1.
Więc uciekłem z Moskwy do Berlina.
Kiedy drzwi mojego mieszkania w Karlshorst zamknęły się za mną, usiadłem przy stole i tęsknie spojrzałem na kalendarz. Do końca wakacji pozostały jeszcze dwa tygodnie. Co robić? Przychodzić do pracy wcześniej? Po co! Niektórzy pomyślą, że jestem szalony, inni, że karierowicz. Odwiedzić znajomych? Będzie zbyt wiele pytań, na które nie mam ochoty odpowiadać. Spieszyło mi się, żeby opuścić Moskwę, ale nie wiedziałem dokąd i dlaczego.
Postanowiłem po prostu odpocząć i przez kilka dni z rzędu, ubrany po cywilnemu, chodziłem na plażę. Specjalnie szukałem miejsc, gdzie były tłumy ludzi, i w milczeniu kładłem się na piasku, obserwując życie dziwnego, beztroskiego świata, który kipiał wokół mnie. Na początku sprawiało mi to dziwną satysfakcję. To było tak, jakby ten bezcelowy ruch mnie uspokajał. Potem śmiertelnie mnie znudziło oglądanie codziennie tych samych opakowań kanapek i tych samych dziecinnych gier dorosłych.
Dziesięć dni przed wyznaczonym terminem zgłosiłem się do kierownika Wydziału Przemysłowego i poinformowałem o swoim powrocie oraz chęci ponownego podjęcia wykonywania obowiązków służbowych. Twarz Aleksandrowa wyrażała miłe zaskoczenie.
„Jak minęły ci wakacje w Moskwie?” – zapytał.
„Bardzo dobrze” – odpowiedziałem.
„Twój powrót nie mógłby być bardziej dogodny” – Aleksandrow przeszedł do sedna. – „Ponad połowa pracowników jest obecnie na urlopie, a Głównodowodzący przydzielił nam pilną i odpowiedzialną pracę. Musimy zebrać materiały dla Moskwy przeciwko demontażystom”.
Przez pół godziny Aleksandrow wyjaśnił mi napiętą sytuację, jaka powstała między Administracją Reparacji SWA a Specjalną Komisją ds. Reparacji przy Radzie Ministrów ZSRR. Aby obronić punkt widzenia SWA konieczne jest zebranie jak największej ilości materiałów obciążających działalność Specjalnej Komisji w Niemczech. W tym celu Zarząd Przemysłu musi powołać przy Głównodowodzącym specjalną komisję złożoną z kilku inżynierów, której oficjalnym zadaniem będzie koordynowanie prac SWA i Komitetu Specjalnego, a nieoficjalnym zbieranie materiałów obciążających działalność demontażystów. Prace komisji mają się odbywać poprzez niemal nieustanne podróże służbowe do największych przedsiębiorstw przemysłowych w radzieckiej strefie okupacyjnej Niemiec.
„Jeśli się zgodzisz, to zaproponuję komisji twoją kandydaturę” – kończy Aleksandrow. – „Tym bardziej, że znasz język niemiecki, a konieczny będzie bliski kontakt z niemieckimi dyrektorami przedsiębiorstw.”
Praca w ciągłych podróżach służbowych i bezpośrednio w przedsiębiorstwach. W najbliższych tygodniach, a może i miesiącach, będę wolny zarówno od Moskwy, jak i od Karlshorstu! To było najlepsze, czego mogłem sobie życzyć w tej chwili. Chętnie zgodziłem się na propozycję Aleksandrowa.
Następnego dnia zostałem włączony do komisji koordynacyjnej i pracowałem bezpośrednio w biurze Naczelnego Dowódcy.
Obywatel radziecki, który uciekł z Moskwy, oficer radziecki, nie znajdujący dla siebie miejsca w Karlshorst i jednocześnie wysłannik Naczelnego Dowódcy SWA, pracujący dla Moskwy. Przypadek? NIE! Najbardziej prawdopodobne jest, że to jest wzór. Aparat radziecki po prostu dodał kolejny mechanizm, który pracował w trybie jałowym.
Życie duchowe zostaje sprowadzone do zera. To jest w środku. A na zewnątrz modelowy człowiek sowiecki, automatycznie wypełniający swoje obowiązki. Złote epolety i funkcje zewnętrzne stały się nie przejawem zawartości tego mechanizmu, lecz środkiem walki o życie w tych warunkach środowiskowych. Jeszcze w jednym sowieckim człowieku doszedł do końca ten bolesny proces, przez który przeszły już tysiące i miliony innych obywateli Związku Radzieckiego.
