał jest nieufny wobec mnie, ja sam nie ufam sobie. To uczucie nasila się w miarę wspinania się po szczeblach radzieckiej hierarchii. A tym, kto najbardziej cierpi na tę chorobę, jest twórca tego genialnego systemu. Patrząc na radzieckich dygnitarzy pocących się ze strachu i nieufności, wszelkie pragnienie wspinania się po szczeblach radzieckiej kariery znika. Kiedy generał Szabalin pasł owce lub orał ziemię, był nieporównywalnie szczęśliwszy niż teraz.

Po kolacji wszyscy ponownie zbierają się w salonie. Podchodzi do mnie generał brygady Bader i oferuje mi grube cygaro owinięte w celofan ze złotą etykietą.

Z ciekawością obracam cygaro w palcach. Prawdziwa Hawana! Do tej pory znałem je tylko z kreskówek, w których Hawana była nieodłącznym dodatkiem w zębach każdego złoczyńcy-milionera, tak jak sztylet w zębach pirata.

Z miną doświadczonego palacza cygar próbuję odgryźć koniec cygara zębami, ale przeklęta Hawana ani drgnie. Mam usta pełne gorzkiej substancji i nie potrafię jej nigdzie wypluć.

„Jak smakował obiad?” – pyta uprzejmie brygadier.

„Oh, very well!” – Odpowiadam równie uprzejmie, ostrożnie wydmuchując nozdrzami niebieskawy dym.

W tym momencie Szabalin daje mi znak palcem. Przepraszam brygadzistę, ostrożnie zostawiam cygaro w doniczce z kwiatem i idę za generałem. Wychodzimy do parku, jakbyśmy chcieli zaczerpnąć świeżego powietrza.

„O czym ty mówiłeś, mówiąc...?” – mruczy generał, unikając wypowiedzenia imienia.

„O pogodzie, towarzyszu generale.”

„Hm... Hm...” Szabalin prycha jak jeż i pociera nos kostką zgiętego palca wskazującego. Zawsze tak robi podczas półoficjalnych rozmów. Potem nagle zmienia ton: „Myślę, że nie masz już nic do roboty. Możesz być wolny na dziś. Weź mój samochód i przejedź się po Berlinie, popatrz na dziewczyny…”

Generał rzuca dość frywolną uwagę i uśmiecha się nerwowo. Słucham uważnie, idąc równo obok niego ścieżką w parku. Cóż to za podejrzana protekcjonalność i troska?

„...Zadzwoń do Kuzniecowa wieczorem i powiedz mu, że przyjadę prosto do domu” – kończy Szabalin, wchodząc po schodach prowadzących na werandę.

Więc generał nie przyjdzie już dzisiaj do pracy. Jego zwyczajowe czuwanie czeka tam na niego do trzeciej nad ranem. Nie jest to konieczność związana z pracą, ale jego obowiązek jako bolszewika. Musi być na służbie przy „wiertuszce” – może „gospodarz” zawoła go w środku nocy.

Teraz, po obfitym obiedzie i kilku kieliszkach wina, generał poczuł potrzebę, by stać się mężczyzną, takim jak otaczający go ludzie, przynajmniej na kilka godzin. Przytulna atmosfera willi i serdeczna atmosfera udzieliły się nawet temu partyjnemu wilkowi. Podświadomie chce zrzucić maskę żelaznego bolszewika, głośno się śmiać, poklepać kolegów po ramieniu – być mężczyzną, a nie posiadaczem legitymacji partyjnej. Jego zdaniem jestem okiem i uchem partii. Więc odprawia mnie pod wiarygodnym pretekstem, dając mi możliwość spędzenia czasu tak, jak uważam za stosowne.

Wracając do domu, zdejmuję czapkę z wieszaka i, o ile to możliwe, nie zwracając na siebie uwagi otaczających mnie ludzi, wychodzę na zewnątrz.

