Bo w wielkiej mądrości jest wiele smutku; a kto pomnaża wiedzę, zwiększa smutek.
Król Salomon, Kazn. 1:18
Chociaż ta historia przypomina anegdotę, wszystko to tylko potwierdza starą bajkę o Prawdzie i Fałszu – jak Fałsz biegnie ścieżką, a Prawda leży pod krzakami. 26 kwietnia 1975 roku w Queens College w Nowym Jorku odbyła się konferencja Amerykańskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Języków i Literatur Słowiańskich – AATSEEL – której tematem była dyskusja kilku profesorów „Kto jest autorem «Cichego Donu»?" To towarzystwo jest najnudniejsze, pomyślałem, a ci profesorowie nie powiedzą nic nowego. Ponieważ jednak pogoda była wiosenna, a Queens College był niedaleko, wsiadłem z żoną do samochodu i pojechaliśmy. Przecież w kinie wszędzie jest tylko porno i też trzeba płacić, a tutaj przynajmniej jest za darmo.
W konferencji wzięło udział około sześćdziesięciu nauczycieli języka i literatury rosyjskiej z amerykańskich uczelni. W dyskusji uczestniczyli profesor German Jermołajew z Princeton University, profesor David Stewart z University of Pennsylvania, profesor Robert Maguire z Columbia University oraz Max Hayward, pracownik Instytutu Rosyjskiego na Uniwersytecie Columbia, specjalizujący się w tłumaczeniach sowieckich dysydentów. Wszystko zaczęło się od tego, że pewien, rzekomo sowiecki krytyk literacki, który z jakiegoś powodu ukrył się za literą „D” i od razu umarł, napisał książkę „Strzemię cichego Donu”, w której zapewnia, że „Cichy Don” to plagiat, a Szołochow – złodziej literatury. A Sołżenicyn napisał przedmowę i dodatek do tego „Strzemienia”, zabezpieczając to wszystko od przodu i od tyłu autorytetem noblisty i kopiąc kopytkiem innego noblistę – Szołochowa. Cóż, myślę, że profesorowie nie naruszą dyscypliny partyjnej i powtórzą to samo. Usiadłem więc dalej, żeby móc dyskretnie się zdrzemnąć. Pierwszym głównym mówcą był prof. German Jermołajew. Siedzę i nie wierzę własnym uszom: prof. Jermołajew uważa, że „Cichy Don” napisał – tak! – Sam Szołochow?!
Warto w tym miejscu zaznaczyć, że prof. Jermołajew nie należy do tych profesorów, których zwykle publikuje się w „Nowym Rosyjskim Słowie”. Istnieją rosyjskojęzyczni nauczyciele, asystenci, lub, w najlepszym razie, docenci, którzy, zgodnie z amerykańskim zwyczajem, nazywają siebie profesorami, a nie publikują nigdzie poza NRS. A prof. Jermołajew jest prawdziwym „pełnoprawnym” profesorem i to na Uniwersytecie Princeton, który, po Harvardzie, uważany jest za najlepszy w USA.. Ponadto, prof. Jermołajew napisał pracę doktorską o Szołochowie i jest specjalistą od Szołochowa.
Sowiecki literaturoznawca-widmo, który ukrył się za inicjałem „D” i natychmiast się rozpłynął, oraz jego adwokat Sołżenicyn twierdzą, że „Cichy Don” napisał, w zasadzie jakoby nie Szołochow, a doński pisarz Fiodor Kriukow, który zmarł w 1920 r., i którego rękopis Szołochow rzekomo splagiatował.
W sowieckiej „Encyklopedii literackiej” o F. Kriukowie napisano: „W 1906 roku został wybrany na posła Pierwszej Państwowej Dumy z rejonu Armii Dońskiej. Był jednym z założycieli partii „Socjaliści Ludowi”. W latach 1906-1907 występował w Dumie i prasie przeciwko używaniu pułków dońskich do tłumienia rewolucyjnych działań (jednym z tych pułków dowodził mój dziadek, G.K.)... W.I. Lenin wykorzystał esej Kriukowa „Bez ognia” w swoim artykule „Co dzieje się w ruchu ludowym i co dzieje się na wsi?”
(Dzieła, tom 18, s. 520, 522-523).”
Ogólnie rzecz biorąc, Fiedia Kriukow był równie lewicowy, jak nasi obecni dysydenci. Po rozwiązaniu Dumy, za podpisanie Apelu Wyborskiego, Kriukow został skazany przez sąd i pozbawiony prawa do służby publicznej, a rząd Donu zakazał nawet temu „delegatowi” wjazdu na terytorium Wielkiej Armii Donu. Tam grożono mu publiczną chłostą. Do Donu wrócił dopiero po rewolucji lutowej.
Ponieważ pisma F. Kriukowa można znaleźć w bibliotekach, prof. Jermołajew oparł swoją analizę autorstwa „Cichego Donu” przede wszystkim na porównaniu twórczości Szołochowa i Kriukowa. Wniosek jest taki: Kriukow to pisarz nudny, słaby, bez błyskotliwości, bez przebłysku. A Szołochow pokazał swoją siłę już we wczesnych „Opowieściach znad Donu”. Jak silny pisarz Szołochow mógł wyrwać „Cichy Don” słabemu i szaremu Kriukowowi?
Ech, moim zdaniem, jawne naruszenie dyscypliny partyjnej! Aby lepiej słyszeć, nawet wstałem i powoli przeszedłem do pierwszego rzędu.
Następnie profesor Jermołajew przystąpił do bardzo merytorycznej analizy leksykalnej fragmentu Szołochowa i Kriukowa. Na przykład, charakterystyczne powtórzenia przymiotników, metafor, obrazów. To jak analiza odcisków palców danego autora. W końcu każdy autor ma swój własny charakter pisania – nie tylko zewnętrzny, ale także wewnętrzny.
I okazuje się, że Szołochow to Szołochow, a Kriukow to Kriukow. Nie mają ze sobą nic wspólnego. I „Cichy Don” napisał, no tak, Szołochow! A ja siedzę i myślę: „Hmm, ale co to oznacza? Przecież to oznacza, że Sołżenicyn jest kłamcą i oszczercą! Jeden z laureatów Nagrody Nobla próbuje opluć innego laureata Nagrody Nobla. Oszczerstwo na najwyższym poziomie!”
Profesor Jermołajew przemawiał ponad godzinę. Przytoczył nawet uchybienia i pomyłki językowe Szołochowa, które były w pierwszych wydaniach „Cichego Donu”, ale zostały potem przez redakcję usunięte. Te błędy i lapsusy były dla Szołochowa zupełnie naturalne, nie miał wystarczającego wykształcenia, ale miał talent, iskrę Bożą. Lecz te lapsusy językowe były zupełnie niemożliwe dla Kriukowa, człowieka z uniwersyteckim wykształceniem i redaktora znanego żurnalu „Rosyjski Dobrobyt”, tylko człowieka bez talentu.
Po profesorze Jermołajewie, który zdemaskował Kriukowa (a zatem anonimowego „D”, za którym opowiada się Sołżenicyn), zabrał głos profesor David Stewart, także, jak to się mówi w Ameryce, „pełny” profesor literatury rosyjskiej na Uniwersytecie Pensylwanii.
No cóż, myślę, że ten teraz przywróci dyscyplinę partyjną (jakże by inaczej - przecież chodzi tu o „samego” Sołżenicyna?!) – i napluje na Szołochowa. Znów przesunąłem się do tylnego rzędu i przygotowałem się do drzemki. Od czasów studenckich mam taki nawyk: konie śpią na stojąco, a ja, gdy mi się nuży, potrafię spać z otwartymi oczami. Profesor Stewart, także główny znawca Szołochowa, długo i pod nosem mamrotał coś po angielsku. Ale nie mogłem się zdrzemnąć. Hmm, myślę, czy profesor Stewart również łamie dyscyplinę partyjną? Aby lepiej słyszeć, ponownie przesunąłem się do pierwszego rzędu i nawet zapaliłem papierosa. Na amerykańskich uniwersytetach podczas wykładów można nie tylko palić, ale nawet wsadzać profesorowi bose i brudne stopy w nos, jak to robią studenci-hippie. Demokracja!
Po wnikliwej analizie profesor Stewart doszedł także do wniosku, że „Cichy Don” został napisany przez samego Szołochowa. Proszę bardzo, myślę. Już drugi profesor mówi, że Sołżenicyn noblista... kłamca i oszczerca?! Jak to jest?! Trzecim prelegentem programu był Robert Maguire, profesor literatury rosyjskiej na Uniwersytecie Columbia, również osoba bardzo autorytatywna. Chociaż prof. Maguire miał występować w roli przeciwnika, jednak przyłączył się też do opinii swoich kolegów naukowych, że „Cichy Don” nie został napisany przez Kriukowa przy pomocy Sołżenicyna, ale przez samego Szołochowa.
Zatem na zasadzie przeciwnej, ex adverso, to jest trzeci profesor, który twierdzi, że Sołżenicyn... hmm, że... Zabawne…
Czwartym i ostatnim mówcą był Max Hayward z Instytutu Rosyjskiego Uniwersytetu Columbia. Chociaż ten Max Hayward ma rasowe angielskie nazwisko, jest czystej krwi Żydem z żydowskim akcentem, który zajmuje się głównie tłumaczeniem i popularyzacją dysydentów, neodekadentów, wolnomyślicieli z durdomów i innych lewicowych chłopaków.
Na początku swojego wystąpienia Max Hayward skrzywił się i stwierdził, że choć jego zdaniem Szołochow jest „sukinsynem”, ponieważ nie popiera pensjonariuszy sowieckich durdomów, Szołochow, niestety, sam napisał „Cichy Don”. I nawet bez pomocy Kriukowa i Sołżenicyna.
Publiczność, złożona z sześćdziesięciu nauczycieli języka i literatury rosyjskiej, wysłuchała w milczeniu tego bardzo interesującego oświadczenia czterech bardzo autorytatywnych osób. Tak więc wszystkie cztery autorytety jednomyślnie oświadczają, że Szołochow sam napisał „Cichy Don”, że nie ma tam plagiatu. Ale czy to jednocześnie oznacza, że Sołżenicyn, oskarżający Szołochowa o plagiat, jest noblowskim kłamcą i oszczercą?! Czy myślicie, że ktoś z obecnych zadał to pytanie w ramach dyskusji? NIE! Wszyscy milczeli, jak prawdziwe „króliki” Sołżenicyna. I ja też milczałem. Tylko z grzeczności. Przecież jestem tu postronnym, przypadkowym człowiekiem. Ale dobrze, że chociaż tutaj – na poziomie akademickim – powiedziano prawdę. Chociaż sam znałem tę prawdę.
Około 1969 roku wśród kandydatów do doktoratu z literatury rosyjskiej krążyła kusząca propozycja – stypendium w wysokości 5000 dolarów. Ale jednocześnie mały „porządek społeczny” – wymagane jest udowodnienie, że Szołochow NIE jest autorem „Cichego Donu”. Ktoś się skusił, usiadł i kopał w tej okolicy. Następnie ta „dysertacja” została wydana pod marką anonimowego „sowieckiego krytyka literackiego D.”, który natychmiast kopnął w kalendarz. I co ważniejsze, podpisał ją Sołżenicyn.. Typowa fałszywka wojny psychologicznej. W końcu sam zajmowałem się tą psychowojną i mógłbym napisać całą rozprawę o takich podróbkach. Po konferencji zjedliśmy typowy amerykański poczęstunek: herbatę i trochę orzechów. A profesor Jermołajew chodzi i rozdaje jakieś kartki papieru. I mnie też je daje.
Patrzę na te kartki i nie wierzę własnym oczom. Pierwsza kartka papieru: fotostat z protokołu Kongresu Amerykańskiego z 20 marca 1975 r., w którym członek Kongresu Jesse Helms żąda od prezydenta USA nadania Sołżenicynowi honorowego obywatelstwa USA. Hmm, zrównać noblowskiego kłamcę i oszczercę, Sołżenicyna, z honorowym obywatelem USA, Winstonem Churchillem?! I dlaczego Jesse Helms tak się wściekł?
Należy tutaj zauważyć, że ten Jesse jest pół-rasą, pół-Murzynem. A Sołżenicyn to także pół-Żyd, który maskuje się jako Ruski. Może, myślę, ten Jesse też jest pół-Żydem udającym czarnego mężczyznę? Jak w starym sowieckim dowcipie: „Hej, Moisha, posmaruj twarz pastą, a będziesz czarnym człowiekiem w Kominternie!”. Czy Jesse odgrywa tę samą rolę w Kongresie USA?
Następna kartka papieru: pismo wydrukowane na rotatorze do Prezydenta USA w Białym Domu, w którym stwierdza się, że rzekomo przyłączam się do decyzji Kongresu o nadaniu przez Prezydenta USA Sołżenicynowi honorowego obywatelstwa USA.
Trzecia kartka papieru: płatna koperta z adresem Białego Domu w Waszyngtonie. Po prostu podpisać i wrzucić do skrzynki pocztowej. W ogóle była zrobiona dla „królików” Sołżenicyna.
A ja na to wszystko patrzę i myślę: „Profesor Jermołajew udowodnił, że Sołżenicyn jest noblowskim kłamcą i oszczercą. A teraz ten sam profesor Jermołajew podsuwa mi dokumenty, żebym podpisał, aby mu przyznali honorowe obywatelstwo USA! Gdzie tu jest logika?
Ładnie, podwiozłem profesora Jermołajewa do metra moim samochodem. Potem siadłem w domu i myślę: co zrobić z tymi idiotycznymi kartkami papieru? I opłaconą kopertą z adresem Białego Domu. Szkoda to wyrzucić.
Ogólnie rzecz biorąc, wysłałem to wszystko na adres prezydenta Jerry'ego Forda – do Białego Domu. Ale nie podpisałem się tam, gdzie wskazano (dla „królików”). I poniżej napisałem kilka osobistych słów do prezydenta Forda i podpisałem się tylko pod tym. I zapomniałem o tym. Właśnie spełniłem swój obywatelski obowiązek.
Nawiasem mówiąc, swój wykład profesor Jermołajew wygłosił także 20 marca 1975 r., w sali Fundacji św. Serafina w Nowym Jorku i 4 kwietnia 1975 r., w sali na farmie ROVA. Ponadto wykład ten opublikowano w ściśle akademickim czasopiśmie nauczycieli języków i literatury słowiańskiej „Slavic and East European Journal”, nr 3, jesień 1974, s. 10-10. 299-310.
Ale w naszej wolnej i demokratycznej prasie nie ma o tym ani słowa. Jakby nabrali wody w usta. A gdzie ci wszyscy mądrzy mają oczy i uszy? Bez względu na to, co powie Sołżenicyn, natychmiast słychać histeryczny krzyk i wznoszenie pochwał pod same niebiosa. A potem nagle jest odwrotnie – milczą, jak te trzy śmieszne masońskie małpy, które nic nie widzą, nic nie słyszą i nic nie mówią.
I wtedy zaczęły mi się dziać najróżniejsze cuda. Otrzymuję przesyłkę pocztą od jakiejś „Amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa”. Na początku chciałem ją po prostu wyrzucić do kosza, jak każdą niechcianą reklamę przychodzącą pocztą. Ale widzę, że jest to oficjalne zaproszenie do bycia doradcą tej właśnie „Amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa”. Dla jasności załączona jest także lista tej Rady: wszyscy najwyżsi generałowie Pentagonu! Łącznie ze wszystkimi szefami amerykańskiego Sztabu Generalnego w ciągu ostatnich 20 lat. Są też czołowi naukowcy zajmujący się atomistyką, profesorowie prawa międzynarodowego, magnaci przemysłowi i tak dalej. Hmm, myślę, co jest grane? Może mamy zły adres…
Jeśli jednak sądzicie, że to tylko fantazja, to spójrzcie na kserokopię oryginału – „Protokoły”, s. 378. Tam jest moja karta członkowska. Potem przychodzi pocztą druga paczka – od jakiegoś „International Platform – Association”, w skrócie IPA. Na początku też chciałem to wyrzucić do kosza, żeby nie tracić czasu na czytanie tych wszystkich bzdur. Potem spoglądam w tamtą stronę i widzę, że zostałem bardzo grzecznie zaproszony do członkostwa w jakimś śmiesznym stowarzyszeniu, które ogłasza o sobie, co następuje:
1. Prawie wszyscy amerykańscy prezydenci XX wieku byli lub są członkami tego Stowarzyszenia. W tym: Prezydent Theodore Roosevelt, Prezydent William Taft, Prezydent Woodrow Wilson, Prezydent Herbert Hoover, Prezydent Franklin Roosevelt, Prezydent Harry Truman, Prezydent John F. Kennedy, Prezydent Lyndon Johnson, Prezydent Richard Nixon – i Prezydent Jerry Ford. Ten sam, któremu napisałem kilka ciepłych słów.
Czytam i myślę: „Hmm, właśnie mnie tam brakowało…”
2. Potem pojawia się zbieranina wszelkiego rodzaju multimilionerów. Jest tu supermilioner Nelson Rockefeller, który jest także wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych. Następny jest milioner Cornelius Vanderbilt. Obok milioner Averell Harriman, osobisty wysłannik prezydenta Roosevelta do Stalina. Jest i honorowy obywatel USA, który nazywa się Winston Churchill. Hmm, myślę, że Sołżenicyn zasiada obok Churchilla, a Churchill zasiada obok mnie. Jest tam także legendarny szef FBI, Edgar Hoover. A na dodatek, wszechobecny doradca prezydentów, Henry Kissinger.
Czytam to zaproszenie i myślę: „Po co im jestem potrzebny? Co, im – Kissinger nie wystarczy?”
3. Na załączonej liście członków IPA są i ludzie prasy: czołowi dziennikarze, twórcy opinii publicznej, jak Walter Lipman, Dru Pearson oraz z telewizji Walter Cronkite (ale z jakiegoś powodu nie ma tam Andrieja Sedycha z „Nowego Rosyjskiego Słowa”). Jest tam także ambasador USA przy ONZ, Arthur Goldberg. Obok niego Benjamin Franklin, ojciec amerykańskiej demokracji. Następny jest twórca amerykańskich satelitów, dr Werner von Braun. No i jeszcze ta cała drobnica: senatorowie, kongresmani, ministrowie, ambasadorzy i tak dalej. A wszystko to jest demokratycznie zmieszane w jeden stos. Czytam tę ciekawą listę i myślę: „No dobrze, ale co to ma wspólnego ze mną?”
Muszę przyznać, że spośród pisarzy na tej liście znalazłem tylko dwóch i obaj już nieżyjący: Anglik, Charles Dickens i Jankes, Mark Twain. Hemingwaya nie ma. Faulknera też nie ma. I nawet Sołżenicyna tam nie ma. Przeglądam te kartki papieru i myślę: „Co ja tam będę robić między Charlesem Dickensem a Markiem Twainem?”
W zaproszeniu bardzo grzecznie stwierdza się, że Zarząd i Komisja Członkowska rekomendują zaproszenie mnie do członkostwa w tym Stowarzyszeniu. Dlaczego – nie wiadomo?! Następnie skromnie wyjaśnia się, że jest to prawdopodobnie najbardziej wpływowy, najstarszy i najbardziej honorowy „Klub” w Stanach Zjednoczonych, istniejący od czterech pokoleń, że członkostwo w tym „Klubie” jest bodaj najbardziej honorowym na świecie i że jest to ważna część „systemu amerykańskiego”.
Co roku członkowie IPA zbierają się na Konwencji w Waszyngtonie. A potem – wesoły piknik na trawniku Białego Domu. Takie to proste – zupełnie jak w domu. Łącznikiem pomiędzy członkami tego Stowarzyszenia jest czasopismo „Talent”, rozsyłane wyłącznie do członków IPA, „których słowa, idee i czyny są ważne dla ich współobywateli”. Członkostwo jest zamknięte – wyłącznie za specjalnym zaproszeniem. Tak więc, jakiś rodzaj stowarzyszenia elitarnego.
Dalej: „Zapraszamy Cię do członkostwa w IPA, ponieważ wierzymy, że będziesz w pełni pasować do tych członków, których już mamy”. Jeśli ktoś myśli, że mi się to wszystko tylko śniło, niech zerknie na kserokopię oryginału – „Protokoły”, str. 379.
Jednak na tym sprawa się nie zakończyła. Wkrótce otrzymuję osobisty list od samego prezydenta USA, Jerry'ego Forda. Prosto z Białego Domu. Numer skrzynki pocztowej taki i taki. To znaczy poufne.
List ten zaczyna się tak: „Szanowny Panie Klimow! Piszę dzisiaj do Pana osobiście, aby poprosić o pomoc w bardzo dla mnie ważnej sprawie.”
Więcej nie będę cytował, gdyż list jest poufny. A ja nie chcę zdradzać tajemnic państwowych Prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Ale jeśli ktoś uważa, że jest to gra fantasy, to należy pamiętać, że za takie zabawki dotyczące urzędników, zgodnie z amerykańskim prawem, można wpaść w większe kłopoty niż miał Sołżenicyn przez Breżniewa.
Dawno, dawno temu, ojciec reformacji, Marcin Luter, prowadził nocne dyskusje z diabłem. Raz nawet rzucił kałamarzem w diabła. Mówią, że od tego czasu diabeł osiadł w atramencie i farbie drukarskiej. Tak czy inaczej, sam Marcin Luter przyznał, że w swoich porannych kazaniach często korzystał z pomysłów i rad swojego diabelskiego przyjaciela.
A skoro teraz w modzie jest satanizm i studia satanistyczne, to i ja zaopatrzyłem się w odpowiedniego diabła. A czasem, niczym Marcin Luter, konsultuję się z nim w sprawach bieżących.
Nacisnąłem więc przycisk, zadzwoniłem do mojego diabła i zapytałem:
„Hej, co to jest za diabelstwo? Z tymi dziwnymi listami…”
A diabeł uśmiecha się chytrze i odpowiada:
„Tak, to wszystko jest bardzo proste. W końcu napisałeś do prezydenta Forda?”
„I co?”
„Widzisz, wszelkiego rodzaju szaleńcy, wariaci i psychopaci naprawdę lubią pisać do prezydentów i przywódców. Jak na przykład Sołżenicyn, ze swoim „Listem do przywódców ZSRR”.
„I co?”
„Dlatego pytali o ciebie także tam, gdzie było to konieczne. Stamtąd odpowiadają, że pan Klimow jest tajnym doradcą rządu sowieckiego. Tak tajnym, że nawet on sam o tym nie wie”.
„Jak to?”
„Tak, bardzo proste. A może powiesz, że „Książę” i „Legion” nie zostały napisane przez Ciebie? I czytają to nie tylko emigranci-emeryci, ale także wszelkiego rodzaju dociekliwe instytucje, które są tym wszystkim bardzo zainteresowane. I to nie tylko w Moskwie, ale także w Waszyngtonie. W końcu Moskwa robi teraz wszystko dokładnie według twoich przepisów. Na przykład, projekt specjalny „Golem”, czyli durdomy. Albo twój specjalny projekt „Ahasfer”, czyli trzecia Jewmigracja z ZSRR. Dlatego w Waszyngtonie zostałeś zarejestrowany jako tajny doradca przywódców sowieckich. No wiesz, jak sowiecki Bernard Baruch”.
„A o co chodzi z tymi dziwnymi listami?”
„To, bardzo proste. Mają nadzieję, że im też coś doradzisz... Przecież okazałeś się jedyną osobą, która dała prezydentowi Fordowi rozsądną radę – w sprawie Sołżenicyna”.
„No i co?”
„Jeszcze chwilę poczekaj. Już niedługo sam zobaczysz…”
„Ech, idź do diabła!” – machnąłem ręką. I diabeł zniknął w chmurze siarki. Tak jak obiecał diabeł, nie musiałem długo czekać. Wkrótce w prasie zapanował dziki wrzask, wycie i krzyki na całym świecie. Okazuje się, że Sołżenicyn udaje się do Ameryki, aby łaskawie przyjąć z rąk prezydenta USA wieniec laurowy honorowego obywatela USA.
Zrobiło się jednak trochę zamieszania. Prezydent Ford nie tylko nie nadał mu żadnego honorowego obywatelstwa, ale nawet nie chciał go przyjąć. Na to Sołżenicyn stwierdził w prasie, że to nie prezydent Ford go zlekceważył, ale wręcz przeciwnie, to on, Sołżenicyn, nie chce uszczęśliwić prezydenta Forda swoją wizytą!
W prasie panuje dziki chaos. To tak, jakby nadepnięto na ogon nie tylko szatana, ale także antychrysta. I natychmiast zaczęto obwiniać o to doradcę prezydenta Forda, Henry’ego Kissingera. Cóż to niby ma znaczyć, że on tak doradził?.
A ja w tajemnicy przyznam, że to wcale nie Henry Kissinger jest temu winien. To właśnie doradziłem prezydentowi Fordowi. Jako doradca Amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa. Poza tym, jako gentleman nie chcę zawieść mojego kolegi z IPA, Henry'ego Kissingera. I tak wieszają na nim wszystkie psy, na nim, biedaku.
W swoim czasie Sołżenicyn napisał obłudny artykuł „Nie żyć kłamstwami!” I wzywa wszystkich do pokuty za swoje grzechy. Cóż, ja też postanowiłem pokajać się za swoje grzechy. Przecież to ja nie dałem mu honorowego obywatelstwa USA.
* * *
Po spisaniu tej ciekawej historii w formie felietonu, zacząłem zastanawiać się, gdzie ją wysłać. Zgodnie z formułą filozofa Kierkegaarda, że diabeł osiedlił się w farbie drukarskiej i że diabeł jest kłamcą i ojcem kłamstwa, wiedziałem, że „Nowe Słowo Rosyjskie”, „Nowy Dziennik”, „Myśl Rosyjska” czy „Głos” Pirożkowej nigdy nie opublikowałyby tego materiału. Przecież nawet wykład grupy poważnych amerykańskich profesorów został zupełnie przemilczany – jak te trzy masońskie małpy, które nic nie widzą i nie słyszą.
Wtedy zdecydowałem się zrobić coś w rodzaju projektu specjalnego „Prawda i Fałsz”. W tym celu rozesłałem kolejno mój artykuł do piętnastu organów naszej prawicowej lub konserwatywnej prasy. Choć materiał był ewidentnie rzeczowy i sensacyjny, to z 15 organów naszej prawicowej prasy, tylko trzy, czyli 20%, opublikowało go („Sztandar Rosji” Czuchnowa, „Ojczyzna” w Paryżu i „Ruskie Słowo” w Buenos Aires).
A jeśli weźmiemy całą naszą prasę razem i wyjdziemy od liczby czytelników, to nie będzie to 20%, ale mniej niż 1%. Oznacza to, że tylko 1% prasy może powiedzieć prawdę. Oto rezultaty projektu specjalnego „Prawda i Fałsz”. Przypomnijcie sobie formułę Lorda Snowa. I trzeba powiedzieć, że filozof Kierkegaard wcale nie był głupcem.
Później otrzymuję paczkę z uniwersytetu w Oslo w Norwegii. Profesor Geir Hetso z Instytutu Słowiańsko-Bałtyckiego tej uczelni pisze do mnie, że zapoznał się z moimi wnioskami na temat Sołżenicyna w prasie rosyjskiej (1%) i przesyła mi broszurę, która może mnie zainteresować.
W tej broszurze („The Avthorship of «The Quiet Don»” by Geir Kjetsaa, Oslo, 1978) profesor Hetso opisuje rzeczowym, akademickim stylem, jak on i grupa skandynawskich badaczy slawistyki przeprowadzili dokładne badania autorstwa „Cichego Donu”, wykorzystując nowoczesne metody statystyki językowej z wykorzystaniem komputerów elektronicznych IBM.
I tak bezduszne komputery elektroniczne IBM, czyli komputery świata zachodniego, kliknęły, syczały i mrugały światełkami – i odpowiadają, że nie mogą kłamać i że autorem „Cichego Donu” jest jednak Szołochow, a nie Kriukow, za którego daje się ukrzyżować Sołżenicyn. I znowu oznacza to, że Sołżenicyn wpadł w kłamstwa i oszczerstwa. Tak upadają idole stworzeni przez wojnę psychologiczną, a raczej wojnę psycholi.
Skąd ta kampania złośliwych kłamstw i oszczerstw wobec Szołochowa? Pamiętam dwa ciekawe artykuły o Szołochowie. Obydwa zostały napisane przez Michaiła Koriakowa w „Notatkach z notatnika” i oba ukazały się w „Nowym Rosyjskim Słowie”. Były to po prostu kopie scenariuszy Koriakowa dla „Radia Wolność”, które jednocześnie publikował w NRS. Taki jest oficjalny punkt widzenia amerykańskiej propagandy. W pierwszym artykule (sprzed 1958 r.) Koriakow wychwalał pod niebiosa Szołochowa, nazywając go w głębi serca pisarzem antyradzieckim, a nawet chrześcijańskim, popierając to cytatami z „Cichego Donu”, oraz z dość poważnych źródeł w prasie zachodniej. W drugim artykule (po 1958 r.), ten sam Koriakow, w tym samym NRS, nagle staje na głowie, kopie nogami i pisze dokładnie odwrotnie niż w pierwszym artykule o Szołochowie. Rzuca błotem w Szołochowa. Ogólnie, Koriakow się wychłostał. Publicznie. Więc, gdzie jest prawda, a gdzie fałsz? O co tu chodzi?
Faktem jest, że w 1958 r., wokół Pasternaka i jego „Doktora Żywago” wybuchło dzikie pandemonium. I w tym pandemonium Szołochow miał czelność wystąpić przeciwko Pasternakowi. A Pasternak to Żyd i homoseksualista, o czym pisano nawet w NRS, pisał to stuoki Argus. Zatem, wypowiadając się przeciwko Pasternakowi, Szołochow wypowiedział się przeciwko temu, co filozofowie nazywają związkiem szatana i antychrysta, a ludzie prościej nazywają judeomasonerią. Zaraz potem rozpoczęła się kampania złośliwych kłamstw i oszczerstw wobec Szołochowa, w którą w końcu zaangażował się Sołżenicyn.
Kiedy piszę o Sołżenicynie, po moim stole chodzi oswojony dziki gołąb, wtyka wszędzie dziób i, jak przystało na ptaki, robi ka-ka co pięć minut. Zanim zdążyłem się obejrzeć, postawił swój podpis bezpośrednio na Sołżenicynie. Nawet głupi ptak to rozumie…
Aby na wesoło zakończyć temat plagiatu, opowiem jeszcze jedną anegdotę. Niedawno wydawnictwo LDC zaczęło publikować powieść Johna Le Carré „Szpieg, który wrócił z zimna”. We wstępie piszą, że powieści szpiegowskie Le Carré zostały uhonorowane jedną z najwyższych nagród literackich – Somerset Maugham Prize (swoją drogą, także homo – G.K.) i wydawane są wraz z dziełami Volkera i Dostojewskiego: „W ostatnich latach najlepszą reklamą powieści szpiegowskich stał się napis: «W stylu Le Carré»” (NRS. 14.6.1981).
„Przypadkiem, niemal równocześnie, otrzymuję list od znajomego literata z Paryża, Wł. Rudinskiego, gdzie pisze:
„Czy zauważył Pan, że w najnowszej powieści Johna Le Carré, głównego autorytetu naszych czasów w dziedzinie powieści szpiegowskich, „Ludzie Smileya”, jest wzmianka o 13 Wydziale (13 Dyrekcji Centrum Moskiewskiego”), co jest oczywiście odzwierciedleniem Pańskich wynalazków..."
„W każdym razie, jest to ewidentne świadectwo Pańskiego ogromnego i międzynarodowego sukcesu, którego spieszę Panu pogratulować”.
„Nie piszę bardziej szczegółowo, nie wiedząc, w jakim stopniu Pan jeszcze pozostaje żywy”.
Och, nie można tego lepiej ująć: w jakim stopniu jeszcze pozostajesz żywy? I zaśmiałem się w duszy. „Protokoły” to już moja czwarta książka o 13-tym Wydziale KGB. Jakbym stworzył nowy gatunek. Potem przeczytałem w prasie, że zachodnie służby wywiadowcze na próżno polują na tajemniczy „13 Wydział KGB” (patrz „Russian Life” w San Francisco 2.2.1973). A ten zagadkowy 13 Wydział rodził się pod moim piórem.
Potem z pewnym niemiłym przeczuciem otrzymuję oficjalny list z centrali Si-Aj-Ej, czyli CIA. Co byście pomyśleli, gdybyście otrzymali list z KGB? Co dobrego mogą wam napisać? Otwieram ten list z pewną obawą – i śmieję się: okazuje się, że zamawiają moje książki o 13 Wydziale – dla swoich szkół wywiadowczych. KGB robi to samo, ale w bardziej subtelny sposób.
Skąd takie zainteresowanie? Zapewne dlatego, bo mój 13 Wydział jest poważnym modelem idealnej policji politycznej każdego państwa. A teraz paryski pisarz, Wł. Rudinski, człowiek dość doświadczony, poważnie wierzy, że najwyższy autorytet w dziedzinie powieści szpiegowskich, John Le Carré, splagiatował ode mnie mój 13 Wydział KGB. No cóż, niech plagiatuje. Oznacza to, że mój 13 Wydział jest na tyle realny i przekonujący, że zmyliłem nie tylko wszystkie zachodnie służby wywiadowcze, ale także głównego zachodniego fantastę o szpiegostwie.
A ja siedzę i bawię się z moją gołąbką-gorłuszką, która cały czas przylatuje i bawi się papierami na moim biurku.
Widzicie, jak pomieszane są ścieżki Prawdy i Fałszu? A za tym wszystkim stoi ten sam biblijny kłamca i Ojciec kłamstw. I chociaż Pan Bóg widzi prawdę, to jednak nieprędko ją objawi.
G. KLIMOV
Nowy Jork, czerwiec 1981
Następny rozdział
Powrót do spisu treści