1.
„Zejdź i zaczekaj na mnie w samochodzie” – powiedział generał, gdy pojawiłem się w odpowiedzi na jego wezwanie. Kiwnięciem głowy dał jasno do zrozumienia, że nie będzie więcej żadnych rozkazów.
Generał ma zwyczaj nigdy nie mówić, dokąd jedziemy. Równie dobrze możemy udać się do Rady Kontroli albo na lotnisko, a stamtąd do Moskwy lub Paryża. Albo uważa, że podwładni powinni od razu odgadnąć jego myśli, albo, na wzór większych ludzi, utrzymuje swoją trasę w tajemnicy, aby uniknąć zamachów. Nie przeszkadza mu to jednak później w narzekaniu na towarzyszy, że nie przygotowali się do podróży, nie zgromadzili niezbędnych materiałów i w ogóle, po co jadą z nim.
Przed wojną generał Szabalin był pierwszym sekretarzem Komitetu Obwodowego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) w obwodzie swierdłowskim. W czasie wojny był członkiem Rady Wojskowej i dowódcą Tyłu Frontu Wołchowskiego – oczu i uszu Partii w aparacie wojskowym. Tacy generałowie partyjni nigdy nie biorą udziału w planowaniu ani wykonywaniu bezpośrednich działań bojowych, ale bez ich podpisu żaden rozkaz nie jest ważny.
Major Kuzniecow już siedzi w samochodzie.
„Dokąd jedziemy?” – pytam.
„Gdzieś” – odpowiada niedbale adiutant. Przyzwyczaił się już do manier generała i nie zastanawia się nad celem podróży.
Dotarłszy do autostrady, nasz „Admirał” obiera kurs na Drezno. Licznik prędkości wskazuje dziewięćdziesiąt kilometrów, ale poczucie prędkości ginie na betonie autostrady. Co dziwne, niemieckie autostrady nie zyskały od razu uznania Rosjan. Z jakiegoś powodu unikaliśmy ich używania w pierwszych miesiącach po kapitulacji. Później można było usłyszeć następujące słowa o autostradach: „To najlepszy pomnik, jaki pozostawił po sobie Hitler”.
W Dreźnie nasz „Admirał” zatrzymuje się w pobliżu hotelu „Biały Jeleń”, wokół którego rozciąga się całe morze samochodów z czerwonymi flagami na chłodnicach. Wszędzie krążą silnie uzbrojeni strażnicy z karabinami maszynowymi. Grupa generałów stoi na schodach budynku. Wśród nich wyróżnia się dwukrotny Bohater Związku Radzieckiego, generał pułkownik wojsk pancernych Bogdanow, gubernator wojskowy kraju związkowego Saksonia.
Dziś wszyscy komendanci wojskowi Saksonii zostali wezwani tutaj, aby stawić się w dowództwie SWA w Dreźnie i Berlinie. SWA otrzymała masę skarg i materiałów obciążających pracę lokalnych komendantów. Po kapitulacji komendanci nie otrzymali żadnych instrukcji i realizowali wszystkie strategie, jakie przyszły im do głowy. Większość z nich to niepiśmienni oficerowie, którzy ujawnili się dopiero w latach wojny i zupełnie nie nadają się do realizacji zadań polityki okupacyjnej czasu pokoju.
Jeszcze przed rozpoczęciem konferencji generał Szabalin wyszedł z generałem Bogdanowem, szepcząc mu coś do ucha. Major Kuzniecow ciągnie mnie za sobą: „Chodźmy wybrać samochód”.
„Jaki samochód?” – pytam zdziwiony.
„Dla generała” – odpowiada krótko. „Teraz zobaczysz, jak to się robi. Chodźmy!”
Z miną bezczynnych kierowców przejeżdżamy między rzędami samochodów, w których przybyli na spotkanie komendanci miast saksońskich. Przejąwszy władzę nad miastem i stając się jego absolutnym władcą, komendant w pierwszej kolejności zarekwirował dla siebie najlepszy samochód w mieście. Teraz przed naszymi oczami rozpościera się wystawa najlepszych modeli niemieckiego przemysłu samochodowego, od nieco konserwatywnych Maybachów po najnowsze innowacje Mercedes-Benz. Właściciele samochodów byli już w „Białym Jeleniu”. W samochodach siedzieli tylko żołnierze – kierowcy.
Major Kuzniecow powoli ogląda samochody. Stuka czubkiem buta o opony; naciskając na tył, sprawdza miękkość sprężyn; nawet patrzy na licznik kilometrów, aby upewnić się, ile kilometrów samochód już przejechał. W końcu major decyduje się na Horcha z otwartym dachem.
„Czyj to samochód?” – zwraca się do żołnierza, pochylającego się za kierownicą.
„Podpułkownik Zacharow” – odpowiada żołnierz tonem, jakby to nazwisko miało być znane całemu światu. Nie waha się z nami przywitać – kierowcy szybko przejmują zwyczaje swoich właścicieli.
„Niezła maszyna” – stwierdza Kuzniecow. Przesuwa palcem po przełącznikach sterujących, ponownie spogląda na maszynę i mówi: „Powiedz swojemu podpułkownikowi, żeby wysłał tę maszynę do Karlshorst dla generała Szabalina”.
Żołnierz spogląda kątem oka na majora. W jego oczach widać irytację – podpułkownik powierzył mu ochronę samochodu, a oni chcą go ukraść w biały dzień. Ale żołnierz nie jest zaskoczony, tylko pyta z pewną dozą wątpliwości: „Kim jest generał Szabalin?”
„Po konferencji twój podpułkownik będzie wiedział bardzo dobrze, kim on jest” – odpowiada major – „a ty zgłoś się do podpułkownika, aby mógł nałożyć na ciebie karę za to, że nie przywitałeś się z adiutantem generała Szabalina”.
Wszelkiego rodzaju trofea przyznawane są ściśle według rangi i stanowiska: dla żołnierzy – zegarki i inne drobiazgi, dla oficerów młodszych – akordeony, dla oficerów starszych... Klasyfikacja jest skomplikowana, ale bardzo ściśle przestrzegana. Jeśli los kiedykolwiek podarował porucznikowi dwulufową strzelbę z trzema pierścieniami i nawet koroną, to dla porucznika jest to przegrana sprawa od samego początku. Nieważne, czy się uda, czy nie, dwulufowa strzelba i tak trafi do walizki majora. I nie zostanie z majorem na długo, jeśli nie uda mu się jej dobrze ukryć. Ta rygorystyczna procedura dotycząca posiadania trofeów dotyczy w szczególności samochodów. Ukrycie samochodu nie jest takie proste – nie zmieści się on do walizki.
Kierowca podpułkownika nie jest tym zaskoczony, lecz jedynie pyta, kim jest generał Szabalin – czy rozkaz jest zgodny z „przepisami”, czy nie.
Komendanci Saksonii, zaślepieni lokalną władzą, popełnili błąd taktyczny, pokazując swoim starszym oficerom tak wiele kuszących samochodów. Za taką nieostrożność zapłacili połową samochodów, które zaparkowały przed „Białym Jeleniem” i miały nieszczęście zyskać sympatię generałów. Gdy kilka miesięcy później zwołano drugą taką konferencję, wielu komendantów, pamiętając poprzednią lekcję, przyjechało do „Białego Jelenia” niemalże wozami. Oczywiście, znów kupili sobie fajne samochody, ale tym razem mądrze zrobili, zostawiając je w domu.
Wkrótce rozpoczyna się spotkanie w sali konferencyjnej hotelu. Na spotkanie zaproszono około trzystu oficerów. Obecni są tylko komendanci w randze majora i wyższej. W sali znajdują się także generałowie – komendanci Drezna, Lipska i innych dużych miast Saksonii. Oni również są zaproszeni do dzielenia się doświadczeniami i spokojnego siedzenia na swoich krzesłach. Dowództwo SWA siedziało w prezydium, za stołem nakrytym czerwonym obrusem. W centrum prezydium znajduje się generał Szabalin, jako przedstawiciel najwyższej władzy z Karlshorst. Komendanci nie musieli długo czekać. Generał Bogdanow otwiera zebranie i oznajmia, że SWA dowiedziała się o pewnych zakłóceniach i nieprawidłowościach w pracy lokalnych komendantur. Zachęca obecnych do dzielenia się „swoimi doświadczeniami” i poddawania bezlitosnej krytyce niedociągnięć w pracy biur komendantur. Jednocześnie daje jasno do zrozumienia, że SWA wie znacznie więcej, niż wielu zakłada; Lepiej byłoby, gdyby obecni na miejscu lekarze sami otworzyli istniejące owrzodzenia, nie czekając na interwencję SWA. Inaczej mówiąc, jeśli ktoś czuje, że popełnił grzech, niech stara się odkrywać jak najwięcej grzechów u swego bliźniego i w ten sposób zamazać swoje własne.
Pierwszy ze swego miejsca wstaje podpułkownik.
„Oczywiście, w pracy biur komendantur wojskowych występują pewne niedociągnięcia, które należy przypisać głównie brakowi kontroli z góry” – mówi. „Biura komendantur wojskowych są pozostawione samym sobie, a to prowadzi do…”
Podpułkownik, który podjął się misji samobiczowania, rozpoczyna przemowę dość niepewnie. Rozgląda się po rzędach swoich kolegów, jakby szukał ich wsparcia. Spuścili wzrok i uważnie obejrzeli czubki swoich butów. Generał Bogdanow z oczekiwaniem bawi się ołówkiem na czerwonym materiale.
„Wielu dowódców wojskowych zapomniało o swoich obowiązkach, niektórzy z nich stali się moralnie zepsuci i burżuazyjni. Moralna czystość radzieckiego oficera dla tych ludzi stała się... uh-uh.” Podpułkownik czuje, że posunął się za daleko w sferę wysokiej moralności i postanawia zabrać się do roboty: „Weźmy na przykład majora... majora, który jest szefem komendantury w mieście N.”
Generał Bogdanow przerywa: „Nie musimy używać pseudonimów. Każdy tutaj jest swój”.
„No to weźmy za przykład majora Astafiewa” – poprawia się podpułkownik. – „Po tym, jak został mianowany komendantem w N., człowiek ten ewidentnie zbłądził. Niedaleko miasta znajduje się zamek książęcy, w którym mieszkali różni baronowie. Teraz major Astafiew założył tam swoją rezydencję. Żyje tam w sposób, w jaki nigdy nie żyli carscy bojarzy i szlachta. Muszę powiedzieć – to nie jest życie, to łoże róż”.
W słowach podpułkownika można dostrzec nutę zazdrości. Podobno nie raz zdarzyło mu się ucztować w bajkowym zamku ze swoim kolegą Astafiewem, ale potem doszło między nimi do nieporozumienia i podpułkownik postanowił przypomnieć o moralności. Rozejrzałem się po pokoju w nadziei, że dostrzegę majora o szlachetnych intencjach. Ku mojemu zdziwieniu, niemal wszyscy obecni na sali studenci majora spuścili wzrok z podejrzliwą nieśmiałością.
„Cóż, major Astafiew ewidentnie się rozłożył. Trzyma w zamku więcej służących niż zmarły hrabia. Każdego ranka, gdy major Astafiew raczy otworzyć oczy, nie pamięta, gdzie jest. Dopóki nie wypije pół wiadra solanki z ogórków. Ma to wyleczyć kaca po nocy picia. Wtedy major Astafiew, jak prawdziwy dżentelmen, wyciąga nogi. Jedna Niemka zakłada pończochę na lewą nogę, druga na prawą. Trzecia trzyma w pogotowiu jedwabną szatę. Nie jest też w stanie założyć spodni bez pomocy z zewnątrz”.
Na sali dało się odczuć wyraźną ekscytację i śmiech. Styl życia odważnego majora wyraźnie odpowiada słuchaczom.
„Ale to tylko wierzchołek góry lodowej, najlepsze dopiero nadejdzie” – wykrzykuje mówca – „Współżycie z Niemkami zostało podniesione do rangi systemu przez majora Astafiewa. Ma on specjalny zespół, który nie robi nic poza łapaniem dla niego kobiet w całym regionie. Złapane są przetrzymywane przez kilka dni w piwnicy komendanta, po czym lądują w łóżku majora”.
Zauważam nieopodal majora, który, gryząc się w język, pilnie coś zapisuje na kartkach papieru rozłożonych przed nim. Najwyraźniej jest to major Astafiew. Oczywiście, nie pisze on materiału oczyszczającego, lecz obciążającego. Teraz czas na przemówienie podpułkownika.
„Często sprowadza się to do czystej tyranii” – kontynuuje podpułkownik – „Ostatnio, po kolejnej imprezie alkoholowej, komendant Astafiew chciał zupy rybnej. Nie zastanawiając się dwa razy, rozkazał otworzyć śluzy sztucznego stawu w pobliżu zamku i złowić w ten sposób ryby. Kilka ryb trafiło do zupy rybnej majora, ale kilkaset centnarów ryb zdechło. Czyż to nie są oburzające fakty, towarzysze oficerowie?”
Jego słowa wywołały na sali więcej rozbawienia niż oburzenia. Każdy przypomina sobie podobne przypadki ze swojej praktyki i dzieli się swoimi wrażeniami z sąsiadem.
„Sprawa majora Astafiewa” – podsumowuje podpułkownik – „jest dla nas interesująca, ponieważ jest zjawiskiem orientacyjnym. W wielu biurach komendantów mamy sytuację, która niewiele różni się od przypadku majora Astafiewa. Takiego stanu rzeczy nie można dłużej tolerować. Naszym zadaniem jest tu demaskowanie i piętnowanie takich haniebnych zjawisk, przywoływanie nieokiełznanych tyranów do porządku, przypominanie im o istnieniu proletariackiej legalności”.
Radosne ożywienie na twarzach obecnych ustępuje miejsca niewinnej ciszy, a ich oczy znów zaczynają studiować czubki własnych butów. Sprawy przybierają nieprzyjemny obrót, gdy w grę wchodzi odpowiedzialność. Teraz, gdy wojna się skończyła, komendanci znają już radzieckie prawa z własnego doświadczenia.
Radziecki wymiar sprawiedliwości, oparty na dogmacie psychologicznego wychowania zbiorowości, często posługuje się praktyką „kozłów ofiarnych”, na których odpokutowuje się wszystkie grzechy zbiorowości, a prawo stosuje się ze zwiększoną surowością, aby zastraszyć innych.
Prawo radzieckie przymyka oko na drobne naruszenia. Nie można ciągnąć człowieka do sądu za każdy wybity ząb czy stłuczone szkło – są ważniejsze sprawy, na przykład skazanie kogoś na dziesięć lat za zrywanie socjalistycznych kłosów kukurydzy na polu czy na pięć lat za kawałek socjalistycznego cukru skradziony z fabryki. Zęby i szkło nadal pozostają własnością prywatną i nie są chronione przez prawo socjalistyczne. Zanika poczucie legalności. Kiedy proces ten osiąga niepokojące rozmiary, zaczyna się poszukiwanie kozła ofiarnego. Wpakowanie się w takiego „kozła” to bardzo nieprzyjemna sprawa. Można wiele zdziałać bezkarnie, a potem płacić głową za dosłownie nic.
Jeśli dowództwo SWA, pod pretekstem niewinnej samokrytyki, podjęło już decyzję o wdrożeniu odpowiednich środków sanitarnych, to znaczy, że sprawy wyglądają źle. Oznacza to, że wkrótce zrobi się gorąco – kilku komendantów zostanie postawionych przed Trybunałem Wojskowym. Na kogo przypadnie los? Atmosfera w sali staje się napięta, można wyczuć nerwowość.
Kalkulacje generała Bogdanowa okazały się słuszne. Po przemówieniu otwierającym podpułkownika, które mogło być spowodowane wstępnym wywiadem z SWA, rozpoczyna się surowa chłosta. Komendanci skrupulatnie obrzucają się błotem, a sekretarze stenografują wszystko, co zostało powiedziane. Teraz kolej na generałów – komendantów Drezna i Lipska. Obraz jest ciekawy. Nie zdarza się często, żeby ktoś stał pośrodku dużej sali niczym uczeń i wyjaśniał swoje grzechy. Czasami komendant przypomina sobie o generalskich naramiennikach i próbuje się usprawiedliwić. Wtedy głos z prezydium szyderczo nalega: „Nie krępujcie się, generale. Tutaj sami swoi ludzie”.
Psychologia mas wychowanych w posłuszeństwie. Jeśli będzie rozkaz z góry, aby pokutować, to wszyscy pokutują. Ten, kto nie popełnił żadnego grzechu w przeszłości, żałuje grzechów przyszłych. Komendanci jednomyślnie ujawniają swoje „wady” i przysięgają, że w przyszłości będą dobrymi chłopcami i będą posłuszni ojcu. Ojciec na Kremlu ma zawsze rację.
Z sali wychodzi postać i zwraca się do prezydium: „Czy mogę zadać pytanie, towarzyszu generale? To nie jest w jakiś sposób związane z tematem, ale chciałbym się skonsultować”.
„No to powiedz mi, co masz na myśli” – zachęca generał Bogdanow w przyjazny sposób. Prawdopodobnie kolejna skrucha, a generał chętnie słucha skruchy.
„Moja komendantura ma siedzibę tuż przy czeskiej granicy” – zaczyna komendant – „Codziennie przewożą do mnie tłumy nagich ludzi przez granicę. Na razie trzymam ich w piwnicy. Nie wypada im tak biegać po ulicach, a ja nie mam w co ich ubrać”.
W sali słychać śmiech. Generał Bogdanow pyta: – „Jak to – nago?”
„To bardzo proste” – odpowiada nieszczęsny komendant – „Całkowicie nago. W stroju urodzinowym. Nawet patrzenie na to jest żenujące”.
„Nic nie rozumiem” – generał wymienia spojrzenia z pozostałymi członkami prezydium – „Wyjaśnij dokładniej. Skąd pochodzą ci nadzy ludzie?”
Komendant wyjaśnia: „Niemcy są z Czechosłowacji. Czesi rozbierają ich do naga na granicy, a potem wiozą ich przez granicę do mnie. Mówią: „Przyjechałeś tu nago, wracaj nago”. Niemcy sudeccy. Są przesiedlani do Niemiec na mocy Traktatu Poczdamskiego. Dla Czechów to żart, ale dla mnie to problem. W co mam ubrać tych ludzi, skoro moi żołnierze nie mają mundurów”.
Inny komendant pyta: „Mam bank w moim mieście. Razem z dyrektorem banku zbadaliśmy prywatne sejfy w piwnicach. Były pełne złotych przedmiotów, diamentów – całych gór kosztowności. Nakazałem, żeby wszystko na razie zapieczętować. Co powinniśmy z tym zrobić dalej?” Trzeci martwi się o niemiecką dywizję pancerną stacjonującą na dziedzińcu biura komendanta.
Charakterystyczne jest, że żaden z komendantów nie skarżył się na trudności z Niemcami. Żadnego sabotażu, żadnych zamieszek. O wiele więcej kłopotów masz ze swoim ludem.
„Aparat okupacyjny musi sprostać zadaniu polityki okupacyjnej. Musimy święcie chronić prestiż naszej armii i naszego państwa w oczach okupowanego kraju. Biura komendantów są pierwszym ogniwem w naszym kontakcie z ludnością niemiecką” – zwraca się do obecnych generał Bogdanow.
„A w tej ostentacyjnej twarzy naszego państwa zebrały się wszystkie męty armii. Na razie mało uwagi poświęca się opinii publicznej pokonanego kraju, ale później da się to odczuć” – myślę w odpowiedzi na słowa generała.
Po spotkaniu organizowany jest bankiet dla uczestników. Major Kuzniecow, ja i jeszcze jeden oficer z drezdeńskiej SWA zajmujemy stolik we wnęce okiennej.
Hotel „Biały Jeleń” był kiedyś ulubionym miejscem gości kurortu i turystów zagranicznych. Z okna widać Łabę, spowitą lekką mgłą, przecinającą Drezno na dwie części. Biały Jeleń leży na wysokości lotu ptaka. Stąd zniszczenia, jakie wojna wyrządziła miastu, są ledwie zauważalne. Panorama u naszych stóp emanuje spokojem i starożytną kulturą. Drezno jest piękne, chociaż jego połowa leży w ruinie. Zawiera wiele z autentycznej szlachetności innych Niemiec, o której dziś zapominamy pod wpływem świeżych wrażeń ostatnich lat. Beznamiętni kelnerzy o twarzach profesorów uniwersyteckich w milczeniu przesuwają się przez hol. Mali chłopcy w białych kamizelkach krążą między stołami, zajęci machaniem serwetek i posłuszni cichym spojrzeniom majestatycznego obera. W dzieciństwie zapewne marzyli o tym, że pewnego dnia zajmą jego miejsce, będą dumnie nosić czarny frak i dominować na sali. Zawód kelnera w Europie został podniesiony do rangi sztuki. W Związku Radzieckim zawód ten uważano za pogardzany przez mężczyzn. Zabawny kontrast: w państwie proletariackim zawód proletariusza stał się zajęciem godnym pogardy. Nawet w komunizmie nie można było obejść się bez kelnerów. Jedyna różnica jest taka, że ponieważ my uważamy to za psie zajęcie, radzieccy kelnerzy zachowują się jak psy.
Znajoma melodia pieści nasze uszy. „Niebieska chusteczka”! Uwielbiałem słuchać tej prostej piosenki z moskiewskich scen, wykonywanej na akordeonie trzymanym w rękach żołnierza, w swobodnym wykonaniu dziewcząt w szarych płaszczach. Dziś brzmi to symbolicznie w wykonaniu niemieckiego chóru.
Major Kuzniecow rozgląda się po sali i mówi: „Przytulna atmosfera. Gdyby tylko wszystkich gości można było wyrzucić do piekła, byłoby jeszcze lepiej”.
Komendanci wypełniający salę nieco otrząsnęli się po nieprzyjemnej naradzie. Próbują pocieszyć się wspomnieniami swoich wyczynów wojskowych podczas wojny. Pomaga w tym nieograniczona liczba pysznych drinków na stołach. W sali słychać niezrozumiały hałas.
Nasz trzeci towarzysz, zerkając bokiem na hol, mówi: „To samo często przychodziło mi do głowy, gdy byłem w moskiewskim metrze. Metro jest cudowne, ale tłum jest nieharmonijny, psując całe wrażenie. Wszędzie jest marmur, a pośrodku szmaty”.
Pytam majora Kuzniecowa, który dzięki swojej pozycji adiutanta doskonale zna porządek rzeczy w wojsku: „Jak myślisz, co stanie się z majorem Astafiewem i innymi, o których mówiono na konferencji?
Major Kuzniecow uśmiecha się: „Nic. Najgorsze, co może się zdarzyć, to to, że przeniosą cię do innej komendantury. Profesjonalni podlece też są potrzebni. Poza tym wszyscy ci swołocze są szczerze oddani partii. A oddanym ludziom wiele się wybacza. Są tak samo potrzebni partii, jak partia im. Kompleks współzależny”.
Jestem zaskoczony, że major i jego stary znajomy rozmawiają tak swobodnie o drażliwych tematach. To jest niepowtarzalna atmosfera w kraju i w wojsku po zakończeniu wojny. Ludzie czuli, że wywalczyli wolność, że są zwycięzcami, a to uczucie rozprzestrzeniało się szeroko. Ułatwia to również nowość kontrastów, jakie pojawiają się w konfrontacji z Zachodem.
Podczas naszego pobytu w Dreźnie generał Szabalin zatrzymał się w willi zajmowanej przez generała Dubrowskiego, szefa Wydziału Ekonomicznego SWA w Saksonii. Wcześniej willa ta należała do dużego niemieckiego biznesmena. Za willą znajduje się wspaniały ogród.
Wracając ze spotkania w „Białym Jeleniu”, major Kuzniecow i ja wybraliśmy się na spacer do tego ogrodu. Niedługo potem kierowca generała, Misza, przybiegł za nami i poinformował, że generał prosi nas, abyśmy udali się do siedziby SWA w Dreźnie, mieszczącej się w biurze generała Dubrowskiego.
Pięć minut później byliśmy tam.
W biurze generała Dubrowskiego odbywało się teraz spotkanie nieco innego rodzaju. Po jednej stronie stołu stoi generał Szabalin, obok niego generał Dubrowski. Po drugiej stronie stołu znajdują się niemieccy ojcowie miasta, landrat Saksonii i burmistrz Drezna. Niemiecki bürgermeister mówi czysto po rosyjsku. Niedawno był podpułkownikiem Armii Czerwonej.
Omówiono zadania gospodarcze Saksonii w kontekście reżimu okupacyjnego. Wszystko idzie bardzo gładko. Bürgermeister jest nie tylko posłusznym wykonawcą testamentu, ale także cennym doradcą w sprawach lokalnych. To nie my rozkazujemy i żądamy czegoś. NIE. Bürgermeister zaleca nam odpowiednie środki i przedstawia je do zatwierdzenia.
Tylko raz, i tylko raz, cień jego niemieckiego pochodzenia prześlizgnął się przez bürgermeistera. Kiedy omawiano kwestię dotkliwego niedoboru drewna dla kopalni, generał Szabalin bez zastanowienia zasugerował: „Ale tutaj jest dużo lasów – wytnijcie je”. Podpułkownik-burmistrz rozłożył ręce ze zgrozą: „Jeśli wytniemy te lasy, to za pięć lat nasza kwitnąca Saksonia zamieni się w pustynię”. Podjęli kompromisową decyzję: poszukać innych źródeł, a tymczasem wyciąć okoliczne lasy.
Landrat istnieje na pokaz – jest miękkim stworzeniem jakiejś demokratycznej partii, gotowym podpisać każdy kawałek papieru. Za nim pracuje nasz człowiek, który wczoraj nosił radzieckie naramienniki, a dziś jest stuprocentowym Niemcem i mieszczaninem. Robi wszystko, co możliwe, żeby uzyskać więcej reparacji. Element obcy klasowo zostaje usunięty w ciągu jednej nocy, reszta jest oszołomiona strachem, a ich rodacy pracują pod przykrywką nowej demokracji.
Masami trzeba umiejętnie kierować z góry. Psychologia mas jest nauką ścisłą, szczegółowo rozwiniętą przez Kreml. Człowiek jest zwierzęciem społecznym. Warunki współczesnego społeczeństwa sprawiają, że człowiek jest o wiele bardziej zależny od stada niż od wszystkich swoich czworonożnych przodków. Tutaj nie można po prostu uciec do lasu. Pasterz na Kremlu zna się na swoim fachu.
Myśli te mimowolnie nasuwają się na myśl, gdy obserwuje się to, co dzieje się w gabinecie generała Dubrowskiego. Przyglądam się niemieckim przedstawicielom „nowej demokracji”, po czym rozglądam się i przyglądam umeblowaniu sali, w której się znajdujemy.
SWA Kraju związkowego Saksonii ma swoją siedzibę w dawnym pałacu królów saskich. Z wysokich, dębowych ścian spoglądają na nas ciemne portrety w średniowiecznych strojach. Mieszkaniec złotej ramy, wspierając się na mieczu, chłodno spogląda ponad głowami ludzi ze złotymi epoletami na ramionach. Przynajmniej ci są zwycięzcami. Ależ to stworzenie w szarym cywilnym garniturze z niemieckim imieniem! Co szlachetny król myślał o swoich pracowitych potomkach? Ludzie stają się małostkowi... Czyż to nie prawda, Wasza Wysokość?
Żegnając się ściskam dłoń podpułkownika-burmistrza. Z grzeczności rozmawiam z nim nawet po niemiecku. Żeby nie czuł się za bardzo jak lokaj. Czasami warto sprawić, by służący sprawiał wrażenie niezależnego.
Następnego dnia udajemy się do Halle, stolicy Saksonii. Tutaj Szabalin spotyka swojego starego przyjaciela, generała Kotikowa, szefa Dyrekcji Ekonomicznej SWA w kraju związkowym Saksonia (uwaga: mówimy tu o dwóch różnych krajach związkowych – kraju związkowym Saksonia z centrum w Dreźnie i kraju związkowym Saksonia z centrum w Halle). Później generał Kotikow zyskał szeroką sławę jako radziecki komendant Berlina; jego nazwisko zapewne na długo pozostanie w pamięci aliantów. Na zewnątrz generał Kotikow jest bardzo miłą osobą i dobrym gospodarzem.