Misza drzemie w samochodzie.

„Uh-h-h, towarzyszu majorze” – wzdycha ciężko, gdy otwieram drzwi. – „Po takim obiedzie koniecznie trzeba się przespać – na trawie, jakieś dwie godziny”.

„Ty też jadłeś obiad?” – pytam zaskoczony.

„No jasne!” – Misza prychnął dumnie, wkładając kluczyk do stacyjki, – „Jak książę na obiedzie”.

„Gdzie?”

„Tutaj. Wezwali mnie. Oddzielny stół jest nakryty. Jak ceratą. I wiesz co, towarzyszu majorze” – Misza patrzy na mnie konspiracyjnie. – „Nasz generał nie je tak, jak oni mnie karmili. Wiem o tym”.

Przez chwilę jedziemy w milczeniu. Wtedy Misza, jakby rozmawiając sam ze sobą, mruczy: „Czy oni naprawdę tak karmią wszystkich swoich żołnierzy?”

Po zapoznaniu się z warunkami panującymi w domu sir Percy'ego Millsa, mimowolnie nasuwa się porównanie z mieszkaniem generała Szabalina.

Rada Kontroli przyjęła zwyczaj, zgodnie z którym każdy dyrektor kolejno zaprasza do siebie swoich kolegów z Zarządu Ekonomicznego. Kiedy po raz pierwszy nadeszła kolej na Szabalina, nie skorzystał on z tej zasady, jakby z roztargnienia lub ignorancji. Generał nie miał zresztą dokąd zaprosić cudzoziemców.

Oczywiście, Szabalin ma wszelkie możliwości, aby zdobyć i urządzić mieszkanie odpowiednie do swojej rangi. Ale on sam nie odważy się tego zrobić, a i szef wydziału administracyjno-ekonomicznego, generał Demidow, nie zrobi tego za niego, bo przepisy nie pozwalają na taki luksus. Myślą o specjalnym „sprzęcie zagranicznym”, ale na mieszkania jeszcze nie nadszedł czas.

Szabalin zamienił swój mały domek na pięciopokojowe mieszkanie w budynku, w którym mieszka większość pracowników Departamentu Ekonomicznego. Ordynans Nikołaj i kierowca Misza przynieśli do nowego mieszkania meble i różne drobiazgi z całej okolicy, ale wrażenie, jakie odnieśli, nie przypominało rezydencji generała, a raczej melinę złodziei. Przyjmowanie zagranicznych gości jest tu zdecydowanie niewygodne. Nawet sam Szabalin to czuje.

Znów te same sprzeczności między teorią bolszewicką a praktyką. Elita Kremla od dawna ignoruje głoszoną przez siebie moralność proletariacką i pławi się w luksusie, na który nie każdy kapitalista może sobie pozwolić. Co więcej, żyją za tak wieloma murami, że ich życie prywatne jest niedostępne dla oczu ludzi. Przywódcy niższego szczebla coraz częściej podążają tą samą drogą. Arystokracja partyjna, podobnie jak Szabalin, żyje podwójnym życiem: w słowach odgrywa rolę ideologicznych bolszewików, lecz w rzeczywistości nie jest krzewicielem idei, które głosi. Połączenie tych dwóch rzeczy jest dość trudne. Wszystko należy robić dyskretnie, ostrożnie i rozglądając się dookoła. Nasze własne teorie klasowe i nowe radzieckie uprzedzenia plączą się nam pod nogami. Nie ma tu murów Kremla ani stref zaporowych; wszystko dzieje się mniej lub bardziej otwarcie. A co jeśli szefowie Kremla zaczną krzyczeć?

Początkowo Szabalin jadał obiady w tzw. jadalni Rady Wojskowej, czyli jadalni generalskiej. Teraz Dusia, nielegalna służąca, jeździ tam trzy razy dziennie samochodem i przywozi jedzenie do domu. Ale nawet w takich warunkach nie można zapraszać gości do domu, a odwiedzający, zwłaszcza obcokrajowcy, nie są wpuszczani do jadalni Rady Wojskowej.

Nawet tutaj, w warunkach okupowanych Niemiec, gdzie nie jesteśmy ograniczeni przestrzenią życiową ani przydziałami żywności, gdzie wszystko jest dosłownie – schyl się i podnieś, nawet tutaj żyjemy nadal w sposób radziecki.

Wkrótce Sztab SWA zrozumiał niedociągnięcia istniejącej sytuacji i rozwiązał problem, stosując starą metodę Potiomkina. Utworzono rodzaj specjalnego klubu, w którym liderzy SWA mogli organizować przyjęcia dla swoich zachodnich kolegów. W każdym przypadku konieczne jest wcześniejsze przekazanie Służbie Łącznikowej SWA dokładnej listy wszystkich zaproszonych osób, która jest szczegółowo sprawdzana przez NKWD i wymaga podpisu Szefa Sztabu SWA. Nie jest to tylko krótka fraza Sir Percy'ego Millsa: „Chodźcie na obiad do mnie, panowie!”, w której nie zapomniano nawet o kierowcy Miszy.

Podczas moich pierwszych spotkań z aliantami bardzo obawiałem się, że zostaną mi zadane zbyt liczne pytania, na które nie będę potrafił odpowiedzieć. Mówiąc ściśle, nie mam prawa odpowiadać. Pracując w Radzie Kontroli, jestem coraz bardziej zdezorientowany. Ludzie w świecie demokratycznym nie tylko nie próbują zwracać się do nas z pytaniami o politykę, które moim zdaniem są nieuchronne, gdy spotykają się z przedstawicielami zupełnie przeciwnego systemu państwowego, ale wręcz wykazują niezrozumiałą dla mnie obojętność w tej kwestii.

Początkowo wziąłem to za przejaw taktu. Później przekonałem się o czymś innym. Paradoksalnie, przeciętny mieszkaniec Zachodu interesuje się polityką i wszystkim, co z nią związane, znacznie mniej niż przeciętny mieszkaniec Związku Radzieckiego. Człowieka z Zachodu bardziej interesuje liczba wypitych butelek szampana na przyjęciu dyplomatycznym na Kremlu lub to, jaką suknię wieczorową miała na sobie żona Mołotowa. To jest najlepszy możliwy scenariusz. Zazwyczaj jego zainteresowania nie wykraczają poza sport i piękne aktorki na okładkach magazynów. Jest to zupełnie naturalne dla każdego człowieka w normalnych warunkach. Gdyby ludzie radzieccy mieli wybór, zrobiliby dokładnie to samo.

Jednakże wyjątkowość prasy radzieckiej wyklucza jej bezstronną lekturę. Każdy wers jest przesiąknięty polityką. Wielu z nich woli nic nie czytać, a następnie za pomocą klubów i klas politycznych przechodzą na sztuczne odżywianie. Ci, którzy czytają, nie są na tyle głupi, żeby bezwarunkowo wierzyć we wszystko, co się im przedstawia. Stąd ciągłe niezaspokojone zainteresowanie zakazanym owocem – obiektywną prawdą. Chodzi o ograniczoną działalność polityczną, o ukryte zainteresowanie problemami i zjawiskami otaczającego świata, w porównaniu z warunkami sowieckimi. Major Kuzniecow wyraża to w przemyślanym zdaniu: „Hmm! Więc tacy oni są – senatorowie?!”, kierowca Misza – w naiwnym pytaniu: „Czy oni naprawdę tak karmią wszystkich swoich żołnierzy?!”

Przeciętny człowiek Zachodu, żyjący w normalnych warunkach, nie zastanawia się nad przyczynami zjawisk. Po co? Przecież wszystko jest w porządku. Ludzie radzieccy nie mają nic poza papierowym szczęściem, papierowym dobrobytem i papierową radością. W tym miejscu nie sposób nie zastanowić się nad przyczynami i wzajemnymi powiązaniami zjawisk. Jest w tym wiele do przemyślenia i widzę, że ludzie nie podchodzą do tego w ciemno. Obserwują w milczeniu i głęboko w duszy wyciągają wnioski.

Kiedy czytasz niemieckie i angloamerykańskie gazety, nie możesz nie być zaskoczony, jak bardzo świat zewnętrzny nie jest zaznajomiony ze wszystkim, co dzieje się w Związku Radzieckim. Zupełnie zrozumiałe jest, że mamy celowo zniekształcony obraz świata zewnętrznego. Zrozumiałe jest także to, że prasa niemiecka, która ma świeże doświadczenia kontaktów z ZSRR, nie ma dziś możliwości swobodnego wypowiedzenia się na ten temat, gdyż zabraniają tego stosowne zarządzenia Rady Kontroli. Ale fakt, że wolna prasa anglo-amerykańska mówi o ZSRR z wielką powściągliwością, a gdy już to robi, to w sposób zupełnie naiwny – jest trudny do wytłumaczenia.

Czy jest to po prostu obojętność, wynikająca z braku zainteresowania, nazywana w języku dyplomacji nieingerencją w sprawy innych państw, czy też brak rzetelnych informacji. Tak czy inaczej, ślepota na zewnętrzne i wewnętrzne procesy zachodzące w sowieckiej Rosji przysporzy zachodnim demokracjom wielu kłopotów. Teraz jesteśmy w bliskim kontakcie. Wczorajsi sojusznicy dziś stali się rywalami, a jutro mogą stać się wrogami. Aby walczyć, musisz poznać wroga, musisz znać jego słabości i mocne strony.

Zachód nie rozumie potwornej dwoistości sowieckiej rzeczywistości. W ciągu ostatnich trzydziestu lat zmieniliśmy się znacząco, w pewnym sensie staliśmy się sowieccy, rozumiejąc to jako działanie teorii komunistycznej w danym środowisku narodowym. Stając się Sowietami, jednocześnie zyskaliśmy odporność na komunizm. Zachód nawet tego nie podejrzewa. Dzisiejsze państwo radzieckie to dojrzały owoc, którego korzenie zaczynają gnić. Nie bez powodu Biuro Polityczne rozpoczęło tworzenie starych, narodowych fundamentów pod budowę rad. Było to w pełni uzasadnione podczas wojny. Po wojnie ta transfuzja świeżej krwi do gnijącego organizmu państwowego trwa nadal.

Na jakiś czas to niewątpliwie pomoże – niektórych zdezorientuje, a innym zaszczepi złudne nadzieje. Plany Kremla oczywiście się nie zmienią.

Mały, ale charakterystyczny szczegół. W okupowanych Niemczech wszyscy rosyjscy żołnierze i oficerowie zaczęli nagle używać słowa „Rosja”. Stało się to automatycznie. Czasami z przyzwyczajenia mówimy – ZSRR {СССР}, a potem, poprawiamy się, mówimy – Rosja. Dla nas samych to dziwne, ale to fakt.

Przez ćwierć wieku używanie słowa „Rosja” wiązało się z oskarżeniami o szowinizm i odpowiednim artykułem w kodeksie NKWD. Nawet czytając klasykę, słowo to należało wymawiać szeptem i pospiesznie. Ten pozornie mało znaczący fakt staje się uderzający, gdy dziś słowo „Rosja” słyszymy z ust wszystkich żołnierzy bez wyjątku. Żołnierz tym słowem nieświadomie podkreśla różnicę między pojęciami „sowiecki” i „ruski” {„советский” и „русский”}.

Prasa zagraniczna, jakby na złość, we wszystkich przypadkach myli te pojęcia. To, czego sami nie możemy ścierpieć, nazywają „rosyjskim”, a to, co jest nam drogie, nazywają „radzieckim”.

Ludzie radzieccy nie mają ani ochoty, ani potrzeby czytać cudzoziemcom literatury politycznej i tłumaczyć im istotę radzieckiej rzeczywistości. Po co ryzykować własną głową, zaspokajając ciekawość obcej osoby, która w dodatku nie interesuje się tym tematem?

O tym, w jakim stopniu obywatele Związku Radzieckiego byli ograniczeni w kontaktach ze światem zewnętrznym, wyraźnie świadczy następujący incydent, który przydarzył się kilku pracownikom Administracji Ekonomicznej.

Pewnego dnia, w przerwie między posiedzeniami Rady Kontroli, członkowie delegacji rozmawiali o tym, jak spędzą następną niedzielę. Przewodniczący radzieckiej części Komitetu Przemysłowego, Kozłow, nieostrożnie przyznał, że on i grupa pracowników wybierają się na polowanie. Zagraniczni koledzy Kozłowa chętnie skorzystali z okazji spędzenia niedzieli w jednym towarzystwie i wyrazili chęć wspólnego polowania. Kozłow był zmuszony wyrazić swoją radość z tego powodu.

W niedzielę z Berlina wyruszył konwój myśliwski składający się z kilku samochodów. Po drodze strona radziecka robiła wszystko, by się zgubić. Ku rozczarowaniu Kozłowa, uprzejma obsługa i doskonałe samochody na zachodzie nie dały mu możliwości pozbycia się niewygodnych przyjaciół. Po dotarciu na teren łowiecki sojusznicy rozłożyli się na trawie, przygotowując się do przekąski i rozmowy. Aby tego uniknąć, Kozłow i pozostali rozproszyli się w krzakach i spędzili cały dzień kręcąc się po gąszczu, przeklinając los, który połączył ich z tak niepewną politycznie firmą myśliwską.

Później, aby zabezpieczyć się przed ewentualnymi nieprzyjemnymi konsekwencjami, Kozłow przez cały tydzień opowiadał o tym zdarzeniu w Administracji Ekonomicznej, skarżąc się i przeklinając, podkreślając swoją czujność.

Dlatego nie możemy swobodnie komunikować się z Zachodem. Co robi obecnie Zachód, żeby poznać problemy Związku Radzieckiego?

Kilkakrotnie miałem okazję zaobserwować, jak Zachód otrzymuje informacje o Rosji Sowieckiej z „wiarygodnych i kompetentnych źródeł”. Źródłem informacji są zazwyczaj dziennikarze. Amerykański lub angielski dziennikarz dąży do tego, aby spotkać się z radzieckimi kolegami, mając pewność, że właśnie tam znajdzie wyczerpujące i prawdziwe odpowiedzi. Naiwni ludzie! W końcu, szukanie prawdy u radzieckiego dziennikarza jest tym samym, co szukanie czystości u prostytutki. Poleganie na informacjach pochodzących od osób, których zawodem jest dezinformacja i dezorientacja opinii publicznej.

Mimo upływu kilku lat, dzięki pozornie dobrym lekcjom, Zachód niewiele się nauczył.

Amerykańscy dziennikarze w Berlinie od dawna szukali okazji, by spotkać się ze swoimi radzieckimi braćmi po piórze w swobodnej atmosferze. Unikano tego spotkania za wszelką cenę. Spotkanie ostatecznie odbyło się w radzieckim „Klubie Prasowym”. Postęp był taki, że tym razem Amerykanie zadali pytania, na które nie było łatwo odpowiedzieć nawet wprawnemu w posługiwaniu się piórem i atramentem. Ten drugi musiał dłużej milczeć. Pouczające jest również to, że Amerykanie zaczęli rozumieć znaczenie słowa „NKWD”; wydawało im się, że ich sowieccy koledzy byli ofiarami NKWD, że byli otoczeni przez szpiegów ze wszystkich stron i że w każdym biurku ukryty był dyktafon. Oczywiście, bardziej trafne byłoby założenie, że sami gościnni gospodarze są agentami NKWD. Na podstawie doświadczeń, jakie zdobyłem w Akademii, wiem, że wszyscy zagraniczni korespondenci ZSRR są jednocześnie etatowymi pracownikami NKWD.

Amerykanie tłumaczyli cichą powściągliwość swoich kolegów strachem. To już krok w stronę prawdy, choć w tym przypadku nie do końca trafny. W jednym miejscu Amerykanie nawet poruszyli temat duszy człowieka radzieckiego, ale popełnili błąd, postrzegając ją w ten sposób. Dusza radziecka jest funkcją rzeczywistości radzieckiej i nie można jej analizować w oderwaniu od otoczenia.

Przyszłość pokaże, że Zachód musi poważniej przyjrzeć się problemom Związku Radzieckiego.

Praca w Radzie Kontroli jest bardzo pouczająca. Przypomina to nieco teatr, w którym na scenie wystawiany jest dramat historyczny. Siedzę w pierwszym rzędzie na widowni, więc wyraźnie widzę charakteryzację aktorów i słyszę podpowiedzi suflera.

Już od pierwszych sesji zaczęła we mnie zanikać powszechna wśród przeciętnych ludzi opinia, że zawód dyplomaty to coś lekkiego i beztroskiego – białe smokingi, podniesione kieliszki szampana i wieczorowe suknie dam z towarzystwa. W rzeczywistości wszystko wygląda zupełnie inaczej. To piekielnie trudne, a raczej żmudne zajęcie. Wymaga skóry hipopotama i wrażliwości antylopy, nerwów jak manilska lina i wytrzymałości afrykańskiego myśliwego, spalonego słońcem, dręczonego pragnieniem, pogryzionego przez komary i który nie może sobie pozwolić na żaden nieostrożny ruch, aby nie spłoszyć zwierzyny. Angielskie przysłowie głosi, że najwyższą formą dobrych manier jest nudzić się na śmierć i nie okazywać tego. Teraz generał Szabalin daje swoim kolegom wystarczająco dużo okazji, aby sprawdzić tę prawdę. Trzeba się zastanowić, z jaką powagą poważni ludzie potrafią godzinami i dniami zmagać się z nierozwiązywalnym problemem, dopóki nie przekonają się, że jest on nierozwiązywalny.

Wybierając dyplomatów, Brytyjczycy kierują się następującą zasadą: osoba najbardziej nieodpowiednia do służby dyplomatycznej to osoba energiczna i mało inteligentna, osoba mało odpowiednia to osoba energiczna i inteligentna, a osoba najbardziej odpowiednia to osoba inteligentna i bierna. Anglicy wolą podejmować ostateczną, słuszną decyzję powoli i panicznie boją się pochopnych decyzji, które mogą zakończyć się błędem.

W przypadku dyplomatów radzieckich zasada ta jest odwrotna. Idealny radziecki dyplomata musi być niezwykle energiczny i niezwykle głupi. Nie potrzebuje inteligencji, bo i tak sam nie podejmuje żadnych decyzji. Energia to cecha, której potrzebuje każdy sprzedawca, niezależnie od tego, czy chce sprzedać komuś żyletki czy politykę swojego szefa. Generał Szabalin jest tego wyraźnym przykładem.

Aktywna polityka jest cechą charakterystyczną dyplomatów radzieckich. Kremla nie można oskarżyć o bierność, jeśli w ogóle.

Pierwsze posiedzenia Rady Kontroli dają wiele do myślenia. Mimo że osobiście jestem raczej sceptyczny co do polityki mocarstw zachodnich, biorąc pod uwagę egoizm narodowy i państwowy każdej ze stron, muszę być przekonany, że zachodni sojusznicy dążą do współpracy z nami w kwestii powojennego pokoju. Plany utworzenia Organizacji Narodów Zjednoczonych są dowodem woli zachodnich demokracji, aby zapewnić pokój na świecie.

Na zewnątrz pokazujemy pełne zainteresowanie i gotowość do podążania tą drogą. Jednak już pierwsze praktyczne działania pokazują coś przeciwnego. Gotowość do współpracy na rzecz pokoju jest jedynie manewrem taktycznym, mającym na celu zachowanie demokratycznej maski, zyskanie czasu na reorganizację sił, wykorzystanie platform demokratycznych do sabotowania światowej opinii publicznej. Musiałem przekonać się o tym smutnym fakcie dosłownie na pierwszych posiedzeniach Rady Kontroli.

Czasem próbuję uspokoić samego siebie, że Kremlowi udało się zgarnąć pokaźny kawałek europejskiego tortu na konferencji poczdamskiej i teraz potrzebuje przerwy, żeby móc się nacieszyć tym, co zyskał. Próbuję przyjąć narodowo-egoistyczny punkt widzenia i tym usprawiedliwić politykę Kremla. Ale to słabe wytłumaczenie, a raczej oszukiwanie samego siebie.

Przypominają mi się słowa Anny Pietrowny, które wywarły na mnie wrażenie w Moskwie. Z nich mogłem wywnioskować, że Kreml miał na myśli aktywne działania radzieckich sił zbrojnych w okresie powojennym. Wydawało się absurdalne myślenie o jakichkolwiek planach militarnych, skoro zaledwie wczoraj zakończyła się potworna rzeź na świecie, a cały świat gorączkowo dążył do pokoju. Wydawało się to niewiarygodne i nieprawdopodobne. Już na pierwszych posiedzeniach Rady Kontroli stało się jasne, przynajmniej dla mnie, osoby, która nie jest dyplomatą ani politykiem, że Kreml nie ma najmniejszej ochoty współpracować z demokracjami Zachodu. W świetle tego faktu słowa Anny Pietrowny nabierają pewnej logiki.

Przedstawiciele krajów demokratycznych są zdezorientowani i zagubieni w domysłach: jak można wytłumaczyć tak dziwne zachowanie ich wschodniego sojusznika? Z tą samą wytrwałością, z jaką średniowieczni alchemicy poszukiwali formuły kamienia filozoficznego, próbują teraz znaleźć modus vivendi w stosunkach z Kremlem. Szukają klucza do zagadki w wyjątkowości duszy Wschodu, wzniecają kurz z historycznych tomów i nie myślą o tym, by zajrzeć do milionów egzemplarzy dzieł Lenina i Stalina, traktujących o zagadnieniach teorii i taktyki. Zbyt mocno liczą na rozwiązanie Kominternu. Nie znają sloganu, którym radzieccy przywódcy usprawiedliwiają każde odstępstwo od linii generalnej: „Tymczasowy odwrót jest w pełni uzasadniony, gdy jest konieczny dla reorganizacji i akumulacji sił do kolejnej ofensywy”. Nieelastyczna „linia generalna” może, gdy zachodzi taka potrzeba, wić się jak żmija.

Wprowadziłbym obowiązkowe szkolenie zachodnich dyplomatów z podstaw marksizmu-leninizmu. Wtedy czuliby się pewniej podczas spotkań z radzieckimi dyplomatami. Tymczasem Zachód tylko kręci głową ze zdumieniem i macha ogonem, jak szanująca się krowa spędzająca dokuczliwe muchy.

Takie były stosunki zewnętrzne Sojuszników w pierwszych miesiącach działalności Rady Kontroli. Mają one duże znaczenie dla zrozumienia dalszej działalności i losów tego najwyższego organu ustawodawczego powojennych Niemiec.


Następny rozdział
Powrót do spisu treści