Na linii frontu toczą się walki, a nad Moskwą rozbłyskają fajerwerki. Zewnętrznie w Moskwie wojna jest prawie niezauważalna. Każdy, kto czytał o zaciętych walkach powietrznych na niebie nad Moskwą, będzie zaskoczony po przybyciu do Moskwy brakiem śladów bombardowań. Na ulicy Gorkiego tylko jeden dom został zniszczony przez bombę lotniczą. Przechodziłem obok tego miejsca kilka razy, ale zauważyłem ruiny dopiero wtedy, gdy wskazano mi je palcem. Brakujące fragmenty ścian pokryto sklejką, pomalowano i ozdobiono na wzór modelu w fabryce filmowej. Uderzenia bomb są zdarzeniami odosobnionymi. Nie ma możliwości mówienia o jakimkolwiek zaplanowanym bombardowaniu.
Podobny obraz widzimy w Leningradzie. Na domach Leningradu widać wiele zadrapań po ostrzale artyleryjskim, niemal wszystkie drewniane domy na obrzeżach miasta zostały rozebrane i spalone przez samych mieszkańców podczas blokady na opał, ale nie ma znaczących śladów bombardowań lotniczych.
Wielu mieszkańców Moskwy interesuje się jednym, pikantnym pytaniem. Czy Niemcy nie mieli siły i możliwości, żeby rzucić choć parę bomb na Kreml? Tylko dla zabawy, żeby nastraszyć jego mieszkańców. Nie ma możliwości, żeby im zaszkodzić, ponieważ najgłębiej położona stacja metra, Kirowskaja, położona niedaleko Kremla, została przekształcona w rządowy schron przeciwbombowy i jest połączona z Kremlem podziemnym przejściem. Mieszkańcy Moskwy twierdzą, że prace te prowadzono na długo przed wybuchem wojny.
W 1942 roku rząd ewakuowano z Moskwy do Kujbyszewa. Jednocześnie gazety uroczyście podkreślały, że Stalin pozostał w Moskwie. Mieszkańcy Moskwy dodawali, że w pośpiechu kopano podziemne przejście z Kremla do Wołgi.
Obecnie większość agencji rządowych powróciła z Kujbyszewa do Moskwy. Moskwa znów ożyła i kipi niemal spokojnym życiem. Balony zaporowe, które każdego wieczoru wznoszą się w niebo, wydają się być czymś przestarzałym i niepotrzebnym. Najważniejszą rzeczą, która przypomina nam o wojnie, jest mnóstwo ludzi w mundurach wojskowych na ulicach Moskwy. Personelu wojskowego jest więcej niż cywilów.
Kiedy rozpoczął się rok szkolny, Żenia wróciła z sanatorium z dziesięciodniowym opóźnieniem. Nawet nie wiedziałem, gdzie jest. Jej mieszkanie było po prostu zamknięte i żaden z sąsiadów nie wiedział, gdzie ona jest. To było w charakterze Żeni. Zawsze robiła to, na co miała ochotę i nie zdradzała nikomu swoich planów.
Pewnego dnia, z przyzwyczajenia, podszedłem, żeby dotknąć znajomych drzwi. Tym razem drzwi nie były zamknięte. Otworzyłem angielski zamek kluczem, który miałem w kieszeni i ostrożnie wszedłem do środka.
Na wielkiej sofie, zwinięta pod futrem, Żenia słodko spała. Przez sen cmokała jak dziecko i uśmiechała się do czegoś. Usiadłem na skraju kanapy, drżącymi rękami wyjąłem papierośnicę i zapaliłem papierosa.
W pokoju panuje ten sam uroczy, studencki chaos. Książki leżą porozrzucane na stole, wymieszane z częściami damskiej toalety. Jeden z butów dziewczyny wystaje spod stołu. Drugiego buta możesz poszukać w szafie albo za kanapą. Kiedy Żenia chce spać, po prostu wierzga nogami, a jej buty latają na wszystkie strony.
Podziwiając znajomy obrazek, zaciągnąłem się głęboko i ostrożnie wdmuchnąłem dym z papierosa w różowe nozdrza Żeni. Skrzywiła się, na sekundę otworzyła oczy i wzdychając zamyślona, przewróciła się na drugi bok.
Po kilku minutach powtórzyłem to samo. Tym razem Żenia przeciągnęła się słodko i otworzywszy oczy, jakby nic się nie stało, zamruczała: „A-a-a-ach, to ty! Myślałam, że tylko śnię…”
Niczym duży kociak, zaczęła się wiercić pod futrem. Ciepły zapach uniósł się po mojej twarzy.
„Jak się tu znalazłeś?” – pyta Żenia.
„Przez drzwi” – odpowiadam, obracając klucz w palcach.
Wszystko, co się dzieje, jest dla mnie tak samo nieoczekiwane i nierealne, jak dla Żeni. Nadal nie mogę uwierzyć, że po tak długim czasie znowu siedzę na tej kanapie, że Żenia znowu jest obok mnie.
Dziewczyna uwalnia nagie ramiona spod futra i z ostatnim słodkim westchnieniem przebudzenia przeciąga się na boki jak ptak rozkładający skrzydła. Jedną ręką rysuje po dywanie na ścianie, druga bezsilnie opada na podłogę. Wtedy poczułem, jak dwa ciepłe skrzydła szybko i ciasno zaciskają się wokół mojej szyi.
„Czy to naprawdę sen?” szepcze mi głos do ucha. „Czy to naprawdę ty?”
Głaszczę aksamitną skórę dziewczyny szorstkimi dłońmi, wdychając odurzający zapach ciała rozgrzanego snem. Milczę i patrzę Żeni w oczy. Po raz kolejny przeżywam w duszy wszystkie dni naszej przyjaźni.
Pewnego razu, nieskończenie dawno temu, otworzyłem drzwi do jednej z sal wykładowych Moskiewskiego Instytutu Energetycznego, gdzie tego dnia odbywały się egzaminy. Coś radosnego wyleciało z otwartych drzwi w moją stronę. Promienie słońca wpadające przez wysokie okna sal widowiskowych przebijały się przez powiewające fałdy lekkiej sukni, loki włosów lśniły złotym blaskiem, szeroko otwarte, promienne oczy śmiały się triumfem zwyciężczyni. Moje serce bardzo bolało. Nawet nie mogłem zrozumieć dlaczego. Być może podświadome uczucie beznadziejnego marzenia, w którym z góry wiesz o daremności wszelkich pragnień. „Z nowego naboru. Zdała pierwszy egzamin” – pomyślałem.
Spotkaliśmy się później. Była to jedynie znajomość zewnętrzna, gdyż wszyscy studenci się znali. Czasami przechodziła obok i mnie nie zauważała. Czasami odpowiadałem w ten sam sposób.
Pewnego dnia, wracając metrem do domu, spojrzałem w górę i zobaczyłem obok siebie Żenię. Byłem sam, ona też była sama. Wśród obcych czuliśmy się bliżej. Rozpoczęła się rozmowa. Skłamałem, że też jestem studentem, ale na ostatnim roku studiów. Nie chciałem przyznać się Żeni, że jestem pracownikiem naukowym w tym samym instytucie.
W oczach studentów pracownik naukowy jest czymś w rodzaju znaku różniczkowego, czymś niejasnym i niezrozumiałym.
„Co teraz zamierzasz robić?” Żenia nagle zapytała po pięciu minutach rozmowy.
Wzruszyłem ramionami. Nie powiem jej, że w domu czekają na mnie rysunki i tabele, które wywołają u niej dreszcze.
„W takim razie chodź ze mną” – powiedziała Żenia kategorycznie – „Pomóż mi zrobić kilka rzeczy w domu. Teraz jestem sama i nie mogę ogarnąć wszystkiego”.
Myślałem, że Żenia zmusi mnie do rozwiązania kilku problemów. Byłem zachwycony i wyobraziłem sobie, że jestem do jej całkowitej dyspozycji.
„Tam jest mnóstwo pracy” – pocieszyła mnie moja nowa przyjaciółka.
Tak po raz pierwszy wszedłem do mieszkania Żeni. Mieszkała sama. Nie było to zaskakujące w czasie wojny. Bardziej zaskoczyło mnie to, że mieszkała sama w trzech pokojach. To było dość dziwne, jak na jedną studentkę. Zgodnie z moskiewskimi zwyczajami powinny tu mieszkać trzy rodziny.
Zamiast sprawiać problemy, Żenia kazała mi przestawiać meble. Godzinę później rozmawiała ze mną nieoficjalnie i częstowała mnie papierosami, jak gospodyni domowa częstuje robotnika dorywczego. To, co wydawało mi się międzygwiezdnym snem, stało się nieskończenie bliskie i proste.
Już od pierwszego dnia byłem pod wrażeniem stylu życia Żeni. Miała osiemnaście lat, ale była niezależna ponad swój wiek. Później, ze strzępków słów, zrozumiałem, że jej ojciec był zawodowym wojskowym. Mówiła o tym niechętnie i mimochodem. Z wielkim ciepłem opowiadała o swojej matce, która pracuje jako lekarz wojskowy na froncie. Było oczywiste, że czuła się porzucona i samotna. „Jak cygan...” – z lekką nutą goryczy wyrzuciła z siebie pewnego dnia Żenia. Nie chciała szczegółowo opowiadać o swoich sprawach rodzinnych.
Żenia wydawała mi się porzuconym dzieckiem i starałem się jej pomóc, jak tylko mogłem. Ona reagowała z wrażliwością na moją uwagę. Pewnego wieczoru, z właściwą sobie spontanicznością, objęła mnie za szyję, odrzuciła do tyłu potarganą głowę i patrząc mi w oczy, powiedziała po prostu: „Wiesz, Grisza, tak bardzo się do ciebie przyzwyczaiłam... Pocałuj mnie! Po prostu bardzo, bardzo mocno!”
Życie Żeni pozostaje dla mnie tajemnicą. Często wysyłała mnie po odbiór dla niej ciężkich paczek. Było tam mnóstwo rzeczy, o które trudno było walczyć w czasie wojny. Czasami budziło to moją podejrzliwość, graniczącą z zazdrością. Ale Żenia tylko się zaśmiała: „Mój ojciec, chociaż jest włóczęgą, wciąż się mną opiekuje!”
Pewnego dnia spotkałem w jej mieszkaniu starszego, siwowłosego mężczyznę. Kiedy wychodził, Żenia pokazała mi na krótko kilka formularzy z pieczątkami. Na formularzach, pod czerwonym herbem, widniał napis: „Kolegium Wojskowe Prokuratury Państwowej ZSRR”.
„To jeden ze znajomych mojego ojca. Potrzebuję tych papierów, żeby usprawiedliwić moje nieobecności w Instytucie” – Żenia od niechcenia wrzuciła formularze do szuflady biurka.
Tylko pokręciłem głową. Przecież to jest najwyższa władza sądownicza NKWD! Już samo trzymanie takich formularzy w rękach jest niebezpieczne, ale ludzie przynoszą je do domu tej dziewczyny, żeby mogła usprawiedliwić swoją nieobecność. Najwyraźniej miała jakieś silne powiązania.
Żenia była niezrównaną chłopczycą. Pewnego dnia wybierała się do teatru ze swoją przyjaciółką Laurą, studentką Instytutu Kinematografii. Laura słynęła ze swojej ptasiej inteligencji i ładnej twarzy. Z jakiegoś powodu nie zostałem zaproszony do teatru.
„Idziemy do teatru w interesach” – wyjaśniła mi Żenia – „Ty usiądź tutaj i czytaj. Nie waż się wychodzić! Wrócę wkrótce”.
Następnie zaczęła się przebierać. Kiedy Laura spojrzała na nią pytająco, ze śmiechem zapewniła przyjaciółkę: „Grisza jest jednym z nas. Nie bądź nieśmiała. Przebierz się!”