2.
Szare BMW przecina nosem zimne, jesienne powietrze. Beton autostrady monotonnie szeleści pod kołami. Stado kuropatw przelatuje nad pustym polem w pobliżu autostrady.
„Strzelamy?” – pyta major Dubow i sięga po dwulufową strzelbę schowaną za oparciem siedzenia.
„Odpuść sobie” – odpowiadam – „i tak będziesz musiał komuś oddać”.
„Bardzo dobrze” – śmieje się major. – „Rozwiążmy języki tym, którzy muszą. Wasilij Iwanowicz – do boju!”
Nasz kierowca jest starszym, zdemobilizowanym żołnierzem. Opuszcza boczną szybę. Szare BMW, niczym ogromna jaszczurka, zjeżdża z autostrady. Pojemność czaszki kuropatw jest niewielka – nie pozwalają one zbliżyć się do siebie człowiekowi idącemu, jednak w samochodzie można je zgnieść nawet pod kołami.
Karlshorst został gdzieś w tyle. W kieszeni - rozkaz podpisany przez marszałka Sokołowskiego: „...do prowincji Turyngia w celu wykonania specjalnego zadania od Naczelnego Dowódcy Radzieckiej Administracji Wojskowej w Niemczech”. To wystarczy, aby otworzyć przed nami wszystkie drzwi w Turyngii. Jeśli to dla kogoś nie wystarczy, to na osobnej kartce znajduje się upoważnione zlecenie: „...sprawdzić wykonanie rozkazu SWA nr... i rozkazu Rady Ministrów ZSRR z dnia...”.
Te głośne sformułowania skierowane są przede wszystkim do upoważnionego przedstawiciela Specjalnej Komisji Demontażowej i radzieckiego dyrektora zakładów Zeissa w Jenie, generała Dobrowolskiego. Mimo że Dobrowolski jest osobą czysto cywilną, pełniącą wcześniej funkcję dyrektora jednej z fabryk optycznych w ZSRR, a ponadto należy do kontrowersyjnego plemienia „demonterów”, cieszy się autorytetem, gdyż ma mocną pozycję w Moskwie.
Mimo kategorycznego rozkazu marszałka Sokołowskiego, nakazującego wszystkim demonterom zdjęcie szyneli i przebranie się w cywilne ubrania, Dobrowolski udaje, że nic nie wie o tym rozkazie. Kiedy Dobrowolski spotyka się z Sokołowskim, ten ostatni, nie zwracając uwagi na naramienniki generała Dobrowolskiego, zawsze zwraca się do niego w przyjazny i ironiczny sposób, używając jego imienia i imienia patronimicznego, wbrew wymogowi regulaminu, który nakazywał zwracać się do żołnierzy według stopnia.
Oprócz dziecięcego przywiązania do generalskich naramienników Dobrowolski znany jest ze swojego twardego charakteru. Bywały chwile, gdy po prostu spuszczał wszelkiego rodzaju kontrolerów w dół po schodach, albo w ogóle nie wpuszczał ich na teren firmy Zeiss. Jednocześnie dodawał uprzejmie: „Jeśli ci się nie podoba, złóż skargę w Moskwie”. Ale żeby móc się poskarżyć, trzeba mieć materiał, a do Zeissa nie da się dotrzeć inaczej, jak tylko przez Dobrowolskiego.
Jeśli SWA ma w Niemczech wewnętrznych wrogów lub przeciwników, to przede wszystkim są to ludzie i organizacje znane pod zbiorową nazwą „demontażystów”. Szef Departamentu Reparacji i Zaopatrzenia SWA, generał Zorin, po bezskutecznych próbach skoordynowania swoich działań z demontażystami, w rozpaczy położył kres wszelkim możliwościom współpracy i negocjacjom z ludźmi, którzy niekiedy znajdowali się pięć minut jazdy od Karlshorst. Prowadził interesy przez Moskwę w formie skarg, żądań i raportów na temat deficytu w planie reparacji spowodowanego działalnością demontażystów. Oni tylko się śmiali i dalej przeszukiwali Niemcy w poszukiwaniu tego, czego SWA nie zdołała jeszcze skonfiskować. Ale sekwestracja SWA niewiele pomogła. Pracownicy zajmujący się demontażem szybko nawiązali kontakt z Moskwą i stamtąd zazwyczaj przychodził rozkaz przekazania obiektu demontażystom. Generał Zorin nie mógł spotkać się z Dobrowolskim i odbierał jego wizyty jako osobistą zniewagę.
Do głównych obowiązków Sekcji Ekonomicznej SWA należy zapewnienie dostaw reparacji i zapewnienie funkcjonowania niemieckiego przemysłu zgodnie z pokojowym potencjałem gospodarczym ustanowionym dla Niemiec na mocy Traktatu Poczdamskiego. Nawet koordynacja tych dwóch punktów, biorąc pod uwagę rozmiary planów reparacyjnych, nastręcza, delikatnie mówiąc, pewne trudności. Trzecia siła natychmiast interweniuje – demontażyści. Dla nas ta siła jest żywiołowa, gdyż nie jest podporządkowana SWA, lecz bezpośrednio Moskwie.
Pracami organizacji demontażowych kieruje Specjalna Komisja Demontażowa przy Radzie Ministrów ZSRR, czyli sama Rada Ministrów, a także bezpośrednio zainteresowane ministerstwa. To całkiem mądra polityka. To rodzaj socjalistycznej rywalizacji – dwaj wujkowie ścigają się, kto pierwszy wydoi tę samą krowę. Jeden wujek pracuje jak kłusownik – zbiera ile się da i wraca do domu. To są demontażyści. Drugi wujek zażąda mleka i będzie miał na szyi półżywą krowę, której dojenie będzie trwało długo. To my, czyli SWA. Cokolwiek stanie się z krową i obydwoma wujkami, właściciel dostanie każdą kroplę mleka.
W pierwszych dniach po przekroczeniu przez Armię Czerwoną granicy z Niemcami, zadanie zbierania i rejestrowania zdobyczy powierzono brygadom armii zajmującym się trofeami. Do ich obowiązków należał również demontaż urządzeń przemysłowych. Szybko stało się jasne, że powołane zespoły nie są w stanie podołać ogromnej ilości pracy. To właśnie wtedy narodziło się niespokojne plemię demontażystów.
Początkowo było to zjawisko w dużej mierze spontaniczne, które następnie zjednoczyła w swych działaniach Specjalna Komisja Demontażowa. Każdy Ludowy Komisariat, Główne Zarządy Ludowych Komisariatów, a nawet poszczególne fabryki wysyłały do Niemiec swoje ekipy demontażowe. Demontaż stał się modny. Doszło do tego, że nawet Wszechzwiązkowa Biblioteka im. Lenina z Moskwy wysłała handlarzy książek, aby zdemontowali dzieła Goethego i Schillera, a stadion moskiewskiego Dynama pośpiesznie wysłał swoją drużynę piłkarską do Niemiec w celu znalezienia basenu nadającego się do demontażu.
Naramienniki i stopnie naszywane były demontażystom według następujących kryteriów: technik – porucznik, inżynier – major, kierownik – pułkownik, pracownik naczelny Ludowego Komisariatu – generał. Siły, które zrodziły demontażystów, nie zastanawiały się długo nad tym problemem. Ale SWA miała jeszcze więcej problemów, gdy musiała radzić sobie z tymi oficerami-amatorami. Z czasem polubili oni posiadanie pagonów i bardzo trudno było im odebrać te ozdoby.
Betonowy pas autostrady rozciąga się przed nosem naszego BMW. Dla nas, inżynierów Sztabu Generalnego SWA, wyjazdy służbowe na prowincję są zawsze mile widzianym zadaniem. Tutaj, w ciągu zaledwie kilku dni, możesz nauczyć się wielu nowych i cennych umiejętności z naszego zawodowego punktu widzenia.
Przeszukujemy trzewia niemieckiego przemysłu niczym chirurg na stole sekcyjnym. Wnętrzności pacjenta są dość odsłonięte. Szkoda tylko, że pacjent, który kiedyś cieszył się dobrym zdrowiem, żegna się z życiem na naszych oczach. Przetaczamy krew innemu pacjentowi. Czasami zadajemy sobie smutne pytanie: czy drugi pacjent jest godny tej operacji? Dla bezstronnego inżyniera chirurga pytanie to staje się czasami dręczące. Ale nie powinniśmy o tym myśleć. Jesteśmy przede wszystkim oficerami sowieckimi.
Major Dubow został wysłany na tę misję jako specjalista w dziedzinie optyki i mechaniki precyzyjnej. Jego obecność ma pewne pozytywne skutki uboczne. Znał Dobrowolskiego osobiście od czasów studenckich. Podczas gdy on będzie go zasypywał wspomnieniami, ja bez przeszkód będę kopał dół naszemu wrogowi-konkurentowi nr 1.
Konflikty interesów między SWA a Komitetem Specjalnym są szczególnie widoczne na przykładzie fabryk Zeissa. Kiedy miała miejsce pierwsza fala demontażu, której SWA nie miała czasu ani ochoty zapobiec, zaczęto myśleć o sprawach ekonomicznych.
Już od pierwszych dni Specjalny Komitet nalegał na konieczność całkowitego demontażu przedsiębiorstw Zeissa i przesadzenia ich na nowy teren w Związku Radzieckim. Z punktu widzenia wojskowo-strategicznego miało to sens. Ale na drodze pojawiły się również przeszkody. Prawda jest taka, że sprzęt przemysłowy firmy Zeiss ma stosunkowo niewielką wartość. Praktycznie nie było żadnych unikalnych maszyn, których radzieccy konstruktorzy nie mieli. Wartość przedsiębiorstw Zeissa tkwiła w ludziach-specjalistach, począwszy od prostych szlifierzy, którzy przepracowali w tych fabrykach całe swoje życie i których doświadczenie przekazywano z pokolenia na pokolenie, aż po inżynierów, którzy stworzyli klasyczne wzory mechaniki optycznej. Jeśli przeszczepisz tylko sprzęt Zeissa, bez pomocy specjalistów nie będzie on wart ani grosza. Przeniesienie fabryk wraz ze wszystkimi ludźmi było przedsięwzięciem zbyt uciążliwym i ryzykownym.
Próbowali zastosować rozwiązanie kompromisowe, proponując wysłanie na szkolenia radzieckich robotników i kadry inżynieryjno-technicznej z ZSRR. Po powrocie mieli zapoznać się ze zdemontowanym sprzętem i doświadczeniem technicznym firmy Zeiss w Związku Radzieckim. Plan ten został w pewnym stopniu zrealizowany, ale nie w wystarczającym stopniu. Kreml bardzo niechętnie pozwala swoim synom wyjeżdżać za granicę, nawet do okupowanych Niemiec. Potrafią tu dostrzec coś, co wykracza poza techniczne kompetencje firmy Zeiss. Potem będziemy musieli ich wywietrzyć na Syberii. Trudne, długie i zawodne.
Pierwszy etap demontażu okazał się nieopłacalny. Sprzęt zdemontowany w zakładach Zeiss nie miał żadnego istotnego wpływu na gospodarkę ZSRR. W tym samym czasie amputowana fabryka Zeissa w Jenie przerosła wszelkie oczekiwania i nadal produkowała oryginalne produkty Zeissa, ku zaskoczeniu samego generała Dobrowolskiego, który po demontażu pozostał w firmie Zeiss jako radziecki dyrektor. Generał Dobrowolski nie był szczególnie zainteresowany tą produkcją, ponieważ została ona oddana do dyspozycji Zarządu Reparacji Armii, a wszystkie laury przypadły jego zaprzysiężonemu wrogowi, generałowi Zorinowi.
Jednakże SWA zaczęła się bardzo interesować fabrykami Zeissa, gdyż ich produkty, wraz z ustabilizowaniem się sytuacji na rynku, zaczęły odgrywać znaczącą rolę w bilansie reparacji. Jeśli drugi stopień Zeissa zostanie zdemontowany, o co uparcie zabiega Dobrowolski, wówczas największa aktywna pozycja wypadnie z bilansu naprawczego SWA. Ponieważ Rada Ministrów nigdy nie zmniejszy kwoty planu reparacyjnego – nie ma sensu nawet o tym myśleć – będziemy musieli znaleźć nowe źródła reparacji, których znalezienie z czasem staje się coraz trudniejsze. Rozpoczyna się pojedynek między SWA a Komitetem Specjalnym.
Dobrowolski przysięga Moskwie: „Jeśli w końcu rozmontuję Zeissa, to za rok będzie on produkował w Związku Radzieckim produkty warte 100 milionów rubli”.
SWA odpowiada i oświadcza: „Pierwszy zdemontowany etap Zeissa w Związku Radzieckim powoduje obecnie stratę 50 milionów rubli i wymaga dopłat, podczas gdy półmartwy Zeiss w Jenie zapewnia roczne dostawy 20 milionów marek w ramach reparacji”. Spadaj, towarzyszu. Dobrowolski! I tak wyciągniemy ci spod nóg fotel dyrektora.
Spór między SWA a Dobrowolskim przybiera obrót nieoczekiwany dla obu partnerów. Moskwa, zapoznawszy się ze stanem rzeczy w Jenie z relacji obu stron, wydaje rozkaz: „Do pracy w przemyśle optycznym Związku Radzieckiego na bazie rozmontowanych przedsiębiorstw Zeiss, wybrać z personelu zakładów Zeiss-Jena i przedsiębiorstw zależnych niezbędną liczbę wysoko wykwalifikowanych niemieckich specjalistów na zasadzie indywidualnych umów o pracę i przenieść ich do miejsca przeznaczenia. Wybór specjalistów i wykonanie tej rezolucji powierzono dyrektorowi zakładów Zeiss-Jena, towarzyszowi Dobrowolskiemu. Jednocześnie wskazano, że konieczne jest przyspieszenie odbudowy głównego przedsiębiorstwa Zeiss-Jena zgodnie z poprzednimi rezolucjami. Z upoważnienia Rady Ministrów ZSRR – Minister Przemysłu Precyzyjnego”.
Tym razem Dobrowolski odniósł częściowe zwycięstwo. Postanowiliśmy tymczasowo zdemontować specjalistów Zeissa. Trzeba jednak pomyśleć, żeby w tej samej rezolucji domagać się zniszczenia i zarazem „przymusowej restauracji” tegoż przedsiębiorstwa.
Kilka dni temu przeczytałem w „Tagliche Rundschau” obrzydliwie przesłodzony list jednego z niemieckich specjalistów oddelegowanych do ZSRR. Związek „oparty na zasadzie indywidualnych porozumień”. Jak szybko Niemcy przejmują radziecki styl pisania. Albo jest to przetwarzanie ideologiczne na nowym stanowisku pracy, albo przetwarzanie literackie przez pułkownika Kirsanowa, redaktora „Tagliche Rundschau”.
Szczęśliwy specjalista, sądząc po stylu jego pisania, nie będący luminarzem nauki, spieszy się z poinformowaniem całego świata, że żyje mu się bardzo dobrze i że zarabia 10.000 rubli miesięcznie. Pensja marszałka Sokołowskiego wynosi obecnie 5000 rubli miesięcznie. Przeciętny radziecki inżynier zarabia od 800 do 1.200 rubli miesięcznie.
Przez kilka miesięcy specjalista otrzyma 10.000 rubli, a potem przez dziesięć lat będzie pracował na tym samym stanowisku, ale za darmo – jako więzień. Inny entuzjasta napisze entuzjastyczne listy.
Sprawa została dokonana. Znaczna część pracowników i techników Zeissa wyjechała na Wschód „na podstawie indywidualnych kontraktów”. Produktywność firmy Zeiss spadła. Dobrowolski świętuje zwycięstwo, udowadniając wszystkim słuszność swojej teorii o konieczności ostatecznego demontażu Zeissa. Major Dubow i ja wyruszamy jako zwiadowcy do obozu wroga.
„Ach, kolego! No i jak się masz!” – Major Dubow radośnie ściska dłoń Dobrowolskiego.
„Jakie wiatry cię tu przywiały?” – Dobrowolski wita swego starego towarzysza dość nieuprzejmie i spogląda na niego wilkiem. W fabryce zachowuje się jak dyktator, a jednocześnie jak generał w oblężonej twierdzy, zwłaszcza gdy od odwiedzających unosi się zapach SWA.
Odchodzę na bok, przyglądam się próbkom produktów zawieszonym na ścianie i udaję, że wszystko wokół mnie w ogóle mnie nie dotyczy. Kiedy major Dubow wciąga Dobrowolskiego do biura, rozpoczynam manewr oskrzydlający.
Przez wewnętrzne drzwi przechodzę z sekretariatu Dobrowolskiego do sekretariatu niemieckiego dyrektora zakładu. Machając przed nosem sekretarza listem uwierzytelniającym podpisanym przez marszałka Sokołowskiego, wyrażam chęć rozmowy z dyrektorem. Ten drugi jest bardzo zadowolony na mój widok i szybko wyprowadza swoich byłych gości z biura.
Przede mną stoi dość młody mężczyzna. Członek SED. Niedawno pracował w pewnej fabryce gdzieś w dziale pakowania lub zaopatrzenia. Dziś jest dyrektorem. Dokładnie to, czego potrzebowaliśmy. Niezbyt mądre, ale skuteczne. Chłopiec na posyłki Dobrowolskiego. Figaro tu, Figaro tam.
Dyrektor ma na sobie nowy krawat i zupełnie nowy garnitur. Kiedy go witam, czuję twardą, zrogowaciałą dłoń. Jednak nowy dyrektor nie musi wiele myśleć. Myślimy za niego, i to tylko w połowie. Mamy osobę, która myśli za wszystkich.
„No cóż, Herr Director. Powiedz mi, jak ci idzie?” – pytam.
Wiem, że dyrektor zmaga się z dwoma uczuciami: strachem przed Dobrowolskim i poczuciem obowiązku zawodowego lub narodowego, jeśli w ogóle takie pojęcia istnieją w przypadku członka SED. Dyrektor musi zrozumieć, że SWA broni interesów zakładu, gdyż sprawa dotyczy jego istnienia. Nie muszę mu tłumaczyć sytuacji, on sam ją rozumie. Chce tylko mieć pewność, że Dobrowolski nie dowie się o tej rozmowie.
Mimo szczerych chęci dyrektora, by zrobić na złość Dobrowolskiemu, rozmowa z nim nie przynosi mi większych korzyści. Oprócz chęci potrzebna jest też wiedza i szersze spojrzenie na gospodarkę niż były magazynier. Dziękuję dyrektorowi za tę zupełnie nieistotną informację i proszę o pozwolenie na rozmowę z kierownikami technicznymi przedsiębiorstwa. „Aby wyjaśnić pewne szczegóły…”
Pan Dyrektor jest tak uprzejmy, że oddaje mi do dyspozycji swoje biuro. Kilka minut później w drzwiach pojawia się szczupły mężczyzna w okularach z rogową oprawką i białym kitlu. To już jest istota z innych sfer. Patrzę na niego w milczeniu i uśmiecham się, jakbym zwracał się do starego przyjaciela. O składzie dyrekcji technicznej firmy Zeiss zostałem już wcześniej poinformowany. Po kilku wstępnych uwagach na temat firmy Zeiss i jej produktów zrozumieliśmy się.
Mówię mu otwarcie, że mój cel, choć nie opiera się na filantropii, jest jednak ukierunkowany na uwolnienie Zeissa od terroru Dobrowolskiego. W tym przypadku jesteśmy zmuszeni zostać sojusznikami. Znając z góry tok jego myśli, zapewniam go o bezwarunkowej tajemnicy naszej rozmowy. Herr Doktor jest zadowolony z mojej wnikliwości i oferuje całą swoją wiedzę i doświadczenie, aby służyć SWA.
„Jakie są, Pana zdaniem, wąskie gardła w pracy przedsiębiorstw Zeiss, Herr Doctor?” – Katastrofalną sytuację fabryk maskuję słowem „wąskie gardła”.
„Łatwiej byłoby wymienić szerokie miejsca, Herr Oberingeneur” – odpowiada doktor ze smutnym uśmiechem. – „Wszystko zaginęło. A co najważniejsze: nasze mózgi zostały wyrwane – nasi specjaliści. Tego nie da się przywrócić nawet w dekady”.
Smutny obraz roztacza się przede mną.
Przemysł niemiecki, w przeciwieństwie do Związku Radzieckiego, jest wyjątkowo zależny od współpracy powiązanych przedsiębiorstw. W Związku Radzieckim, poświęcając względy ekonomiczne, dążono do autonomii przemysłowej na dużą i małą skalę, w skali całego państwa i w skali poszczególnych fabryk. Pod tym względem rozważano raczej kwestie wojskowo-strategiczne niż ekonomiczne.
Demokratyczna metoda organizacji produkcji opiera się na rentowności i samowystarczalności przedsiębiorstwa. Struktura przedsiębiorstwa i jego rentowność są determinowane przez najsurowszy rachunek ekonomiczny i czynny bilans. Dla zachodnich ekonomistów jest to niepodważalna prawda. Będzie im się wydawać absurdalne, że w ZSRR w Sojuzie większość wiodących przedsiębiorstw w branży zakładów produkcyjnych jest nierentowna i istnieje tylko dzięki dotacjom państwowym, które państwo systematycznie wypompowuje z sektorów przemysłu lekkiego, produkujących przewartościowane dobra konsumpcyjne, oraz z kolektywizowanego rolnictwa.
„Obecnie pracujemy ze starymi zapasami surowców i półproduktów. Nie ma nowych dostaw. Kiedy zapasy się wyczerpią ...” – dyrektor techniczny bezradnie rozkłada ręce. – „Nasi poprzedni dostawcy w Strefie Sowieckiej w większości przypadków przestali istnieć. Dostawy surowców z Związku Sowieckiego to nadal tylko obietnice. Praktycznie niemożliwe jest uzyskanie czegokolwiek ze Stref Zachodnich. Próbowaliśmy już nielegalnie, na własne ryzyko, wysyłać ciężarówki przez zieloną granicę, aby przywrócić stare powiązania handlowe i coś uzyskać. Ale to nie jest wyjście z sytuacji”.
Nas, radzieckich inżynierów, często zadziwiało, że niemiecki przemysł, mimo wszystkich trudności, jakie napotkał w czasie totalnej wojny, bezwarunkowej kapitulacji i spontanicznego demontażu, wciąż zachowywał swoją żywotność. W momencie kapitulacji zapasy surowców w niemieckich fabrykach często przewyższały normy wymagane w radzieckich fabrykach w czasie pokoju.
W maju-czerwcu 1945 roku, dzień po kapitulacji Berlina, przeprowadziliśmy pospieszny demontaż urządzeń przemysłowych w Siemensstadt, sercu niemieckiego przemysłu elektrycznego. Już wtedy, przed konferencją poczdamską, wiadomo było, że stolica Niemiec zostanie zajęta przez wszystkich czterech sojuszników. Decyzja ta została oficjalnie podjęta 5 czerwca 1945 r. w drodze porozumienia czterech mocarstw. Wkroczenie aliantów do Berlina zostało sztucznie opóźnione o kolejny miesiąc. Powodem jest demontaż. Ekipy saperskie w sektorach Berlina przekazanych Aliantom na mocy Traktatu pracowały w gorączkowym pośpiechu dniem i nocą. Zdemontowano wszystko sumiennie, łącznie z urządzeniami kanalizacyjnymi w toaletach.
Rok później odwiedziłem Siemensstadt razem z pułkownikiem Wasiliewem, który kiedyś był szefem prac demontażowych w tych fabrykach. Pułkownik tylko pokręcił głową: „Skąd wzięli nowy sprzęt? Przecież niedawno wyciągaliśmy kable z kanałów kablowych!”.
Niemieccy dyrektorzy Siemensstadt przywitali pułkownika uprzejmie, jakby był starym znajomym: „Ach, Herr Colonel, jak się pan miewa? Może będzie pan miał dla nas jakieś rozkazy?” Bez cienia ironii, czysto biznesowo. Uczciwie rzecz biorąc, Niemcy potrafią zachowywać się uprzejmie i godnie nawet w kontaktach z demontażystami.
„Próbujemy dawać i dajemy to, czego się od nas wymaga i co możemy dać. Ale to tylko z powodu wewnętrznego wyczerpania produkcji. Ten wewnętrzny proces jest wciąż ledwo zauważalny, ale w pewnym momencie doprowadzi do całkowitego załamania” – kontynuuje dyrektor techniczny.
Rozumiem go. Fabryki działają w oparciu o „tłuszcz wewnętrzny”. Nawet bez radykalnej pomocy Dobrowolskiego w postaci ostatecznego demontażu, fabryki zbliżają się do końca. Niemożliwe jest, aby kapitalistyczna wyspa istniała w postępującym morzu socjalistycznego okrążenia. Jeśli sytuacja będzie się tak rozwijać, jedyną szansą na przetrwanie przedsiębiorstwa będzie przestawienie się na jakąś formę produkcji radzieckiej. Czy zatem produkty starej firmy Zeiss zasłużyły na miano zeissowskiej aparatury?
Proszę dyrektora technicznego o przygotowanie raportu i analizy ekonomicznej stanu przedsiębiorstw Zeiss. W drodze powrotnej do Berlina zatrzymam się u niego i odbiorę te dokumenty. Gwarantuję po raz kolejny, że jego nazwisko nie pojawi się w raporcie dla marszałka Sokołowskiego. Potem przeprowadzam podobną operację z udziałem jeszcze dwóch doktorów, kierowników technicznych przedsiębiorstwa. Muszę mieć całościowy obraz, choć w ich słowach jest niewielka różnica.
Odwiedziwszy kierownika wydziału gospodarczego komendantury w Jenie, dowiedziałem się od niego kilku szczegółów dotyczących działalności Dobrowolskiego. W tym przypadku komendantura pracuje dla obu stron. Chętnie pomagali Dobrowolskiemu w sporządzaniu „indywidualnych umów o pracę” przy wysyłaniu specjalistów z firmy Zeiss do Związku Radzieckiego. Z taką samą chęcią przekazują przedstawicielowi SWA wszystkie szczegóły tej specjalnej misji.
Od szefa Wydziału Ekonomicznego SWA w Turyngii, generała Kolesniczenko, nie sposób uzyskać żadnych nowych informacji, poza obelgami skierowanymi pod adresem Dobrowolskiego: „On bezczelnie sabotuje pracę SWA. Nie obchodzi go, co stanie się z reparacjami, byleby tylko zyskał zaufanie Moskwy. Tyle jednostek sprzętu zostało wysłanych do Ministerstwa Przemysłu Precyzyjnego...” I jaki z tego pożytek – nie obchodzi go to. Teraz już wsadzają ludzi do więzienia, bo nie potrafią korzystać z tego sprzętu.
Generał Kolesniczenko ma rację. Wielu pracowników zajmujących się demontażem otrzymało zamówienia i nagrody za demontaż. Wielu ich kolegów, a często także sami nowi kawalerowie Orderu, trafiło za kratki, gdy trzeba było zainstalować zdemontowany sprzęt w Związku Radzieckim.
Na przykład zdemontowano i przetransportowano linię produkcyjną składającą się ze stu specjalistycznych maszyn automatycznych przeznaczonych do masowej produkcji pewnego asortymentu produktów. Po drodze jedna z maszyn przykuła uwagę innego łowcy maszyn. Ładna maszyna została ponownie załadowana pod nowym adresem bez większej dyskusji. Gdy docierają na miejsce, ze złości odkrywają, że popełnili niewielki błąd – maszyna jest specjalistyczna i w tym zakładzie jest zupełnie bezużyteczna. Maszynę wyrzuca się na wysypisko bez zbędnego hałasu. Kiedy zaczynają składać całą linię w innym miejscu, odkrywają, że brakuje jednej maszyny. Bez tej jednej maszyny cała linia jest całkowicie bezużyteczna. Nie da się zastąpić specjalistycznej maszyny. Dziewięćdziesiąt dziewięć maszyn trafi w to samo miejsce, co ich poprzedniczka – na wysypisko śmieci. Cała linia zostaje spisana na straty w ramach inwestycji kapitałowych, a kilka osób staje przed sądem za sabotaż.
Szare, rządowe BMW po raz kolejny przecina nosem mroźne powietrze Turyngii. Wysłannicy Karlshorsta podsumowują swoją pracę. Rezultat będzie taki sam. Sokołowski będzie miał materiał do kolejnego raportu dla Moskwy i oskarżeń pod adresem Dobrowolskiego. To nie zmieni sytuacji. Kreml wie, czego chce.
Major Dubow jest bardziej zainteresowany czysto techniczną stroną sprawy. Po czym nagle mnie pyta: „Czy w ogóle znasz historię firmy Zeiss?”
Nie czekając na moją odpowiedź, kontynuuje: „Rzecz dość ciekawa i wyjątkowa. Kiedy stary Zeiss zmarł, zapisał swoje fabryki miastu Jena. Testament dokładnie określał zarządzanie fabrykami: najwyższy organ zarządzający obejmował równą liczbę przedstawicieli władz miejskich i przedstawicieli przedsiębiorstw Zeissa. Rodzaj dobrowolnej socjalizacji lub podporządkowania przemysłu państwu na skalę miasta Jena”.
„Poza tym...” – tu major Dubow spogląda przez okno i mówi jakby mimochodem. – "Ponadto, zgodnie z wolą Zeissa, wszyscy pracownicy i współpracownicy spółek Zeiss uczestniczą bezpośrednio w dochodach firmy. To jest to, co według naszych teorii powinno być w idealnym społeczeństwie socjalistycznym. Zeiss miał to przez dziesięciolecia aż do swoich ostatnich dni”.
Nasz kierowca Wasilij Iwanowicz, o którego obecności czasami zapominamy, zsuwa czapkę na tył głowy i dodaje: „Dopóki się tu nie pojawiliśmy…”
Następny rozdział
Powrót do spisu treści