W Halle uczestniczymy w podobnych spotkaniach jak w Dreźnie. Najpierw intermezzo z komendantami – ten sam obraz, co w Kraju Związkowym. Następnie generał Szabalin sprawdza działanie „nowej demokracji”. Lokalny przywódca niemiecki mieszkał przez około piętnaście lat w Moskwie na ulicy Pokrowskiego, był niemal moim sąsiadem. Wykazuje jeszcze większą gorliwość w pracy niż jego kolega z Drezna. Generał Szabalin musi ostudzić jego zapał, gdy przedstawia bardzo długą listę przedsięwzięć przeznaczonych do uspołecznienia.
„Nie tak szybko”, mówi Szabalin, „weź pod uwagę specyfikę niemieckiej gospodarki i okresu przejściowego. Przekaż swoje propozycje do rozpatrzenia generałowi Kotikowowi”.
W drodze powrotnej do Berlina mamy nieoczekiwane opóźnienie. Gdzieś w pobliżu Lutherstadt nasza tylna opona pęka z głośnym hukiem. Kierowca nie ma koła zapasowego, dętki, nawet kleju gumowego. Generał klnie jak szalony – za wszelką cenę chce dotrzeć do Berlina przed zmrokiem. Najwyraźniej nie polega zbytnio na pracy komendantur.
Kuzniecow i ja wymieniamy spojrzenia – będziemy musieli zdjąć koło, bo kierowca Misza ze strachu stracił całą swoją pomysłowość, z której słyną radzieccy kierowcy. Jest tylko jedno wyjście – założyć koło z przejeżdżającego samochodu. To powszechne zjawisko na niemieckich drogach.
Zgodnie z wszelkimi zasadami sztuki wojennej blokujemy drogę, zatrzymujemy wszystkie przejeżdżające samochody i dokonujemy ich inspekcji. Żadne koło nie pasuje do naszego „Admirała”. Ku zaskoczeniu zatrzymanych pozwoliliśmy im jechać dalej bez żadnej ingerencji. W głębi duszy zapewne pożegnali się już ze wszystkimi walizkami. Kontrola jest dość wysokiego szczebla – sam generał stoi tuż obok nas, błyskając naszywkami i innymi oznakami generalskiej godności.
Po pewnym czasie zauważamy dziwny konwój pojazdów poruszający się autostradą. Kilka krytych ciężarówek pomalowanych we wszystkie kolory tęczy, kolorowe plakaty, zapach smażonej cebuli i bohemy. Okazuje się, że to wędrowny cyrk, w którym występują Cyganie z XX wieku. Brakuje tylko czarnej Carmen, żeby dopełnić efektu. Malowniczą kolumnę dopełnia amerykański jeep wojskowy prowadzony przez amerykańskiego kapitana.
Rozglądam się w poszukiwaniu zarządcy tej parady i próbuję wymyślić, jakiego języka powinienem użyć, aby się tu porozumieć. W tym momencie zaginiona Carmen wyskakuje z jeepa i zwraca się do nas w dźwięcznym dialekcie slumsów Wedding (Wedding to słynna berlińska dzielnica slumsów, północna dzielnica).
Major Kuzniecow i ja na chwilę zapomnieliśmy nawet, dlaczego zatrzymaliśmy wszystkie te samochody. Fiołek z Wedding była naprawdę cholernie ładna. Nic więc dziwnego, że amerykański kapitan wyruszył, aby towarzyszyć swojej ukochanej w niebezpieczną podróż drogami strefy radzieckiej. Dla dobra takiej kobiety zapomnisz o wszystkich instrukcjach Eisenhowera i Żukowa razem wziętych.
Z trudem odrywając się od kuszącego obrazu, zaczynamy przyglądać się kołom samochodów, jednocześnie konsultując się z Miszą w kwestiach technicznych. Na koniec przyszła kolej na amerykańskiego jeepa.
„Co powiesz na koła od jeepa?” – pyta Kuzniecow Miszę.
„Dziury się zbiegają. Będziemy trochę utykać, ale wrócimy do domu” – odpowiada.
Więc problem został rozwiązany. Teraz otrzymamy dodatkowe dostawy w ramach Lend-Lease. Ponadto jeep ma wystające z tyłu piąte koło. Nadmierny luksus.
Wyjaśniam Carmen naszą tragiczną sytuację i wskazuję na piąte koło jeepa. Generał przypomina traktat poczdamski i psychologię zastraszania: „Zapytaj Amerykanina, czy ma przepustkę do strefy radzieckiej. Dlaczego jeździ tutaj?”
Ale talenty i fani, nawet bez tego psychologicznego wpływu, są gotowi z radością zapłacić tak niską cenę, jak jedno koło, za złamanie postanowień Traktatu Poczdamskiego i przejazd przez obce terytorium.
Zapisuję adres kapitana w Berlinie, mając na celu zwrócenie zarekwirowanego przedmiotu jego właścicielowi po przybyciu na miejsce. Później jeszcze kilka razy kazałem Miszy zawieźć koło pod ten adres. Szczerze mówiąc, obawiam się, że koło zamieniło się w butelkę wódki i zniknęło bez śladu w żołądku Miszy. Jeśli amerykańskiemu kapitanowi przyjdzie kiedykolwiek przeczytać te słowa, raz jeszcze wyrażę swoją wdzięczność i ubolewanie z powodu tego, co się wydarzyło.
Zbliżamy się już do Berlina, gdy zapada zmrok. Generał nagle okazuje zaniepokojenie i wydaje Miszy rozkaz: „Pod żadnym pozorem nie przejeżdżaj przez sektor amerykański. Szukaj drogi przez Rudow”.
Łatwo powiedzieć, ale niełatwo znaleźć to Rudow. W jednym miejscu wysadzono mosty, w innym zamknięto drogi. Gdziekolwiek pójdziemy, wszystkie drogi prowadzą przez sektor amerykański. Generał przeklina i wykazuje zaskakującą niechęć do podróżowania po amerykańskiej ziemi.
Ostatecznie trafiamy do sektora amerykańskiego. Generał kategorycznie odmawia skorzystania ze zwykłej trasy przez Potsdamerstrasse i rozkazuje Miszy podążać południowymi obrzeżami miasta, aż dotrzemy do sektora radzieckiego. Misza tylko kręci głową. Latem 1945 roku przejazd przez Berlin nocą, szczególnie przez nieznane przedmieścia, był trudnym zadaniem.
Generał gra komedię. Przecież nie może się poważnie obawiać żadnego sabotażu ani zamachu. Wzajemny przepływ sojuszników przez Berlin nie jest zabroniony. Nie mamy przy sobie żadnych tajnych dokumentów. Jasne jest, że i tutaj generał blefuje ideologicznie.
Nasz samochód, niczym ogromny chrząszcz, powoli przesuwa się po plątaninie uliczek. Czasami światła reflektorów wyłaniają z ciemności sylwetkę amerykańskiego wartownika. Wszystkie posterunki są podwójne. Strażnik niezadowolony mruży oczy w jasnym świetle, a jego dziewczyna, po pierwszym strachu, zaczyna się uśmiechać. Oczywiście, zaniepokojone pary nie zdają sobie sprawy, że to oczy radzieckiego generała wpatrują się w nich z ciemności. Generał narzeka – dla niego jest to wyraźny dowód moralnego upadku amerykańskiej armii.
Po długiej wędrówce wśród ruin i ogródków warzywnych na przedmieściach Berlina, reflektory naszych samochodów oświetlają żółtą strzałkę z napisem „Karlshorst”. Miło jest wrócić do rodzinnego gniazda po podróży przez wrogi i nieznany kraj. Miło jest gdzieś wyjechać, ale jeszcze przyjemniej jest wrócić do domu.
2.
W dniach od 17 lipca do 2 sierpnia w Poczdamie, niedaleko Berlina, odbyło się pierwsze powojenne spotkanie Wielkiej Trójki, które przeszło do historii jako Konferencja Poczdamska.
Jeśli konferencja krymska rozwiązała problemy zakończenia wojny i ustrukturyzowania powojennego świata w ogólnym zarysie, to konferencja poczdamska zajęła się tymi samymi zagadnieniami szczegółowo. Niemcy skapitulowały bezwarunkowo i teraz należało ostatecznie uzgodnić i wyjaśnić politykę zwycięskich mocarstw wobec Niemiec, metody jej realizacji oraz koordynację pracy instytucji okupacyjnych.
Podczas konferencji różnica w zachowaniu strony radzieckiej i zachodnich aliantów była uderzająca. Demokracje zachodnie koncentrowały się przede wszystkim na opracowaniu polityki, która zapobiegłaby ewentualnemu odrodzeniu się niemieckiego militaryzmu i nowej niemieckiej agresji w przyszłości. Chcieli to osiągnąć z jednej strony poprzez zniszczenie i dalsze ograniczenie potencjału militarno-przemysłowego, z drugiej zaś poprzez demokratyczną reedukację Niemiec.
Kiedy pytanie dotyczyło ogólnej przyszłości Niemiec, strona radziecka wybuchła kwiecistymi frazesami na temat demokracji. Kiedy jednak przyszło do szczegółów, przedstawiciele Związku Radzieckiego po cichu pili wodę z karafek i palili papierosy. Wyglądało na to, że Sowieci nie mieli w tej kwestii żadnego konkretnego planu. Przynajmniej tak musiało to wyglądać w oczach ludzi Zachodu. Chociaż Sowieci zazwyczaj przyjeżdżają na konferencje z wyjątkowo dobrze przygotowanymi planami, tym razem byli dziwnie powściągliwi.
Niewielu zachodnich polityków podejrzewało wówczas, że Kreml miał przemyślany plan polityki radzieckiej wobec Niemiec. Ale nie powinniśmy jeszcze kłaść tego planu na stole konferencyjnym. Stało się to później jasne, gdy potraktowano działania sowieckich władz okupacyjnych. Stalin nie zapomniał słów: „Niemcy są kluczem do Europy”.
W kwestiach odległej przyszłości Niemiec Kreml wykazał się znaczną elastycznością na konferencji poczdamskiej i generalnie zgadzał się z polityką zachodnich sojuszników. Jednak strona radziecka wykazała jeszcze większe zainteresowanie, aktywność i niezwykłą wytrwałość w sprawach najbliższej przyszłości – w sprawie ściągania należności od Niemiec i w roszczeniach terytorialnych na wschodnich granicach Niemiec.
Sekret był prosty. Zbyt prosty, by zachodni politycy mogli pojąć tak prostą mechanikę. Przyszłość jest obietnicą niezobowiązującą. Tymczasem, kosztem tych obietnic, musimy spróbować wynegocjować więcej reparacji i ustępstw od Zachodu.
Demokracje zachodnie, uspokojone względną uległością Kremla lub jego widocznym brakiem zainteresowania kwestiami zasadniczych kwestii politycznych, ze swojej strony poszły na ustępstwa w postaci rozległych reparacji i roszczeń terytorialnych Kremla, co automatycznie uzależniło Niemcy od Związku Radzieckiego. Sami zachodni alianci przekazali Stalinowi władzę nad Niemcami.
Widzieli w tym ofiarę odkupienia, która miała zaspokoić interesy ekonomiczne Kremla i uczynić go bardziej przychylnym w kwestiach powojennego świata i wzajemnej współpracy. Spojrzeli na problem z idealistycznego punktu widzenia. Kreml zawsze stoi na platformie materialistycznej. Najpierw należy zgromadzić bazę materialną, a następnie, opierając się na tej bazie, budować dalszą politykę, opartą nie na przestarzałych zobowiązaniach, a na realnych możliwościach.
Dając Kremlowi ogromną bazę materialną w Niemczech w zamian za niejasne gwarancje polityczne, Zachód popełnił poważny błąd. Gwarancje te będą przestrzegane tak długo, jak długo Kreml będzie potrzebował takiego pozoru.
Myśląc o składzie osobowym Wielkiej Trójki na konferencji w Poczdamie, nie sposób oprzeć się wrażeniu pewnej prostoty. Brak znanego nam znajomego nazwiska – prezydent Roosevelt.
Roosevelt nie dożył do zwycięstwa, któremu poświęcił tyle sił i energii, brakło dosłownie zaledwie kilka dni. Być może jest w tym wszystkim jeszcze jedna pocieszająca strona: nie musiał na własne oczy oglądać upadku iluzji, na których zbudował swoje plany dotyczące powojennego świata. Był naprawdę wielkim człowiekiem, dobrym starszym panem i krystalicznie czystym idealistą. Trudno było mu zrozumieć „dobrego faceta Joe”.
Podczas konferencji poczdamskiej Stalin wraz z przedstawicielami delegacji aliantów zachodnich wybrał się samochodami na wycieczkę po Berlinie. Jednym z rezultatów tej podróży był rozkaz, aby eksperci z Departamentu Sił Powietrznych sporządzili osobisty raport dla Stalina na temat szczegółów alianckich nalotów na Berlin. Ruiny Berlina mówią znacznie więcej niż doniesienia prasowe i dane dotyczące tonażu bomb.
Jadąc przez Berlin i patrząc na niekończący się kamienny cmentarz domów, można odnieść wrażenie, że w to ogromne miasto uderzył z góry równie potężny młot. Porównując ślady niemieckich nalotów na Moskwę i Leningrad z obrazem Berlina po nalotach USAF i RAF-u, można się zastanowić.
Obraz ten zrobił na Stalinie większe wrażenie niż raporty jego doradców wojskowych z czasów wojny i z pewnością miał większy wpływ na jego miłość do pokoju niż wszelkie perswazje i przekonania Roosevelta. Nie bez powodu domagał się specjalnego raportu na ten temat.
Podczas gdy Wielka Trójka prowadziła negocjacje na konferencji poczdamskiej, SWA kontynuowała swoje prace. Jednym z pierwszych posunięć SWA, które znacząco wpłynęły na wewnętrzną strukturę niemieckiej gospodarki, był rozkaz marszałka Żukowa nr 24. Tutaj mówiono o konfiskacie nieruchomości narodowych socjalistów, a potem, jakby mimochodem, wydano polecenia w sprawie przygotowania nacjonalizacji środków produkcji i polecenia dotyczące opracowania projektu reformy rolnej.
Tak zwana reforma rolna przysporzyła generałowi Szabalinowi wielu kłopotów. Władze niemieckie na miejscu nie były jeszcze przyzwyczajone do radzieckich metod dowodzenia i nie potrafiły czytać między wierszami. Rozporządzenie nr 24 nie zawierało dokładnych liczb. Rozkaz zawierał wiele demokratycznych frazesów i dawał uprawnienia nowym władzom niemieckim. Niemiecki „naród”, reprezentowany przez swoich „najlepszych przedstawicieli”, musiał sam opracować projekt reformy i przedstawić go do rozpatrzenia i zatwierdzenia przez SWA. Projekt mieli opracować landraci poszczególnych prowincji, biorąc pod uwagę uwarunkowania każdej prowincji.
Równocześnie z rozkazem nr 24 generał Szabalin otrzymał tajną instrukcję do tego rozkazu, która już dość precyzyjnie wskazywała, jak mają wyglądać wszystkie reformy, których opracowanie zostało fikcyjnie przekazane w ręce niemieckich samorządów lokalnych.
Kilkakrotnie musiałem obserwować procedurę przeprowadzania reformy rolnej w biurze Szabalina.
Solidny Maybach, ozdobiony flagami jarmarcznymi przedstawiającymi koguty lub kozy, podjeżdża przed wejście do Administracji Ekonomicznej. Z głębi ogromnego ciała niepewnie wychodzi na ziemię bezbarwna postać w cywilnym ubraniu. To jest Landrat, z woli SWA – „najlepszy przedstawiciel” narodu niemieckiego. Postać o tanecznym kroku przemierza korytarz. Wchodząc do gabinetu generała, landrat pochyla się służalczo w pasie. Płaszcz przypominający szatę przerzucony przez rękę, pod pachą zniszczona teczka, kapelusz przyciśnięty do brzucha, jakby chroniący go przed uderzeniem. Z wdzięczym uśmiechem na twarzy „najlepszy przedstawiciel” ostrożnie, jakby na gwoździach, opuszcza się na krzesło, oczekując na audiencję.
Gdy nadchodzi kolej, landrat zostaje zaproszony do biura. Generał za pośrednictwem tłumacza zapoznaje się z projektem reformy rolnej w kraju związkowym Saksonia.
„Jaki maksymalny limit proponują tym razem?” – pyta generał.
„Od stu do dwustu morgów, w zależności od konkretnego przypadku, towarzyszu generale” – odpowiada tłumacz, trzymając w rękach arkusze projektu.
„Co za idioci! Trzecia opcja znów nie jest dobra. Powiedz mu, że nie możemy się na to zgodzić”.
Tłumacz tłumaczy. Landrat bezradnie zgniata teczkę, po czym zaczyna tłumaczyć, że projekt ten został sporządzony na podstawie wyliczenia optymalnego efektu ekonomicznego reformy rolnej w odniesieniu do warunków tej prowincji. Próbuje on dokonać analizy specyficznych warunków rolnictwa w Saksonii, mówi o bezwzględnej konieczności, w trudnych warunkach, jakie stworzyła natura w Niemczech, ścisłego, konstruktywnego powiązania między hodowlą zwierząt, leśnictwem i uprawą zbóż, a także o wyjątkowości drobnej, ale wszechobecnej mechanizacji rolnictwa. Stopniowo Landrat ulega emocjom, a jego słowa wyrażają szczerą chęć znalezienia najlepszego rozwiązania problemu postawionego przez Rozporządzenie nr 24.
Nawet jeśli moja bezpośrednia praca tego nie wymaga, zawsze staram się być obecny na tego typu spotkaniach. Pozornie nieplanowana gospodarka kapitalistyczna Niemiec, po bliższym przyjrzeniu się, okazuje się tak organicznie i konstruktywnie współzależna, że stanowi interesujący obiekt badań dla radzieckiego specjalisty.
Gospodarka niemiecka jest niezwykle złożonym i precyzyjnym mechanizmem, w którym pole do eksperymentów, marginesów bezpieczeństwa i „zabawy” jest bardzo ograniczone. Często widziałem, jak niemieccy specjaliści rozkładali ręce ze zgrozy, gdy jakiś generał udzielał im rad lub sugestii, co było częste w warunkach radzieckich, podczas nowego planowania lub rekonstrukcji. Wtedy eksperci jednogłośnie wykrzykiwali: „Ale to jest równoznaczne z samobójstwem!”.
Tak jest i tym razem. Generał bawi się ołówkiem, pali papierosa z zamyślonym wyrazem twarzy i puszcza kółka z dymu. Nawet nie prosi tłumacza o przetłumaczenie rozumowania Landrata. Dla niego to puste hasło. Kiedy generał uznał, że czas się skończył, zmarszczył brwi i zwrócił się do tłumacza.
„Powiedz mu, że projekt musi zostać przerobiony. Musimy chronić interesy niemieckiego chłopstwa, a nie wielkich właścicieli ziemskich”.
Generał reprezentuje klasyczny typ radzieckiego przywódcy, automat-egzekutor, niezdolny do postrzegania dowodów drugiej strony i krytycznego, niezależnego osądu. Ten karabin maszynowy ma na ramionach generalskie epolety i dziś decyduje o gospodarczym losie Niemiec.
Landrat wstaje zawstydzony. Wszystkie jego argumenty są bezużyteczne. Projekt reformy rolnej będzie zmieniany jeszcze kilka razy. Będzie to trwało tak długo, aż „niezależny” niemiecki projekt będzie dokładnie odpowiadał tajnym instrukcjom przechowywanym w sejfie generała.
Reforma rolna jest raczej przedsięwzięciem politycznym, niż ekonomicznym. Ważne jest, aby na razie osłabić gospodarczo jedną z silnych grup niemieckiego społeczeństwa, a z drugiej strony stworzyć nową grupę sympatyzującą z nowym rządem. Na następnym etapie, gdy nowy rząd stanie się silniejszy, ten pierwszy zostanie fizycznie zniszczony, a ten drugi zapozna się ze znaną w ZSRR formułą: „Ziemia jest wasza, a owoce nasze!” Dlatego też generał Szabalin nie interesuje się dyskusjami na temat skutków gospodarczych reformy rolnej.
Czasami odczuwam żal, gdy patrzę na Niemców, z którymi mam do czynienia w biurze generała Szabalina.
Większość z nich to komuniści. W takiej czy innej formie walczyli z reżimem hitlerowskim i wielu cierpiało z powodu swoich przekonań. Po kapitulacji przywitali nas z radością. Niektórzy – jako wyzwolicieli, inni – jako ideologicznych sojuszników. Wielu z nich przyszło do nas chcąc pracować dla dobra przyszłych Niemiec. Oczywiście należy uwzględnić również liczbę rycerzy koniunktury.
Zanim osoby te otrzymały stanowiska kierownicze, zostały przez nas dokładnie sprawdzone pod kątem wiarygodności politycznej. Uważając nas za swoich ideologicznych sojuszników, początkowo nie bali się swobodnie wyrażać swoich myśli. Jednocześnie uderzające było to, jak przekonania i aspiracje wielu z nich były sprzeczne z instrukcjami, które od nas otrzymali. Potrzebujemy cichych wykonawców, a nie równoprawnych partnerów. Nadejdzie czas, gdy ci ludzie staną przed dylematem: albo milcząco wykonywać nasze rozkazy i stać się naszymi posłusznymi narzędziami, czy odejść i dać miejsce innym.
Oprócz oficjalnych przedstawicieli władz niemieckich, Urząd Gospodarczy odwiedzają także inne osoby. Szczególnie interesujących gości mamy w Departamencie Nauki i Technologii. Szefem tego wydziału był pułkownik Kondakow, który przed wojną był szefem wydziału Wyższych Uczelni Wojskowych w Wszech-związkowym Komitecie do Spraw Szkolnictwa Wyższego. Nie jest już młody, jest bardzo kulturalnym człowiekiem, znającym się na swojej pracy i potrafiącym zrozumieć ludzi.
Pewnego dnia pułkownik Kondakow spotkał mnie na korytarzu. Rozpacz malowała się na jego twarzy.
„Grigorij Pietrowicz” – zwrócił się do mnie – „proszę bądź tak miły i pomóż mi!”.
„O co chodzi, towarzyszu pułkowniku?” – zapytałem.
„Jest tu Niemiec, który mnie torturuje. Wynalazł jakiegoś diabelskiego szatana i oferuje go nam. Nie chce podać szczegółów, a z tego, co mówi, nie zrozumiemy niczego”.
„W czym mogę pomóc, towarzyszu pułkowniku?”
„No cóż, przynajmniej z nim porozmawiaj. Mnie trudniej jest rozmawiać przez tłumacza niż tobie”.
W biurze pułkownika czekał na nas szczupły, blondwłosy Niemiec. Gdy weszliśmy, przedstawił się, a potem przedstawił swoją młodą, przypominającą lalkę żonę.
„No cóż, panie inżynierze, co pan tam ma?” – zapytałem.
„Przede wszystkim, Panie Majorze, chciałbym zwrócić Pana uwagę na fakt, że jestem szczególnie zainteresowany przekazaniem mojego wynalazku w ręce wielkiego Związku Radzieckiego, gdzie będzie służył ku pożytkowi ludzi pracy…”
„Gut! Więc co pan tam ma?” – przerwałem, wykorzystując moment, w którym wynalazca nabrał głębokiego oddechu, by móc dalej się wygadać.
„Nie chcę, żeby mój wynalazek wpadł w ręce Amerykanów, choć wiem, że zapłacą mi więcej. Nie lubię imperialistów. Sam jestem przekonanym komunistą i…”
„Na gut! Daran zweifle ich nicht” – przerwałem mu ponownie, już przyzwyczajony do politycznych wstępów – „Was haben Sie eigentlich?” {Co Pan właściwie ma?}
Po godzinnej rozmowie dowiedziałem się dokładnie tyle samo, co pułkownik. Mowa o tajemniczym silniku o monstrualnym współczynniku sprawności i wielu innych kuszących cechach. Wynalazca wyraźnie sugeruje, że jego silnik zrewolucjonizuje sprawy militarne, wywracając do góry nogami całą nowoczesną technologię wojskową. Jednocześnie twierdzi, że przez kilka lat, ryzykując życie, ukrywał swój wynalazek przed „faszystami”, aby nie zaszkodził ludzkości.
Kiedy pytam, jakim paliwem napędzany jest silnik, wynalazca krzywi się, jakbym wymuszał na nim patent i wszelkie prawa do wynalazku. Wynalazca prosi o pomoc w dokończeniu, a właściwie odrestaurowaniu, jego dzieła i modeli silników. Faktem jest, że wszelkie obliczenia, rysunki i modele zostały zniszczone podczas bombardowania amerykańskimi bombami. Później przyzwyczailiśmy się do odniesień do bombardowań we wszystkich przypadkach, gdy zachodziła potrzeba tuszowania luźnych wątków i upiększania bajek dramatycznymi szczegółami. W zamian za nasze wsparcie wynalazca zobowiązuje się przekazać swój patent w ręce rządu radzieckiego.
Poprosiłem wynalazcę, aby sporządził mi listę wszystkiego, czego potrzebuje do swojej pracy.
Z podejrzaną gotowością, jakby czekał na to, wynalazca otwiera teczkę i wręcza mi listę w trzech egzemplarzach. Na liście znajduje się wszystko, czego możesz chcieć – pieniądze, jedzenie, a nawet papierosy – ale nie to, co jest potrzebne do wykonywania tego rodzaju pracy.
Ja, podobnie jak pułkownik przede mną, mam ogromną ochotę dać wynalazcy po szyi i wyrzucić go za drzwi. Jestem pewien, że stosuje tę sztuczkę jednocześnie lub kolejno we wszystkich czterech dyrekcjach okupacyjnych w Berlinie. Dla zachowania przyzwoitości zabiera ze sobą także żonę lub dziewczynę. Jednakże taka metoda leczenia byłaby sprzeczna z podstawową zasadą pracy Departamentu Nauki i Technologii.
Pułkownik postanawia dać wynalazcy możliwość udowodnienia prawdziwości jego twierdzeń. Jednocześnie mruczy: „No cóż, poczekaj! Jeśli myślisz, że możesz mnie oszukać, to poznasz piwnicę”. Wokół różnych wydziałów Administracji Ekonomicznej, niczym muchy nad gnojem, kręcą się ożywieni biznesmeni. Niektórzy zajmują się denuncjacjami, inni oferują swoje usługi w dziedzinach istotnych dziś. Po tym, jak berlińskie gazety zapełniły się doniesieniami o bombach atomowych zrzuconych przez Amerykanów na Japonię, Departament Nauki i Technologii Armii codziennie otrzymywał oferty zakupu patentu na bombę atomową, a nawet silnika atomowego. Bomby atomowe oferowano nam hurtowo i detalicznie, ze zniżką i na raty.
Oczywiście główna praca Wydziału Nauki i Technologii odbywa się innymi kanałami. Ludzie, którzy nas naprawdę interesują, nie przychodzą do nas osobiście. Zazwyczaj ich szukamy i do nich idziemy.
Wydział Nauki i Techniki SWA to tylko zewnętrzna fasada, punkt odbiorczy i sortujący dla wydziału NKWD o tej samej nazwie. Pułkownik Kondakow zbiera materiały, ocenia ich wartość, po czym przekazuje sprawę do Wydziału Naukowo-Technicznego NKWD w Poczdamie. Moskwa wysyła tam do pracy najbardziej wykwalifikowanych radzieckich specjalistów – ekspertów we wszystkich dziedzinach nauki i techniki.
Pracując w biurze generała Szabalina, często muszę kontaktować się z Departamentem Nauki i Techniki. Głównym zadaniem tego działu jest wyszukiwanie mózgów.
Moskwa zna wartość niemieckich umysłów. Nie mniej dobrze wiedzą o tym zachodni sojusznicy. Na tej podstawie już od pierwszego dnia okupacji Niemiec wybuchła zacięta walka pomiędzy aliantami zachodnimi i wschodnimi.
W chwili kapitulacji Turyngia i większość Saksonii znajdowała się w rękach amerykańskich. Dwa miesiące później, równocześnie z wkroczeniem aliantów zachodnich do Berlina, Turyngia i Saksonia, zgodnie z wcześniej zawartymi porozumieniami, zostały przekazane do dyspozycji radzieckich władz okupacyjnych.
Podczas wizyt inspekcyjnych w prowincjach SWA generał Szabalin domagał się od gubernatorów wojskowych informacji na temat realizacji rozkazu Sztabu Generalnego SWA o zidentyfikowaniu i zarejestrowaniu niemieckich specjalistów. Jednocześnie generał przeklinał z irytacją, zaskoczony szybkością i dokładnością działań „przeklętych sojuszników”.
Podczas krótkiego pobytu w Turyngii i Saksonii Amerykanom udało się wywieźć stamtąd całą czołówkę niemieckiej nauki i techniki. Wybitni naukowcy, cenne laboratoria badawcze i archiwa techniczne – wszystko to wywieziono na Zachód. Naukowiec, który otrzymał propozycję ewakuacji, dostał możliwość zabrania ze sobą nieograniczonej liczby niezbędnych materiałów, sprzętu i personelu naukowego według własnego uznania. Na tych terenach w nasze ręce trafiali jedynie stosunkowo bezużyteczni profesorowie nadzwyczajni i asystenci. Szczególnie cennym łupem były dla nas fabryki Zeissa w Jenie. Ale i tutaj Amerykanie zdołali wywieźć cały sprzęt techniczny. Mając pozostałych pracowników, Zeiss mógł pracować, ale nie robić postępów. Ten sam obraz zaobserwowano we wszystkich instytutach badawczych w Dreźnie i Lipsku.
Bardzo istotny był też fakt, że podczas ofensywy Armii Czerwonej większość wybitnych naukowców uciekła na Zachód.
Instytut Badawczy Cesarza Wilhelma, jedna z największych placówek naukowych na świecie, którą Moskwa była szczególnie zainteresowana, okazał się dla nas równie przydatny, co ruiny Koloseum.
Aby w jakiś sposób usprawiedliwić się przed Moskwą, SWA próbowała na wszelkie sposoby przedstawić trzeciorzędnych naukowców, którzy wpadli w nasze ręce, jako gwiazdy pierwszej wielkości. Asystenci w laboratoriach Messerschmidta byli podawani jako jego najbliżsi współpracownicy. Zwykłą metodą przywództwa radzieckiego jest planowanie od góry do dołu i wprowadzanie nonsensu od dołu do góry.
Najwyraźniej, w celu wzmocnienia powojennego pokoju, intensywnie poszukujemy specjalistów wojskowych ze wszystkich zakątków Niemiec. Krążymy jak wilki w poszukiwaniu konstruktorów V-2, samolotów odrzutowych i ciężkich czołgów. Chmury drobnych łobuzów zalewają nas ofertami swoich usług w dziedzinie ulepszania narzędzi śmierci.
Jednocześnie często przychodzą listy w imieniu marszałka Żukowa, które są następnie przekazywane do rozpatrzenia przez Dyrekcję Ekonomiczną. Wiele z nich jest napisanych ręcznie na prostych kartkach papieru i opatrzonych prostymi rysunkami i obliczeniami. Czasem pułkownik Kondakow pokazuje mi je z bezradnym uśmiechem. Te listy trafią do kosza na śmieci. A jednak są to najważniejsze listy, jakie SWA otrzymuje od Niemców.
Listy te piszą zwykli ludzie, którzy nie mają nawet maszyny do pisania ani sprzętu do rysowania. Ci ludzie nie potrzebują patentów. W prostocie tych listów jest pewien patos. Nieznani Niemcy, ani naukowcy, ani wynalazcy, przedstawiają nam własne projekty samobieżnych wózków inwalidzkich dla inwalidów wojennych. Z typowo niemiecką precyzją wskazują na wygodę, ekonomiczność i niski koszt wózków dziecięcych produkowanych masowo. W końcu dzisiaj w Niemczech i Związku Radzieckim żyją setki tysięcy kalek bez nóg, które potrzebują tych rzeczy.
Listy lądują w koszu na śmieci, a fabrykanci śmierci znów pukają do drzwi.
W Departamencie Nauki i Techniki muszę kilkakrotnie spotykać się z majorem Popowem. Przed wojną był kierownikiem Instytutu Badań Naukowych Telewizji i Telemechaniki. Major Popow bardzo lubi podkreślać swoją odpowiedzialną pracę i dotychczasowe osiągnięcia. Próbuje w ten sposób zrekompensować nieprzyzwoicie małą liczbę baretek orderu na swojej piersi.
Pewnego popołudnia poszedłem do biura pułkownika Kondakowa. Był tam również major Popow. Czekając na rozpoczęcie prac, zaczęliśmy rozmawiać o najnowszych osiągnięciach technologicznych. Rozmawialiśmy o lotnictwie i na koniec o amerykańskich „latających fortecach” B-29.
Major Popow, jakby mimochodem, zauważa: „Teraz mamy także te ptaki”.
Potem zwraca się do mnie: „Pamiętasz, Grigoriju Pietrowiczu, że w 1943 roku gazety pisały, że kilka latających fortec po bombardowaniu Japonii zboczyło z kursu, wylądowało na naszym terytorium i zostało internowanych?”
„Tak, coś pamiętam” – odpowiadam.
„To była dość delikatna sprawa” – mówi Popow – „trochę inna od tego, co pisano w gazetach”.
Pułkownik Kondakow, który miał już dość słuchania nieustannego gadania swojego asystenta, opuszcza biuro. Major Popow opowiada mi historię powstania radzieckich „latających fortec”.
Kiedy zaginione amerykańskie samoloty zostały odkryte nad terytorium Związku Radzieckiego, na ich poszukiwanie wysłano eskadrę radzieckich myśliwców. Jednak amerykańskie superbombowce leciały z taką prędkością, że myśliwce nie były w stanie ich dogonić. Następnie wezwali na pomoc eskadrę szybkich myśliwców przechwytujących. Dogonili Amerykanów i nadali im sygnał radiowy do lądowania.
Amerykanie otrzymali rozkaz zakazujący lądowania latających fortec na nieznanym terytorium. Latające Fortece były najnowszym osiągnięciem amerykańskiej technologii lotniczej, a ich projekt był objęty najściślejszą tajemnicą. W przypadku przymusowego lądowania na nieznanym terytorium załoga musi katapultować się na spadochronach, a samolot musi eksplodować w powietrzu. Amerykanie, ignorując sygnały od radzieckich myśliwców, nadal wyli rykiem silników nad syberyjską tajgą. Potem myśliwce wystrzeliły salwę rakiet Katiusza, zamontowanych w skrzydłach najnowszych modeli radzieckich samolotów, nad głowami bombowców.
Ostatecznie myśliwcom udało się rozbić formację bombowców i zmusić jeden z nich do lądowania na lotnisku w Chabarowsku. Na ziemi załoga bombowca została powitana z wyjątkową gościnnością. Mimo wszelkich namów Amerykanie odmówili opuszczenia samolotu do czasu przybycia amerykańskiego konsula. Nie udało im się tak szybko znaleźć konsula, ale w obecności Amerykanów cały samolot, od dziobu po ogon, został opieczętowany pieczęciami lakowymi. Pieczęć uroczyście umieszczono w kieszeni kapitana samolotu, a po zapewnieniu Amerykanów, że wszystko będzie w porządku, zaproszono ich na kilka godzin odpoczynku przed przybyciem konsula do modnej restauracji Intourist. Tam czekał na nich stół z najwykwintniejszymi daniami i nieograniczoną ilością odurzających drinków, a także uwodzicielskie dziewczyny będące zagranicznymi turystkami.
Podczas gdy załoga bombowca zmagała się na pokładzie „Intourista” z wszystkimi ziemskimi pokusami, przewody telegraficzne między Moskwą a Chabarowskiem huczały od tajnych zapytań i w odpowiedzi rozkazów. Samoloty, w których pracowali najlepsi radzieccy specjaliści we wszystkich dziedzinach techniki lotniczej, zostały w pośpiechu wysłane z Moskwy. Nocą, częściowo za namową, częściowo siłą, ułożono Amerykanów spać w „Intouriście”, aby mieć pewność, że nie będą się nudzić w samotności.
W tym czasie na lotnisku trwały gorączkowe prace. Wszystkie pieczęcie lakowe zostały otwarte, a w świetle reflektorów radzieccy inżynierowie, technicy i kreślarze krzątali się po samolocie. Zadaniem radzieckich zespołów technicznych było zebranie wszystkich rysunków i schematów, przeniesienie wszystkiego z realu na kalkę kreślarską i plany.
Popow również przyleciał jednym z samolotów wraz z grupą pracowników swojego Instytutu Badawczego. Brał udział w realizacji rozkazu Kremla: „Wszystko spiszcie na papierze!” Zespoły techniczne opanowywały obsługę B-29 w ciągu kilku dni. Amerykańska załoga była cały czas internowana w „Intourist”.
Fakt, że B-29 wylądował na Dalekim Wschodzie, potwierdziły doniesienia TASS. Nawet bez opowieści majora Popowa można założyć, że tak właśnie było. Dlatego wcale nie byłem zaskoczony, słysząc szczegóły z ust naocznego świadka i uczestnika „misji specjalnej”.
Opisując wszystkie trudności związane z wykonaniem rysunków B-29 i swoje osiągnięcia na tym polu, major Popow zakończył swoją opowieść w nieco romantycznej formie.
Jeden z członków załogi, podejrzewając, że dzieje się coś złego, zdołał wymknąć się nocą z Intourista i przedostać się na lotnisko. Tam zobaczył, co się dzieje z „zapieczętowanym” samolotem. Wracając do swoich towarzyszy z Intourist, opowiedział im, co działo się na lotnisku. Amerykanie mieli ze sobą miniaturową radiostację krótkofalową, typową dla sytuacji awaryjnych. Natychmiast wysłali zaszyfrowaną wiadomość do amerykańskiej kwatery głównej, informując o sytuacji.
Tymczasem Moskwa i Waszyngton były zaangażowane w ożywioną wymianę not dyplomatycznych w sprawie internowanego latającego giganta. Waszyngton zażądał natychmiastowego uwolnienia samolotu. Moskwa przeprosiła za opóźnienie w sposób przesadnie uprzejmy, powołując się na pogodę i inne obiektywne przyczyny.
Gdy zaszyfrowana wiadomość od załogi latającej fortecy dotarła do Waszyngtonu, została odebrana przez amerykańskie stacje radiowe na Pacyfiku, gdzie toczyły się działania wojenne, i przekazana do miejsca przeznaczenia, praca radzieckich zespołów technicznych dobiegła już końca. Tajemnica B-29, przynajmniej od strony technicznej i konstrukcyjnej, nie była już dla Moskwy tajemnicą.
Amerykańską załogę odprowadzono na lotnisko w przyjaznej atmosferze, a kapitana poproszono uroczyście o sprawdzenie, czy pieczęcie woskowe są nienaruszone i bezpieczne. Stalin osobiście poinformował o tym prezydenta Roosevelta w niezwykle serdecznym telegramie. Kilka minut przed startem latającej fortecy nadszedł telegram od prezydenta Roosevelta do Stalina: „Przyjmij ode mnie B-29 jako prezent”.
Gdy radzieccy piloci przystąpili do opanowania prezydenckiego daru w celu przetransportowania go drogą lotniczą do Moskwy, napotkali nieoczekiwane trudności. Podniesienie olbrzyma w powietrze nie było takie łatwe. Najlepsi piloci Dalekiego Wschodu nie byli w stanie sprostać temu zadaniu. Specjalnie z Moskwy wysłano tam jednego z najlepszych pilotów doświadczalnych samolotów ciężkich. Po dwóch tygodniach zapoznawania się z gigantem i lotów testowych po lotnisku, udało mu się w końcu unieść latającą fortecę w powietrze i bezpiecznie wylądować na lotnisku Tuszyno w Moskwie. Za to odznaczono go tytułem Bohatera Związku Radzieckiego.
Zadanie przygotowania produkcji samolotów tego typu powierzono kilku wiodącym Centralnym Biurom Projektowym Centralnego Biura Projektowego Ludowego Komisariatu Przemysłu Lotniczego. W ostatnim roku wojny zaczęto składać pierwsze modele próbne. Wkrótce rozpoczęła się produkcja seryjna w kilku fabrykach lotniczych Uralu. Nad budową radzieckich latających fortec czuwał A. N. Tupolew we współpracy ze zdolnym konstruktorem lotniczym Pietliakowem.
3.
Z biegiem czasu do SWA przyjeżdżają nowi ludzie, którzy chcą pracować w SWA.
Pewnego dnia, wchodząc do pokoju recepcyjnego generała, zobaczyłem dziewczynę w jasnym płaszczu siedzącą na krześle. Założyła nogę na nogę, zapaliła papierosa i niezależnym tonem rozmawiała z majorem Kuzniecowem, który siedział przy stole. Koniec papierosa, który podniosła do ust, zostawił jaskrawo-czerwone ślady szminki. Dziewczyna rzuciła mi szybkie, oceniające spojrzenie, po czym zwróciła się do majora. Było coś osobliwego w jej całym zachowaniu, w jej celowo swobodnej pozie, w głębokim zaciągnięciu się dymem papierosowym i grymasie na jej jaskrawo pomalowanych ustach. To nie była dziewczyna, ale ciągłe wyzwanie.
Kiedy major Kuzniecow poprosił ją, aby udała się do gabinetu generała, drzwi gabinetu zamknęły się za nią z hukiem, który wyraźnie nie przystawał do tego rodzaju drzwi.
„Taka piękność?” – zapytałem Kuzniecowa.
„Pracowała jako tłumaczka dla jednego generała, który był demontażystą. Teraz wyjechał do Moskwy, a szef sztabu polecił ją naszemu szefowi. Prawdopodobnie zostanie jego tłumaczką”.
W ten sposób Liza Stenina została tłumaczką generała Szabalina. Osobisty tłumacz, jak zawsze podkreślała. Mówi doskonale po niemiecku, jest dobrze wykształcona, oczytana i inteligentna. Ponadto Lisa ma wiele innych oryginalnych cech.
Lisa nadmiernie używa kosmetyków. Szanująca się kobieta z ulicy byłaby ostrożna, gdyby chodziło o nakładanie tak dużej ilości różu i białego pudru, jak Lisa. Kiedy się spieszy, pracuje jak tynkarz. Chociaż Lisa wygląda na co najmniej dwadzieścia pięć lat, uparcie twierdzi, że dopiero niedawno skończyła siedemnaście lat. Chociaż we wszystkich dokumentach widnieje jako Jelizawieta Jefimowna, to spotykając się z ludźmi, zawsze przedstawia się jako Jelizawieta Pawłowna. Jefimowna brzmi plebejsko, ale „Pawłowna” trąci bohaterkami Puszkina.
Lisa jest cywilem. Pomimo tego nosi oficerski płaszcz z naramiennikami porucznika narzucony na jedwabną suknię. Twierdzi, że nie ma nic innego do ubrania. Oczywiście, ona to wszystko zmyśla, a płaszcz nosi wyłącznie z próżności.
Osobista tłumaczka nie krępuje się zbytnio w posługiwaniu się językiem. Jednocześnie lubi podejmować dyskusje na dość drażliwe tematy polityczne. Tego typu rozmowy nie są popularne wśród osób, które nie znają się dobrze. W takich przypadkach staram się ożywić rozmowę.
„Lizoczka, wiesz co?” – pytam.
„Co, Grigorij Pietrowicz?” – odpowiada Lisa.
„Pokaż mi swój język. Bądź tak miła.”
„Co ci przyszło do głowy?”
„No to pokaż! Wtedy ci powiem, o co chodzi.”
Pobudzona ciekawością Lisa ostrożnie otwiera usta i pokazuje ostry czubek języka.
„No cóż, to za mało” – mówię. – „Zrób to tak jak doktor. A-a-a...”
Lisa wystawia język, spodziewając się czegoś interesującego.
„I to wszystko!?” – Jestem zaskoczony – „Myślałem, że sięgnie podłogi…”
Lisa na chwilę zamarła ze złości, po czym wybuchła potokiem jadowitych epitetów skierowanych do mnie.
Oprócz dyskusji o polityce Lisa uwielbia rozmawiać na tematy intymne. Zaczyna je z miną niewinnej uczennicy, która nic nie rozumie na temat relacji między płciami i dlatego nie uważa za grzech rozmawiać na ten temat. Posunęła się w tym kierunku tak daleko, że nawet doświadczeni oficerowie się rumienią.
Są kobiety, które interesują się mężczyznami przede wszystkim jako obiektem swego rodzaju polowań. Kiedy kobieta-myśliwa czuje, że jej ofiara jest w jej mocy, czerpie z tego satysfakcję i traci wszelkie zainteresowanie ofiarą. To jest kobieta-wilk. Jest coś w Lisie, co przypomina typ kobiety z nienormalną psychiką.
Bardziej niż cokolwiek innego na świecie Lisa kocha efekty. Przy każdej okazji mówi, że jej siostra jest żoną generała Rudenki. Kiedy publiczność nie wyraża podziwu dla tego faktu, Lisa wyjaśnia, że generał Rudenko jest szefem radzieckiej komisji zakupów w Ameryce. Kiedy i ta wiadomość nie działa, Lisa ujawnia, że generał Rudenko nie jest tylko naszym przedstawicielem handlowym za granicą. On jest o wiele ważniejszą osobą. Jest szefem radzieckiego wywiadu w Ameryce.
Następnie Lisa, opierając się na rodzinnej znajomości z Rudenką, zaczyna opowiadać liczne historie o pracy radzieckich przedstawicieli handlowych i dyplomatycznych w Ameryce. Szczególnie podziwia wyczyny pewnego majora Romanowa. Według opisu Lisy jest on przystojnym i odważnym mężczyzną, którego specjalnością jest zdobywanie informacji wywiadowczych od oczarowanych nim Amerykanek. Lisa dosłownie ubóstwia tego amanta.
Pewnego dnia Lisa nie pojawiła się w pracy przez cały dzień, niespodziewanie. Późnym wieczorem pojawiła się w pokoju tłumaczy. Ale w jakim stanie – cała podrapana, w podartej sukience, z zabandażowaną głową.
O jej przybyciu poinformowano mnie telefonicznie dziesięć minut przed końcem godzin pracy. Przyszedłem zobaczyć, co się dzieje:
„Co się stało, Liza?” – zapytałem zaniepokojony.
„Pewien pułkownik zaprosił mnie na przejażdżkę i zabrał do lasu. No i wtedy…”
„A potem wzięłaś go na swoją głowę!” „Zakończyłem, patrząc na jej zabandażowaną głowę.
„Gdzie jest twoja czapka?” – zapytał ktoś.
„Zgubiłam” – odpowiedziała Lisa, podkreślając powagę sytuacji, z której wyszła zwycięsko.
„Zgubiłaś coś jeszcze, Lizo?” – Zapytałem, wkładając w swój głos tyle niepokoju, ile tylko było to możliwe.
W odpowiedzi Lisa obdarzyła mnie miażdżącym spojrzeniem.
„Co mamy z tobą zrobić?” – Współczułem. – „Skoro jesteś porucznikiem, to za nieuprawnioną nieobecność należy ci się wartownia. Co teraz powie generał?!
„To teraz moja sprawa. Nie musisz się martwić, towarzyszu majorze”.
„Biedna Lisa!” – Westchnąłem.
Kilka dni później major Kuzniecow powiedział mi mimochodem:
„Drażnisz Lisę. Uważaj na nią!”
„Co jest?”
„To jest. Nawet generał się jej boi. Pamiętaj!”
„O co chodzi?"
„Ona nie dostała się do generała tak po prostu. Rozumiesz?” – Kuzniecow zniżył głos. – „Mówię ci to jako przyjaciel. Nie igraj z ogniem.”
Później miałem okazję bliżej poznać Lizę Steninę i jej przeszłość.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści