Grigorij Klimow «Pieśń Zwycięzcy»

Cena Wolności

Suplement do II wydania książki

Wielu czytelników „Berlińskiego Kremla” było zainteresowanych pytaniem: „Co wydarzyło się później?”

Kiedy im to opowiedziałem, wykrzyknęli: „Boże, to takie interesujące! Dlaczego tego nie opisałeś?”

Postanowiłem więc opisać teraz te „interesujące” rzeczy, których wcześniej nie opisywałem.

Jeżeli dziś, w 1971 roku, jakiś sowiecki turysta, marynarz czy agent KGB wyskoczy z pociągu lub statku, zostanie natychmiast zabrany do Ameryki. Jako forma wojny psychologicznej, aby krzyczeć w prasie, że wybrał amerykańską wolność. Tak samo córkę Stalina zataszczyli do Ameryki.

Stało się tak, ponieważ teraz USA i ZSRR są oficjalnie wrogami. A gdy w 1947 roku wybrałem wolność, oficjalnie byli przyjaciółmi i sojusznikami. I nie było jeszcze żadnej wojny psychologicznej. I wybór wolności wyglądał wtedy trochę inaczej. W tym czasie pracowałem jako inżynier naczelny w SWA – Sowieckiej Wojennej Administracji w Niemczech.

Próbowałem wtedy, w poszukiwaniu wolności, zwrócić się do zachodnich sojuszników, Brytyjczyków i Amerykanów, o tzw. azyl polityczny, przez niemieckich pośredników. Po dżentelmeńsku. Ale Dżentelmeni Sprzymierzeńcy nie chcieli o niczym takim słyszeć.

W tym samym czasie berlińskie gazety pisały, że Brytyjczycy wymienili swojego agenta-szpiona Igora Sterna, który został wsypany i aresztowany w strefie sowieckiej, na jakiegoś sowieckiego oficera, który wybrał wolność i szukał „azylu politycznego” w strefie angielskiej.

Kilka lat później Brytyjczycy skazali tego samego Igora Sterna na 10 lat więzienia, za jakieś brudne uczynki. A Rosjanin, który szukał wolności, zapłacił za życie Sterna swoim życiem.

Ponieważ byłem jednym z pierwszych, którzy dostali się na berliński Kreml, miałem ładne mieszkanie i wiele dobrych rzeczy. Zdemobilizowani oficerowie mieli prawo zabrać to wszystko ze sobą, jako trofea. Teraz rozdawałem wszystkie te dobre rzeczy moim dobrym przyjaciołom. Byli to majorowie i podpułkownicy służb inżynieryjnych, niemal wszyscy członkowie partii. Otrzymując moje prezenty, domyślali się, że planuję pojechać dokądkolwiek, byle nie do ZSRR. Niektórzy dawali mi to bezpośrednio do zrozumienia. Ja jednak, z pistoletem w kieszeni, uparcie powtarzałem:

„Jadę do Moskwy!”

Jeden przyjaciel - major, ogłuszywszy się dla odwagi szklanką wódki, wyznał mi, że ma wujka w Paryżu i zaproponował, że napisze jego adres. Pokręciłem głową:

„Jadę do Moskwy!”

Na pożegnanie podarowałem mojej miłej niemieckiej przyjaciółce o imieniu Inga, cały samochód wypełniony najróżniejszymi rzeczami. Zdała sobie również sprawę, że sowiecki oficer wyjeżdżający do Rosji nie oddaje wszystkich swoich rzeczy i mówi:

„Słuchaj, chcesz, żebym pomogła ci uciec do Niemiec Zachodnich?”

Milczę.

„Mam jednego kolegę ze szkoły – mówi Inga. – Podczas wojny był w SS. A teraz zarabia na życie, przewożąc ludzi przez granicę. Owszem, muszę ci powiedzieć, że zabija ich na granicy – strzela im w tył głowy i okrada... Ale powiem mu, że jesteś moim narzeczonym, to on cię nie zabije... Chcesz, żebym poszła z tobą?”

Podziękowałem jej i powiedziałem, że jadę do Moskwy. O, ta Inga była dobra. Miło wspominać!

Ostatecznie, korzystając z pomocy niemieckich pośredników, dotarłem samochodem do przygranicznej wioski w Turyngii. Nocą dwaj przewodnicy, ojciec i syn, miejscowi chłopi, przeprowadzili mnie przez granicę. Często chodzili tymi leśnymi ścieżkami, aby odwiedzać swoich krewnych, mieszkających po drugiej stronie granicy.

Jasna zimowa noc. Pamiętając o opowiadaniu Ingi, idę za moimi przewodnikami, na wszelki wypadek, z parabellum w kieszeni. Zdobyczny niemiecki automat wisi mi na ramieniu, pod płaszczem, lufą w dół. Po kieszeniach porozkładane granaty ręczne i zapasowe magazynki do automatu. To na wypadek, gdybyśmy natknęli się na sowieckich strażników granicznych.

Szliśmy tak przez dwie, trzy godziny. I bezpiecznie dotarliśmy do pierwszej stacji kolejowej w strefie amerykańskiej. Za budynkiem stacji zapłaciłem moim przewodnikom: dałem im, o ile pamiętam, tysiąc marek okupacyjnych, co wówczas stanowiło około 5 dolarów amerykańskich. Była to pierwsza zapłata za wolność i muszę przyznać, że zarobiona całkowicie uczciwie. W nagrodę dałem moim przewodnikom parabellum, automat i granaty ręczne, za co byli mi bardzo wdzięczni i kłaniali się przez długi czas. Może nie spodziewali się, że za nimi będzie maszerował cały arsenał.

Wsiadłem do pociągu. No to jedziemy. Nawet nie wiem gdzie. Trochę dalej od granicy. Byłem tak skupiony na tym, jak uciec ze strefy sowieckiej, że w ogóle nie myślałem o tym, co będę robić w strefie amerykańskiej. Zgubię się wśród Niemców, rozejrzę się dookoła i wtedy zobaczymy. W tym celu nabyłem nawet niemiecką Kennkartę na nazwisko Ralfa Wernera.

Wkrótce amerykańska żandarmeria zaczęła patrolować pociąg – alianci sprawdzali dokumenty. Pokazuję Kennkartę i zostaję aresztowany. Na następnej stacji alianci przekazują mnie niemieckiej policji. Pytam dobrodusznego niemieckiego policjanta, co się dzieje. Rzecz w tym, że moja cholerna Kennkarta, jak się okazuje, pochodzi ze strefy sowieckiej, a tutaj mają inne Kennkarty. I dlatego pan Werner zostanie odesłany do domu następnym pociągiem – do strefy sowieckiej. Policjant bardzo mi współczuje, ale taki jest rozkaz amerykańskich władz okupacyjnych: wypędzić wszystkich niemieckich uchodźców ze strefy sowieckiej. W tym także pana Wernera.

Widząc, że nic nie da się zrobić, wyjąłem z kieszeni legitymację SWA (Sowieckiej Wojennej Administracji), na której widniał mój wizerunek w mundurze sowieckiego oficera.

Następnego dnia wybrałem się z wizytą do aliantów – do wiejskiej willi niedaleko Kassel, gdzie znajdowało się coś w rodzaju domu wakacyjnego dla amerykańskich oficerów wywiadu. Po obiedzie jeden z nich zaprosił mnie na zawody strzeleckie z pistoletu. Strzelaliśmy do świeżo ściętych kłód drewna opałowego na podwórku, ustawiając je pionowo. Amerykański oficer wywiadu wyciągnął zza pasa krótki rewolwer, niemal bez lufy, taki sam, jaki noszą w filmach przystojni agenci FBI. Strzelał też jak kowboj w filmie – z biodra, bez celowania. I oczywiście, wciąż nie trafiał.

Następnie wyciągnął z kieszeni pistolet Colt kalibru 32 i podał mi go. Ponieważ strzelałem normalnym pistoletem i w normalny sposób, moje wyniki były o wiele lepsze. Ale mam podejrzenie, że po tym wydarzeniu amerykański oficer wywiadu doszedł do wniosku, że jestem doskonałym strzelcem, a zatem niebezpiecznym agentem sowieckim. Na swoją obronę mogę powiedzieć tylko, że po prostu nie dało się strzelać gorzej niż on.

Tak czy inaczej, następnego dnia wsadzono mnie do jeepa i zabrano do obozu Camp King w Oberursel, niedaleko Frankfurtu. Był to były niemiecki obóz koncentracyjny, w którym Amerykanie przetrzymywali głównie niemieckich zbrodniarzy wojennych. Nad bramą widnieje napis: „Kwatera Główna amerykańskiego kontrwywiadu w Europie”.

Spędziłem trzy miesiące w tym obozie koncentracyjnym. W odosobnieniu. Wybrałem więc wolność – i po raz pierwszy w życiu trafiłem za kratki. Razem z niemieckimi zbrodniarzami wojennymi. Sojusznik w gościach u sojuszników!

Przez cały ten czas miałem, myślę, tylko dwa przesłuchania. W tamtym czasie mówiłem płynnie po niemiecku, ale po angielsku tylko czytałem, lecz prawie nie mówiłem. Dlatego też podczas pierwszego przesłuchania, rolę rosyjskiego tłumacza pełniła kobieta - Galicjanka w mundurze amerykańskiego sierżanta. Ale ona nie rozumiała rosyjskiego, a ja nie rozumiałem galicyjskiego. Co młody amerykański porucznik zrozumiał z takiego przesłuchania? – Nie wiem.

Siedziałem i myślałem: „Boże, więc nie mają ani jednego rosyjskiego tłumacza w amerykańskiej kwaterze głównej kontrwywiadu!? Raporty z przesłuchań są ostemplowane «Ściśle Tajne». A ta kobieta nie rozumie nawet połowy tego, co mówię. A od tego zależy moje życie. Co za idiotyzm!”

Podczas drugiego przesłuchania przydzielono mi niemieckiego tłumacza. Był to młody Żyd w mundurze amerykańskiego kaprala, który mówił w jidysz, a nie po niemiecku. On nie rozumiał niemieckiego, a ja nie rozumiałem jidysz. A przesłuchanie wyglądało tak:

Pytanie:

„Jaką szkołę ukończyłeś?”

Odpowiadam po niemiecku:

„Polytechnicische Hochschule, czyli Instytut Politechniczny, który kształci inżynierów.” Tłumacz tłumaczy na język angielski w następujący sposób:

„Vocational High School” – czyli w Ameryce szkoła zawodowa, do której trafiają najgorsi uczniowie, którzy nie zdołali ukończyć normalnej średniej szkoły.

Z kolejnych pytań śledczy dowiaduje się, że ukończyłem tę szkołę mając 23 lata, podczas gdy najgłupszym Amerykanom udaje się to zrobić już w wieku 18 lat. No więc jestem jakimś superidiotą. A potem zostałem głównym inżynierem SWA. Co śledczy zrozumiał z takiego przesłuchania? – Nie wiem.

Siedziałem i myślałem: „Jak przesłuchujecie niemieckich zbrodniarzy wojennych, skoro nie macie nawet niemieckich tłumaczy? (Nawiasem mówiąc, jednym z tych tłumaczy dla amerykańskiego wywiadu był Żyd Henry Kissinger, który później został prawą ręką prezydenta Nixona). I taki sklepik – to Główna Kwatera amerykańskiego kontrwywiadu w Europie?!”

W Moskwie, niby zupełnie przypadkiem, ukończyłem Wojskowo-Dyplomatyczną Akademię, gdzie tysiące ludzi uczyło się wszystkich języków świata, w tym także dialektów murzyńskich Afryki. A tutaj?..

Jeśli mam być obiektywny, muszę powiedzieć, że karmili dobrze. Każdego ranka, po podniesieniu flagi, z zainstalowanego na podwórku głośnika odtwarzany był hymn amerykański. Przyznaję, że słuchałem go z wielkim obrzydzeniem. Nawet teraz, 24 lata później, kiedy słucham tego hymnu, automatycznie przypomina mi się Camp King.

Cela jednoosobowa. Na ścianach widnieją napisy pozostawione przez byłych więźniów. We wszystkich językach świata, także po rosyjsku. Niektóre z nich są ewidentnie przedśmiertne. Za oknem, za kratami, widać lufę amerykańskiego czołgu. Potem – drut kolczasty. Za drutami rozciąga się zielone pole, po którym spokojnie biegają niemieckie zajączki. Czasami te zajączki nawet przechodzą pod drutem kolczastym i hasają pod moim oknem.

A ja siedzę i myślę: „Ech, dlaczego nie jestem zajączkiem?” Więzień numer M-62. Człowiek, który wybrał wolność. Podczas przesłuchania oświadczyłem, że opuściłem ZSRR z powodów politycznych i uważam się za emigranta politycznego. I dlaczego mnie przetrzymują? Dlaczego nie ma przesłuchań? Przecież moja sprawa jest całkowicie jasna. Mam przy sobie wszystkie sowieckie dokumenty. Moje nazwisko widnieje w protokołach posiedzeń Sojuszniczej Rady Kontroli w Berlinie, gdzie współpracowałem z Amerykanami i Anglikami. Mam wielu znajomych Niemców, którzy mieszkają w amerykańskiej i angielskiej części Berlina. Znają mnie oni od lat, zarówno z pracy, jak i prywatnie. A wszystko to można bardzo łatwo sprawdzić.

Z prawnego punktu widzenia istnieje porozumienie o wzajemnej wymianie dezerterów. Ale mam zaświadczenie o demobilizacji z armii. Ze wszystkimi podpisami i pieczęciami. I nawet przepustkę graniczną, na papierze pieniężnym ze znakiem wodnym i moim zdjęciem. Tylko, że ta przepustka jest nie w tą stronę. Ale tak czy inaczej, umowa o wymianie dezerterów mnie nie dotyczy.

I dlaczego jestem przetrzymywany? Do tego jeszcze w jednoosobowej celi. I bez przesłuchań. I z klauzulą „Ściśle tajne”. Może chodziło tylko o to, żeby mnie wymienić na amerykańskiego szpiega, złapanego w strefie sowieckiej, takiego jak Igor Stern? O wy handlarze ludźmi!

Nie wiem, czy w tym czasie nie znaleziono towaru nadającego się do wymiany, czy też istniał jakiś inny powód. Tak czy inaczej, po trzech miesiącach jakiś amerykański major z obojętnością poinformował mnie, że mnie zwalniają. Po drodze zauważył, że będą musieli kupić mi nową Kennkartę. Na czarnym rynku. Na mój koszt, oczywiście – z pieniędzy, które zabrano mi w czasie aresztowania.

Trochę mnie zdziwiło, że amerykańska centrala kontrwywiadu, działająca jeszcze do tego w całej Europie, nie miała innego sposobu na zdobycie dokumentów dla człowieka, jak tylko kupno na czarnym rynku. Ale wtedy już mogłem na to wszystko napluć. Dobrze, że chociaż wypuszczają.

W nocy, przed świtem, jakiś Tadżyk, który ledwo mówił po rosyjsku i który najwyraźniej pełnił funkcję kierowcy w tym obozie, zawiózł mnie samochodem z Camp King do Stuttgartu. Po drodze zatrzymał się w jakimś obozie dla DP {Displaced Persons – Osób Przesiedlonych – przyp. tłum.} i zabrał tam ze sobą świstek papieru, który potwierdzał, że ja, pan Ralf Werner, osoba o nieokreślonym obywatelstwie, zostałem zwolniony z obozu dla DP i przenoszę się do prywatnego mieszkania, innymi słowy, że przechodzę z rąk amerykańskich do gospodarki niemieckiej. W związku z tym powinni mi wydać nowe dokumenty. Na tym polegała cała sztuczka z kupowaniem dokumentów na czarnym rynku.

Z tym kawałkiem papieru poszliśmy na niemiecką policję i mój Tadżyk zaczął zdobywać dla mnie nowe dokumenty. Mówił jednak po niemiecku w taki sposób, że policjant go nie zrozumiał. Wtedy przyszedłem z pomocą amerykańskiemu wywiadowi i wyjaśniłem policjantowi, że dokumenty te są potrzebne nie temu Tadżykowi, a mnie, panu Wernerowi. Otrzymałem więc nową Kennkartę, pozwolenie na pobyt i karty żywnościowe.

W ten sposób zwycięzca wybrał los pokonanego.

Pożegnawszy się z Tadżykiem, usiadłem na ławce w parku i otworzyłem zapieczętowaną paczkę, którą Tadżyk dał mi w ostatniej chwili – w imieniu swoich przełożonych. Powinny się tam znajdować moje dokumenty i pieniądze, które zabrano mi podczas aresztowania. Ale wszystkie dokumenty zniknęły. Wraz z nimi zniknęła połowa moich pieniędzy – 20.000 marek okupacyjnych, cena nowej kennkarty.

Pracując jako wiodący inżynier SWA, otrzymywałem 8000 marek miesięcznie. Nic więc dziwnego, że w momencie, gdy wybrałem „wolność”, miałem na koncie około 40000 okupacyjnych (i inflacyjnych) marek.

Zapłaciłem niemieckim przewodnikom, którzy przeprowadzili mnie przez granicę, 1000 marek. I była to uczciwa umowa. Ale teraz amerykański wywiad odebrał mi 20000 marek i wszystkie dokumenty stwierdzające profesję, w zamian za moją „wolność”, łącznie z dyplomem inżyniera, który może mi się jeszcze przydać w przyszłości. I ten amerykański biznes nie wzbudził we mnie jakiegoś szczególnego entuzjazmu.

Przeliczając na amerykańskie pieniądze, 20000 marek nie stanowiło wówczas żadnej kwoty – około 100 dolarów. Ale amerykańscy oficerowie wywiadu nie pogardzili i taką kwotą. Jednak dla mnie, uchodźcy, ta kwota wyglądała inaczej. Przecież Niemcy, wśród których miałem mieszkać, otrzymywali wówczas 400-500 marek miesięcznie.

Gdyby amerykański wywiad okradł tylko mnie, gdyby to był przypadek, to bym po prostu splunął i nie opisywał tego tak szczegółowo. Ale to nie był przypadek, tylko system. Tak właśnie postępowano w latach 1945-1950 wobec niemal wszystkich obywateli Związku Radzieckiego, którzy „wybrali wolność”. Później, jako przewodniczący Centralnego Związku Emigrantów Powojennych ZSRR, czyli ludzi, którzy przeszli podobną drogę, usłyszałem od nich wiele podobnych historii.

Amerykański wywiad oficjalnie jest nazywany "The intelligence arm of the U.S. Government" (ramieniem wywiadowczym rządu USA). Muszę jednak powiedzieć Wujkowi Samowi, że jego ramię jest nie tyle inteligentne, co złodziejskie.

Muszę zaznaczyć, że kradzieże i rabunki w Camp King były dokonywane w sposób wysoce zorganizowany i przemyślany. Dzień przed zwolnieniem do mojej celi przyszedł amerykański sierżant i wręczył mi do podpisania kartkę papieru, na której było napisane, że niniejszym potwierdzam otrzymanie z powrotem wszystkich dokumentów, kosztowności i ogólnie wszystkiego, co zostało mi odebrane przy rewizji.

Patrząc na puste dłonie sierżanta, zapytałem:

„Gdzie to wszystko jest?”

„Dostaniesz to jutro, kiedy cię wypuszczą” – odpowiedział sierżant.

Po trzech miesiącach spędzonych w odosobnieniu i w obliczu perspektywy odesłania mnie z powrotem na rozstrzelanie, nie miałem szczególnej ochoty kłócić się z sierżantem o jakieś papiery. Więc wziąłem kartkę papieru, którą dał mi sierżant i podpisałem.

Więc amerykański wywiad nie tylko mnie okradł, ale także otrzymał potwierdzenie, że wszystko zostało mi zwrócone. Być może to był jedyny powód, dla którego trzymali mnie w odosobnieniu przez trzy miesiące – jako przygotowanie psychologiczne, żeby zastraszyć człowieka. Nie widzę żadnego innego logicznego powodu.

Po kilku dniach pobytu w Stuttgarcie zacząłem się zastanawiać, co robić dalej. W tym czasie sowieccy oficerowie z misji repatriacyjnej wciąż krążyli po Stuttgarcie. A pan Werner czuł się trochę dziwnie, patrząc na ten mundur, jaki sam niedawno nosił.

Z jakiegoś powodu przypomniała mi się Sojusznicza Rada Kontroli w Berlinie, gdzie spotykałem się z Amerykanami. Tam wyraźnie dało się odczuć, kto był prawdziwym zwycięzcą hitlerowskich Niemiec. Strona sowiecka zachowywała się wyraźnie bezceremonialnie, podczas gdy Amerykanie wyraźnie schlebiali. Tam obmacywali moje guziki, naramienniki i uśmiechali się pochlebnie. W tym czasie za mną stały sowieckie dywizje pancerne. Wtedy myśleli, że jestem człowiekiem sowieckim, a ja myślałem, że oni są dżentelmenami. Teraz Sowieci stali się Rosjanami, a dżentelmeni stali się oszustami. Oczywiście nie wszyscy, ale…

Ale nadal mam w sobie psychikę zwycięzcy z Rady Kontroli. A co by było, gdybym po prostu poszedł do amerykańskiego konsula w Stuttgarcie i poprosił go o radę, co zrobić? Wszakże w Radzie Kontroli Amerykanie aż kipieli z chęci porozmawiania ze mną. Lecz wtedy nie mogłem. A teraz mogę. No to porozmawiajmy. W końcu to Wy jesteście tu panami. I nie mam przed Wami nic do ukrycia. Nawet jeśli w amerykańskim wywiadzie roi się od oszustów, amerykańscy dyplomaci powinni zachowywać się jak prawdziwi dżentelmeni.

Siedzę więc w biurze konsula. Wygląda na miłego dżentelmena z brzuszkiem. Ale z jakiegoś powodu ten pan był najbardziej zainteresowany tym, gdzie i jak zdobyłem moją Kennkartę.

„W niemieckiej policji – odpowiadam. – Ale z pomocą amerykańskiego wywiadu”.

„Czy zapłaciłeś cokolwiek za to?”

Pytanie jest dość drażliwe, a nawet trochę prowokacyjne. Jeśli będę milczał, konsul może to sprawdzić, a potem mnie zapyta: „Dlaczego to ukrywasz? Może ukrywasz jeszcze coś innego?”

„Tak i nie” – odpowiadam.

„To jest?” – nalega konsul.

„Nie zapłaciłem im, ale mi zabrali”.

„Ile?”

„Dwadzieścia tysięcy marek”.

„Kto?”

„Wywiad amerykański”.

Wyjaśniwszy tę kwestię finansową, pan z brzuszkiem od razu stracił mną wszelkie zainteresowanie. Czy to prawda, że Amerykanie interesują się tylko pieniędzmi? – pomyślałem. Żegnając się, konsul obiecał, że coś zrobi.

I rzeczywiście, już następnego ranka amerykańska żandarmeria podniosła mnie z łóżka. Wsadzili mnie do jeepa, zapakowali wszystkie moje rzeczy i pojechaliśmy. Zawieźli mnie do tego samego obozu, Camp King, niedaleko Frankfurtu. Zabrali mi nową Kennkartę i znowu zamknęli mnie w izolatce.

Siedziałem w tej izolatce przez kolejne trzy miesiące. Bez ani jednego przesłuchania. Przez cały ten czas tylko raz weszło do mojej celi trzech dżentelmenów, jakby mimochodem: pułkownik, major i sierżant, który był tłumaczem z angielskiego na niemiecki, a raczej znowu na jidysz, w którym mogłem zrozumieć zaledwie kilka słów.

Pułkownik powiedział mi z wyrzutem, że chcą mi pomóc, ale, ponieważ zamiast wdzięczności przysporzyłem im tylko kłopotów, to teraz po prostu nie wiedzą, co ze mną zrobić: widocznie będą musieli mnie po prostu odesłać. Po tych słowach panowie odeszli, potrząsając głowami z wyrzutem.

Ponieważ pułkownik jest najwyraźniej jednym z dowódców obozu, pomyślałem, oznacza to, że nie są to sztuczki pojedynczych oficerów, ale pewien system: cała Kwatera Główna amerykańskiego kontrwywiadu znajduje się w rękach gangsterów. I amerykański konsul w Stuttgarcie nie jest lepszy. Wszyscy są jedną bandą, dżentelmeni z wyższych sfer.

Moja osobista opinia, oczywiście, nie ma żadnego znaczenia. I nie tylko ja tak myślałem, lecz także setki obywateli Związku Radzieckiego, którzy wybrali wolność i przeszli ideologiczną reedukację w Camp King.

Pewnej nocy obudził mnie zgiełk dochodzący z jednej z sąsiednich cel. Przez ściany słychać było odgłosy walki, jakby kogoś wiązano i głośne przekleństwa... Po rosyjsku... Odgłosy tupania i amerykańskie głosy... Potem ktoś kogoś wlecze korytarzem.

Aha, pomyślałem, więc wyciągnęli jednego z naszych... Żeby go przekazać…

Po tym zdarzeniu poczułem tak wielkie obrzydzenie, że w ramach protestu postanowiłem ogłosić głodówkę i odmówiłem przyjęcia śniadania. Wtedy sierżant położył tacę na górnym łóżku i zamknął drzwi. Tam śniadanie stało aż do obiadu. W porze obiadu inny sierżant postawił drugą tacę, która stała tam aż do kolacji. A kolacja stała na górnym łóżku aż do rana. I tak każdego dnia. Przez okres dwunastu dni.

Jeśli ktoś myśli, że to męka Tantala, to się myli. Mimo że jedzenie cały czas stało mi nad głową, wcale nie miałem ochoty jeść. A potem przestajesz nawet pić. Pojawia się jedynie zmęczenie i senność. Wszystko to jest całkowicie bezbolesne. Każdy, kto chce schudnąć, może tego spróbować. Ale najpierw trzeba trafić do celi śmierci.

W końcu, po dwunastu dniach głodówki, do mojej celi przyszedł amerykański major z fajką w zębach i zapytał, co się dzieje. Chodzi o to, powiedziałem, że sam chciałbym wiedzieć, co się dzieje? I dlaczego mnie tu trzymają?

Patrząc na fajkę w zębach majora, przypomniałem sobie, że nie paliłem od kilku dni, i poprosiłem go o ogień. Major przeszukał kieszenie, zajrzał do fajki, która była pusta i nawet bez popiołu, i oznajmił, że nie ma przy sobie ani papierosów, ani tytoniu. Ssał pustą fajkę. Tylko dla stylu.

Pomyślałem, że naśladuje Sherlocka Holmesa.

Ponadto, z punktu widzenia freudowskiej psychoanalizy, tak popularnej w Ameryce, impotentni mężczyźni lubią ssać pustą rurkę, aby sprawiać wrażenie silnych mężczyzn. A impotencję często utożsamia się z sadyzmem. Sadyzm z kolei często wiąże się z patologiczną chęcią władzy nad innymi ludźmi. I wszystkie takie miejsca – Czeka, Gestapo czy amerykański obóz koncentracyjny – roją się od takich typów, gdzie jeden człowiek może bezkarnie znęcać się nad drugim.

Major, ssąc pustą fajkę, mruknął przez zęby, że jutro zostanę wysłany w drogę i zalecił mi przerwanie głodówki, aby nabrać sił na podróż.

„Dokąd mnie wysyłają?” – zapytałem.

„Nie wiem” – odpowiedział major.

„A czy to na pewno jutro?”

„Daję ci słowo honoru amerykańskiego oficera” – powiedział major, najwyraźniej lekko urażony faktem, że nie uwierzyłem mu od pierwszego słowa.

No cóż, pomyślałem, skoro jutro mnie wysyłają i nie wiadomo dokąd, to lepiej nazbierać sił na podróż – sprzedać swoje życie drożej.

Nie wyjmując pustej fajki z ust, major życzył mi smacznego i odszedł. Ponieważ strajk zakończył się dość niejasnymi warunkami, mimo dwunastu dni głodówki nie miałem apetytu. Na górnym łóżku stała taca z zimnym obiadem. Jednak poczekałem aż do kolacji, aż przynieśli ciepłą zmianę i dopiero wtedy zacząłem jeść. I bez apetytu.

Następny dzień minął bez żadnych zmian. Drugi podąża za nim. I trzeci. Tak więc słowo amerykańskiego oficera okazało się równie wielkim kłamstwem, jak jego pusta fajka!

Wcześniej, jako szczególnie niebezpiecznego przestępcę, wyprowadzano mnie na spacer pojedynczo. Teraz szedłem w towarzystwie generała SS i pułkownika Gestapo. Na początku wstydziłem się powiedzieć im, kim jestem. Wstydziłem się nie za siebie, ale za Amerykanów. Kiedy w końcu wyjawiłem swój sekret, moi koledzy z więzienia omal nie wybuchnęli śmiechem. Spodziewali się wszystkiego, tylko nie takiego absurdu.

Ale ja się nie śmiałem. Co więc powinienem zrobić? Zaczekać, aż zwiążą cię jak barana na noc i oddadzą? A według sowiieckiego prawa ucieczka za granicę jest oficjalnie uważana za zdradę kraju i karą za to jest egzekucja. Podobne wyroki czytałem nie raz w rozkazach Sztabu SWA.

Z poczucia bezsilności postanowiłem popełnić samobójstwo. Oczywiście, nie miałem zamiaru popełnić samobójstwa na poważnie. Skoro wkrótce możesz zostać zabity przez innych, dlaczego nie spróbować samemu tej przyjemności? Przynajmniej jedną zaletą jest to, że możesz zmienić zdanie w ostatniej chwili. Na razie to jest moja jedyna wolność.

Po obiedzie zabrałem się do pracy. Podarłem koszulę na paski, skręciłem je w sznury i wysmarowałem mydłem. Potem związałem te sznury w linę i zrobiłem pętlę na końcu. Jedynym miejscem, do którego można było przymocować linę, była kratka w suficie, za którą ukryta była żarówka.

W celi jest już półmrok. Usiadłem na górnym łóżku piętrowym, przywiązałem linę do prętów i spojrzałem w sufit. Następnie nacisnąłem ręką sufit. Dla inżyniera zajmującego się wytrzymałością materiałów było jasne, że gra nie była warta świeczki: mój kark był znacznie mocniejszy niż cienki sufit ze sklejki.

Aby uniknąć oszukiwania samego siebie, postanowiłem najpierw sprawdzić sufit. Aby nie nadwyrężać szyi, chwyciłem pętlę obiema rękami i skoczyłem w dół.

Moje obliczenia dotyczące wytrzymałości materiałów okazały się poprawne. Wylądowałem miękko na podłodze, jak na sali gimnastycznej. A z góry na moją głowę spadały najróżniejsze materiały budowlane i odłamki żarówki.

Ponieważ nie miałem jeszcze ochoty spać, postanowiłem spróbować innej metody samobójstwa. W ciemności wyczułem na podłodze oprawkę żarówki z odłamkami szkła na krawędziach, przypominającymi piłę. Usiadłem na dolnym łóżku i zacząłem podcinać żyły na lewym ramieniu za pomocą tego narzędzia. Tam, gdzie bije puls.

W ogóle nie było mi przykro z powodu podcięcia żył, z których wypływała krew. Mam dużo krwi. W czasie wojny często oddawałem krew do transfuzji – ot tak, bo mam jej dużo. Ale co dziwne, z jakiegoś powodu poczułem żal, że w ciemnościach przecinam ścięgna, które znajdowały się gdzieś bardzo blisko. Przecież, pomyślałem, jeśli coś się stanie, nie będę mógł nawet zacisnąć pięści.

Po ręce, jak mówią pisarze, spływało mi coś ciepłego i lepkiego. Piła z odłamków szkła była dość nieporęczna i rozrywała ciało. W końcu znudziła mi się ta nudna procedura i chciałem iść spać. Położyłem się na łóżku, opuściłem rękę (pomacałem – cieknie) i zasnąłem.

Potem, przez sen, usłyszałem otwierające się drzwi i trzask tłuczonego szkła oraz materiałów budowlanych spadających na podłogę. Promień światła latarki kieszonkowej przeleciał przez celę i upadł na kałużę krwi na podłodze. Wtedy na korytarzu rozległ się dźwięk alarmu. Krótko mówiąc, nie pozwolili mi spać ani umrzeć: wezwali lekarza, zabandażowali rękę, zabrali okulary i przenieśli mnie do innej celi. Oczywiście, znów pojedynczej. Jak przystało na niebezpiecznych przestępców.

Następnego wieczoru do mojej celi przyszedł gość. W wojskowym mundurze, z obfitym brzuchem zamożnego rentiera, z wielkim pistoletem na równie obfitym tyłku i na rękawie czarną opaską z białym krzyżem. Spojrzałem i zastanowiłem się: kto to jest – pirat czy lekarz? Okazało się jednak, że to protestancki duchowny.

Jedyną rzeczą, którą zrozumiałem, było to, że w pewnym momencie i z jakiegoś powodu on również próbował samobójstwa. Wygląda na to, że gdy był misjonarzem w Afryce, jego uczniowie uznali, że lepiej będzie go ugotować i zjeść.

Było trochę logiki w tym, że kanibale zamierzali zjeść pastora. Może to kanibalistyczne, ale nadal jest to logika. Pastor był gruby, a głodni kanibale mogliby go uznać za przydatnego. Ale co dobrego zyskali Amerykanie, robiąc mi to, co zrobili? Nie mogłem tego pojąć.

W końcu wtedy uważałem się za równie szczerego zwolennika Zachodu, jak – powiedzmy – amerykańscy komuniści, którzy przeszli na stronę Związku Radzieckiego. Gdyby jednak sowiecki wywiad potraktował tych komunistów tak, jak Amerykanie potraktowali mnie, to wszyscy ci oszuści i złodzieje zostaliby zastrzeleni jak psy. Nie za kradzież, ale za szkodzenie interesom państwa. A tutaj? Co to za demokracja?

Czasami do celi przynoszono podarte książki w języku angielskim. Wszystkie te powieści dotyczyły przestępczości i szpiegostwa. Przeczytałem i pomyślałem: najwyraźniej amerykańscy agenci wywiadu uczą się z tych książek, jak pracować.

Czasami przynosili także niemieckie gazety. W jednej z nich przeczytałem krótką notatkę o sowieckim żołnierzu, który uciekł na Zachód i leżał w amerykańskim szpitalu, czekając na wydanie go władzom radzieckim.

Wydawało mi się mało prawdopodobne, aby ten żołnierz trafił do szpitala z powodu rozstroju żołądka. Prawdopodobnie próbował popełnić samobójstwo, gdy dowiedział się, że zostanie poddany ekstradycji.

W artykule można było przeczytać, że gdy grupa Amerykanów w towarzystwie sowieckich oficerów pojawiła się w szpitalu, skazany na zagładę żołnierz wyrwał komuś automat, zastrzelił ośmiu lub dziewięciu ludzi wokół siebie, a potem sam się zastrzelił.

Ostrożnie wyrwałem notatkę i schowałem ją do kieszeni.

Kilka dni później obudzono mnie w środku nocy, zaprowadzono pod prysznic i kazano mi się ogolić. Następnie wsadzili mnie do jeepa, w towarzystwie dwóch żandarmów. Jeden z nich miał torbę z moimi dokumentami.

O świcie wjechaliśmy na autostradę i przeczytałem znak drogowy: „Do Lipska jest tyle to a tyle kilometrów.” Więc zmierzamy w kierunku granicy sowieckiej. Pozostały jeszcze cztery godziny.

Jeden żołnierz siedział za kierownicą, drugi obok niego, a ja siedziałem z tyłu. Byli to prości Amerykanie z ogolonymi na różowo głowami. A żeby pokazać swoją demokrację, nawet zaoferowali mi gumę do żucia. Potem drugi zasnął, a jego Colt dużego kalibru dyndał za nim i uwodzicielsko klepał mnie po kolanie.

Weź tego Colta, pomyślałem, strzel w puste, różowe tyły ich głów i uciekaj. Dookoła jest las i krzaki. Ale dokąd uciec? Droga na Wschód jest dla mnie zablokowana. A jeśli zabiję tych żołnierzy, droga na Zachód również będzie dla mnie zablokowana.

Jeep szybko toczył się w kierunku granicy sowieckiej, a ja próbowałem wyobrazić sobie wszystkie możliwości przekazania i to, jak zdobyć broń. Przypomniałem sobie o notatce, którą miałem w kieszeni. Tamten żołnierz miał szczęście, że w jego ręce trafił automat. Automat mieści 72 naboje, a ten marny Colt mieści tylko osiem i Coltem nie da się robić takich fajerwerków.

Najważniejsze jest chwycenie za broń. Dobrze, że nie byłem związany jak ten poszukiwacz wolności, który przeklinał, gdy nocą ciągnięto go korytarzami Camp King.

W ogóle nie miałem ochoty strzelać do asysty. Po co? Przecież to mogą być tacy sami ludzie, jak ja – niewolnicy systemu. Ale strzelanie do większej liczby Amerykanów – to tak... Czy ja wam przeszkadzałem w życiu? Dlaczego posyłacie mnie na rzeź?

Oczywiście, że amerykańscy żołnierze, którzy mnie transportują, nie są niczemu winni. A cóż ja jestem winien? Przecież jestem tylko ściganym zwierzęciem. Ach, gdybyśmy tylko mogli zastrzelić tych poruczników, majorów i pułkowników, którzy pozostali w Camp King…

A potem odłóż automat, podnieś ręce i idź do swoich – niech cię rozstrzelają. I przed egzekucją poproszę tylko o jedną przysługę – o wygłoszenie przemówienia do sowieckich żołnierzy i oficerów. W końcu kiedyś, będąc uczniem, byłem pierwszym mówcą. A potem, gdy dorosłem, zacząłem milczeć. Moje sumienie stanęło mi na drodze. A teraz wygłoszę taką mowę, taką mowę, z serca, z głębi serca:

„Towarzysze, bracia, bijcie tych amerykańskich gadów do ostatniego naboju! Ja bym poszedł pierwszy, ale widzicie, nie mogę tego... Nie wierzcie ani jednemu amerykańskiemu słowu. Wszyscy są złodziejami i kłamcami. Doświadczyłem tego na własnej skórze. A ich wychwalana wolność – oto ona, spójrzcie na mnie! Widzicie!?”

Dałem się tak ponieść, że jeszcze przed egzekucją byłem gotowy wstąpić do Partii Komunistycznej. Powiem tak:

„Towarzysze, bracia, teraz nie mam już nic do stracenia. Cóż, powiem wam całą prawdę. Tak, unikałem wstąpienia do Partii Komunistycznej, ponieważ uważałem wszystkich komunistów za idiotów i łajdaków. Ale teraz jestem przekonany, że Amerykanie to jeszcze więksi idioci i łajdacy. A ponieważ na świecie nie ma prawdy, to zapiszcie mnie do Partii Komunistycznej. Chcę umrzeć jako komunista!”

Tak, będę ich nasycał taką propagandą, jakiej żaden oficer polityczny nie wymyśliłby. A wszystko to z głębi serca. I jak w takim razie zamierzają rozstrzelać człowieka, z którego Amerykanie zrobili ognistego komunistę?

I pomyślałem sobie: i będzie o jednego idiotę mniej, który wierzył w wolność... Ech, skrzydła niewolnika...

Coś podobnego przydarzyło się sowieckim żołnierzom, którzy poddali się Niemcom na początku wojny. Jeśli ci żołnierze, którzy przeszli przez niemieckie obozy zagłady, trafili ponownie do Armii Czerwonej, to walczyli do ostatniego naboju.

Tymczasem jeep dotarł do stacji granicznej kolei Bebra West. Ta sama stacja, na której pół roku temu wybrałem „wolność”, aby spędzić te sześć miesięcy w amerykańskim więzieniu.

Jeden z konwojentów wziął paczkę z moimi dokumentami i udał się do amerykańskiego komendanta wojskowego. Siedziałem i czekałem, aż to się zacznie... Razem z amerykańskim komendantem wyjdą sowieccy strażnicy z automatami i... Gdybym tylko mógł wyrwać automat... Odciągnąć zatrzask, opuścić bezpiecznik i nie zdejmując palca ze spustu, strzelać do Amerykanów…

Po pewnym czasie konwojent wyszedł sam i dał mi znak ręką: wychodź. Więc postanowili mnie tam zabrać. Wysiadłem z samochodu aby pójść do komendantury.

Jednak konwojent wsiadł za kierownicę i uruchomił silnik, jakby zamierzał odjechać. Nie miałem innego wyjścia, jak zapytać:

„Gdzie mam iść?”

„Gdziekolwiek chcesz – odpowiedział żołnierz, żując gumę. – Jeśli chcesz, idź tam – machnął ręką w kierunku strony sowieckiej. – A jeśli nie chcesz, idź gdzie chcesz…”

Żołnierz zawrócił jeepa i nacisnął gaz tak mocno, że spod kół posypały się na mnie kamyki, zupełnie jak w filmach gangsterskich. I zostałem sam.

Rozejrzałem się, żeby sprawdzić, czy ktoś mnie śledzi. Słońce świeciło jasno, dookoła chodzili Niemcy – i nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wygląda na to, że znów jestem wolny. Usiadłem na kamieniu przy wejściu na stację i otarłem pot z czoła. Wewnętrznie przygotowałem się na wszystkie ewentualności, oprócz tej.

Już wcześniej tak bardzo pożegnałem się z życiem, że powrót do niego wytrącił mnie z równowagi. Zamiast radości i ulgi nie czułem nic poza zimną wściekłością. Znów jakieś brudne sztuczki! Co to za gra w kotka i myszkę?

Stacja graniczna. Niemiecka policja patroluje okolicę i sprawdza dokumenty. Amerykańscy parlamentarzyści także się tu kręcą. Sześć miesięcy temu zostałem tu aresztowany podczas kontroli dokumentów. Teraz, żeby nauczyć mnie wdzięczności i dobrych manier, panowie z Camp-King zabrali mi nawet Kennkartę, za którą pobrali ode mnie 20000 marek. I teraz nie miałem w ogóle żadnych dokumentów. Jeśli teraz podejdzie do mnie policjant i poprosi o dokumenty, zostanę odesłany do Camp King, skąd właśnie wróciłem, w celu ustalenia mojej tożsamości.

Następny pociąg do Stuttgartu odjeżdżał dopiero następnego ranka. Ponieważ spędzenie nocy na dworcu było niebezpieczne, pierwszą noc wolności spędziłem w sposób frontowy: po prostu wszedłem do zniszczonego przez bombę domu, z dala od dworca, położyłem się na stosie cegieł, podłożyłem pięść pod głowę i zasnąłem, patrząc na rozgwieżdżone niebo nad głową.

Gdy przybyłem do Stuttgartu, udałem się na posterunek policji, gdzie wcześniej odebrałem swoją Kennkartę i zgłosiłem, że mi ją skradziono. Oczywiście, wyciągnąwszy wnioski ze smutnego doświadczenia z amerykańskim konsulem, tym razem mądrze przemilczałem fakt, że złodzieje, którzy ukradli moją Kennkartę, to siedziba amerykańskiego wywiadu w Europie. Pan Werner otrzymał więc duplikat Kennkarty i rozpoczął nowe życie.

Wówczas, w 1947 roku, na wpół zniszczone Niemcy Zachodnie były przepełnione milionami obcokrajowców-DP z całej Europy Wschodniej i milionami niemieckich uchodźców wydalonych z tych samych krajów Europy Wschodniej. Nie było możliwości pracy w mojej specjalności. Kiedyś przeczytałem w gazecie, że Amerykanie szukają elektryka do obsługi elektrycznych pieców do kukurydzy w P.X. Złożyłem podanie, w którym szczerze wspomniałem, że wcześniej byłem głównym inżynierem w sowieckiej administracji wojskowej i zarządzałem kilkudziesięcioma największymi zakładami elektrotechnicznymi, pracującymi w ramach reparacji wojennych, w związku z czym miałem nadzieję, że poradzę sobie z obsługą kilku elektrycznych pieców do smażenia kukurydzy. Ale mi odmówiono. I szczerze powiedzieli dlaczego – jako politycznie niewiarygodnemu.

Niech was szlag, pomyślałem. Uciekłem ze Związku Radzieckiego, ponieważ uważano mnie tam za niewiarygodnego politycznie. I tutaj również nie jestem wiarygodny politycznie!

Aby zabić czas, napisałem kilka esejów o życiu na berlińskim Kremlu, czyli w Kwaterze Głównej SWA i wysłałem je do redakcji „Posiewu”. Po przeczytaniu moich esejów uznali, że jestem profesjonalnym pracownikiem czasopism i długo namawiali mnie, żebym przyznał, gdzie pisałem wcześniej – w „Prawdzie” czy w „Izwiestiach” – i pod jakim nazwiskiem.

W tamtym czasie mieszkałem na poddaszu taniego hotelu o nazwie „Biały Jeleń” na obrzeżach Stuttgartu. Spałem na jednym łóżku, a na drugim – jednooki niemiecki handlarz, który zarabiał na życie, chodząc po okolicznych wioskach z pudełkiem na szyi i sprzedając sznurowadła, pastę do butów, nici i szpilki. Podczas gdy on spacerował, siedziałem przy małym okienku na poddaszu i pisałem o berlińskim Kremlu.

Jesienią wprowadziłem się do małego pokoju, należącego do rosyjskiej wdowy. Kiedy wdowa przekonała się, że wolę młode Niemki od rosyjskiej staruchy, zaczęły się komplikacje patriotyczne. Siedziałem i pisałem swoje eseje, a obrażona starucha siedziała i pisała wszędzie donosy, że jestem sowieckim szpiegiem. Potem zięć tej staruszki wyskoczył przez okno z piątego piętra i popełnił samobójstwo. Czy wyobrażacie sobie, jaka to była starsza pani?

Zimą moja komórka nie była ogrzewana i było w niej tak samo zimno, jak na zewnątrz. Jedynym źródłem ciepła były papierosy z czarnego tytoniu chłopskiego, tytoniu uprawianego w domu, który był mocniejszy i śmierdział mocniej niż machorka. Bibułka papierosowa była dla mnie zbyt dużym luksusem, więc skręcałem papierosy w „Posiew”, gdzie byłem publikowany i który wysyłano mi jako egzemplarze autorskie. W tydzień wypaliłem cały „Posiew”.

Cały dzień siedziałem i pisałem – w płaszczu, rękawiczkach i czapce na głowie. Owszem, czasami musiałem robić przerwy, gdy atrament w kałamarzu zamarzał. Jedynym źródłem dochodu były tantiemy od „Posiewu”. W tym czasie w Niemczech panował spory niedobór żywności i zdarzało się, że przez cały tydzień żywiłem się wyłącznie śledziami, wodą i chlebem. W następnym tygodniu – tylko sztuczny miód, również z wodą i chlebem.

Próbowałem wyemigrować do Francji – odmówiono. Próbowałem pojechać do Australii – odmówiono. Jako politycznie niewiarygodnemu. Co więcej, po raz trzeci w tajemniczy sposób zniknęły wszystkie moje dokumenty, łącznie z duplikatem nieszczęsnej Kennkarty. Doświadczeni DP-iści zapewniali mnie, że wszyscy amerykańscy urzędnicy UNRRA i IRO odpowiedzialni za emigrację, to międzynarodowa hołota, komunistyczni towarzysze podróży, sowieccy agenci lub po prostu złodzieje, którzy sprzedaliby na czarnym rynku nawet własną matkę, a którzy bez wątpienia sprzedali wszystkie moje dokumenty i kwestionariusze, w których żądali ode mnie całej prawdy, sowieckiemu wywiadowi.

Nadeszła druga zima, a ja wciąż siedziałem w komórce i pisałem. Za to na Boże Narodzenie dostałem wzruszający prezent. Jeden z czytelników „Posiewu”, który zarabiał na życie kradzieżą (uczciwą kradzieżą), ukradł skądś maszynę do pisania i przyniósł mi ją w prezencie:

„Piszesz w taki sposób, – wyjaśnił – że łzy napływają mi do oczu. A to jest najważniejsze, kiedy to dotyka twojego serca. Przecież wszyscy przeszliśmy tę drogę. Cóż, postanowiłem pomóc wspólnej sprawie…”

Wychodząc, stuknął obcasami jak żołnierz i uchylił filcowego kapelusza:

„Towarzyszu były dowódco, widzę, że jesteś głodny i zmarznięty. Nawet my, złodzieje, tak nie żyjemy. Więc nie bądź nieśmiały... Jeśli czegoś potrzebujesz, po prostu powiedz... Pomożemy…”

A tak na marginesie, skoro mowa o złodziejach. Zdjęcia Kitty, jednej z moich berlińskich znajomych, zniknęły z mojej walizki. Niedawno otrzymałem te zdjęcia pocztą. Nie mogły się zgubić. A komu są potrzebne? Tylko jakiejś służbie wywiadowczej. Ale radziecki wywiad, jeśli zajdzie taka potrzeba, zabierze nie zdjęcie, a żywą Kitty. Zatem, według teorii prawdopodobieństwa, pozostało już tylko jedno – amerykański wywiad, ci sami panowie z Camp King.

To zabawne. Podczas gdy rosyjscy złodzieje oferują mi swoją pomoc, amerykański wywiad przeszukuje moje walizki. Jednocześnie, już drugi rok z rzędu, publikuję co tydzień w czasopiśmie „Posiew”, które jest jednym z głównych źródeł informacji dla amerykańskich ekspertów, zajmujących się sprawami sowieckimi. Ten epizod wrócił do mnie później, po kolejnej porażce i publicznej chłoście amerykańskiej agencji wywiadowczej CIA, gdy w Waszyngtonie zaczęto sprzedawać odznaki z napisem: „Nasza praca jest tak tajna, że nawet my sami nie wiemy, co robimy”.

Mówią, że Ameryka jest krajem cudów. Dlatego prawdziwe rosyjskie bestsellery piszą w Ameryce ghostwriterzy. A jeśli ktoś napisał swoją książkę sam, to jest to zjawisko nienormalne.

Tak właśnie zazwyczaj pisze się rosyjskie książki w Ameryce. Oto książka „Tajny świat” autorstwa Piotra Dieriabina, byłego podpułkownika sowieckiego wywiadu. Na okładce uczciwie widnieje informacja, że tekst został napisany na podstawie słów Dieriabina przez kogoś innego. Następnie pojawia się kolejny film akcji „Notatki Pieńkowskiego”, który został rozstrzelany w ZSRR za szpiegostwo. A na okładce jest napisane, że nie Pieńkowski, ale Dieriabin zaprojektował tę książkę. Ten sam Dieriabin, który nie potrafił nawet napisać własnej książki, teraz szybko pisze w miejsce zwłok Pieńkowskiego. Cuda!

A ja, jak idiota, siedziałem przez dwa lata i sam napisałem moją książkę. I w takich warunkach, że gdy skończyłem pracę, byłem całkowicie przekonany, że zachorowałem na gruźlicę.

Jako syn ginekologa, już od młodości uwielbiałem zgłębiać książki medyczne mojego ojca. Może dlatego, że były to książki o chorobach kobiecych, pełne ciekawych zdjęć, tak dosadnych, że nie znajdziesz takich już nawet w amerykańskich magazynach pornograficznych. Potem, napatrzywszy się na te zdjęcia, uważałem się za specjalistę i gdy coś mnie bolało, lubiłem stawiać sobie diagnozę.

Kiedy więc poszedłem na badanie lekarskie, autorytatywnie oświadczyłem, że na pewno mam gruźlicę. Ale lekarz pokręcił głową i powiedział, że jestem zdrowy jak wół. Na początku byłem bardzo zaskoczony. Wtedy z wdzięcznością wspomniałem mojego ojca – widocznie nie bez powodu był ginekologiem, ukształtował mnie według wszelkich zasad nauki i techniki.

W 1950 roku wahadło amerykańskiej polityki przesunęło się w drugą stronę. Od jednej skrajności do drugiej. Po erze Roosevelta nastąpiła era McCarthy’ego. W Ameryce odbywały się, jeden po drugim, procesy szpiegów atomowych. Departament Stanu wyrzucał homoseksualistów setkami. Komunistyczni towarzysze podróży zostali usunięci z instytucji rządowych. Amerykańska prasa krzyczała o polowaniu na czarownice. A niemieckie gazety pisały, że mój przyjaciel, amerykański konsul w Stuttgarcie, był tak zdenerwowany całą tą sytuacją, że zmarł na zawał serca.

Równocześnie na froncie sowieckim Amerykanie rozpoczęli to, co nazywa się wojną psychologiczną. W Monachium powstał „Projekt Harward”, który zajmował się wszelkiego rodzaju badaniami psychologicznymi, potem radio „Głos Ameryki”, „Radio Liberty” i pewien Amerykański Komitet, który tak często zmieniał nazwę, że nawet nie wiem, jak się teraz nazywa.

Każdy wróbel na dachach Monachium ćwierkał, że za tym wszystkim stoi amerykańska agencja wywiadowcza CIA. Później sama prasa amerykańska potwierdziła to bardzo wyraźnie. Jak na ironię, amerykański personel tego kompleksu psycho-wojny składał się głównie z urzędników, którzy z jakiegoś powodu zostali wyrzuceni z Departamentu Stanu i z jakiegoś powodu trafili pod skrzydła CIA.

Wtedy też w Monachium zostało założone Centralne Stowarzyszenie Emigrantów Powojennych ZSRR (COPE), które zrzeszało wszystkich „nowo przybywających”, a ja zostałem jego przewodniczącym. Do prowadzenia wojny psychologicznej potrzebni byli „najnowsi przybywający”. Jednak dzięki działaniom Camp King napływ „nowych” został niemal całkowicie zatrzymany. Aby zrozumieć, dlaczego tak się stało, opisałem bardzo szczegółowo moje własne przygody w Camp King.

Pewnego dnia w moim mieszkaniu pojawił się pulchny, elegancki dżentelmen w jasnym, tropikalnym garniturze i kolorowych butach, niczym włoski żigolo. Dżentelmen przedstawił się jako ten sam pastor protestancki, który kiedyś omal nie został zjedzony przez kanibali i który miał przyjemność spotkać się ze mną w Camp King.

Patrząc na przebranego pastora, pomyślałem: „A w jakiej agencji wywiadowczej teraz pracujesz, wujku?”

Widząc moją kwaśną minę, pastor szybko poinformował mnie, że zarządzono wszczęcie specjalnego dochodzenia rządowego w sprawie Camp King, ale kiedy przybyła komisja śledcza, wszystkie dokumenty dotyczące działalności tego obozu zostały przezornie spalone. Teraz ta komisja próbuje pośrednio zrekonstruować to, co się tam wydarzyło. A ponieważ jestem przewodniczącym organizacji reprezentującej wszystkich obywateli sowieckich, którzy po wojnie uciekli na Zachód i w związku z tym przeszli demokratyczną reedukację w Camp King, pastor przyszedł do mnie.

No cóż, oto na przykład mała ilustracja. Pewien sowiecki homoseksualista głośno narzekał, że kiedy uciekał, ukrył sobie kilka diamentów w tyłku, ale dżentelmeni z Camp King znaleźli je tam i ukradli. Potem Ostap Bender nr 2 pracował jako pułkownik radiowy w „Radiu Wolność". I pracuje do dziś – to już 20 lat.

Dodam jeszcze parę szczegółów z własnego doświadczenia. Oprócz dokumentów sowieckich i marek niemieckich, o których już wspomniałem, panowie z Camp King ukradli mi następujące drobne przedmioty:

1. Kiedy zostałem zdemobilizowany z wojska, otrzymałem 5000 rubli za staż służby. Ale nie miałem czasu wymienić ich na marki. Amerykanie również zgarnęli te 5000 rubli. Nowiutkie, nieskazitelne, prosto z Banku Państwowego. Do czego amerykańscy agenci wywiadu ich potrzebowali? Jako pamiątki? A może do szpiegostwa?

2. Jako naczelny inżynier miałem prawo nosić zarówno mundur wojskowy, jak i ubrania cywilne. No więc kupiłem sobie złotą zapinkę z perłą do krawata. Amerykanie ukradli także tę zapinkę. Najwyraźniej, żeby odzwyczaić mnie od burżuazyjnych nawyków.

3. Kupiłem od Niemców na czarnym rynku amerykańskie pióro wieczne Parker. Amerykanie ukradli mi go w Camp King.

4. Miałem też tanią papierośnicę z żółtego metalu i czarnej emalii. Amerykanie najwidoczniej pomylili ją ze złotem i również ją zwinęli.

Nie obchodzą mnie te wszystkie drobiazgi. Ale jeśli opowiadają dowcipy o tym, jak Rosjanie kradli Niemcom zegarki, to dlaczego nie opowiedzieć o tym, jak Amerykanie okradali Rosjan. A niektórym, jak na przykład Ostapowi Benderowi nr 2, nawet zaglądali w tyłek.

Wszystko to działo się pod powiewającą na wietrze flagą Stanów Zjednoczonych. Aby ludzie nie mylili się co do tego, gdzie się znajdują, z głośników odtwarzano hymn narodowy Stanów Zjednoczonych.

Przecież teraz „Głos Ameryki” i „Radio Liberty” wyrzucały w błoto miliony dolarów, próbując nakłonić sowieckich żołnierzy i oficerów stacjonujących w Niemczech Wschodnich, by wybrali amerykańską wolność. Wywiadowi potrzebne były języki, ale nie było dezerterów.

Propaganda sowiecka w pełni wykorzystała działalność Camp King. W wojskach radzieckich stale wydawano rozkazy rozstrzeliwania radzieckich żołnierzy i oficerów, którzy uciekali do Amerykanów i zostali przekazani z powrotem. Oczywiście, zniechęcało to do wyboru wolności w takich warunkach.

Ale Amerykanie są praktycznym narodem. Aby zwiększyć napływ dezerterów, amerykański wywiad, w ramach wojny psychologicznej, utworzył w Berlinie specjalny batalion prostytutek, którego zadaniem było zwabianie sowieckich oficerów na Zachód. Biznes rozrastał się na ogromną skalę, a prostytutkom płacono według ustalonego cennika: 20 tys. marek za porucznika, 25000 za kapitana i 30 000 marek za majora. I nie chodzi tu o marki okupacyjne i inflacyjne, ale o nowe, twarde marki.

Usiadłem i szybko dokonałem bilansu. Kilku odważnych amerykańskich agentów wywiadu okradło mnie kiedyś z jakichś 100 dolarów. A teraz, na skutek takiego działania, prostytutkom płacą 7500 dolarów za takiego człowieka!? Więc amerykańscy podatnicy płacą teraz za drobnych złodziejaszków z Camp King.

Następnie, w ramach wojny psychologicznej, dodano batalion męskich prostytutek, aby pomagały prostytutkom, – czyli niemieckich pederastów, którzy wywąchiwali podobnych sobie wśród sowieckich żołnierzy i oficerów – i wabili ich na Zachód.

Oczywiście, wszystkie te specprojekty wojny psychologicznej były tak tajne, że nawet ja, przewodniczący COPE, nie wiedziałem o nich. Ale ponieważ ci ludzie trafiali potem do mnie, widziałem rezultaty. Wszystko to można zrozumieć dopiero z perspektywy czasu.

A rezultaty były takie. Żarty z miłością kończyły się źle. Ludzie, których zwabiono na Zachód za pomocą prostytutek, kobiet lub mężczyzn, szybko orientowali się, że zostali oszukani, czuli się jak ryby wyjęte z wody, popadali w alkoholizm, staczali się na dno społeczne i jako rezultat końcowy, jako ostatnia forma bezsilnego protestu, wracali do ZSRR – na, z pewnością, rozstrzelanie.

Kiedy przybywali, „Głos Ameryki" i „Radio Liberty" krzyczały pod niebiosy, że „wybrali wolność”. Kiedy wracali, zapadała grobowa cisza. Jak w dobrym zakładzie pogrzebowym. Albo, żeby zatrzeć ślady, rozpuszczano brudne plotki. Wolność zamieniała się dla nich w skrzydła niewolnika, który startuje na sztucznych skrzydłach – i spada.

Tak więc, jeśli wcześniej amerykański wywiad okradał radzieckich dezerterów i wysyłał ich z powrotem na rozstrzelanie, teraz sami szli, aby ich rozstrzelać. Odchodząc, mówili otwarcie:

- Amerykanie? Wszyscy to prostytutki. Niech lepiej nasi ludzie nas rozstrzelają!

Tymczasem mój „Kreml Berliński” ukazał się w tłumaczeniu na język niemiecki. Pewnego dnia otrzymałem 12-stronicowy list od jednego z czytelników. Był to niemiecki pułkownik, posiadacz Krzyża Żelaznego, najwyższego odznaczenia armii niemieckiej. Pułkownik stracił nogę na froncie rosyjskim i spędził siedem lat w niewoli sowieckiej. Teraz, po powrocie do Niemiec i przeczytaniu mojego „Kremla”, chciał mi podać rękę za tę książkę – jak oficer oficerowi.

Niemiecki pułkownik przywiózł ze sobą z rosyjskiej niewoli drewnianą łyżkę domowej roboty, którą podarowali mu rosyjscy przyjaciele z koncłagru, oraz prostą rosyjską ikonę, którą podarował mu sowiecki kołchoźnik. Człowiek ten rozumiał problemy komunizmu i narodu rosyjskiego znacznie lepiej niż większość zachodnich ekspertów, zajmujących się sprawami sowieckimi.

Pewnego razu otrzymałem list o następującej treści:

„Drogi Herr Klimow! W dniach zwycięstwa i porażki, ty, zwycięzca, znalazłeś w swoim „Berlińskim Kremlu” słowa współczucia i życzliwości dla nas, kobiet i dzieci pokonanych Niemiec. Wdzięczna, przesyłam ci ten medalion, który jest poświęcony, i niech Cię chroni”.
Edith Neugebauer.

Do listu dołączono katolicki medalion z wizerunkiem Madonny i łańcuszkiem do noszenia na szyi.

Kilka miesięcy później wybrałem się samochodem w długą podróż służbową. W drodze zdarzył się wypadek. Kierowca zginął na miejscu. I choć siedziałem obok kierowcy, na miejscu najbardziej śmiertelnym, to pozostałem przy życiu.

Kiedy obudziłem się w szpitalu, zobaczyłem, że mam na piersi medalion. Nigdy wcześniej ani później nie nosiłem tego medalionu. I z jakiegoś powodu miałem go na sobie podczas tej podróży. Chociaż nie jestem człowiekiem przesądnym, ale…

Ogólnie, z Niemcami wszystko u mnie szło bardzo gładko. Przeszedłem nawet przez procedurę denazyfikacji, którą musieli przejść wszyscy Niemcy, bez większych trudności, aby wyłowić wszystkich byłych nazistów, gestapowców, esesowców, itd. W ankiecie napisałem po prostu, że w tym czasie służyłem w Armii Czerwonej i otrzymałem oficjalne zaświadczenie o denazyfikacji. Ze wszystkimi stemplami, podpisami i pieczęciami.

Jednakże, pomimo zaświadczenia o denazyfikacji, ponownie odmówiono mi emigracji do Ameryki. I to pomimo faktu, że byłem przewodniczącym COPE, o której wszystkie wróble na dachach Monachium ćwierkały, że to specjalny projekt amerykańskiej agencji wywiadowczej Si-Aj-Ej.

Najwyraźniej złodziejaszki z Camp King wystawili mi złe referencje — pomyślałem. A praca w CIA jest tak tajna, że oni sami nie wiedzą, co robią {что они сами не знают, что они делают}.

Stopniowo wojna psychologiczna weszła w trzecią fazę. Trzecia faza opierała się głównie na tzw. „Projekcie Harwardzkim”, który był realizowany w Monachium w latach 1949-50 i gdzie również trochę pracowałem. Projekt Harward opierał się głównie na tajemniczym „kompleksie Lenina”, czyli, jak później wyjaśnili eksperci, na ukrytym kompleksie homoseksualizmu Lenina.

Co to jest? Trudno to wyjaśnić. W zasadzie, z klinicznego punktu widzenia, jest to zwyrodnienie lub degeneracja, polegająca na chorobie psychicznej i zboczeniach seksualnych. To trupi jad rodzaju ludzkiego, który zniszczył starożytną Grecję, starożytny Rzym i który, w znacznym stopniu, przyczynił się do rewolucji w Rosji. To znaczy, że ten specyfik jest naprawdę mocny. A z punktu widzenia religii, jest to to samo, co w Biblii nazywane jest diabłem i księciem tego świata.

Wszak rosyjscy emigranci od dawna mówią: „Przeciw bolszewikom – nawet z diabłem!” Cóż, praktyczni Amerykanie wzięli sobie tego diabła za sojusznika.

Oczywiście, taki niezwykły sojusz był tak starannie utrzymywany w tajemnicy, że nie wiedział o nim nawet przewodniczący COPE. Wszystko to można zrozumieć dopiero, patrząc wstecz.

Chociaż wtedy nie znałem jeszcze wszystkich tajemnic projektu harwardzkiego, sowiecki wywiad wiedział o tym doskonale od samego początku. I podjął własne kroki. Nie ma więc powodu, aby milczeć w tej sprawie. Po co fałszywy wstyd?

Zupełnie naturalne jest, że tak specyficzne zadanie, jak sojusz z diabłem, wymaga odpowiedniego personelu. No cóż, na przykład miałem bardzo miłego komisarza z Si-Aj-Ej w COPE, prawdziwego czarodzieja. Lecz potem okazało się, że komisarz wolał swojego sekretarza niż swoją żonę.

Wiecie, niektórzy korzystają z usług sekretarki, a niektórzy wolą sekretarza. Mówią, że własnie od tego-to „sekretu” pochodzi słowo sekretarz. A z punktu widzenia projektu harwardzkiego, jest to jedna z odmian „kompleksu Lenina”.

Albo oto inny przykład. Zalecałem się do uroczej młodej damy z „Głosu Ameryki”. A potem okazało się, że ta słodka młoda dama zalecała się do swoich koleżanek i że jest, wybaczcie to wyrażenie, lesbijką. Tak, a poza tym jest też sadystką, podobną do tych, które kiedyś pracowały w Czeka, a które w dobrych, dawnych czasach po prostu palono na stosach, nazywając wiedźmami. A z punktu widzenia harwardzkich profesorów jest to – kompleks żony Lenina.

Oczywiście, nie mogę powiedzieć, że wszyscy pracownicy „American Committee”, „Radio Liberty", „Głosu Ameryki" i innych pokrewnych organów wojny psychologicznej, byli uzbrojeni w ten kompleks Lenina. Ale mogę zagwarantować, że prawie wszyscy, których tam znałem, mieli tę leninowską przypadłość. A znałem tam wiele osób.

„Project Harvard" był swego rodzaju inscenizacją „Biesów” Dostojewskiego, przygotowaną przez amerykański wywiad. Pracowałem więc w otoczeniu degeneratów i dziwaków, z których połowa, według statystyk, była chora psychicznie. Dlatego też podczas Wielkiej Czystki w latach 30-tych, Stalin eksterminował takich leninistów, nazywając ich wściekłymi psami, Hitler wpędzał ich do komór gazowych i obozów koncentracyjnych, a w dobrych dawnych czasach palono ich na stosach, nazywając wiedźmami i czarownikami. Aby nikt nie poczuł się urażony, można dodać, że Stalin i Hitler byli dokładnie takimi samymi degeneratami.

Mówiąc ogólnie, praca w takim otoczeniu sprawiała mi przyjemność i nie miałem czasu na nudę.

Niektórzy nazywali Amerykański Komitet „Komitetem Ratowania Rosji przed bolszewikami – z Pomocą Trockistów i Mieńszewików”! Dlaczego? Tak, to bardzo proste. W końcu pierwszym postulatem marksizmu jest jedność i walka przeciwieństw. Więc przebiegli Amerykanie postanowili podać bolszewikom zastrzyk przeciwko wściekliźnie, sporządzony z jadowitej śliny trockistów, mieńszewików i eserowców.

Więc ta sprawa jest niezwykle myląca. Aby to pojąć, trzeba na przykład poznać filozofię poszukiwacza diabłów, Bierdiajewa, który głosił zjednoczenie szatana i antychrysta i w rezultacie powstanie królestwa księcia tego świata. A jeśli to wyjaśnię, powstanie taki wrzask, jakby ktoś dosłownie nadepnął na ogon i szatanowi i antychrystowi.

Co jednak przedstawiają sobą „biesy” Projektu Harwardzkiego w praktyce? Z socjologicznego punktu widzenia jest to „Porządek Leninowski”. Z psychologicznego punktu widzenia jest to „oralny erotyzm” Freuda. A z punktu widzenia języka rosyjskiego, to nie są ludzie, lecz niecenzuralne, niedrukowalne wulgaryzmy.

Ci „nosiciele systemu” dosłownie robią to, co jest zawarte w pozornie bezsensownych, nienadających się do wydrukowania, wulgaryzmach. Tajemnica ta tworzy z nich rodzaj tajnej partii, której nazwa brzmi – Legion, a co w Biblii nazywa się księciem tego świata. A za tym wszystkim przyczaiły się „biesy”, czyli choroby psychiczne.

Zadaniem tych biesów było pobudzanie podobnych biesów w Związku Radzieckim za pośrednictwem radia i prasy, lub zwabianie ich na Zachód. Na początku odbywało się to przy pomocy niemieckich prostytutek płci obojga. A potem wprowadzono do akcji prostytutki radiowe.

A ponieważ „ci, którzy wybrali wolność”, trafiali potem do mnie do COPE, widziałem rezultaty tego wszystkiego. Jeśli wcześniej amerykański wywiad okradał radzieckich dezerterów i wysyłał ich z powrotem na rozstrzelanie, to teraz szli na rozstrzelanie sami. Inni popełniali samobójstwa. Inni trafiali do klinik psychiatrycznych lub na oddziały izolacyjne dla alkoholików. A jeszcze kilku ludzi, młodych sowieckich żołnierzy, zszokowanych tym wszystkim, poszło do klasztoru.

I dla tych ludzi wolność stała się skrzydłami niewolnika, który próbuje latać na sztucznych skrzydłach – i spada.

Stopniowo wojna psychologiczna przeradzała się w wojnę psychopatów. A psychiatra powinien zająć miejsce prezesa COPE. Ponieważ jednak nie byłem ani psychopatą, ani psychiatrą i nie miałem kompleksu Lenina, w 1955 roku po prostu umyłem ręce i wyjechałem do Ameryki.

Ponieważ byłem przewodniczącym COPE, czyli, jeśli tak można powiedzieć, urzędnikiem wybranym, to zgodnie z demokratycznymi zasadami, powinienem składać sprawozdania moim wyborcom. No więc oto i ja składam sprawozdanie.

Patrząc wstecz, triumfalne relacje w „Głosie Ameryki" i „Radiu Liberty", opowiadające o tych, którzy „wybrali wolność”, wyglądają teraz jak reklamy zakładu pogrzebowego. Szczerze mówiąc, jeśli sowiecki Komitet „Powrotu do Ojczyzny” nazwano komitetem-pułapką, to amerykański Komitet ze swoim „Radiem Wolność” jest nie mniejszą pułapką. Nie jest to zwykła wolność, lecz wolność szczególna, zbudowana według receptur poszukiwacza diabłów Bierdiajewa, gdzie, podobnie jak w „69”, dobre zło i złe dobro przeplatają się i gdzie nicość jest niszcząca {ничто ничтожит}. Dlatego niektórzy specjaliści twierdzą, że istnieje 69 sposobów, przez które można zostać nieszczęśliwym.

Niektórym handlarzom dusz ludzkich może się to nie podobać. Ale powiem jedno: zdrowa dusza jest mi bliższa niż chora. I dla mnie żywa dusza jest cenniejsza niż martwa. A wy handlujecie duszami chorymi lub martwymi.

Oto rezultaty amerykańskiej wojny psychologicznej na froncie rosyjskim w latach 1945-1955. W tym kontekście warto przypomnieć znakomitą książkę Ariadny Delianicz „Wolfsberg – 373” (książkę tę można zamówić w redakcjach gazet „Życie Rosyjskie” i „Rosja” lub w księgarniach), która opisuje, jak angielski wywiad filtrował rosyjskich antykomunistów po kapitulacji Niemiec. Nasuwa się tu wiele paraleli. I tam, i tam rezultaty są dość smutne.

Nawiasem mówiąc, trzecia faza psycho-wojny, którą opisałem powyżej, trwa do dziś. Amerykanie, stosując wszelkie metody wojny psychologicznej, poprzez radio i prasę, podżegają sowieckich psychopatów z „syndromem Lenina” do buntu. A sowieckie KGB, doskonale znające wszystkie sekrety i najbardziej ukryte tajemnice Projektu Harwardzkiego, spokojnie umieszczało tych „leninistów” w szpitalach psychiatrycznych, które sami psychopaci dowcipnie nazywali „durdomami”.

W żargonie zawodowym KGB, w pełnej zgodności z Projektem Harwardzkim, psychopatów tych klasyfikuje się, według Freuda, w następujący sposób: typ Ch-S, typ P-L, typ W-R-E, typ G-J i tak dalej. Te nowe sowieckie skróty to po prostu skrócone, niemożliwe do wydrukowania wulgaryzmy. Ofiary amerykańskiej psycho-wojny siedzą w „domach wariatów” i śpiewają ormiańskie piosenki:

Ech, polityka małoformatowa...
Gdzie jesteś, moja chora głowa?!

A zachodni degeneraci, tacy jak Ch-S, P-L czy W-U-J {W-R-E}, którym imię legion, doskonale wiedzą, że ich bracia trafiają do „domów wariatów” – i krzyczą o tym pod niebiosa. Oto kwintesencja psycho-wojny ostatnich 20 lat.

Dlatego filozofowie twierdzą, że diabeł jest niebezpieczny tylko wtedy, gdy go nie widzimy. A kiedy go widzimy, staje się zabawny i żałosny. Filozofowie twierdzą również, że diabeł jest złym sprzymierzeńcem.

Ci psychopaci są karmieni przez amerykański wywiad i dojeni przez wywiad sowiecki. A gdy zajdzie potrzeba, zostaną rozgromieni, niczym sine muchy Tarsisa. Sine muchy są muchami trupimi. I rozsiewają trupi jad.

Nawiasem mówiąc, gdy szef amerykańskiego wywiadu, Allen Dulles, dowodził psycho-wojną, jego syn siedział w tym czasie w szpitalu psychiatrycznym.

Na fasadzie siedziby Centralnej Agencji Wywiadowczej USA w pobliżu Waszyngtonu, widnieje werset biblijny: „I poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (Ewangelia według św. Jana 8,32). Biblia nie rozumie przez to amerykańskiej wolności, ale wolność od grzechu. Dobrze, więc powiem Wam jedną z tych bezsprzecznych prawd:

Szczerze mówiąc, gdyby car Mikołaj II zrobił w swoim czasie to, co KGB robi dzisiaj, czyli umieszczał Leninów, Kamieniewów, Trockich i innych im podobnych w „domach wariatów”, to w Rosji nie byłoby rewolucji ani władzy sowieckiej. Wtedy i Ameryce byłoby spokojniej. A Ameryka robiła wtedy to samo, co robi teraz.

Mówiąc o pacjentach sowieckich „domów wariatów” {„дурдомов”} – w większości przypadków zobaczymy to samo, co filozof Bierdiajew, poszukiwacz diabłów, nazwał związkiem szatana i antychrysta, który obiecuje królestwo księcia tego świata. Trzeba przyznać, że stary poszukiwacz diabłów Bierdiajew, wcale nie był głupcem.

I profesorowie Harwardu ze swoim „kompleksem Lenina” również nie są głupcami. I sowiecka tajna policja ze swoimi „domami wariatów” także nie jest głupia. Jedynymi oszukanymi ludźmi są ci, którzy nie wiedzą o tym wszystkim. Ale spróbujcie to powiedzieć…

Mówią, że naga prawda bywa czasami osobiście nieprzyjemna. Jak na przykład nagie biesy psycho-wojny. Ale mówią też, że nie w mocy Bóg, lecz w Prawdzie.

Nowy Jork. 20 grudnia 1971


Powrót do spisu treści