Instynktownie podejrzewałem, że coś jest nie tak, ale ponieważ w innych pokojach było zimno, wziąłem gazetę i udawałem, że mnie nie ma. Żenia i Laura kręciły się przed lustrem, kłócąc się o to, która z nich ma lepszą linię pleców i inne linie. Na koniec Żenia wezwała mnie na sędziego. Zawahałem się przez chwilę, czy odłożyć gazetę, ale ciekawość wzięła górę nad ostrożnością. Gdy tylko opuściłem krawędź gazety, ciężka książka poleciała mi na głowę:
„Gdzie patrzysz? Powinieneś wiedzieć, kto jest lepszy, nawet nie patrząc!” – powiedziała Żenia pouczająco.
Tak oto Żenia i ja zostaliśmy przyjaciółmi w tym wyłożonym dywanem pokoju. Za oknem rozbrzmiewały strzały dział przeciwlotniczych, a niebo nad Moskwą rozbłyskało od reflektorów. Gdzieś szalała wojna, na frontach lała się krew. Potem nadeszła moja kolej na założenie żołnierskiego płaszcza.
I teraz jestem tu znowu.
Czerwone promienie zachodzącego słońca wpadają przez szerokie okno. Przecinają mroźne powietrze za oknem perłowymi pasami, bezszelestnie przesuwają się między fałdami firanki i tworzą w pomieszczeniu cichy taniec błyszczących cząsteczek kurzu. Promienie zachodzącego słońca padały na dywan na ścianie. Aksamitny wzór wrze od bursztynowej wilgoci egzotycznych owoców południowych, tli się w gasnącym świetle nieznanego, baśniowego świata, gdzie jest wszystko, czego nam w życiu brakuje. Wzór powoli zanika, teraz krwawi. Jest ciepło, jest gęsto i jest dym. Kolory umierają, podobnie jak dzień za oknem, stają się głębsze i ciemniejsze. Przywołują coś leniwego i niezrozumiałego, odległego i pięknego. Jak wyglądają teraz? Wino czarno-czerwone, cierpkie jak Muscat, kaukaskie. Wino to pije się na znak miłości, a ludzie krzyczą „Gorzkie!”
Podnoszę rękę i ostrożnie dotykam aksamitnej tkaniny, bawiąc się kolorami. Jestem pewien, że będzie ciepło, że poczuję to ciepło, że blaknące kolory pozostaną na mojej dłoni. Chcę je złapać, zatrzymać.
„O czym myślisz, Grisza?” – nagle cicho pyta Żenia.
„Więc śpisz w trawie, a potem otwierasz oczy” – myślę na głos. – „Mrówka pełza mi przed nosem. Łodygi są takie duże, a biedna mrówka taka mała. Biedactwo pełza, spieszy się, upada i znowu spieszy... Ale dokąd się spieszy? Włóż pod nią palec – ona będzie pełzać po twoim palcu. Ale jak tylko włożysz drugi palec – mrówki już nie ma. Takie jest nasze życie. Myślisz, że jesteś czymś... A potem otwierasz oczy – i widzisz, że jesteś po prostu mrówką…”
„Co ci teraz przyszło do głowy?” – Żenia unosi brwi ze zdziwienia.
„Teraz jestem taki szczęśliwy... Szkoda, że szczęścia nie można zatrzymać, złapać... Na końcu jesteśmy tylko gęsią skórką…”
Żenia cicho ociera policzek o moje ramię: „Czy zauważyłeś kiedyś, że kobiety są inne? Weźmy Laurę – ona jest kobietą i niczym więcej. Ona czuje, że cukier jest słodki, a śnieg zimny. I to wszystko! A czasem chcesz czegoś innego, po drugiej stronie pożądania…
Odcięty od świata pokój, w gasnącym świetle, tchnie nienaruszonym spokojem. Krew płynie po całej ziemi, od krawędzi do krawędzi, a tutaj... chcę myśleć i mówić o czymś dobrym, czystym. Szczególnie mocno odczuł to żołnierz, który wczoraj wrócił z frontu.
„Czy chcesz, żebym opowiedział ci historię jednej, czystej miłości?” – pytam.
„Jeśli jest tam coś takiego...” Żenia patrzy na mnie błagalnie. – „To lepiej tego nie mówić.”
„Nie, tam nie było absolutnie nic. Nawet pocałunku” – mówię. – „Teraz zaczęłaś mówić o kobietach. Brudne dusze opowiadają historie o froncie. O kobietach na froncie. Ale na froncie nauczyłem się czegoś jeszcze – wielkości kobiecej duszy. Dziewczyna w szarym płaszczu! Wyryłbym te słowa złotem na marmurze…”
Słowa te brzmią nienaturalnie głośno w ciszy półmroku. Drżącymi palcami głaszczę kasztanowe włosy Żeni, żeby się uspokoić.
„Kiedy żołnierz krwawi, to jedno” – mówię, nie słysząc własnego głosu. – „Ale kiedy tego żołnierza niesie kobieta, to co innego...”
„Kiedy zostałem ranny, zabrali mnie z batalionu medycznego do szpitala” – mówię. – „Jak w delirium – w środku nocy, przy przyjmowaniu rannych, wszystko wokół się chwieje. Niosą mnie gdzieś na noszach, przykrywają mi głowę kocem. Obudziłem się w pokoju rentgenowskim. Jasne światło. Wyobraź sobie – nagi, oszpecony, obrzydliwy do oglądania. Leżę na stole, a nade mną pochyla się dziewczyna – pielęgniarka. Widzę tylko ciemnoblond głowę. Warkocze są zaplecione wokół głowy, odkryty tył głowy i delikatna skóra na szyi. Kiedy zaczęła mnie przewracać, zobaczyłem jej twarz. Duże, niebieskie oczy i czyste czoło. Ostrożnie mnie przewraca. Jestem ciężki, to trudne dla niej, biedactwa. W końcu jest środek nocy, ona nie śpi... Zacisnąłem zęby – sam próbuję się przewrócić i nie mogę. Łzy żalu napływają mi do oczu”.
Żenia słucha z zapartym tchem.
„A potem spojrzała na mnie” – kontynuuję. – „Prawdopodobnie nikt nie odgadł myśli drugiej osoby tak, jak my to zrobiliśmy po tym spojrzeniu. Nigdy wcześniej żadna kobieta nie wydała mi się tak piękna. W końcu byłem tylko jednym z tysięcy brudnych, krwawych stworzeń, a ona tak bardzo się o mnie troszczyła. Chciałem jej podziękować tym spojrzeniem…”
„Na litość boską, nie kończ źle” – szepcze Żenia, drżąc na całym ciele. – „Jakże chciałabym być na jej miejscu!”.
„Potem spędziłem trzy miesiące w szpitalu. Kiedy już chodziłem, jakoś nawiązałem rozmowę z naszą siostrą oddziałową, Tamarą. Poskarżyłem się jej na melancholię – wycie jak pies do księżyca. Wtedy przypadkowo przypomniałem sobie siostrę z sali rentgenowskiej.
„Ach, to Wiera!” – mówi.
Kilka dni później Tamara podchodzi do mnie ponownie: „Wiera chce się z tobą spotkać. Możesz ją spotkać w klubie” – dodaje zdezorientowana. – "Czego ona od ciebie chce?"
Żenia patrzy w dal szeroko otwartymi oczami.
„Rannym zabroniono chodzić do klubu. Wszystkim zabrano ubrania – tylko bielizna i szlafroki. Ale zrobiliśmy to tak: jeden miał buty pod materacem, drugi spodnie, a trzeci koszulę. Więc szliśmy na zmianę” – kontynuuję, przypominając sobie szpital ewakuacyjny EG-1002. – „Przed koncertem w foyer gra orkiestra. Wiera i kilka innych sióstr stoi pod ścianą. Patrzę i boję się podejść. Wtedy zbieram się na odwagę i proszę Wierę do tańca. I co ciekawe – Wiera i ja nie powiedzieliśmy ani słowa, ale gdy tylko położyła mi rękę na ramieniu, poczułem, że Tamara nie skłamała. Potem zobaczyła, że trudno mi tańczyć, zabrała mnie na bok, gdzie było mniej ludzi i siedzieliśmy tam cały wieczór. To była cudowna dziewczyna, studentka medycyny”.
„No i co dalej?” – pyta Żenia.
„Potem rozpoczął się koncert. Oficer polityczny stoi przy drzwiach i wyławia rannych. Opieram się o schody jak pies na podwórku. Wiera i jej koleżanki wchodzą na salę jako ostatnie. Potem, na oczach koleżanek i oficera politycznego, wraca, bierze mnie za rękę i wyprowadza z klubu. To nie żart – osobiste znajomości sióstr z rannymi są prześladowane przez władze. I w jakim celu?! Staliśmy w blasku księżyca pod brzozami i rozmawialiśmy. Jak wtedy, gdy mieliśmy po szesnaście lat.”
„Nie całowaliście się?” – szepcze Żenia.
„Nie. To by mi się wydawało przestępstwem. Najwyraźniej chciała uleczyć nie tylko moje ciało, ale i duszę. Współczuła tęskniącemu żołnierzowi".
„Pamiętasz ją teraz?”
„Tak... Po drugiej stronie pożądania”, odpowiadam zamyślony – „Zaczęłaś mówić o duszy kobiety. Wiera była prawdziwą kobietą. Pamiętam ją za każdym razem, gdy słucham „The Marching Waltz” – „Jutro znowu na marszu... Więc powiedz mi słowo, nie wiem co o...” Kiedy wróciłem do mojego korpusu, czekał na mnie rozkaz ewakuacji do innego szpitala. Nie mieliśmy nawet czasu, żeby się pożegnać”.
Pierwszego dnia naszego spotkania Żenia była wyjątkowo miła. Dopiero gdy powiedziałem jej, że teraz studiuję w Akademii, jej oczy pociemniały:
„Ale to oznacza, że będziesz musiał zostać w armii na zawsze”.
Bezradnie wzruszyłem ramionami i żeby się jakoś usprawiedliwić, powiedziałem: „Ale twój ojciec jest także zawodowym wojskowym”.
„Dlatego żyję jak dziecko ulicy” – odpowiedziała Żenia, odwracając się do mnie plecami i patrząc na ścianę. – „Teraz potrzebuję, żebyś został włóczęgą, takim jak mój ojciec.”
2.
W Moskwie patrole komendantury są wyjątkowo surowe i skrupulatne. Sprawdzają nie tylko dokumenty, ale także dokładnie kontrolują przestrzeganie przez żołnierzy porządku umundurowania. Jeśli któryś z żołnierzy będzie miał niedostatecznie wypolerowane guziki, brudne buty lub podarty pasek od płaszcza, nie uniknie wizyty w gabinecie komendanta i kilkugodzinnych ćwiczeń musztry – jako kary.
Patrole komendantury stojące przy schodach ruchomych stacji metra Krasnosielskaja są najbardziej zirytowane bezczelnymi i pewnymi siebie stworzeniami w mundurach wojskowych, które ostatnio regularnie pojawiają się na tej stacji. Na ramionach znajdują się normalne żołnierskie naramienniki, ale z dziwnym złotym obramowaniem na czerwonym polu. Żołnierze ze złotymi lamówkami ubrani są w zupełnie nowe oficerskie płaszcze z zielonego angielskiego sukna. Ponadto mają na sobie godne pozazdroszczenia skrzypiące chromowane buty, obcisłe oficerskie pasy z gwiaździstą klamrą i pas z mieczem, a na głowie mają wesoło nasunięte na jedno ucho futrzane czapki. Nawet czapki nie są robione jak zwykle – z owczej skóry, lecz z szarego futra astrachańskiego! Nie każdy oficer może sobie pozwolić na taki luksus! Wielu z tych eleganckich żołnierzy bezceremonialnie wymachuje teczkami w rękach. W wojsku ręce służą do salutowania i stania na baczność, nie zaś do noszenia teczek.
Początkowo patrole komendantury były po prostu oszołomione tak niespotykanym naruszeniem wszystkich podstawowych zasad regulaminu wojskowego. Następnie, spodziewając się bogatego łupu dla patrolu, zaczęli żądać od żołnierzy o złotych ramionach książeczek Armii Czerwonej. Widząc czerwone legitymacje z herbem i złotymi literami „Akademia Wojskowa” zamiast książeczek Armii Czerwonej, z niedowierzaniem salutowali gwałcicielom munduru i wzruszali ramionami: „Bez pół litra nie zrozumiesz! Żołnierskie naramienniki, oficerskie dokumenty!?”
Niektórzy studenci pierwszego roku naszej Akademii nie posiadają stopni oficerskich. Gdy nadchodzi czas, by syn jakiegoś moskiewskiego przywódcy proletariatu poszedł do wojska, przywódca po prostu dzwoni do szefa Akademii, generała Bijaziego: „Nikołaju Iwanowiczu, jak się masz? Jak ci idzie? Wyślę do ciebie mojego następcę, porozmawiaj z nim tam”. W ten sposób można służyć w wojsku, nawet w czasie wojny, nie ruszając się z domu, nie narażając się na wypadki na pierwszej linii frontu, a jednocześnie otrzymując godną pozazdroszczenia pracę.
W odróżnieniu od innych Akademii możemy mieszkać nie tylko w koszarach, ale także w prywatnych mieszkaniach. Po ukończeniu każdego kursu rangi w Akademii wzrastają o jeden stopień. Uczeń, który rozpoczyna pierwszy rok nauki bez stopnia, kończy ostatni rok w stopniu kapitana. Można też spotkać kapitanów, którzy są na pierwszym roku studiów. Skład jest dość zróżnicowany.
Główną rolę w Akademii odgrywają nie tytuły, ale rok i wydział, w którym dana osoba się znajduje. Studenci pierwszego roku ustawieni w kolejce według wydziałów czekają na swoją kolej w stołówce. W tej chwili słuchacze tacy jak oni przeciskają się przez drzwi jeden po drugim, bez ustawiania się w kolejce czy tworzenia formacji. Stojący w kolejce przestępują z nogi na nogę z irytacją i wzdychają z bezradnym oburzeniem: „Och, to czwarty rok!” Ostatni kurs odbywa się z pozycji wolnych słuchaczy i korzysta z wielu ulg i swobód. Mogą nawet otrzymywać suche racje żywnościowe w domu, czego sami oficerowie – edukatorzy nie mają prawa robić.
Na czwartym roku studiów na Wydziale Zachodnim, na Wydziale Niemieckim, jest tylko ośmiu studentów. Wszyscy zostali zrekrutowani z różnych źródeł i większość z nich nie była nowicjuszami na uniwersytecie. Skład jest wyjątkowo mocny, ale wymagania są odpowiednio wysokie. Trzeba dużo i ciężko pracować. Oprócz dyscyplin bieżących, trzeba nadrobić zaległości w tzw. dyscyplinach specjalnych z poprzednich kursów. Na przykład: „Przepisy wojskowe”, „Broń wojskowa”, „Organizacja wojskowa”, „Specjalne działania wojskowe”. Skromne określenie „specjalnego przeznaczenia” odnosi się do wywiadu i kontrwywiadu. „Armia” oczywiście nie jest radziecka, lecz niemiecka. Żaden radziecki oficer, nawet w swojej specjalności, nie wie tyle o Armii Czerwonej, ile student naszej Akademii musi wiedzieć o wszystkich rodzajach sił zbrojnych „jego” armii, tj. niemieckiej, angielskiej itd., w zależności od wydziału, w którym się znajduje.
Podręczniki do dyscyplin specjalnych są zazwyczaj oryginalnymi dokumentami lub statutami danej armii. Zabrania się robienia notatek z wykładów na tematy szczególnie nowe lub drażliwe. Gotowe notatki, wydrukowane na hektografie i starannie ponumerowane, można otrzymać po pokwitowaniu i zdeponowaniu dokumentów w celu przestudiowania w specjalnym pokoju do nauki. „Treść tych notatek nie odbiega od rzeczywistości o więcej niż miesiąc. Materiał informacyjny obejmuje nie tylko to, co już istnieje, ale także to, co jest jeszcze w fazie rozwoju lub projektowania. Do standardowych notatek często dołączane są fotokopie oryginałów. Sądząc po jakości zdjęć, można stwierdzić, że część z nich została zrobiona z przechwyconych dokumentów lub przedmiotów, a część w innym, mniej komfortowym i spokojnym otoczeniu. Czasami wyraźnie widać pracę mikrokamery. Takie kamery umieszczane są w guziku, główce zamka damskiej torebki itp.
Człowiek posiadający powierzchowną wiedzę na temat jakiejś nauki zazwyczaj jest skłonny twierdzić, że zna ten temat doskonale. Im więcej człowiek się uczy, tym mniej pewny jest swojej wiedzy. Teraz uczą nas zabawnych rzeczy. Zmuszają Cię do studiowania oryginałów literatury średniowiecznej w języku gockim i staro-wysokoniemieckim, których nie jest w stanie zrozumieć nawet współczesny Niemiec. Każdy, kto przeczytał Pieśń o Nibelungach, gdy zetknie się z nią w oryginale, tylko podrapie się po głowie, ale nie zrozumie ani słowa. Sposób, w jaki ktoś wymawia słowa „pieczona gęś”, pozwala na ustalenie miejsca jego pochodzenia z dokładnością do kilku kilometrów.
Nigdy w życiu nie uwierzę komuś, kto twierdzi, że zna coś doskonale. Pamiętam słowa profesora matematyki Zimina, który był znany jako filozof-teolog. W odpowiedzi na stwierdzenie jednego ze studentów, że zna matematykę bardzo dobrze i nie zgadza się z oceną, jaką otrzymał, profesor Zimin mruknął: „Tylko Bóg zna matematykę na poziomie A, ja znam ją na poziomie B, a najlepszy student dostaje C. Idź, młodzieńcze, i ucz się pilniej!”
Musimy wiedzieć, w których regionach Niemiec co się je i pije, jak się ubiera i jakie są typowe zwyczaje. Musimy znać wszystkie najmniejsze cechy charakterystyczne każdej grupy narodowej, musimy potrafić bezbłędnie identyfikować marki niemieckich win, z zachowaniem szczegółów niezbędnych dla komiwojażera – sprzedawcy wina. Dowiadujemy się, w których niemieckich prowincjach ludność nie lubi swoich niemieckich rodaków, które z nich, z jakich powodów i jakimi słowami się nawzajem obrzucają wyzwiskami. Rozmawiając z Bawarczykiem, możesz zyskać jego sympatię, przeklinając Prusaków znanym słowem. Podano nam historyczną genezę wszystkich żywych i umarłych, politycznych i gospodarczych, ideologicznych i religijnych sprzeczności wewnątrz narodu niemieckiego. W ten sposób chirurg bada ogniska choroby i słabości pacjenta.
Historia Niemieckiej Partii Komunistycznej jest nam przedstawiana zupełnie inaczej niż w normalnych podręcznikach do historii ruchu komunistycznego. Wykładowca w tym przypadku posługuje się zazwyczaj terminem „nasz potencjał” lub innymi, bardziej precyzyjnymi definicjami. Siedząc na wykładzie przez dwie godziny, ani razu nie usłyszałeś słowa "partia komunistyczna". Notatki z tych wykładów byłyby interesujące dla samych niemieckich komunistów. Niektórzy z nich szczerze myślą, że walczą o lepsze Niemcy. Ruch polityczny jest w pewnym sensie i w pewnym zakresie niczym więcej niż tylko łapaniem naiwnych ludzi. Przywódcy, którzy mają kontakt z Kominternem, są oczywiście lepiej zorientowani w tej delikatnej materii.
Pewnego dnia jeden ze słuchaczy zadał wykładowcy pytanie: „Jak wytłumaczyć, że nie mamy już komunistycznych dezerterów ze strony niemieckiej?”
„Jeśli się nad tym zastanowisz, zrozumiesz dlaczego. Nie chcę zabierać czasu słuchaczom, tłumacząc im tak podstawowe rzeczy” – odpowiedział wykładowca. – „Nie potrzebujemy dezerterów. Ci ludzie są dla nas o wiele bardziej przydatni, jeśli zostaną po drugiej stronie i będą dla nas pracować”.
Wykładowca ten, równolegle z naszą Akademią, prowadzi zajęcia na kursie „Praca dywersyjna na tyłach” w Wyższej Szkole Wywiadu Armii Czerwonej.
Z tego punktu widzenia niska wartość dezerterów to jedna strona medalu. Ale jeśli przyjrzymy się temu bliżej, gdzie podziała się masowa Niemiecka Partia Komunistyczna? Niemcy były pierwszym mocarstwem na świecie, które nawiązało bliskie, przyjazne stosunki handlowe z Rosją Radziecką. Niemcy miały najsilniejszą partię komunistyczną i najbardziej wyrazisty proletariat przemysłowy w Europie. Niemiecka Partia Komunistyczna i niemiecki proletariat były dla nas wzorem proletariackiej świadomości i solidarności. Komunizm w swoim czasie zakorzenił się głęboko w duszach Niemców. Niemcy miały być kolejnym ogniwem w łańcuchu „światowej rewolucji”. Czapka Thelmana była nam tak samo znana jak broda Karla Marksa. I nagle!
Teraz Niemcy walczą jak diabli, nikt nie idzie do niewoli, a nasza propaganda, zapominając o „podejściu klasowym”, nazwała wszystkich Niemców „faszystami” i wzywa tylko do jednego – „Zabić Niemców!”. Hitler nie mógł przecież umieścić wszystkich komunistów w obozach koncentracyjnych. Nawet nasza propaganda tego nie twierdzi. A teraz nazizm rozkwitł w pełni! Gdzie jest świadomość komunistyczna, solidarność proletariacka, walka klasowa, itd.?
Niedawno nasza Akademia przeniosła się do nowej siedziby obok Akademii Mechanizacji i Motoryzacji Armii Czerwonej im. Stalina w Lefortowie. Kiedyś mieściła się tu szkoła kadetów, później szkoła artyleryjska. Budynki są raczej niewygodne i pachną jak koszary. Ale dla dowództwa główny problem został rozwiązany: wszyscy jesteśmy pod jednym dachem, za jednym płotem, pośrodku kompleksu budynków znajduje się poligon, a gdzieś z tyłu jest wartownia.
Jesienią często można zaobserwować pouczający obraz. Kilku studentów krąży po dziedzińcu Akademii pod eskortą innych studentów pełniących służbę wartowniczą. Więźniom zdjęto szelki i paski, a w rękach trzymają miotły i szufelki. Powoli zamiatają w stosy liście, które nieustannie opadają z drzew pod wpływem podmuchów jesiennego wiatru. Praca ta jest tak samo produktywna jak napełnianie beczki bez dna wodą. Jednak więźniowie nie zniechęcają się i nie spieszą się. Do obiadu jeszcze daleko, a w celi jest nudno. Nieco nieprzyjemniej jest, gdy ustawiają się w rzędzie w odległości kilku kroków od siebie i kierują się do zbierania niedopałków papierosów na podwórku. To trochę żenujące.
Słuchacze przechodzący przez podwórze dodają otuchy swoim kolegom, którzy wpadli w tarapaty: „Ach, Kola, znowu tu siedzisz! Za jakie czyny? Ile zarobiłeś?” Inni zatrzymują się i szukają wśród więźniów jednego z synów generała. Ciekawie jest jednak – ojciec jest generałem, a syn zbiera niedopałki papierosów na podwórzu pod strażą.
Ofiarami wartowni padają zazwyczaj studenci pierwszego roku, z których wielu nie zna jeszcze zasad dyscypliny wojskowej. To głównie dla nich wymyślono kary pedagogiczne w postaci zamiatania liści i zbierania niedopałków papierosów. Zniechęca ich to do swobodnego myślenia i kształtuje w nich poczucie bezwarunkowego posłuszeństwa wobec poleceń przełożonych. Muszą raz na zawsze pamiętać, że w służbie wojskowej rozkaz jest najwyższym prawem. Wykształca się u nich odpowiedni odruch bezwarunkowy.
Na drzwiach wartowni ktoś starannie wyrył nożem napis: „Nauczę cię kochać wolność!”
To teraz modne określenie w armii. Generałowie krzyczą te słowa do oficerów po kolejnej inspekcji lub kontroli, w której wykryto brak dyscypliny. Sierżanci w jednostkach szkoleniowych krzyczą te dźwięczne słowa prosto w twarz żołnierzom, przeklinając ich lub nawet dając im policzek.
Na to pytanie jest cicha, ale wymowna odpowiedź: „Do pierwszej bitwy...” Nie bez powodu, zgodnie z nowymi przepisami, oficerowie maszerują nie przed swoimi kompaniami, lecz za nimi.
Tak, teraz nie poznasz armii! Wiele się zmieniło podczas wojny, i to w najbardziej niespodziewany sposób!
Wielu z nas jest szczerze oburzonych metodą szkolenia żołnierzy w jednostkach rezerwowych przed wysłaniem ich na front. Żołnierze uczą się tam niemal wyłącznie musztry, posłuszeństwa komendom „w prawo” i „w lewo”, salutowania przełożonym i maszerowania w zwartej formacji. Karabiny żołnierzy są najczęściej wykonane z drewna. Często żołnierze przybywają na front nie strzelając nigdy z prawdziwego karabinu bojowego. Wydawałoby się, że to kompletna głupota?! Żołnierze sami narzekają, ale później przyzwyczajają się i słuchają. Czasami tłumaczy się to przyczynami lokalnymi. Jednakże ogólne plany pochodzą z góry i mają swoje głębsze znaczenie.
Dla Kremla nie ma znaczenia, czy żołnierz ginie, ale o wiele gorzej jest, gdy żołnierz nie posłucha. Na tej podstawie planuje się szkolenie. Najważniejszą rzeczą, jakiej należy nauczyć żołnierza, jest bezwarunkowe posłuszeństwo. Giń, ale wykonaj rozkaz! Dlatego elementarne szkolenie żołnierza zaczyna się od zniszczenia wszelkich bodźców do samodzielnego myślenia. Żołnierzowi wpaja się, że ma się czuć jedynie niezawodną jednostką w szeregach, w systemie, w tej całości, która tworzy Armię i Państwo.
Kiedy żołnierz otrzymuje rozkaz bojowy oznaczający pewną śmierć, może pomyśleć, że to bezsens i zawahać się. Dlatego uczy się go z góry, żeby robił rzeczy bezsensowne i był posłuszny. Zanim żołnierze zostaną wysłani na front, dzień po dniu pędzeni są na komendę „na ramię” z drewnianymi karabinami, ponieważ chodzą tylko na paradzie. W tym duchu trenują na mrozie od świtu do zmierzchu: na prawo, na lewo, na ramię, na nogę... Po tylu godzinach „treningu bojowego” zmuszani są do przejścia kilometra do jadalni i śpiewania, wracają kilkakrotnie do punktu wyjścia i żąda się od nich, aby śpiewali głośniej. W drodze do stołówki całą kompanię kładziono kilkakrotnie na śniegu i rozkazano im czołgać się „na brzuchach”. Żołnierze są głodni, a w kantynie czeka na nich kusząca woda z kapustą i kawałek czarnego chleba. Pewnie myślisz, że to wszystko bzdura?!
Nie, nie... To są bardzo przemyślane dyrektywy przekazane z góry. Jest to nowa koncepcja oparta na badaniu wcześniejszych doświadczeń w pracy moralno-edukacyjnej w armii. To jest dialektyczne prawo, że wszystko się porusza, wszystko się zmienia. Kreml wie, co robi! {Кремль знает, что он делает! }
W środku zimy trafiłem na służbę wartowniczą w Akademii. Starsi uczniowie zazwyczaj wykonują dowództwo i zmianę warty, podczas gdy młodsi uczniowie stoją na straży. Zgodnie z harmonogramem warty objąłem dowództwo nad wartownią.
Połowa moich aresztantów, w sumie około piętnastu osób, siedziała za dwójki na egzaminach, reszta za naruszenie dyscypliny. Po porannym „ćwiczeniu” polegającym na zbieraniu niedopałków na terenie Akademii, więźniowie są pod lufami broni prowadzeni na śniadanie. Zazwyczaj odbywa się to po śniadaniu całej kadry Akademii. Tutaj więźniowie czują się panami sytuacji. Kucharze hojnie nalewają im pełne miski ryżowej owsianki ze śliwkami, a oni w wiadrach niosą kakao z kuchni. Mimo że słuchacze Akademii mają prawo do 9., tzw. „akademickiego” standardu, dla większości słuchaczy jest to za mało i nie przysługuje im prawo do żadnych dodatkowych standardów. Jedynymi osobami dobrze odżywionymi są więźniowie. Kucharze wiedzą, że po śniadaniu zostaną wysłani do kuchni, aby rąbać drewno – a to oznacza, że muszą nakarmić „robotnika”.
Jeden z moich więźniów rozpoczął strajk już na samym początku. Kiedy innych więźniów wyprowadzono, żeby zbierali niedopałki papierosów, powiedział krótko: „Ja nie robię takich rzeczy”. Kiedy specjalnie dla niego wróciłem do wartowni i zaproponowałem, żeby poszedł na śniadanie, on po prostu machnął ręką: „Nie mogę tego jeść!”
„Biedny facet!” – pomyślałem – „może coś z jego żołądkiem jest nie tak.”
„Może nie masz nic do palenia, więc wyślę kogoś na rynek po machorkę?” – zasugerowałem ze współczuciem. Choć palenie jest zabronione dla aresztowanych, to... to nasi ludzie, strażnicy często biegali na rynek, aby kupić machorkę dla więźniów. Może jutro ten sam grzech przydarzy się i mnie.
„Nie, dziękuję” – odpowiedział mój więzień. – „Nie palę tytoniu. Chcesz zapalić?!”
Podał mi otwarte opakowanie Kazbeku. Większość z nas paliła machorkę, który inwalidzi sprzedawali w dużych ilościach na każdym rogu. W jednostkach tyłowych armii, nawet w akademiach, nie przewidziano przydziałów tytoniu, a zakup papierosów w „Luksie” przekraczał możliwości finansowe oficerów, nawet z książeczką limitów i 15% zniżką. Zazwyczaj sprzedawaliśmy książeczki ze zniżką wiejskim babom, które uwielbiały tandetę. Większość z nas zarabia 600-800 rubli, a połowa tej kwoty trafia do naszej kieszeni. Tutaj nie można palić "Kazbeka" za 80 rubli za paczkę.
Później dowiedziałem się od więźniów rąbiących drewno w kuchni, że strajkujący już drugi dzień nic nie jadł i czekał na „tatę”, jak ironicznie stwierdzili drwale. Kiedy po obiedzie wszyscy więźniowie zostali odprowadzeni do swoich apartamentów pod kluczem, przyjrzałem się uważnie więźniowi czekającemu na „tatę”.
Miał około dwudziestu lat, ale na jego wyczerpanej i pokrytej pogardliwym uśmiechem do wszystkiego, wokół twarzy wyraźnie rysowały się wszelkie ślady nocnego życia stolicy. Takie twarze często można spotkać w środowiskach, w których ludzie oczekują od życia zbyt wiele. Blada, żółtawa skóra, worki pod oczami z niebieskimi kręgami, opadające kąciki ust, czarne włosy grubo natłuszczone brylantyną, wąski, wygolony wąs nad górną wargą – to najnowsza nowość amerykańskich filmów akcji.
Próbując zrekompensować sobie samotność w pierwszej połowie dnia, mężczyzna o czarnych wąsach rozpoczął ożywioną rozmowę z więźniami, którzy wrócili z pracy. Trzeba przyznać, że rozmowa była interesująca. Był wyjątkowo dobrze poinformowany o sprawach całego moskiewskiego świata działającego za kulisami. Mówił o polityce tak, jakby codziennie przebywał na Kremlu.
Zainteresowany rozmową, rozkazałem strażnikowi otworzyć drzwi celi i zamknąć wejście zewnętrzne. Robiono to w prosty sposób: strażnik mocno wsuwał karabin w klamkę drzwi wejściowych. Potem my, wraz z więźniami, rozsiedliśmy się wygodnie na korytarzu, paląc papierosy i rozmawiając. Niektórzy siedzą na ławce, a niektórzy po prostu kucają, opierając się o ścianę i podciągając nogi.
Gdy zapytałem go ponownie, dlaczego nie je, mężczyzna z czarnymi wąsami machnął ręką, jakby ten temat nie zasługiwał na uwagę: „Od takiego jedzenia tylko się rozchoruję. Poczekam! Co ty na to – będę siedział od dzwonka do dzwonka?! Tata obiecał, że jutro przyjdzie do generała”.
Z rejestru więźniów wiedziałem, że został uwięziony „przez cały okres”, czyli przez 10 dni, z czego siedział dopiero drugi dzień. Do ostatniego dzwonka pozostała jeszcze daleka droga.
„Czy naprawdę jesz lepiej w domu?” – zapytałem z podziwem i szeroko otworzyłem oczy.
Mój naiwny podziw zadziałał.
„W domu widzę tylko czekoladę i śmietankę” – odpowiedział mężczyzna z czarnymi wąsami, jeszcze bardziej wykrzywiając usta. – „Ciasta są w szafce – bierzesz je, kiedy chcesz. Oczywiście, w ciągu dnia. A wieczorem zawsze jestem w „Metropolu” albo w „Moskwie”. Tam też możesz zjeść”.
Mówił tak rzeczowo, jakby zakładał, że każdy z jego rozmówców spędza wieczory w tych luksusowych restauracjach, przeznaczonych wyłącznie dla zagranicznych turystów i „specjalnej” klienteli. Większość mieszkańców Moskwy wie o tych miejscach tylko tyle, że wszyscy kelnerzy i personel obsługujący te restauracje to agenci NKWD i że dla zwykłego śmiertelnika wizyta w tym miejscu jest niebezpieczna. Jeśli ktoś pójdzie tam kilka razy z rzędu, to zostaje wezwany do NKWD, pokazany mu zostaje rachunek z tych restauracji, z których każdy jest równy miesięcznej pensji przeciętnego człowieka, i uprzejmie poproszony o rozliczenie debetu i kredytu, o złożenie sprawozdania ze swoich dochodów i wydatków.
„Twój tata pewnie dobrze zarabia” – zauważył jeden z więźniów.
„Tak, nie-e-e” – powiedział przez zęby mężczyzna z czarnymi wąsami z wyższością – „On pracuje w Komitecie Centralnym…”
Ludzie wokół odpowiadali na to pełnym szacunku milczeniem, kontynuując ssanie pachnącego „Kazbeka”, którym potomstwo ojca z KC hojnie ich obdarowało.
Aż do zgaszenia świateł mężczyzna z czarnymi wąsami zabawiał nas opowieściami o tym, jak wspaniale tańczy córka marszałka Tymoszenko – nago, na stole lub przy pianinie, podczas intymnych popijaw w zamkniętym kręgu dworskim. Rozkoszuje się brudnymi szczegółami równie brudnych przygód miłosnych krzywonogiego syna członka Biura Politycznego Anastasa Mikojana. Samego Mikojana nazywał po prostu „Stasikiem”, a jego syna – także jakimś przyjacielskim przezwiskiem. Sądząc po znajomości szczegółów, można przypuszczać, że osobiście brał udział w tych orgiach. Historie te byłyby bez wątpienia bardzo pouczające dla profesora neurologii lub badacza zajmującego się seksualnością.
Zadziwia mnie to, że wszystkie te opowieści dokładnie pokrywają się z tym, co już nie raz słyszałem od Żeni. Najwyraźniej nie jest to fikcja.
Równie bezceremonialnie mężczyzna z czarnymi wąsami otwiera ostatnie strony zakazanej księgi i opowiada nam intymne szczegóły z życia samego Wodza. Dowiadujemy się, że jeden ze słynnych moskiewskich dyrektorów od dłuższego czasu bezskutecznie zabiegał o względy Swietłany, aż w końcu jej troskliwy ojciec zesłał irytującego wielbiciela na Syberię. Później Swietłana szczerze zakochała się w prostym i skromnym studencie. Ten czysty romans był na każdym kroku niweczony przez licznych gwardzistów NKWD, którzy śledzili każdy jej ruch. Nawet w ciemne moskiewskie noce Swietłana nie odważyła się pocałować, wiedząc, że za każdym krzakiem kryje się szpieg, który doniesie o wszystkim jej ojcu. Ojciec w końcu też miał tego dość i chciał wysłać biednego studenta za dyrektorem. Ale wtedy Swietłana zaprotestowała tak energicznie, że tata tylko machnął ręką. Niewygodnie byłoby wysyłać własną córkę na Syberię, a teraz nie ma już klasztorów. Później Swietłana wyszła za mąż za studenta, ale – jak przysięgał mężczyzna z czarnymi wąsami – bez błogosławieństwa ojca. Przyszły dziadek został postawiony twarzą w twarz z faktami. W tym miejscu historiograf z dynastii Dżugaszwili o czarnych wąsach puścił oko chytrze i znacząco.
Opowiadanie takich rzeczy, i to tak szerokiemu gronu odbiorców, dla zwykłego człowieka oznaczało igranie ze śmiercią. Ale mężczyzna z czarnymi wąsami nawet nie mrugnął okiem.
Z jeszcze większym zachwytem przewrócił oczami w stronę sufitu i przeszedł do kolorowej reprodukcji przygód „Waśki”. Najwyraźniej „Waśka” był dla niego bohaterem i ideałem życiowym. Najbardziej rzucającą się w oczy cechą charakteru „Waśki” była słabość do moskiewskich restauracji i aktorek. Według mężczyzny z czarnym wąsem, „Waśka” poszedł na front dopiero wtedy, gdy jego ojciec nie mógł już tego znieść i po prostu wysłał swojego niespokojnego syna na front, żeby wytrzeźwiał. Czarnowąsy przysięgał, że kariera każdej znanej dziś moskiewskiej aktorki zaczynała się w łóżku „Waśki”. Następnie przedstawiono szczegóły rodzinnego dramatu reżysera Aleksandrowa i jego ostatniej żony Liubow Orłowej, gdzie „Waśka” wtargnął do spokojnej idylli po prostu z „miłości do sportu”. Mężczyzna o czarnych wąsach poświęcił co najmniej dwie godziny entuzjastycznemu śpiewaniu o rozwiązłości i pijackich skandalach syna Wodza.
„Tak, twoje życie jest wypisane na twarzy” – pomyślałem.
Następnie poznamy najnowsze wiadomości ze świata nauki i techniki.
„Kostikow też teraz siedzi” – oznajmia mężczyzna z czarnymi wąsami, stukając ustnikiem swojego Kazbeka w wieko tekturowego pudełka.
Kostikow jest wynalazcą i konstruktorem wyrzutni rakietowych, oficjalnie nazywanych w wojsku moździerzami gwardyjskimi, a przez żołnierzy nazywanych „Katiuszami”. W 1937 roku na liście najwyższych odznaczeń, wśród nazwisk znanych generałów i pracowników przemysłu zbrojeniowego, po raz pierwszy pojawiło się nazwisko nieznanego inżyniera – kapitana Kostikowa. Później został oficjalnie ogłoszony konstruktorem Katiuszy, przyznano mu wiele najwyższych odznaczeń oraz mianowano go generałem porucznikiem wojskowej służby technicznej. W czasie wojny, dzięki wyjątkowym właściwościom bojowym swojego pomysłu, Katiuszy, Kostikow był uważany za jednego ze zbawców Ojczyzny w krytycznym okresie wojny.
„Niemożliwe!” – jeden z więźniów zwątpił – "Aby kogoś takiego posadzić…"
„To nic nie znaczy” – zauważył pouczająco mężczyzna z czarnymi wąsami – „lepiej pracują za kratkami niż na wolności. To zostało udowodnione w praktyce. Pamiętasz Tupolewa? Był jedyną osobą, która miała otwarte konto w Banku Państwowym. Wejdź i weź, ile chcesz – milion, sto milionów. Wsadzili go też, gdy nadszedł czas…”
Czarnowąsy nie jest wcale głupcem. Przygląda się rzeczom w otaczającym go świecie trzeźwo i ściśle rozumie różnice. Różnica klasowa. Dla niektórych jest to „Metropol” i artyści, a dla innych „...lepiej pracuje się za kratkami”.
Anatolij Nikołajewicz Tupolew jest najwybitniejszym radzieckim konstruktorem lotniczym okresu powstawania lotnictwa w ZSRR. Wszystkie znane radzieckie samoloty, począwszy od czterosilnikowych maszyn biorących udział w akcji ratunkowej Czeluskińców, aż po bombowce dalekiego zasięgu, którymi Czkałow i Gromow przelecieli nad Biegunem Północnym do Ameryki – wszystkie nosiły markę ANT i były owocami pracy Tupolewa.
W 1937 roku Tupolew wraz z tysiącami wybitnych radzieckich naukowców został aresztowany i zaginął bez śladu. Ludzie dowiedzieli się o jego aresztowaniu, ponieważ samoloty ANT przemianowano na CAGI.
Siedem lat później, wiosną 1944 roku, podczas przełamywania Linii Mannerheima na Przesmyku Karelskim, nad naszymi głowami krążyły chmury nowych dwusilnikowych bombowców z jaskrawo-czerwonymi piastami śmigieł o zmiennym skoku – nazywaliśmy je „czerwononosymi”. To był nowy pomysł Tupolewa. Przez wszystkie te lata kontynuował pracę nad projektowaniem samolotów w specjalnym biurze projektowym, którego cały personel składał się z więźniów. Warunki różniły się tylko tym, że za każdym stali strażnicy NKWD, a więźniowie musieli pracować o wiele ciężej niż poza więzieniem, mimo obietnic skrócenia wyroku i innych ustępstw. Całkiem opłacalne – żadnego otwartego konta w Banku Państwowym!
Kiedy po zgaszeniu świateł więźniowie zostali odprowadzeni do cel, porucznik pełniący służbę wartowniczą w wartowni pokręcił głową i westchnął, nie zwracając się do nikogo: „Takie pasożyty powinny trafić na mydło! On nie je nic poza czekoladą... "O, ty, skurwysynu!” {Ах ты, мать твою за ногу!" }.
Następnego ranka wspaniała limuzyna podjechała pod wejście, gdzie mieściło się biuro Dyrektora Akademii. Niski, krępy mężczyzna w skórzanym płaszczu i drogim zagranicznym garniturze wbiegł po schodach, jakby był właścicielem tego miejsca. Obserwowałem to wszystko z okna wartowni, znajdującej się tuż naprzeciwko wejścia do generała. Kilka minut później zadzwonił telefon leżący na stole za mną – generał nakazał wcześniejsze wypuszczenie „synka tatusia” z aresztu.
Kiedy strażnik przyprowadził aresztanta z aresztu do pomieszczenia wartowniczego, gdzie miałem mu oddać szelki, pasek i różne drobne przedmioty z kieszeni, z drzwi wyszedł mężczyzna w skórzanym płaszczu i skierował się w stronę swojej limuzyny. „Synek” natychmiast odskoczył od okna – najwyraźniej wolał nie zwracać na siebie uwagi ojca.
Zima minęła niezauważona na zajęciach. Stopniowo angażowałem się w naukę i nawiązywałem nowe znajomości w Akademii. Nie pamiętam, kiedy i jak po raz pierwszy spotkałem starszego lejtnanta Bielawskiego. Miał około trzydziestu lat, był szczupły i wysportowany, wyróżniał się niezachwianym spokojem i zewnętrzną obojętnością na wszystko. Jednocześnie w głębi duszy był osobą niezwykle gorącą i namiętną.
Bielawski ukończył studia na uniwersytecie w Leningradzie, a następnie specjalne kursy przygotowujące do pracy za granicą. Biegle włada kilkoma językami. Podczas hiszpańskiej przygody został wysłany do Hiszpanii i spędził tam jakiś czas jako „Hiszpan”. W jakiś tajemniczy sposób Bielawskiemu udało się zachować swoje naramienniki porucznika przez prawie dziesięć lat. Jego byli koledzy z Hiszpanii mają teraz znacznie wyższe stopnie i stanowiska.
Pasją Bielawskiego jest teatr. Z miesięcznym wyprzedzeniem kupuje bilety na wszystkie premiery w moskiewskich teatrach. Czasami wydaje mi się, że nie otrząsnął się jeszcze z traumy psychicznej, która dotyka wielu mieszkańców Leningradu, i że w teatrze szuka okazji, żeby o tym zapomnieć. Najtrudniejsze chwile Bielawski przeżył podczas oblężenia Leningradu i nie sposób wyciągnąć od niego ani słowa o tych dniach.
Cała Akademia zna Walentynę Grinczuk. Zazwyczaj jej imię jest krótkie i pieszczotliwe – Walia. Kilka miesięcy temu, ciężko ranna, została przetransportowana samolotem z tyłów partyzanckich do jednego ze szpitali pod Moskwą. Po wyzdrowieniu i wypisaniu ze szpitala została wpisana do naszej Akademii.
Walia wygląda jak dziecko – większości z nas sięga do pasa. Kiedy wybierano dla niej buty, nie udało się znaleźć tak małego numeru w całym magazynie Moskiewskiego Okręgu Wojskowego; musiała zamówić buty uszyte na zamówienie, korzystając z dziecięcego kopyta szewskiego. Jednak niewielu studentów Akademii ma na swoim koncie tyle orderów, i to poważnych orderów wojskowych, co to dziecko. Te ordery są tak sprzeczne z jej czystą, dziecięco niewinną twarzą, że wszyscy mimowolnie odwracają się, by na nią spojrzeć. Czasem nawet osoby o wyższej randze jako pierwsze oddają jej honory, okazując szacunek.
Przed wojną, jako czternastoletnia, boso chodząca dziewczynka w odległej wiosce na Polesiu, Wala biegała z wiadrami do studni po wodę i prawie nie wiedziała, czym są Niemcy i kim jest Stalin. Pewnego pogodnego czerwcowego poranka wojna zagościła w jej dziecięcej duszy. Niemcy zajęli wieś i w pierwszej fali łatwych zwycięstw bezceremonialnie przejęli władzę nad nową „przestrzenią wschodnią”. W tamtych czasach Wala była wielokrotnie kopana przez żołnierzy. Dzięki dziecięcemu instynktowi nauczyła się ślepo nienawidzić nieznajomych w szarozielonych mundurach.
Przypadkiem natknęła się wkrótce na partyzantów z regularnego oddziału partyzanckiego przeniesionego z Armii Czerwonej na tyły niemieckie. Początkowo pełniła funkcję zwiadowcy. Niewielu Niemców pomyślałoby, że chuda dziewczyna z gołą głową, wyglądająca na nie więcej niż dwunastoletnią, była związana z potężnym w tamtych stronach oddziałem partyzanckim.
Później, będąc sierotą, Wala opuściła rodzinną wieś i przyłączyła się do partyzantów. Była na zmianę fizylierką, ekspertką od wyburzeń, snajperką i wolontariuszką, która brała udział w długich rajdach i ryzykownych misjach rozpoznawczych. Wielu Niemców, którzy zobaczyli ją tylko jako dziecko, zapłaciło życiem za swoją nieostrożność. Nie wiedząc jeszcze, czym jest życie, Walia często patrzyła śmierci w oczy. Może dlatego była tak nieustraszona i obojętna na śmierć. Jej dusza dojrzewała w bitwach, we krwi i nienawiści. W ciele dziecka biło bezlitosne serce żołnierza.
Była tylko jedna zła rzecz: Wala nie umiała się uśmiechać. Nie wiedziała, co to śmiech, zabawa i radość. Wojna nie dała jej możliwości doświadczenia tych aspektów życia.
Dziś pełna wdzięku osiemnastoletnia dziewczyna przechadza się po dziedzińcu uprzywilejowanej Moskiewskiej Akademii. Srebrne włosy powiewają jak lekki puch pod czapką nasuniętą na brwi. Małe stópki w chromowanych butach kroczą przez życie pewnie i odważnie. Jej rówieśnicy nadal siedzą w szkolnych ławkach. Ta sama dziewczyna ma na swych delikatnych ramionach naramienniki starszego lejtnanta i lata frontu, zielony przód kurtki oficerskiej zdobiony jest rzędami orderów wojskowych, złotymi i czerwonymi pasmami odznaczeń za odniesione rany*.
„Waliusza!” – oficerowie uśmiechają się do niej i szepczą za nią z podziwem: – „Brawo!” {"Молодчина!"}
Pewnego dnia pokazano mi kapitana pilota, studenta drugiego roku. Kiedyś zaprosił Walię na koncert. Walia chętnie się zgodziła. Szczegóły całego wieczoru nie są znane. Wiadomo tylko, że rozjuszony kapitan próbował traktować Walię w sposób, w jaki traktuje się dziewczęta z pierwszej linii. W tej sprawie mylą się szczególnie ci oficerowie, którzy nie byli na froncie.
Kiedy Walia ostro go zrugała, wściekły kapitan krzyknął: „Wiemy, jak wy wszystkie zarabiacie na te medale. Wszystkie…”
Chwilę później kapitana znaleziono na ulicy z zakrwawioną czaszką, złamaną rękojeścią pistoletu.
Gdy szef Akademii, generał Bijazi, wezwał Walię do siebie i zażądał wyjaśnień, ta odpowiedziała krótko: „Niech będzie wdzięczny, że pozostał przy życiu!”
Generał tylko podniósł ręce i rozkazał Walii oddać pistolet. Po tym zdarzeniu nawet najbardziej zagorzali krytycy dziewcząt z pierwszej linii zaczęli zwracać się do Walii „wy”.
3.
Luty 1945. Niemiecka kontrofensywa na froncie zachodnim w Ardenach utonęła we własnej krwi. Alianckie Siły Ekspedycyjne przygotowują się do przekroczenia Renu i słynnej Linii Zygfryda. Po długich przygotowaniach nasze wojska przeszły do ofensywy nad Odrą, niszcząc umocnienia Wału Wschodniego i powiększając przyczółek mostowy, by zadać ostateczny cios sercu nazistowskich Niemiec. Wojna zbliża się do rozwiązania.
Co ciekawe, warunki w Moskwie nieco się poprawiły w porównaniu do lat ubiegłych. Albo trudności ustabilizowały się i ludzie przyzwyczaili się do nich, albo sukcesy na froncie i oczekiwanie rychłego końca wojny ułatwiają znoszenie tych trudności. W całym kraju i w armii odczuwa się ogólny wzrost ducha walki. Stał się cud: zamiast wyczerpania, w czasie wojny armia rosła w siłę techniczną i moralną, zyskiwała siły w bitwach i zwycięstwach. Pod koniec wojny armia dysponowała wystarczającą liczbą samolotów, czołgów, broni automatycznej, amunicji, mundurów, więc wszystkim, czego bardzo brakowało na początku wojny. To trudna do wyjaśnienia zagadka, nad którą wielu z nas się zastanawia.
Naiwnością byłoby sądzić, że cud ten był wyłącznie rezultatem wysiłków militarnych narodu w czasie wojny, lub wyłącznie moralnej przemiany duszy narodu w czasie wojny, lub wyłącznie pomocy aliantów. Potencjał przemysłowy i militarny pod koniec wojny był niższy niż w dniu jej rozpoczęcia. Czynnik moralny odgrywa dużą rolę i jest interesujący z tego punktu widzenia, że po całkowitym niepowodzeniu w uzasadnieniu planów Kremla na początku wojny, poprzez umiejętną restrukturyzację propagandy wewnętrznej i błędów wroga w trakcie wojny, został on ponownie sprowadzony do mianownika Kremla. Pomoc wojskowa od aliantów była ogromna, znacznie ułatwiła sytuację rosyjskich żołnierzy i narodu rosyjskiego, załatała wiele luk w machinie wojennej Kremla i skróciła czas trwania wojny. Jednakże żaden z tych czynników rozpatrywany oddzielnie nie decyduje o wyniku wojny. Nie mówmy o tym „gdyby tylko…”
Wojna jest tak jakby grą w szachy, z taką samą, niezliczoną liczbą wariantów. Ruchy w szachach mogą się zmieniać w zależności od sytuacji, ale za tym wszystkim, od samego początku, kryje się podstawowa strategia gracza – jego koncepcja. Kreml podjął w tej wojnie pewną grę strategiczną. Było to wyraźnie odczuwalne w ostatnim okresie wojny.
W środowisku akademickim często słyszę o „trzech etapach”. Choć różnią się w szczegółach, zasadniczo zgadzają się co do dość spójnego wyjaśnienia wydarzeń ostatnich lat. Rozmowy te prowadzone są w otoczeniu Kremla i Sztabu Generalnego Armii Czerwonej. Nie bez powodu naszą akademię za plecami nazywają Akademią Kremlowską i nie bez powodu wielu naszych studentów ma „tatę” w Sztabie Generalnym. Tutaj możesz dowiedzieć się wielu rzeczy, o których przeciętny żołnierz nie ma pojęcia.
Charakterystyczne jest, że gdy rozmowa schodzi na ten temat, wszyscy opowiadający podkreślają, że nie obchodzą ich oficjalne wersje i plotki. Wiele „plotek” jest celowo rozpowszechnianych przez „słuchaczy” NKWD. Kreml dysponuje nie tylko oficjalnym aparatem propagandowym za pośrednictwem prasy i radia, ale także sprawnie działającym aparatem „słuchaczy” NKWD, których zadaniem jest systematyczna dezinformacja społeczeństwa w pożądanym przez Kreml kierunku. Oczywiście, Kreml nigdy nie przyzna się do „trzech etapów” i etiudy gambitowej!
Historię wojny można podzielić na trzy etapy-okresy. Pierwszy okres rozpoczął się w dniu podpisania Traktatu o przyjaźni radziecko-niemieckiej. Następnego dnia po zawarciu Traktatu, we wrześniu 1939 roku, przybyłem na szkolenie przemysłowe do zakładów Rostselmasz, największej fabryki maszyn rolniczych nie tylko w ZSRR, ale i w całej Europie. W warsztacie kombajnów, do którego zostałem przydzielony, znalazłem dziwny obraz. Podstawą warsztatu był główny przenośnik w kształcie zaokrąglonej litery U, na którym odbywał się montaż kombajnów. Ruchomy przenośnik taśmowy został zamontowany w podłodze, kombajny zostały zaczepione od dołu na brzuchu i w ten sposób poruszały się na kołach wzdłuż zaokrąglonego U. Teraz przenośnik stał nieruchomo, kombajny zamarły w stanie półzmontowanym. Ale dosłownie każdy metr kwadratowy między przenośnikami, kombajnami i maszynami został zapełniony nowymi produktami – tysiącami skrzynek z amunicją do artylerii przeciwpancernej. Upieczono je w jeden dzień po podpisaniu traktatu o przyjaźni.
Taki sam obraz widziano w innych warsztatach. W dniu zawarcia układu o przyjaźni, w fabryce, sygnałem telegraficznym z Moskwy, otwarto tajną przesyłkę mobilizacyjną, przechowywaną w sejfie w tajnym pomieszczeniu każdej radzieckiej fabryki. Podczas trzech miesięcy mojego pobytu w Rostselmasz wszystkie warsztaty pracowały gorączkowo nad produkcją artykułów wojskowych. Były to warsztaty, które w normalnych czasach służyły do pokojowej produkcji. Ponadto w Selmaszu, od momentu powstania zakładu, stale działały tzw. „warsztaty specjalne”, stale produkujące broń artyleryjską.
Często odwiedzając dworzec towarowy w Rostowie, widziałem na własne oczy pociągi i składy z bronią, na produkcję której był przeznaczony cały dotychczasowy pokojowy przemysł Rostowa. Nie chodzi tu o zwykłe fabryki wojskowe „N”, z których każda ma swoją własną linię kolejową i których produkty nie są widoczne dla opinii publicznej.
Zagłębiając się w dziedzinę marksistowskiej ekonomii politycznej, radziecki przemysł „środków produkcji” można podzielić na dwie główne kategorie – przemysł czysto wojskowy, stale produkujący wyłącznie produkty wojskowe, oraz inne rodzaje przemysłu, pokojowe w formie, lecz nawet w okresie budowy obliczone na natychmiastowe przekazanie do produkcji wojskowej gotowego zamówienia lub zamówienia spółdzielczego. Bardzo trudno jest rozgraniczyć te dwie kategorie. Na pierwszy rzut oka przemysł obrabiarkowy wydaje się spokojny, ale 90% produkowanych maszyn jest wykorzystywanych do wyposażenia fabryk wojskowych. Od września 1939 roku nawet ta druga kategoria przemysłu, która wcześniej z pewnymi trudnościami pracowała na rzecz produkcji pokojowej, została całkowicie przeniesiona do planów mobilizacyjnych i pracowała wyłącznie na rzecz wojny.
W tym samym czasie co ja, studenci naszego Instytutu Przemysłowego odbywali praktyki przemysłowe w setkach największych fabryk na terenie ZSRR. Ten sam obraz był wszędzie. Otwarte przygotowania do wojny stały się jasne już we wrześniu 1939 r. Jedyną rzeczą, która pozostawała niejasna, było to, przeciwko komu będzie toczona ta wojna. Wielu było skłonnych założyć, że Kreml podjął decyzję o podzieleniu świata na pół, razem z Niemcami. Późniejsze wydarzenia w Finlandii, krajach bałtyckich i Besarabii wkrótce potwierdziły to przypuszczenie.
Tak,czy inaczej, już wtedy Kreml zdecydował, że nadszedł czas na aktywne rozwiązanie problemów polityki zagranicznej. Już wówczas cała machina wojenna Kremla została doprowadzona do pełnej gotowości bojowej. Przyjaźń z Niemcami była wykorzystywana w tym samym kierunku. Zakupione w Niemczech okręty podwodne dotarły do Kronsztadu. Niemieckie znaki identyfikacyjne „U” przemalowano na radzieckie „Щ”. Marynarze nadali im przydomek „szczupaki”. Dziesiątki „szczuków” zbudowano na szybko, wykorzystując te modele, w radzieckich stoczniach okrętów podwodnych. Zamówiono w Niemczech kilka „skrzyń” pancerników, których uzbrojenie artyleryjskie wyprodukowano i przygoowano do zainstalowania w zakładach Kirowa w Leningradzie. Te pancerniki nie dotarły do celu na czas. Przyjaźń była w pełnym rozkwicie.
W pewnym momencie tego okresu „przyjaźni” – dokładną datę ustalą historycy – nastąpiły nieoczekiwane zmiany w stosunkach między „Wysokimi Umawiającymi się Stronami”. Apetyty obojga partnerów zostały zaostrzone. Najwyraźniej Hitler, upojony swoim sukcesem, uznał, że może zjeść tort bez swojego wąsatego przyjaciela.
Każdy oficer radzieckiego Sztabu Generalnego zaśmiałby się, gdyby mu powiedziano, że atak Niemiec na Związek Radziecki był zaskoczeniem dla Kremla. Nowoczesne metody wywiadowcze eliminują takie niespodzianki. Tym bardziej, że nie ma na świecie innego rządu, który byłby tak dobrze poinformowany o sytuacji u swoich sąsiadów jak Kreml.
Mit o niespodziewanym „zdradzieckim ataku” potrzebny był tylko na użytek zewnętrzny, dla uzasadnienia mezaliansu Kremla. Już na kilka tygodni przed rozpoczęciem działań wojennych na froncie radziecko-niemieckim wielu słuchaczy radia w Związku Radzieckim słyszało doniesienia radia angielskiego o koncentracji 170 dywizji niemieckich na wschodniej granicy Rzeszy. A niewinni chłopcy na Kremlu mają uszy zatkane watą?!
Ci, którzy nie słuchali radia, przeczytali oficjalne obalenie TASS: „Ostatnio w prasie zagranicznej pojawiły się prowokacyjne doniesienia o koncentracji wojsk niemieckich na granicy radzieckiej. TASS jest upoważniony do stwierdzenia na podstawie dobrze poinformowanych źródeł, że te doniesienia w prasie zagranicznej są całkowicie nieważne i fałszywe”. Kropka! Ludzie Związku Radzieckiego zbyt dobrze znają agencję TASS, aby nie rozumieć przekazu TASS jako czegoś wręcz przeciwnego.
Już wczesną wiosną 1941 roku Kreml zrozumiał, że w nadchodzących miesiącach wojna jest nieunikniona. Następnie zwołano nadzwyczajne posiedzenie Biura Politycznego, na którym zapadły najważniejsze decyzje dotyczące strategii w zmienionej sytuacji, tj. w przyszłej wojnie. W tym samym czasie powstał Komitet Obrony, który powołano dopiero po rozpoczęciu wojny.
Kreml doskonale znał równowagę sił. Wiedział lepiej niż naczelne dowództwo niemieckie. Pomimo gorączkowych przygotowań do wojny, porozumienie to nie byłoby korzystne dla Kremla. Jedyną szansą na ratunek była długa wojna, wyczerpująca przeciwnika, wykorzystująca ogromne przestrzenie terytorialne, zasoby materialne i ludzkie Rosji, stosując starą strategię Kutuzowa do warunków współczesnej wojny. Właśnie wtedy w Kremlu przyjęto ryzykowny plan wojny. To była jedyna szansa na ratunek, było jeszcze za wcześnie, by mówić o zwycięstwie. Ta strategia obronna była niezwykle kosztowna i nieuchronnie wymagała potwornych poświęceń ze strony ludzi; całkowicie przeczyła przedwojennej propagandzie Kremla o wojnie „z niewielkim rozlewem krwi i na obcym terytorium”. Nie można było o tym mówić otwarcie. Była to największa tajemnica Kremla przez cały okres istnienia Biura Politycznego.
Jednocześnie wstępnie ustalono granice odwrotu, strat i rezerw; Stalingrad został już wyznaczony jako punkt skrajny. Tutaj chłodno liczono dziesiątki milionów ludzkich istnień, owoce pracy, potu i krwi całego pokolenia ogromnego kraju. Członkowie Biura Politycznego poczuli łaskotanie konopnej liny wokół szyi. Musieli ratować własną skórę. A cena za to... Ha! Przecież mamy teorię materialistyczną! Nawet wówczas wojna podzielona była na dwa etapy. Już wówczas obliczono, że konieczne będzie zachowanie rezerwy na „trzeci okres”. Wszystko inne, co było zbędne w „trzecim okresie”, było skazane na poświęcenie w „drugim okresie”.
Gdy wybuchła wojna, żołnierze szli na front w starych, nie nadających się do niczego mundurach; brakowało nawet zwykłych karabinów niezastąpionego modelu 1891. W tym samym czasie dziesiątki milionów par mundurów, miliony karabinów i karabinów maszynowych w stałym smarze do długotrwałego przechowywania leżały w zamkniętych magazynach – były przeznaczone na „trzeci okres”. Czasami magazyny te były palone lub dostawały się w ręce Niemców, ale nie były oddawane wojsku. Działo się tak w przypadkach, gdy postępy Niemców były szybsze, niż przewidywał harmonogram Kremla.
Wiele w tym „drugim okresie” nie poszło tak, jak oczekiwał Kreml. Największym błędem okazał się stan moralny ludzi. Naród rosyjski wyraźnie pokazał, że nie ma zamiaru bronić Biura Politycznego. Okazało się, że morale armii było dużo niższe, a co za tym idzie, straty w rezerwach ludzkich były dużo większe. Aby naprawić ten błąd, konieczne było podjęcie nadzwyczajnych środków, aby nadać wojnie charakter narodowo-patriotyczny. Straty terytorialne nieznacznie odbiegały od „harmonogramu”, ale trzymanie się „harmonogramu terytorialnego” kosztowało o wiele więcej ludzkiego życia. Straty materiałowe były realizowane ściśle według harmonogramu – wojska broniące się otrzymywały jedynie stare mundury i przestarzałą broń, używano przestarzałych materiałów, samoloty i czołgi przestarzałych typów. Wszystko co najlepsze i najnowocześniejsze pozostawiono na „trzeci okres”. To samo stało się z rezerwami ludzkimi. Sześćdziesięcioletni mężczyźni i kobiety zostali rzuceni na ofiarę okresu obronnego, podczas gdy rezerwy ofensywnego „trzeciego okresu” stały, czekając na swoją kolej, na Dalekim Wschodzie.
W tym samym czasie na scenie pojawił się nowy, pozytywny czynnik. Demokracje zachodnie, które w okresie przyjaźni Stalina i Hitlera były uważane za wrogów, teraz, chcąc nie chcąc, stały się sojusznikami. Oczywiście, nie były prostackie i nie zapomniały wszystkich sztuczek Kremla. Ale tutaj nadarzyła się możliwość, by przerzucić główny ciężar wojny na barki kogoś innego, a do tego na barki podmiotu dość wątpliwego i przebiegłego. W głębi duszy z pewnością chcieli, żeby dwaj totalitarni degeneraci pozabijali się nawzajem. Ale podczas gdy kremlowska odmiana tego dziwoląga ponosiła jedną porażkę za drugą i pojawiało się niebezpieczeństwo jego przedwczesnego upadku, zachodnie demokracje były gotowe pomóc. Nie po to, by on przeżył, ale po to, by zniszczyć albo przynajmniej osłabić swego nazistowskiego pobratymca.
Tu rozpoczęła się gra. Kreml okazał się, jeśli nie mądrzejszy, to przynajmniej bardziej przebiegły. Udało mu się, ukrywając za plecami własne rezerwy, uzyskać kolosalne wsparcie od zachodnich demokracji. Pomoc tę obliczyli w ten sposób, że niedźwiedź kremlowski będzie miał okazję walczyć i śmiertelnie ranić nazistowskiego orła. Potem sam powinien umrzeć z wyczerpania. Demokracje zachodnie miały na celu pokonanie Niemiec i narzucenie im warunków pokoju. Ale niedźwiedź z Kremla okazał się bardziej przebiegły. Wyciągając zza pleców swój as w rękawie – rezerwy „trzeciej tercji”, nie tylko przetrwał, ale i wygrał.
W „trzecim okresie” wojny, w miarę jak postępy Armii Czerwonej w kierunku Zachodu z dnia na dzień wzrastały proporcjonalnie, wojska otrzymywały coraz więcej broni najwyższej klasy produkcji krajowej. Dla oficerów sztabowych partie broni automatycznej, które dotarły na front w 1945 r., nie były żadną tajemnicą – broń automatyczna, której nigdy wcześniej nie używano, często nosiła fabryczne stemple z lat przedwojennych.
Kreml nie skąpił zbytnio ludzkiego życia – pod koniec wojny brakowało ludzi bardziej niż broni. Po początkowych nadmiernych oszczędnościach na rupieciach, Kreml z trudem wiązał koniec z końcem, jeśli chodzi o ludzkie rezerwy w ostatnim okresie wojny. Ponadto sektory przemysłu, które miały drugorzędne znaczenie z militarnego punktu widzenia, pozostawały w tyle. W „trzecim okresie” mieliśmy dość krajowych czołgów i samolotów, ale odczuwaliśmy katastrofalny niedobór transportu samochodowego i wielu innych „drobiazgów”. Większość pojazdów była pochodzenia amerykańskiego. Jeszcze bardziej paradoksalna rzecz miała miejsce w przypadku produktów spożywczych. Niedobór żywności był kolosalny. Skupiając całą uwagę na przemyśle czysto wojskowym, Kreml odłożył na później to, co w warunkach rosyjskich wydawało się naturalne.
Takiego hipotetycznego wyjaśnienia zagadki sukcesu wojny trzymają się moskiewskie kręgi wojskowe.
Niedawno zakończyła się Krymska Konferencja Wielkiej Trójki. Konferencja, która wbiła osikowy kołek w grób Hitlera, skupiła się głównie na problemach budowy powojennego świata.
W związku z Konferencją Krymską w kremlowskich kręgach dworskich otwarcie mówi się o dwóch próbach negocjacji pokojowych z Hitlerem, jakie miały miejsce w ostatnim czasie. Pierwszą próbę sprawdzenia możliwości zawarcia odrębnego pokoju na froncie wschodnim podjął Hitler, gdy Armia Czerwona zdobywała przyczółek na prawym brzegu Dniepru. Kreml chętnie przystąpił do negocjacji, a jego głównym warunkiem było zachowanie granic ZSRR w ramach ustaleń z 1941 roku. To pokazuje, jak małe były wówczas nadzieje Kremla na wielki sukces. Najważniejsze było dla niego zachowanie zniszczonej skóry w granicach sprzed wojny. Z drugiej strony Hitler, choć koło historii nie obracało się na jego korzyść, pokładał zbyt duże nadzieje w swoim losie i geniuszu – domagał się od Kremla prawobrzeżnej Ukrainy jako rekompensaty. Tutaj obaj totalitarni partnerzy nadal grali dość otwartymi kartami, bardziej otwarcie niż ze swoimi demokratycznymi odpowiednikami.
Drugą próbę zawarcia odrębnego pokoju podjął Hitler, gdy pętla historii zacisnęła się już wokół gardła Niemiec. Miało to miejsce tuż przed Konferencją Krymską. Wyjeżdżając do Jałty, Stalin nie wahał się najpierw podjąć negocjacji z Hitlerem. Kto zaoferuje więcej – Hitler czy demokracje? Tym razem Hitler musiał drogo zapłacić za swój zapał podczas pierwszych negocjacji. Teraz Kreml nie domagał się już zachowania przedwojennych granic; domagał się wolnej ręki na Bałkanach, zapewnienia cieśnin na Morzu Śródziemnym i szerokich ustępstw na Bliskim Wschodzie. Teraz Hitlerowi zaoferowano dawne granice, a w innym mózgu zrodziły się marzenia o światowym imperium. Polityka posiadania asów w rękawie się opłaciła – przyniosła nie tylko ratunek, ale i szanse na dalszą grę.
Hitler stanowczo odrzucił warunki narzucone mu przez Kreml. Dla niego zaakceptowanie tych warunków byłoby równoznaczne ze śmiercią duchową. Wybrał duchowe i fizyczne zniszczenie, pociągając za sobą w otchłań cały swój lud i całe państwo. O tej godzinie podpisano wyrok śmierci na hitlerowskie Niemcy.
Na konferencji krymskiej udało się osiągnąć pozory całkowitego porozumienia między stronami negocjacji. W tym momencie Stalin porzucił wszelkie myśli o możliwości zawarcia odrębnego pokoju z Niemcami i skupił całą swoją uwagę na grze dyplomatycznej z zachodnimi demokracjami. W pałacach Liwadii czuł się o wiele pewniej niż podczas pobytu w Teheranie. Ale i w tym przypadku nie preferował polityki stawiania ostrych żądań, lecz taktykę wymuszania pomocy i ustępstw w zamian za gwarancje, których nie miał zamiaru spełnić. Było za wcześnie, żeby pokazać swoją siłę. Siła ta znajdowała się wciąż w fazie wzrostu. Jej rozmiary nie były jasne dla samego Kremla. Trzeba było zyskać na czasie i prosić o więcej.
Sojusznicy zachodni wykazali się wielką uległością. Byli pewni, że Kreml nie ma dość sił, aby podbić Europę, że „coup de grâce” (ostateczny cios kończący) przypadnie im w udziale, a kremlowski niedźwiedź pozostanie z wyciągniętą łapą gdzieś na granicach Polski. Poszli na wiele ustępstw, myśląc, że Kreml po prostu nie będzie w stanie z nich skorzystać.
Tylko ostrożny i rozważny Churchill myślał wówczas o możliwym niebezpieczeństwie i zaproponował plan, zgodnie z którym zachodni alianci mieli dokonać inwazji na Europę od Bałkanów, odcinając w ten sposób Europę od czerwonego zagrożenia ze Wschodu. Ten plan kosztowałby Aliantów znacznie więcej niż inwazja od strony wybrzeża Atlantyku. Dlatego ci, którzy lubią grzebać w ogniu cudzymi rękami, postanowili dać kremlowskiemu niedźwiedziowi możliwość ponownego poparzenia łap i wyciągnięcia dla nich kasztanów z ognia. Ale się przeliczyli.
Niedźwiedź kremlowski starannie wkładał kasztany do swojej torby i stale skarżył się na osłabienie, zawroty głowy i domagał się coraz większej ilości środków wzmacniających. Sojusznicy z Zachodu, licząc na jego rychłą śmierć, chcieli obdarować go kolejnymi miliardami w formie pomocy Lend-Lease, podczas gdy Kreml równie ostrożnie odkładał je na przyszłość.
W ten sposób, dzięki przebiegłości z jednej strony i przestarzałej dyplomatycznej uczciwości z drugiej, Kreml, niespodziewanie dla zachodnich demokracji i dla siebie samego, stanął na nogi. Nie tylko stanął na nogi, ale również stanął twarzą w twarz z kuszącymi problemami, które go wciągnęły w okresie 1939-41. Sytuacja była jeszcze korzystniejsza niż przed wojną.
Czym jest dyplomacja? Dwie osoby z najszczerszymi wyrazami twarzy kłamią sobie prosto w twarz. Jednocześnie każdy z góry wie, że jego rozmówca kłamie. Jeśli ktoś postanowi powiedzieć prawdę, druga osoba uzna to za wyrafinowane kłamstwo, ale nigdy za prawdę. Metternich i Talleyrand raczej nie otrzymaliby teraz tek ministerialnych. Teraz wymagania znacznie wzrosły. Postęp ludzkości doprowadził do powstania nowej kategorii wartości duchowych; kłamstwa dyplomatyczne przestały być sztuką dla nielicznych, a stały się przedmiotem masowej produkcji i konsumpcji.
Podobnie jest z Konferencją Krymską. Wysokie Umawiające się Strony uścisnęły sobie dłonie i podpisały Komunikat, w który co najmniej jedna ze Stron nie wierzy ani przez chwilę i nie zamierza się do niego stosować. Komunikat opublikowano w prasie. Wszyscy ludzie, z wyjątkiem autorów, wierzą w komunikat i cieszą się. Przecież wszystko jest naprawdę dobre! Przyszłość rozpościera się przed nami jak słoneczny dzień w maju, jak błękitne niebo w Dumbarton Oaks.
Rzeczywiście, dla przeciętnego człowieka polityka dziś ogranicza się do tego, że chleb w Moskwie kosztuje 50 rubli za kilogram.
W połowie lutego 1945 roku zdałem egzaminy końcowe. Ponieważ zaliczyłem już wiele przedmiotów z poprzednich placówek edukacyjnych, zostałem zwolniony dziesięć dni wcześniej niż pozostali studenci z mojego kursu. Z wielkim trudem udało mi się wywalczyć tygodniowy urlop. Pod pretekstem wyjazdu służbowego Akademia wystawiła mi nakaz wyjazdu, dzięki czemu mogłem pojechać i odwiedzić moje rodzinne miasto na południu.
Ta podróż sprawiła mi niewiele przyjemności. Miasto robiło takie samo wrażenie, jak jesienny ogród po burzowej nocy, gdy drzewa stoją nagie, a gałęzie i suche liście zrywane przez wiatr trzaskają pod stopami. Ty sam nie rozumiesz dlaczego, ale twoja dusza staje się smutna i pusta.
Przed wojną Nowoczerkask słynął z hałaśliwej młodzieży. W mieście liczącym sto tysięcy mieszkańców działało pięć wyższych uczelni, a studenci byli wizytówką miasta. Gdy o dwunastej po południu szedłem ze stacji główną ulicą, spotkałem tylko kilka schorowanych starszych kobiet. Charakterystyczny obraz zaplecza. Kto trafia z frontu na tyły, tego uderza ta martwa cisza i pustka.
Wszedłem do zimnych podziemi mojej dawnej uczelni. Wspomnienia okazały się piękniejsze niż rzeczywistość. Albo rzeczywistość zmieniła się tak bardzo, albo ja, wędrując po świecie, nabyłem nowe standardy wartości.
Na rogach ulic siedziały starsze kobiety owinięte w szmaty, sprzedające szklanki nasion słonecznika i domowej roboty landrynki. Tak jak w 1923 roku! Wtedy ta przyjemność kosztowała mnie 5 kopiejek. Teraz dałem mojemu młodszemu kuzynowi czerwony banknot trzydziestorublowy na nasiona. Co dzieci widzą z tego życia?
Wszędzie panowała tak wielka bieda i ubóstwo, że nawet skromne warunki przedwojenne wydawały się ludziom złotym wiekiem. To, co kiedyś uważano za brak, dziś jest życiem dostatnim. Człowiek jest rzeczywiście najdoskonalszym spośród ssaków. Inne stworzenie w takich warunkach już dawno by wyciągnęło nogi, ale człowiek, korona stworzenia, wciąż się rusza. Zgadza się, rusza się! Trudno to nazwać inaczej.
Nowoczerkask przez kilka miesięcy znajdował się pod okupacją niemiecką. Tutaj również byłem żywo zainteresowany poznaniem opinii na temat zachowania Niemców z ust ludzi, którzy nie baliby się powiedzieć mi absolutnej i bezstronnej prawdy.
Poszukiwanie prawdy w tej sprawie dręczyło nie tylko mnie, było to zjawisko masowe wśród żołnierzy rosyjskich. Przed wojną większość Rosjan postrzegała Niemców, tak jak postrzegali wszystko po drugiej stronie granicy, jako istoty wyższego rzędu. Nawet gdy wybuchła wojna i ludzie stanęli w obliczu odwrotnego stanu rzeczy, nie chcieli w to uwierzyć. Ludzie nie dawali wiary kremlowskiej propagandzie, nauczeni przedwojennymi doświadczeniami słów i czynów Kremla w kraju. Ale tym razem propaganda miała w dużej mierze rację. Ludzie przekonali się o tym na własne oczy, nie chcieli wierzyć nawet własnym oczom, daremnie szukali śladów tego mirażu, jaka tkwiła w ich wyobrażeniu o Zachodzie, a którą Niemcy z metodycznością godną lepszego zastosowania, pilnie niszczyli.
To właśnie ci ludzie, którzy wcześniej widzieli w Niemcach ideał kultury, a później znaleźli w nich zimną maskę bestii, byli wówczas wobec Niemców najbardziej bezlitośni. Niech ten drobny szczegół stanie się znany tym, których Rosjanie zabili tylko dlatego, że byli Niemcami. Ludzie okrutnie mszczą się na bogach, którzy nie potrafią się usprawiedliwić.
Gdy wysiadłem z pociągu na dworcu moskiewskim i znów zanurzyłem się w wirze stołecznego pośpiechu i zgiełku, poczułem ulgę, jaką odczuwa człowiek wracający do domu z cmentarza. W Moskwie życie kwitło, a nadzieje kipiały. Tam, w całym rozległym kraju, ludzie czuli jedynie dotkliwy głód i całkowitą beznadzieję. Po ucisku okupacji niemieckiej nadeszła jeszcze cięższa represja – strach przed spodziewaną karą. Ludzie nie wiedzieli, jaka jest cena za co, ale wiedzieli, że ta cena jest nieunikniona. Ogromne terytoria Związku Radzieckiego, zamieszkiwane przez ponad połowę ludności kraju, znalazły się czasowo pod okupacją niemiecką. Teraz nad każdym z nich zawisło widmo zemsty za „zdradę”.
Pod koniec lutego wszyscy absolwenci naszego kierunku zostali wysłani na front do armii czynnej, na przeszkolenie bojowe wymagane przed egzaminami państwowymi. Zostałem przydzielony do dowództwa 1 Frontu Białoruskiego.
W tych dniach oddziały 1 Frontu Białoruskiego i 1 Frontu Ukraińskiego toczyły zacięte walki, łamiąc „zęby smoka” i inne nowe niemieckie fortyfikacje. Po przełamaniu umocnień Wału Wschodniego rozpoczęły się walki o rozbudowę przyczółka mostowego na Odrze. Nasi żołnierze, zainspirowani sukcesem, jak szaleni rzucili się do serca hitlerowskich Niemiec – Berlina.
Czy warto o tym pamiętać? Od tego są historycy i kronikarze. Niektórzy będą pracowicie malować czerń na biało, podczas gdy inni będą równie pracowicie robić coś zupełnie odwrotnego. Było jedno i drugie.
Często przychodziły mi do głowy myśli o zbrodni i karze, o kryteriach winy i odwetu, o tym, gdzie kończy się sprawiedliwość, a zaczyna zbrodnia. Kto lubi patrzeć na ciało młodej kobiety leżące w przydrożnym rowie? Dolna część ciała jest naga, między nogi wbito butelkę piwa uderzeniem kolby pistoletu. Wojska maszerują wzdłuż autostrady w niekończącej się linii. Wszyscy widzą to ciało w rowie, większość się odwraca, ale nikt nie myśli, żeby je odsunąć. Trup leży przy drodze jako symbol. Symbol czego?
Trudno to wszystko osądzić! Przecież to barbarzyństwo zasługuje na karę. Tak! Ale jeśli postawić winowajcę przed wymiarem sprawiedliwości, okaże się, że jego rodzina, żona, dzieci, dom – wszyscy zostali zabici, spalono, obrócono w popiół przez tych, na których teraz się mści. Prochy zmarłych pukają do jego... serca! Histerycznie rozdziera bluzę na piersi i dzikim wzrokiem krzyczy: „Zabij mnie, jeśli uważasz, że się mylę!” Wierzy w głębi duszy, że wypełnia swój obowiązek wobec zmarłych, wobec Najwyższego Sędziego. Uważa, że jest praw. Kilka razy miałem podniesioną broń..... i w dół.... Gdzie jest kryterium sprawiedliwości? Co jest gorsze – poczucie winy czy zemsta?
Wszędzie jest mnóstwo okrucieństwa, bezsensownego okrucieństwa. Niemcy byli później oburzeni tymi okrucieństwami. Niech pytają Boga! To coś mówi o karaniu pychy.
Jeśli przypomnisz Niemcom o milionach i milionach rosyjskich jeńców wojennych zamęczonych w Niemczech, znajdą mnóstwo wymówek i wytłumaczą to obiektywnymi powodami. Ale faktem jest, że tak było? Tak. Miliony Rosjan pracowało jako niewolnicy w Niemczech – czy tak było? Było! Niektórzy próbują tłumaczyć to wojną i prawem zwycięzcy. Ale dzisiaj także toczy się wojna i my jesteśmy zwycięzcami. Tak – jesteśmy!
Kto poważnie myśli o zbrodni i karze, niech na jedną szalę historii rzuci sumę rosyjskiego żalu i cierpienia, a na drugą – niemieckiego żalu i cierpienia. Bez wątpienia, kielich rosyjskiego żalu przeważy. Spróbuj bezstronnie ocenić, kto rozpętał tę epopeję smutku i grozy zwaną wojną. Prosty rosyjski żołnierz jest w głębi duszy przekonany, że to Niemcy rozpoczęły wojnę. Nie jest politykiem z cygarem w zębach i nie myśli o intrygach Kominternu ani o walce Niemiec o rynki światowe i „przestrzeń życiową”. Myśli o swoim spalonym domu, żonie wziętej do niewoli niemieckiej, dzieciach, które umarły z głodu…
Chciałbym z radością widzieć w każdym Niemcu człowieka uczciwego, jakim on był dla mnie przed wojną i któremu mógłbym uścisnąć dłoń. Ale fakty, cholerne fakty! Trzeba mieć odwagę obywatelską, żeby stawić czoła faktom. Moje serce krwawiło dziesiątki razy, gdy patrzyłem na te fakty. Niestety, nie jestem w stanie wydać wyroku lub uniewinnienia. Niech Bóg to osądzi!
Pod koniec kwietnia, w szczytowym momencie walk ulicznych w centrum Berlina, niespodziewanie wysłano mnie do Moskwy.
* Odznaczenia za rany: Odznaka za rany (odznaka za liczbę ran) [1] jest charakterystycznym odznaczeniem (odznaka piersiowa i inne) żołnierzy Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej (Armii i Marynarki Wojennej Rosji, Sił Zbrojnych ZSRR (Siły Zbrojne ZSRR)), którzy zostali ranni na frontach I wojny światowej, Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i podczas działań wojennych w okresie powojennym.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści