Posłowie dr B.W. Sacharowa,
profesora psychologii społecznej na Uniwersytecie Woodhaven,
wydawnictwo Slavia, Nowy Jork, 1975

Diabelska karuzela

Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, a dobro złem, którzy ciemność nazywają światłem, a światło ciemnością.

Izajasza 5:20

Aby lepiej zrozumieć te drażliwe problemy, tabu, o których zwykle się milczy, które w „Legionie” Klimowa są bardzo otwarcie pokazywane, spójrzmy na to wszystko z perspektywy historycznej.

W połowie lat sześćdziesiątych na Zachodzie zaczęła się dziwna epidemia. A cała ta infekcja przyszła z Ameryki, z najbogatszego i, wydawałoby się, najbardziej normalnego kraju na świecie. W całej Ameryce nagle wybuchły dzikie zamieszki studentów i czarnoskórych, typowy związek zgniłej inteligencji i niższych klas społecznych. Sądząc po fotografiach prasowych, rebelianci składali się z pewnego rodzaju humanoidalnych osobników z długimi włosami sięgającymi do ramion, gdzie trudno odróżnić mężczyzn od kobiet. Twarze wykrzywione gniewem, wściekle rozwarte, wrzeszczące usta, konwulsyjnie zaciśnięte pięści. Ci morlokowie szaleli wokół płonących uniwersytetów i krzyczeli histerycznie: „Rewolu-u-cja!”

W tym samym czasie całą Amerykę ogarnęła brudna fala niesamowitej pornografii i narkotyków. Gwałtownie wzrosły statystyki morderstw, gwałtów i rabunków. I wydawało się, że Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych również oszalał i pospiesznie odkręcił wszystkie śrubki prawa, znosząc karę śmierci i pod każdym względem zachęcając do przestępczości, anarchii i nihilizmu. Po prostu jakaś diabelska karuzela.

Demonstracje pederastów i lesbijek maszerowały ulicami z flagami i plakatami, i również domagały się swojej wolności. W całej Ameryce miliony długowłosych, brudnych i lekko zarażonych wszami szumowin społecznych zwanych hipisami, błąkały się w dymie wywołanym narkotykami. W rezultacie biedny wujek Sam wyglądał jak szanowany, choć zawszony dżentelmen.

Prasa amerykańska z wielką przyjemnością rozmazywała na swoich łamach cały ten brud i bezradnie mamrotała o „chorym społeczeństwie”. Ale co to za choroba – cisza, tajemnica, tabu. Stopniowo choroba ta rozprzestrzeniła się z Ameryki do Europy, a następnie do ZSRR – pod postacią tak zwanych „dysydentów”, opozycjonistów i rozłamowców. Tak naprawdę sowieccy dysydenci to ta sama zaraza, która szaleje zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie.

Ale o co właściwie chodzi? Co to za choroba?

Należy zauważyć, że to głównie ludzie młodzi i studenci popadają w szaleństwo. Minęło 20 lat od zakończenia II wojny światowej i dorosło nowe pokolenie. Wśród nich są nowe miliony legionistów z legionu doktora Kinseya, w tym nowe kohorty sadystów, masochistów i sadomasochistów, w których siedzą freudowskie demony zniszczenia i samozagłady, morderstwa i samobójstwa. Zwykle znajduje to ujście w wojnach i rewolucjach. Nadszedł czas na III wojnę światową, ale ona jeszcze nie wybuchła. Ten legion szaleje po całym świecie i krzyczy „Rewolu-u-u-cja!” A w awangardzie tego legionu z reguły szaleją Żydzi.

Sprawdźmy historię sowieckiej „dysydencji” za pomocą zatrutego klucza podanego przez mędrca z Harvardu, Nathana Leitesa, który całą amerykańską psychowojnę oparł na kompleksie utajonej pederastii memzera Lenina. Pamiętajmy, że według Freuda to właśnie jest przyczyną większości chorób psychicznych.

Ta „dysydencja” zaczęła się od literatury, a pierwszym apostołem tych „dysydentów” był Pasternak ze swoim „Doktorem Żywago”. Na Zachodzie przyznano mu za to Nagrodę Nobla, a głowa Związku Pisarzy Radzieckich, Surkow, nazwał Pasternaka pederastą i alkoholikiem.

Hmm, dziwne... Od razu okazuje się, że pasuje to do wzorca profesora Nathana Leitesa!? A przecież Pasternak jest prekursorem wszystkich innych „dysydentów”.

Szczerze mówiąc, mam to dokładnie gdzieś, czy Pasternak jest pedrikiem, czy nie, gdyby tylko, jako pisarz, pisał normalne rzeczy. Ale jego pisanina – to zamaskowane tajne pismo legionistów. To nie jest „Doktor Żywago”, ale „Doktor Miortwago”, typowy degenerat z 37% doktora Kinseya, który „kocha” – i niszczy kilka żon, dając im wcześniej gromadkę bajstrucząt. Będąc lekarzem, zamiast leczyć ludzi, ten doktor „Miortwago” pisze narcystyczne wiersze, a potem zostaje bezdomnym włóczęgą. Ale po prostu to tylko stary hippis.

Po drodze Pasternak przepowiada permanentną rewolucję. Całkiem sympatyczna rewolucja 1905 roku, gdzie sympatyczni jewrejczycy trochę strzelają z pistoletów. I rewolucja 1917 roku też nie była zła. Złe jest tylko to, że potem łajdak-memzer Stalin zagania tych wszystkich rewolucjonistów do koncłagrów. I wtedy potrzebna jest kolejna rewolucja. W ogólności, rewolucja permanentna, gdzie degeneraci, sadyści i masochiści bawią się strzelaniem do siebie. Ale po co to normalnym ludziom? Czy nie jest łatwiej zapuszkować tych wszystkich permanentnych rewolucjonistów do durdomów?

Nawiasem mówiąc, niedawno gazety pisały, że niejaki Feltrinelli zginął we Włoszech w tajemniczych okolicznościach. Był milionerem i lewicowym komunistą, który niósł torbę dynamitu, aby wysadzić słupy linii energetycznych i w ten sposób przeszkodzić kongresowi Włoskiej Partii Komunistycznej w Mediolanie. I ten idiota, milioner i komunista (!?), a nawet lewicowy komunista, czyli anarchokomunista, trockista, został rozerwany przez własny dynamit.

Ten Feltrinelli to ten sam wydawca, który w 1957 r. wywiózł z Moskwy rękopis „Doktora Żywago” i opublikował go we Włoszech, wzniecając w ten sposób całe zamieszanie wokół Pasternaka. I tu pojawia się logiczne pytanie: dlaczego uchwycił się pedrika Pasternaka z jego „Doktorem Martwym” nikt inny, tylko na wpół szalony zamachowiec Feltrinelli?

Teraz o nagrodach Nobla. Jeśli według statystyk doktora Kinseya, 37% populacji USA, czyli co trzecia osoba, jest mniej lub bardziej obeznana z homoseksualizmem... Jeśli wśród inteligencji jest już ponad 50% takich kinseyan, czyli, co drugi człowiek, a wśród pisarzy już 75%, czyli większość... No dobrze, więc ilu tych kinseyan będzie wśród tak inteligentnych ludzi, jak członkowie Literackiego Komitetu Noblowskiego? Wygląda na to, że zawsze stanowią większość. Co więcej, trzeba wziąć pod uwagę, że ci legioniści są zawsze bardzo solidarni. Dlatego przyznają nagrody Nobla przede wszystkim swoim współbraciom. Dlatego bardzo często okazuje się, że nagrody Nobla przyznaje się nie za literaturę, tylko za degenerację w literaturze.

A teraz przyjrzyjmy się bardziej uważnie kolejnemu noblowskiemu dysydentowi – memzerowi Sołżenicynowi, o którym już zaszumiało nam wszystkim w uszach, że jest słońcem życia, solą ziemi rosyjskiej, sumieniem narodu rosyjskiego, duszą ludzkości i wręcz drugim mesjaszem. Według prasy międzynarodowej to tak, jakby drugi Jezus Chrystus. I powtarza to jak papuga większość naszej prasy emigracyjnej.

Zaraz po usunięciu z ZSRR, Sołżenicyn, sól rosyjskiej ziemi, w swoim „Liście do przywódców ZSRR” ogłosił całemu światu swoje „polityczne credo” i program ratowania narodu rosyjskiego w następującej kolejności:

1. Całkowite i bezwarunkowe rozczłonkowanie Rosji do granic RFSRR. Operacja jest znacznie bardziej radykalna, niż marzą najbardziej wściekli separatyści z „Amerykańskiego Komitetu” i Radia „Wolność”, separatyści-banderowcy, steckowici-papiści, kozacy i im podobni. W tym celu Sołżenicyn natychmiast otrzymał błogosławiony telegram od przywódcy galicyjsko-unickiego, Lwa Dobriańskiego.

2. Po całkowitym rozczłonkowaniu Rosji, Sołżenicyn, sól ruskiej ziemi, zaleca wszystkim ruskim przeniesienie się na północno-wschodnią Syberię. Uwaga, nie na południowy wschód, ale na północny wschód, czyli... na teren koncłagrów! Kiedy sam Sołżenicyn tam siedział, bardzo mu się tam nie podobało. A teraz chce tam wypędzić wszystkich ruskich!? Przecież Sol Żenicker poszedł śladami hitlerowskiego ideologa Alfreda Rosenberga.

3. Następnie Sołżenicyn, słońce życia, z patologiczną hipokryzją złorzeczy o nieuniknionej wojnie z Chinami, w której zginie co najmniej 60 milionów Rosjan, których Sołżenicyn, aby pomóc Chińczykom, wcześniej zesłał na Syberię. Po tym ruski naród – zdaniem Sołżenicyna – praktycznie przestanie istnieć na naszej planecie.

Co to jest, delirium szaleńca? Tak, ale półszalony pół-Żyd Sołżenicyn, drugi mesjasz, dokładnie powtarza to, o czym marzą w swoim czasopiśmie „Foreign Affairs” teoretycy geopolityki Departamentu Stanu, tacy, jak Żyd Kissinger. W tę samą trąbkę trąbi i żydowski półkrwi- memzer Amalrik, w swojej broszurze „Czy ZSRR przetrwa do 1984 roku?” O tym samym bredzi żydowski pensjonariusz durdomu, Tarsis, w swoim „Oddziale nr 7”. Jednocześnie przypominają mi się płyty gramofonowe, gdzie na etykiecie przed gramofonem siedzi i skowycze pies, a poniżej znajduje się fabryczna marka „His Master's Voice”.

Po przeczytaniu takiego listu, przywódcy ZSRR mogą pomyśleć: „Czy nie byłoby łatwiej wypędzić na Syberię wszystkich półszalonych Żydów i pół-Żydów, jak Tarsis, Amalrik i Sołżenicyn?”

I oto, jako rezultat, Amalrika zagnali na Sybir, a Tarsisa i Sołżenicyna wygnali za granicę.

Słynny żydowski profesor Lombroso w swojej książce „Geniusz i szaleństwo”, pisze:

„Absurdalny paradoks – u chorych psychicznie tylko w rzadkich przypadkach ujawnia się całkowite zaburzenie zdolności umysłowych, które przypisuje im tłum; wręcz przeciwnie, sama choroba powoduje, że mają niezwykłą sprawność umysłową”.

Pewnie dlatego mówi się, że jeden głupiec zamroczy głowę dziesięciu mądrym ludziom.

Aby to zrozumieć, wyobraźmy sobie taką rzecz. Choroby psychiczne są ściśle powiązane i wprost proporcjonalne do perwersji seksualnych. Na każdego uczciwego, otwartego homoseksualistę (4% u doktora Kinseya) przypada około 10 (33% u doktora Kinseya) wszelkiego rodzaju innych homo, nieuczciwych zboczeńców seksualnych, którzy nigdy się do tego nie przyznają. Tak samo na każdego uczciwego szaleńca, który uczciwie siedzi w szpitalu psychiatrycznym, przypada 10 różnego rodzaju nieuczciwych legionistów, półwariatów, szaleńców i psychopatów, którzy zazwyczaj też się do tego nie przyznają.

Tenże doktor Lombroso twierdzi, że wśród Żydów jest więcej ludzi wykształconych i utalentowanych, ale szaleńców wśród Żydów jest średnio 6 razy więcej niż wśród pozostałych ludzi. A praktyka pokazuje, że ten skomplikowany schemat nasila się jeszcze bardziej w przypadku małżeństw mieszanych – półżydowskich memzerów i tak dalej. Ot i rozbierz, kto z nich jest rozumny, kto półszalony, a kto szalony. Okazuje się, że jest to taka diabelska karuzela, że naprawdę trudno ją rozgryźć.

I tak, co dziwne, wśród ofiar sowieckich domów wariatów, wśród dysydentów, „nie zgadzających się” i „inaczej myślących” roi się właśnie od tego elementu – prawie wszyscy z nich to Żydzi, osoby pozostające w małżeństwach mieszanych z Żydami lub produkty tych małżeństw, pół-żydowscy memzery i tak dalej.

Profesor Lombroso pisze, że osoby chore psychicznie, w literaturze charakteryzują się tendencją do wymyślania nowych, niezrozumiałych dla innych słów, co tłumaczy się rzekomą oryginalnością.

A teraz podam konkretny przykład z takiej literatury:

„Mózgi błądzące.., nachalniałem się... Pozycja przezwrotności... Obhakiwał baby... Nadymana pogarda... Zapijał z miotełką... Przemigotanie... Wywąchały oczy... Wyłożyć się do wyczerpania... Przybyli odpowiedniej niż poprzednio... Odwracając od boju... Miałkich okoliczności.”

Cóż, czytelniku, czy twój mózg nie męczy się od takiego nachalnego pobudzenia? Jeśli jednak żywisz głęboką pogardę dla tego sposobu mówienia i z bezsilności masz ochotę splunąć , to bądź ostrożny – bo inaczej trafisz w laureata nagrody Nobla.

Jak podoba Ci się ten rodzaj werbalnego szurum-burum: „Na niewidzialnym, niemym naciągu wrażliwej powłoki społecznej”? Tylko nie myśl, że to bredzenie pacjenta domu wariatów. Nie, to z ”wykładu noblowskiego” świeżo upieczonego laureata nagrody Nobla, w którego rozmytym mózgu migotały prawa fizyki dotyczące napięcia kapilarnego błon..

Och, powiedzą: o mój Boże, więc za co przyznawane są nagrody Nobla? A jakże, jest ku temu powód. No, na przykład: „I ch.j ci w buźkę… pie..olę… pie..olę c… gdy się rozbryka, wystawia rozum”. {“А хрен тебе в рот... да на фуя... хуб хрен... залупается, ум выставляет”}.

Właśnie z tego powodu Sołżenicyn, którego tu cytujemy, otrzymał nagrodę Nobla. Przecież i Pasternak też dostał za to to samo.

Ale jaka jest zasługa Sołżenicyna, że na całym świecie wokół niego taki jazgot? Jego główną zasługą jest to, że pośród tego wycia i zgiełku, on, podobnie jak Mojżesz nr 2, wyprowadza Żydów z ZSRR.

W swoim pierwszym wywiadzie telewizyjnym na Zachodzie, w lipcu 1974 roku, Sołżenicyn powiedział, że dobrzy Żydzi to ci, którzy wyjeżdżają z ZSRR do Izraela, a ci, którzy opuszczają ZSRR, ale nie jadą do Izraela, są złymi Żydami. Jednak sam Sołżenicyn był z urodzenia pół-Żydem, memzerem po hebrajsku. Jego pierwsza żona jest pół-Żydówką, memzerką, druga zaś jest pełną Żydówką. Oznacza to, że w duszy czuje się nie Rosjaninem, ale Żydem. Według prawa żydowskiego, jego dzieci, a raczej dzieci jego żony, uważane są za Żydów. Dlaczego więc sam memzer Sołżenicyn nie pojedzie do Izraela? Według jego własnych słów, okazuje się, że jest złym Żydem. Jak ten anegdotyczny syjonistyczny Żyd, który wymusza pieniądze od drugiego Żyda, aby zagnać trzeciego Żyda do Izraela.

Sołżenicyn przebiera się za rosyjskiego „nacjonalistę”, ale… głosi całkowite rozczłonkowanie Rosji. Kamufluje się jako „neochrześcijanin” typu bierdiajewskiego, ale w rzeczywistości jest to nic innego jak neosatanizm. I w ogóle ten memzer Sol Żenicker, jest na wpół szalonym, pół-Żydem, krypto-Żydem, który przebiera się za Rosjanina, żeby mówić nierosyjskie rzeczy.

Dlatego dalej, aby Sołżenicyn nas nie oszukał, będziemy go nazywać tak, jakim jest – Sol Żenicker.

Po „Liście do przywódców”, Sol Żenicker napisał kolejny obłudny, histeryczny artykuł: „Nie żyć kłamstwem”. Jak powiedziała żona Ostapa Ogłojedowa: „To, że Ostap kłamie, nie jest takie złe. Problem w tym, że wierzy we własne kłamstwa. To już jest rozdwojenie jaźni i schizofrenia.”

W pewnym sensie Sol Żenicker – to Ostap Ogłojedow, syn Ostapa Bendera na skalę międzynarodową. Najwyraźniej dlatego Ostap Ogłojedow woła na koniec: „Będę jak Sol Żenicker”.

Dlatego tak szczegółowo analizujemy tutaj Sola Żenickera. W końcu jest to teraz największy pionek na szachownicy psychowojny, którą eksperci nazywają wojną psycholi. A jednocześnie jest to żywa i najbardziej uderzająca ilustracja powieści „Nazywam się Legion”.

Czy Sol Żenicker jest normalnym człowiekiem, czy nie? Najlepszą odpowiedzią na to pytanie jest jego język literacki, charakteryzujący się chwytami słownymi, rzekomo „neologizmami”. Niektórzy nazywają to zawiłością, inni głupotą, charakterystyczną dla osób o złej dziedziczności (neologizm – zła dziedziczność!). Krytycy literaccy nazywają to dziedziczeniem złych genów (patrz, znowu neologizm) prozą ornamentalną, a psychiatrzy uważają, że te „ornamenty” to po prostu rozrzedzenie mózgu u osób o złym dziedziczeniu, rozdwojenie jaźni, schizofrenia (paralaksa!) i tak dalej, i tak dalej.

Pokrewny Sola Żenickera, słynny żydowski psychiatra Lombroso, zauważa w tej kwestii:

„Szaleńcy w zakładach dla obłąkanych często wymyślają nieistniejący język, alfabet, pismo”. Tą drogą podąża memzer Sol Żenicker w swojej zawiłej głupocie.

W swojej książce „Geniusz i szaleństwo” profesor Lombroso pisze:

„Czasami prawdziwych szaleńców wyróżnia tak wybitna inteligencja, i często tak niezwykła energia, że mimowolnie zmusza to do utożsamiania ich, przynajmniej chwilowo, z osobowościami genialnymi”.

Tak czy inaczej, wszyscy tańczący jak manekiny, legioniści, będą kontynuować swoje pandemonium wokół Sola Żenickera i jego świty złych naśladowców, pacjentów domów wariatów i innych „wolnomyślicieli”. Jeśli spojrzeć na to z drugiej strony, naprawdę przekonacie się, że ich nazwa rzeczywiście to – legion.

Zatem główna rola Sola Żenickera polega na tym, że on, jak Mojżesz nr 2, wyprowadza Żydów z ZSRR. Sądząc po prasie amerykańskiej, odbywa się to w taki sposób. Słynny sowiecki dziennikarz, Żyd Victor Louis, który także wykonywał wszelkiego rodzaju wrażliwe misje KGB, pobiegł do Białego Domu i tam poszeptał z Henry Kissingerem. Potem specjalista KGB Victor Louis poleciał do Izraela i poszeptał tam z Goldą Meir. Obiecał im masowy exodus sowieckich Żydów do Izraela. Potem puszczono w ruch Sola Żenickera i jego kiepskich tancerzy.

Ale jakie są tego rezultaty? Wypuszcza się ich z ZSRR według zasady: dobrych Żydów zatrzymamy dla siebie, niech pracują na tych marksistowskich piramidach, które sami wymyślili. A złych Żydów wypędzimy za granicę. Ale nawet ci uwolnieni Żydzi jadą nie do Izraela, ale do Ameryki.

Dlatego Izrael raczej nie wygra. Ameryka przegra. I tylko ZSRR na tym wszystkim skorzysta.

I co się wtedy stanie? W końcu okazuje się, że memzer Sol Żenicker działa na rzecz KGB! Jak ten Król Szczurów, który grając na fujarce, wyprowadza szczury z miasta i topi je w rzece. A Sol Żenicker znajduje się w położeniu agenta KGB. Dlatego został wydalony z ZSRR z takim komfortem: z całym potomstwem i domownikami, z teściową, a nawet z biurkiem. Nawiasem mówiąc, profesor Uniwersytetu Yale, N. Uljanow pisał kiedyś w „Nowym Rosyjskim Słowie”, że Sol Żenicker może odegrać rolę prowokatora.

A w 13 Wydziale KGB tylko się podśmiewują.


Diabeł degeneracji ma więcej sztuczek niż ruchów w szachach. Za grzechy ojców... Za grzechy matek... Ale czasami trzeba zapłacić i za grzechy teściowej.

Na przykład, jeden z moich znajomych, zupełnie normalny człowiek, nagle znalazł się... z adoptowanym dzieckiem!? Ojciec jest Rosjaninem, a dziecko Arabem!? Zupełnie jak w arabskich baśniach z 1001 nocy!

Żona mojego przyjaciela jest bardzo dobrą osobą, niczym święta żona. Ma tylko jedną małą wadę – nie może urodzić. A dlaczego żona nie może rodzić? Tak, bo teściowa, Eugenia Palna, choć była prostą ukraińską studentką, przez całe życie zajmowała się robieniem ormiańskich sztuczek. I córka płaci za jej grzechy. A mąż znalazł się w tej sytuacji bez swojej winy.

Dlatego przyjrzyjmy się bliżej, co to są te ormiańskie sztuczki. Z punktu widzenia Freuda. W codziennym życiu legionistów nazywa się to dwójnik i trójnik. Dwójnik ma miejsce, gdy ormiański kochanek, czyli facet, popycha tę teściową, czartowską Eugenię Palnę, zarówno od przodu, jak i od zadu: w tyłek – i w usta, w tyłek – i w usta . A trójnik jest wtedy, gdy robią też dzieci.

Dlatego córka teściowej, święta żona, nie może mieć dzieci – i bierze sobie dziecko adoptowane, i to arabskie. A jej mąż, zupełnie normalny człowiek, znajduje się w roli adopcyjnego ojca. Za grzechy teściowej…

Ta teściowa ma jeszcze dwie córki. Ale to tak brudna sprawa, że nawet najstarsza córka, święta żona, woli o nich milczeć. Im więcej teściowa grzeszyła, tym bardziej odbijało się to na jej dzieciach. I ta teściowa nadal chodzi do cerkwi, żegna się i modli się. I tu pojawia się pytanie teologiczne – kto w tym połączeniu jest święty: święta żona, która nagrodziła męża arabskim dzieckiem, czy mąż, który musi to wszystko znosić?

Oczywiście nie ma w tym nic szczególnego. Po prostu czartowska teściowa, Eugenia Palna, to stara minetczyca, 33% doktora Kinseya. Teoretycznie mniej więcej taka jest co trzecia teściowa. Ale właśnie od takich teściowych, niczym wiedźm, pochodzi niewidzialne zło.

Dlatego w ZSRR za te ormiańskie dowcipy można dostać siedem lat więzienia. Żeby innym nie przychodziło to do głowy. Ech, dobrym opowiadaniem byłoby „Święta Żona” albo „Za grzechy teściowej”. Zupełnie jak w arabskiej bajce.


Kiedy ukazała się powieść Klimowa „Książę tego świata”, niektórzy krytycy literaccy pisali: „Dlaczego Klimow nazwał ją powieścią? Przecież to jest absolutna prawda!” Tam tłumaczono to głównie plastycznością przedstawienia literackiego.

Ale w przypadku powieści „Imię moje Legion” sytuacja jest nieco inna. Tutaj prawie wszyscy bohaterowie-legioniści są wzięci z życia, łeb w łeb. Tak, nie może być inaczej – czegoś takiego nie da się wyciągnąć z powietrza. Żeby to wszystko napisać, trzeba najpierw samemu zakręcić się na tej diabelskiej karuzeli.

Przypomnę, że w latach 1949-50 Klimow pracował w Monachium przy Projekcie Harvard, który opierał się na kompleksie ukrytej półpederastii pół-Żyda Lenina – i który był ojcem chrzestnym całej dalszej amerykańskiej psychowojny. To były kwiatki. A teraz mamy jagódki – w postaci sowieckich dysydentów i trzeciej fali emigrantów.

Następnie w latach 1951-55 Klimow był prezesem Centralnego Związku Emigrantów Powojennych z ZSRR (COPE) i redaktorem naczelnym ich czasopism „Swoboda” i „Antykomunista” (to ostatnie w języku niemieckim). Praktycznie Klimow był prowadzącym jednego z tajnych specjalnych projektów amerykańskiej psychowojny. Podobną rolę odgrywa dziś masońska prasa YMCA-Press wydająca Sol Żenickera i magazyn KANTinent.

A obok COPE znajdował się Amerykański Komitet i Radio Wyzwolenie, monachijski oddział „Głosu Ameryki” i NTS (lub STN). Wszystkie wróble na dachach Monachium ćwierkały, że za tym wszystkim stoi amerykański wywiad Si-Aj-Wej.

Później, w latach 1958-59, Klimow pracował także jako konsultant w „Cornell Project” w Nowym Jorku, gdzie przeprowadzano także wszelkiego rodzaju wnikliwe badania psychologiczne związane z powstaniem węgierskim w 1956 roku.

Ale jak z tego wszystkiego wyszła powieść „Imię moje Legion”? Mówią, że dokładnie według bajki dziadka Kryłowa: „Podczas rozdzierania kupy łajna, Kogut znalazł Ziarno Perły”. Ziarno prawdy.

Po napisaniu przez Klimowa „Skrzydeł niewolnika” niektórzy poważni ludzie powiedzieli mu: „Grigorij Pietrowicz, masz iskrę Bożą – napisz drugą książkę!” Dlatego też, kiedy w 1955 roku przybył do Stanów Zjednoczonych, postanowił rozpocząć nowe życie, pisząc nową książkę.

Twórczy zamysł? Cóż, radziecka propaganda pisze o idealnych sowieckich ludziach nowego typu. A zachodni eksperci nazywają ich homo sovieticus.

Ale dla pisarzy piszących obowiązuje jedno nieubłagane prawo: jeśli chcesz, aby Twoja książka żyła, bohaterowie muszą zostać wzięci z życia. Dlatego Klimow, chcąc nie chcąc, musiał wziąć swoich bohaterów ze środowiska. A tym środowiskiem były COPE, Radio „Wyzwolenie”, Radio Głos Ameryki” i NTS – STN, gdzie mędrcy z Harvardu wyselekcjonowali, wydawałoby się, pozornie idealnych sowieckich ludzi, bezinteresownie walczących o wolność Mateczki-Rosji.

Aby bohaterowie powieści żyli prawdziwym życiem, trzeba zajrzeć w ich dusze. Przyjrzeć się im bliżej, niż robimy to na co dzień. Ale gdy tylko Klimow zaczął bliżej przyglądać się swoim bohaterom, zaczęły się dziać różne dziwne rzeczy.

Zdarzało się, że artyści malowali Madonnę, korzystając z modelki, która w prawdziwym życiu była prostytutką. Oto Klimow. Siedzi i pisze swoją powieść o idealnych ludziach nowego typu – homo sovieticus. A jednocześnie widzi, że wszystkie jego modele to homoseksualiści wszelkich odmian i odcieni, sadyści i masochiści, schizofrenicy i paranoicy, nawet z grubą domieszką szatana i antychrysta. Dokładnie według recepty poszukiwacza diabłów Bierdiajewa. To tak, jakby ktoś specjalnie ich dobierał. Co to za czortostwo?

Ale świat, jak mówią, nie jest pozbawiony dobrych ludzi. I ci dobrzy ludzie napisali w „Nowym Rosyjskim Słowie”, że projekt harwardzki, kierowany przez Nathana Leitesa, opierał się głównie na „utajonym kompleksie homoseksualizmu Lenina”. Szerzej napisano o tym w niemieckim czasopiśmie „Der Monat” (08.1957, s.19), będącym oficjalnym organem Amerykańskiej Administracji Wojskowej w Niemczech. Pisał o tym redaktor naczelny tego pisma, Melvin Lasky, lewicowy Żyd, a zarazem jeden z berlińskich przyjaciół Klimowa. O tym pisał także zastępca redaktora naczelnego NRS, Jurij Sreczinski.

Po przeczytaniu tego wszystkiego, Klimow połączył teorię z praktyką – i uzyskano rozwiązanie całej tej zagadki. Rzecz w tym, że cała amerykańska wojna psychologiczna, czyli wojna psycholi, opierała się na tym projekcie harwardzkim, czyli na kompleksie utajonej pederastii Lenina. Poprzez specjalne radio i specjalną prasę, gdzie umieszczano wyjątkowych chłopców i specjalne dziewczyny, amerykańska propaganda podnieca sowieckich psycholi i podburza ich do buntu. A 13 Wydział KGB, wiedząc o tym doskonale, spokojnie wsadza tych psycholi do domów wariatów.

Trzeba przyznać, że „Legion” to nie tylko poważna literatura, ale także poważna, wieloletnia praca badawcza. Dlatego „Legion” jest tak bogaty w materiał historyczny i faktograficzny, że stwarza wrażenie rzeczywistości, od której kręci się w głowie. A niektórzy nawet poczują mdłości.

Wokół „Legionu” kryje się wiele tajemnic. Na przykład w „Legionie” Klimow opisuje pewien 13-ty Wydział KGB. Wydawałoby się, że to fantazja, wymysł.

Jednak magazyn „American Opinion” (02.1971, str. 34-35) donosi, że Komisja Spraw Bezpieczeństwa Wewnętrznego amerykańskiego Senatu, przeprowadziła specjalne śledztwo w sprawie działalności sowieckiego KGB i wydała dokumentalny raport 26 marca 1965 r., w którym, na domiar złego, pojawia się także... 13 Wydział KGB!? Myśleliśmy, że tajemniczy 13 Wydział istniał tylko w fantazji Klimowa, ale teraz Senat USA oficjalnie uznaje istnienie 13 Wydziału! Co to za diabelska historia!?

Jako świadek przed Komisją Senacką, pod przysięgą zeznawał były podpułkownik wywiadu sowieckiego, Piotr Deriabin, który uciekł do Ameryki i opublikował tu książkę „Sekretny świat”. W książce tej, wydanej w Nowym Jorku w 1959r., Deriabin szczegółowo wymienia strukturę KGB – złożoną z 12 wydziałów. Trzynastego Wydziału tam nie ma. Dlaczego sześć lat później, przemawiając przed Komisją Senatu w 1965r., Deriabin nagle przypomniał sobie 13 Wydział KGB? Znowu jakaś tajemnica!?

Aby rozwiązać tę zagadkę, nacisnąłem przycisk, zadzwoniłem do moich agentów i poprosiłem ich, aby zbadali tę sprawę. Agenci wracają i meldują: „To czysty żart!”

Okazuje się, że Klimow, pisząc między innymi swój „Legion”, przeglądał księgę Deriabina, w której bardzo szczegółowo wyszczególniono wszystkie 12 wydziałów KGB wraz z ich funkcjami. Na podstawie tej opartej na faktach informacji, Klimow dodał swój tajemniczy 13 Wydział, który jest „tak tajny, że nawet pracownicy pozostałych 12 wydziałów nie wiedzą o tym”.

Klimow napisał swój „Legion” w taki sam sposób, w jaki paleontolodzy rekonstruują cały wygląd wymarłego pterodaktyla z kilku znalezionych kości. Ostatecznie powieść ta okazała się tak pełna drażliwego materiału faktograficznego, że nasi emigracyjni redaktorzy bali się ją opublikować, ale na wszelki wypadek donosili o tym najróżniejszym przebiegłym instytucjom, od których często otrzymywali dotacje. I tak „Legion” wraz ze swoim 13 Wydziałem przez wiele lat tułał się po świecie.

Tymczasem w prasie zachodniej zaczęły pojawiać się doniesienia, że brytyjskie, niemieckie i amerykańskie służby wywiadowcze wspólnie polują na jakiś „tajemniczy 13 Wydział sowieckiej tajnej policji”. Wiadomości te zawierały nawet nazwisko naczelnika tajemniczego 13 Wydziału. Rzecz jednak w tym, że było to nieco przekręcone nazwisko naczelnika 13 Wydziału... z powieści Klimowa „Nazywam się Legion”. Nazwa ta została nieco zniekształcona podczas wędrówek „Legionu” pomiędzy redakcjami emigracyjnymi a wszelkimi przebiegłymi instytucjami oraz podczas tłumaczeń na języki obce.

W końcu amerykański wywiad CIA zadzwonił do mieszkającego w Waszyngtonie Deriabina i chwycił go pod boki: „Co to ma być, przyjacielu, napisałeś o 12 wydziałach KGB, a przemilczałeś o 13-tym Wydziale? No cóż, przypomnij sobie, przyznaj się!”

Deriabin został następnie wezwany na przesłuchanie przez Komisję Spraw Bezpieczeństwa Wewnętrznego Senatu USA, gdzie „przypomniał sobie” i przyznał się do istnienia 13-tego Wydziału KGB. Tak więc 13 Wydział z powieści Klimowa zyskał oficjalne uznanie w Senacie USA!

W krytyce literackiej istnieje takie specyficzne określenie – mistyfikacja literacka. Na przykład, kiedyś Prosper Merimee napisał cykl „Pieśni Słowian Zachodnich”, twierdząc, że są to tłumaczenia z folkloru. A tak naprawdę wyssał je z palca. Lecz te pieśni były tak dobre, że nawet nasz Puszkin dał się nabrać na to oszustwo, i przetłumaczył ten cykl z francuskiego na rosyjski, wcale nie podejrzewając, że to tylko fantazja Merimee.

To samo stało się z amerykańskim Senatem, który oficjalnie uznał 13 Wydział KGB, który narodził się… pod piórem Klimowa.

Otwieram więc „Nowe Słowo Rosyjskie” (4 czerwca 1970 r.), gdzie znajduje się ogromny zbiór zatytułowany „Dokumenty radzieckie – dotyczące specjalnych szpitali psychiatrycznych”. Pisze to radziecki generał psycho-wojny P.G. Grigorienko, który sam kilkakrotnie siedział w tych instytucjach charytatywnych, które nazywa durdomami. Zatem autor jest dość wiarygodny, a informacje pochodzą, że tak powiem, z pierwszego źródła.

Generał – pensjonariusz domu wariatów pisze: „...Ja sam wielokrotnie widziałem kierownika katedry, w której przechodziłem badanie, prof. Luntsa, przychodzącego do pracy w mundurze pułkownika KGB i innych lekarzy tego instytutu”.

Ojcowie świata, to właśnie Instytut NII-13 z „Legionu”, w którym działają profesorowie w białych fartuchach, spod których niczym ogon diabła wystaje mundur KGB!

W kolejnym numerze NRS (06.06.1970) generał-pensjonariusz durdomu, Grigorienko, donosi o nowych szczegółach z frontu psychowojennego: „Badanie przeprowadzono w następujący sposób: Czy twoi rodzice byli chorzy?.. Czy jesteś jedynym synem w rodzinie?.. Czy starałeś się być liderem?..

Oznacza to, że psychiatrzy sprawdzają drzewo genealogiczne, sondują degenerację i szukają chorego „kompleksu władzy”, tego samego „kompleksu Lenina”, na którym opierał się Projekt Harvard.

W swoich raportach z frontu psychowojny, psychogenerał Grigorienko trafnie wskazuje, że w ZSRR harwardzkich „leninistów” zaczęto umieszczać w durdomach od 12 marca 1964 roku. A wynalazca 13 Wydziału, Klimow, zaczął publikować swoje teorie i koncepcje znacznie wcześniej – już w 1958 roku. To prawda, że wtedy NTS-owska „Grań” doszła do wniosku, że podcinają gałąź, na której sami siedzą, i zaprzestali publikowania niebezpiecznych dla nich pism Klimowa.

Na podstawie tego wszystkiego, można przypuszczać, że KGB również korzystało z receptury z „Księcia tego świata”, tak jak Stalin w swoim czasie korzystał z receptury z „Księcia” Machiavellego. Nie ma w tym nic specjalnego. W końcu jednym z ojców kryminologii naukowej był pisarz Conan Doyle ze swoim Sherlockiem Holmesem i jego metodą dedukcyjną.

Niektórzy legioniści twierdzą, że jeśli Grigorienko jest generałem, oznacza to, że nie jest szalony. To nic nie znaczy. Amerykanie, gdy zajdzie taka potrzeba, wtrącają nie tylko generała do domu wariatów, ale nawet samego ministra wojny – Forrestala.

Kiedy szef Si-Ai-Ei, Allen Dulles, siedział w Waszyngtonie i dowodził psychowojną, jego własny syn spokojnie siedział w szpitalu psychiatrycznym. Profesor Lombroso stwierdza w związku z tym, że „według większości naukowców, szaleństwo {помешательство} w 90% przypadków jest wynikiem dziedziczności”.

Ale nie szukajmy winy u papy Dullesa. Kiedy prezydent Kennedy siedział w Białym Domu i bawił się wojną atomową, jego siostra, Rosemary, siedziała w żółtym domu przez 20 lat. A teraz pocieszamy się, że kolejnym kandydatem na prezydenta będzie Teddy Kennedy. Dlatego niektórzy pesymiści mówią, że czas przemalować Biały Dom na żółto.


Dawno, dawno temu, w „Skrzydłach Niewolnika” Klimow pisał o sobie, jako o stalinowskim wilczątku, który uwolniwszy się, podnosi głowę do gwiazd i śpiewa swoją wilczą pieśń. Teraz więc, w „Księciu Tego Świata” i „Imię moje Legion” jest to pieśń siwowłosego, doświadczonego wilka. I ta pieśń jest taka, że wielu się jej obawia.

Nasi legioniści literaccy, w większości lewicowi, uciekali przed „Księciem” i „Legionem”, jak złe duchy przed znakiem krzyża. Dlatego nieoczekiwanie Klimow znalazł się nagle na prawym skrzydle literatury. Jeśli wcześniej o prawicowcach mówiono jako o białych żubrach, teraz aby ich zmienić, przyszedł czerwony żubr. Ale nawet białe żubry boją się powtórzyć to, co pisze Klimow. Nie wspominając już o kanciarzach, którzy kantują w piśmie „KANTinent”. Lecz dlaczego powoduje to taką panikę? Oto dlaczego:

Filozof Kierkegaard, ojciec filozofii egzystencjalizmu, czyli dekadencji w literaturze, pisze, że w naszych czasach diabeł degeneracji zamieszkał w farbie drukarskiej. A Kierkegaard – garbus, homoseksualista i w miarę uczciwy Żyd przechrzta – znał tę sprawę doskonale, z własnego doświadczenia.

Słynny angielski pisarz Charles Snow, wybitny fizyk, lord, par i członek brytyjskiego parlamentu, postać większa niż nasz dysydencki akademik Sacharow-Sacharewicz, mówi o swoich kolegach pisarzach, że „9 na 10 pisarzy jest politycznie skorumpowanych” i że gdyby pisarze nie mieli tak złego wpływu na życie polityczne narodów, „być może świat nie poznałby Auschwitz”.

Uczony i uczciwy lord, Charles Snow, jedynie wyjaśnia to, co mówi pedał-filozof Kierkegaard. Wydział 13 uważa, że 75% pisarzy to „kinseyowcy”. Trzeba powiedzieć, że jest to nadal bardzo liberalne. A oto Lord Snow wyliczył, że „9 na 10”, czyli 90%.

Księżniczka Prasa, przyjaciółka księcia tego świata, bardzo nie lubi, gdy ktoś ciągnie tego księcia za ogon. Dlatego jest rzeczą zupełnie naturalną, że w naszej prasie zapanuje grobowe milczenie lub fałszywe obelgi na temat książek Klimowa. Przebiegli legioniści będą milczeć. A głupsi legioniści będą kłamać i przeklinać – po tym ich właśnie poznajecie.

Dobrym przykładem tego ostatniego jest recenzja książki Klimowa „Przypadek 69” („Nowe Słowo Rosyjskie”, 20.04.1975 r.) autorstwa poety Walerego Pereleszyna (pseudonim), który często pisze w NRS pod swoim prawdziwym nazwiskiem Sałatko-Petriszcze Walery Francewicz. Tylko, że ten poeta, nieudany mnich i pozbawiony praw ksiądz, spędził rok w więzieniu – za pederastię! – na wyspie Samar na Filipinach (przyłapany w łaźni z chińskim chłopcem!) A potem za to właśnie – za pederastię! – biedny poeta został deportowany do USA i obecnie pracuje w Rio de Janeiro, o czym kiedyś marzył Ostap Bender. Proszę mi wybaczyć, Walery Chrencewiczu {Хренцевич}, ale 13 Wydział nie lubi żartować.

Tą samą drogą rozgoryczonych kłamstw o książkach Klimowa w paryskiej „Myśli Rosyjskiej” (8.2.1973) poszedł pewien recenzent, ukrywający się pod skrótem „...Skij”. Ale z 13 Wydziału donoszą, że jest to kut.s lutowej rewolucji {шмок-февралист} S. Rafalski, który również często publikuje w NRS. Hmm, dlaczego lutowy S. Rafalski nagle okazuje tak dziwne pokrewieństwo dusz z pedałem Pereleszynem?

Redaktorem „Myśli Rosyjskiej” jest bezpłodna szmokownica Zinaida Szachowskaja-Achowskaja. A z 13 Wydziału donoszą, że w młodości ta pani z jakiegoś powodu publikowała pod męskim (!) pseudonimem Jacques Croizet!? Hmm... W ten sposób otrzymuje się te „9 z 10”.

Przypomnijmy zatem, co prasa międzynarodowa pisała o Klimowie i jego „Skrzydłach niewolnika”, zanim złamał tabu dotyczące szatana i antychrysta: Rządzący burmistrz Berlina Zachodniego, profesor Reuter (pół-Żyd), pisze we wstępie do niemieckiego wydania książki:

„Wszyscy, którzy cenią przyszłość Zachodu, powinni zapoznać się z bardzo bogatym doświadczeniem i obserwacjami Klimowa… Niezwykła siła woli i prawdziwa miłość do prawdy”.

Nowojorski wydawca tej książki, Prager (Żyd), pisze na obwolucie:

„Autor... uchodzi za najbystrzejszego i najlepiej poinformowanego wśród Rosjan, którzy wyjechali na Zachód. Oprócz tego, że jest obserwatorem o zdumiewającej wnikliwości, jest także genialnym pisarzem o ogromnej mocy twórczej i opisowej.

Jest to największe wydawnictwo polityczne w Stanach Zjednoczonych, dotowane przez Waszyngton. Dlatego niektórzy wnikliwi obserwatorzy uważają, że w tym przypadku głos wydawcy jest głosem rządu USA.

„Książka Klimowa jest wyjątkowa i zasługuje na uwagę wszystkich… Nasi dyplomaci, planiści naszej wojny psychologicznej, nasi profesorowie i nasi dziennikarze (a nawet komentatorzy) mogą się wiele nauczyć z tej historii o człowieku sowieckim… Klimow, choć z zawodu inżynier, jest znakomitym pisarzem, którego proza zamienia się w poezję” („Ameryka”, główne czasopismo katolickie USA, 31.10.1953).

„Grigorij Klimow, człowiek potrafiący czytać w myślach innych ludzi... Najinteligentniejsze umysły wśród powojennej emigracji” („Saturday Evening Post”, USA, 6.06.1953).

Trzeba przyznać, że wszystkie te znakomite recenzje – i to na tak wysokim poziomie – tym bardziej odnoszą się do powieści „Nazywam się Legion”. Ale... cała nasza prasa zagraniczna ze strachem uciekała przed „Legionem”. To samo z wydawnictwami zagranicznymi.

Dlaczego? Tak, ponieważ naruszono tabu dotyczące szatana i antychrysta, którzy nie lubią, gdy ktoś ciągnie ich za ogon.

Niektórych zainteresują dalsze losy bohaterów „Legionu”. Cóż, weźmy na przykład czarownika Sosję Gilruda. Po tym, jak był komisarzem u Klimowa, czarownik ten, jak zawsze za kulisami, kierował wydawnictwem COPE, w którym wydawano gruby almanach „Mosty”, przeznaczony do rozdawania sowieckim turystom, artystom i członkom KGB, podróżującym za granicę.

Przykład literatury z „Mostów”: „...ludojad odgryzł dżentelmenowi nieprzyzwoity kawałek” („Mosty” nr 1, s. 207). Widzicie, w pełnej zgodzie z okrzykiem Sola Żenickera „I pieprzę cię w usta” {“А хрен тебе в рот” }.

W „Nowym Słowie Rosyjskim” (24.05.1959) S. Rafalski nazwał propagandę typu „Mosty” po prostu „odchodami chorej małpy”. To jest ta sama małpa Pana Boga, zwana diabłem. Następnie, mówiąc o narodzie rosyjskim, S. Rafalski pisze: „...są zdrowi i młodzi. Jaki jest sens wlewania mu trucizny do żył...?” Rafalski zdał sobie sprawę, że „Mosty” to specjalnie przygotowana trująca twórczość degeneratów – trupi jad rodzaju ludzkiego. Teraz miejsce „Mostów” zajął magazyn „KANTinent”.

Następnie zamknięto monachijskie COPE, a czarownik Sosja Gilrud wyemigrował do Waszyngtonu, gdzie był także zakulisowym komisarzem w wydawnictwie „Międzynarodowa Wspólnota Literacka”, które jak zwykle finansowane było z nieznanych źródeł, to znaczy, że przez przebiegłe organy Si-Aj-Ej.

W powieści „Zaorany Ugór” Szołochowa jest epizod, w którym Cyganie wzięli starą, na wpół zdechłą klacz, wbili jej trzcinę w tyłek i cały tabor nadmuchiwał tę klacz powietrzem. Nadymali ją, zatkali jej zad kolbą kukurydzy i sprzedali dziadkowi Szczukarowi jako młodego ogiera arabskiego.

W podobny sposób czarownik Gilrud i jego koledzy po fachu, łajdacy, Gleb Struwe i Borys Filipow-Filistinski nadmuchiwali zdychającą kobyłę dekadencji, czyli degeneracji w literaturze, wydając ją jako „zakazane dzieła pisarzy radzieckich”.

Potem i ten sklepik zamknięto, a odpowiednie fundusze Si-Aj-Ej przekazano paryskiej YMCA, która od dawna uważana jest za przedsięwzięcie masońskie. W tym samym czasie Sol Żenicker, który wcześniej publikował w NTS-STN, został sprzedany do bierdiajewskiej YMCA. Tak więc, czarownik Sosja Gilrud, były komisarz Klimowa w COPE, obecnie zasiada jako komisarz za plecami Sola Żenickera w YMCA.

Nawiasem mówiąc, przez całą II wojnę światową, Żyd Sosja Gilrud spokojnie pracował w dziale propagandy hitlerowskiej SD, to jest Gestapo, a teraz równie pomyślnie prosperuje w Si-Aj-Ej. Typ jest dość śliski. Ale Sosja zawsze ukrywa się pod nazwiskami innych ludzi i aby go rozpoznać, trzeba podnieść jego koszulę: wtedy po jego lewej stronie zobaczycie ogromną czarną plamę – pieczęć diabła. Pieczęć jest dość pokaźna – wielkości samowara.

Myśleliście, że to żarty na temat znaku diabła? Nieee, 13 Wydział nie lubi żartować.

Bierdiajewską YMCA nazywają masońską. Sam Bierdiajew-Berdyczewski był żonaty z Żydówką. Sol Żenicker jest pół-Żydem, memzerem. A komisarz Sosja Gilrud jest Żydem. Dlatego mówią, że masoneria jest zawsze judeomasonerią. Sam Bierdiajew nazwał to zjednoczeniem szatana i antychrysta. A Bierdiajew nazywany jest najlepszym rosyjskim filozofem XX wieku, a Żydzi bardzo kochają Bierdiajewa.

A Klimow po prostu podąża śladami Bierdiajewa i stawia kropkę nad „i”. Czego tu się wstydzić w naszych grzesznych czasach, kiedy wisi nad nami bomba atomowa? Przecież wszyscy o tym doskonale wiedzą. Wszystkie „przebiegłe instytucje” – i radzieckie, i amerykańskie. Nie wiedzą tego tylko zwykli ludzie, za których pieniądze (podatki) i w czyim imieniu to wszystko się robi.

Podobnie jest z innymi bohaterami „Legionu”. Klimow po prostu kazał im spacerować po Moskwie (kogo interesuje powieść z życia emigrantów?), a następnie, zgodnie z prawdą, posadził ich na swoje miejsca – do „Radia Wolność”, Radia „Głos Ameryki”, NTS-STN itp. Nie ma w tym nic specjalnego. Przecież Dostojewski pisząc swoją powieść „Biesy”, opisał wszystkie te biesy z życia. Cóż, Klimow opisał wszystkie swoje złe duchy – wiedźmy i wiedźminów, cudaków i dziwaków, wilkołaków i niedorobionych, sziksy i memzerów, szabes-gojów i po prostu gojów – także z życia. Wystarczy znać arytmetykę doktora Kinseya: 37% – 50% – 75%.

„Dom Cudów”, o którym mówi Klimow, jest zjawiskiem typowym. Takimi „domami cudów” są wszystkie sklepiki propagandowe zachodniej psychowojny, gdzie ojcem chrzestnym jest „Project Harvard” z jego kompleksem ukrytej pół-pederastii pół-żydowskiego memzera Lenina. Takim „domem cudów” było na przykład nasze „Wydawnictwo Czechow”, które prowadziła marksistowska sziksa, Wiera Aleksandrowa (kulawa!), żona słynnego mieńszewika, Salomona Schwartza, które to małżeństwo zostało w 1922 r. wydalone z ZSRR wraz z poszukiwaczem diabłów Bierdiajewem. Byli to prekursorzy naszych obecnych dysydentów z durdomów.

Teraz, z działu projektów specjalnych „Komitetu Amerykańskiego”, wydzielił się kolejny „dom cudów” – wydawnictwo Bedford, które, znający się na rzeczy ludzie, nazywają „Fuck-Ford”. To modny amerykański neologizm. Tym domem cudów „Fuck-Ford” dowodzi jakaś Żydówka, a wiceprezydentem jest tam pewna półkrwi memzericha z nosem jak dmuchawa, która jest tak głupia, że w kręgach rosyjskich nazywają ją Dusia-Duroczka. Ale memzericha Dusia-Duroczka jako wiceprezydent, jako ważna persona, lata do Londynu, Paryża i Rzymu i tam przetwarza nowo przybyłych sowieckich dysydentów. Powiedz mi, kto jest Twoim przyjacielem, a powiem Ci, kim jesteś.

Z tej samej psychowojennej fabryki powstał kolejny „dom cudów” – Wydawnictwo imienia Gercena, o którym znający się na rzeczy ludzie mówią – nie Gercena, a Hercena. To wydawnictwo Hercena służy także podtrzymaniu spodni sowieckich pensjonariuszy durdomów, durnym następcom i durnym klakierom.

Nie znaleźli nikogo lepszego na ratunek Matuszki Rosji, niż półkrwi memzera Herzena, który (zgodnie z kompleksem memzera Lenina) przepychał swojego przyjaciela Ogariewa od przodu i od tyłu, a potem, siedząc w Londynie, drukował apele podczas wojny krymskiej, gdzie wzywał bohaterskich obrońców Sewastopola do przejścia na stronę wroga. Pi…..ona cena {Хер цена таким } takich wybawicieli Rosji – zarówno byłych, jak i obecnych!

Dlatego filozofowie mówią, że diabeł degeneracji jest niebezpieczny tylko wtedy, gdy go nie widać. A kiedy go zobaczycie, staje się zabawny i żałosny. W końcu, po bliższym przyjrzeniu się, jest to po prostu banda degeneratów, wyrodków, ch...ssaczy i p...lizaczy.

Dlatego filozofowie mówią, że diabeł jest najbardziej drwiącą, sarkastyczną i ironiczną istotą na świecie. Ale on sam jest bardzo drażliwy i nie może ścierpieć ironii i kpin. Spróbujmy połaskotać tego diabła.

Cóż, na przykład amerykańska psychowojna oparta na „kompleksie Lenina” rozpoczęła się w 1949 roku i cały ten psychowojenny kompleks, sądząc po gazetach, kosztował amerykańskiego podatnika ponad 50 milionów dolarów rocznie. W ciągu ostatnich 25 lat jest to kwota ponad miliarda dolarów. Jako rezultat, za pomocą „kompleksu Lenina” zamulono głowy kilkudziesięciu „leninowców”, których w ZSRR najpierw wsadzano do durdomów, a następnie powyrzucano za granicę.

A ja chciałbym zadać twórcy „kompleksu Lenina”, mędrcowi z Harvardu, profesorowi Nathanowi Leitesowi, następujące logiczne pytanie: ile milionów dolarów kosztował amerykańskich podatników ( w tym mnie ) każdy radziecki „leninista” posiadający ukryty kompleks pederastii Lenina?, to jest, mówiąc po rosyjsku, po prostu ch-ssacze i p-lizy, co ostatecznie zostało nam wrzucone na głowę???

Widzicie, jakie to wszystko zabawne, jeśli spojrzycie na świat przez pryzmat socmodernizmu! Mędrzec z Harvardu, Nathan Leites, podobnie, jak niegdyś mądry rabin Levi, wyrzeźbił nowego Golema. Ale wygląda na to, że i tutaj diabeł zapłacił profesorowi Nathanowi Leitesowi połamanymi odłamkami.

* * *

Gdyby Klimow nie został powołany do wojska w 1943 r., po ukończeniu studiów podyplomowych w Moskiewskim Instytucie Energetycznym, dziś byłby najprawdopodobniej doktorem nauk technicznych i profesorem elektrotechniki.

Zamiast tego Klimow został dziś profesorem studiów satanistycznych, doktorem czarnej socjologii, twórcą Instytutu Badań Naukowych-13, który obecnie zastępuje Instytut Czerwonych Profesorów, ideologiem dialektycznego chrześcijaństwa i wynalazcą sowieckiej Świętej Inkwizycji – 13-go Wydziału KGB. I zamiast socrealizmu, który wszystkim już się znudził, Klimow wymyślił wesolutki socmodernizm.

Mówią, że wszystkie wielkie odkrycia zaczynają się od banałów. W ten sposób Newton rzekomo odkrył prawo powszechnego ciążenia, gdy chrapał pod jabłonią i jabłko spadło mu na głowę. Podobnie jest z Klimowem. Pewnego razu, gdy był prezesem Domu Cudów COPE, wieczorem wypił drinka z księciem Goremykinem, sekretarzem czarnoksiężnika Gilruda, który był jego komisarzem z CIA. I przez przypadek Klimow rozpiął spodnie, żeby włożyć koszulę. A książę Goremykin, trochę upity, nagle padł na kolana i poprosił o possanie. Co possać? Cóż, czytelnik prawdopodobnie zna już całkiem dobrze czarną socjologię. Nie powtarzajmy się zatem.

Klimow bezlitośnie podciągnął zamek błyskawiczny w spodniach. A książę Goremykin grzecznie przeprosił, że pijanymi oczami pomylił Klimowa ze swoim sługusem { миньоном }, czarownikiem Gilrudem.

Zgodnie z amerykańskim prawem zabraniającym zatrudniania gejów w wywiadzie, Klimow zawiadomił kogo trzeba, żeby komisarza Gilruda usunąć. Tutaj zaczęły się „polityczne” różnice Klimowa z COPE (później nazwanym Centralnym Stowarzyszeniem Pederastów im. Gilruda), z CIA, NTS-STN i większością naszej prasy. A szmok Gilrud, były komisarz Klimowa, dziś pełni funkcję komisarza masońskiego przy YMCA i Sol Żenickerze.

Wszystko to jest oczywiście drobnostką. Ale z tej drobnostki narodziło się wszystko inne: „Książę tego świata”, „Nazywam się Legion”, czarna socjologia, dialektyczne chrześcijaństwo, SOC-modernizm (niektórzy mówią SOS-modernizm), 13 Wydział KGB, specjalny projekt „Golem”, czyli durdomy, oraz projekt specjalny „Agasfer”, czyli trzecia jewmigracja z ZSRR.

Tak więc Klimow został profesorem studiów satanistycznych. Dokładnie tak, jak powiedział prorok Jeremiasz: „A jeśli wydobędziesz to, co cenne, z tego, co nikczemne, wtedy będziesz jak moje usta” (Jeremiasz 15:19).

Prawda, żeby być obiektywnym, trzeba przyznać, że w tym wszystkim trochę pomogła wiedźma Nina „von” Miller, także memzerka, która teraz, narobiwszy gromadkę chochlików, ponownie stuka trele na maszynie do pisania w „Głosie Atlantydy” w Waszyngtonie. Rozpoznasz ją tam po wyciętej diabelskiej pieczęci na brodzie. Jej mąż również jest memzerem. I dzieciaki memzerki.

A papele Miller, były Goniało-męczennik, nadal udaje monarchistę i pilnie publikuje w „Nowym Słowie Rosyjskim”. Był nawet pomysłodawcą powstania „Kongresu Rosyjskich Amerykanów” (wierniej Jewrykanów), który służy głównie podtrzymaniu spodni sowieckich pensjonariuszy durdomów, ich durnych naśladowców, głupio miotających się i 3 jewmigracji z ZSRR.

Niektórych czytelników „Legionu” może zainteresować następujące pytanie: „A co z takimi bohaterami, jak kukułkcze jaja księcia Szachowskiego: słynna czekistowska księżniczka Szachowska-Sibirska i jej przesławny brat, kulawy książę Szachowski-Sibirski? Gdzie oni są? Być może, także kantują w periodyku „KANTinent”?

Ale jest w tym takie diabelstwo, że aż trudno uwierzyć. Gdy na początku Klimow to wymyślił, była to tylko fantazja pisarza bazgrającego po papierze. A potem okazało się... że to prawda! I Klimow znalazł się w pozycji proroczego czarnoksiężnika. Mówią, że nawet sam profesor satanologii, Klimow, był tak zaskoczony, że przeżegnał się i splunął przez lewe ramię.

To było tak. Profesor Lombroso twierdzi, że wszyscy prawdziwi hiszpańscy szlachcice – grandy, zdegenerowali się i wyrodzili już dawno temu. To samo dotyczy starej arystokracji patrymonialnej wszystkich krajów: angielskich lordów, francuskich markizów czy rosyjskiej szlachty filarowej z Rurykowiczów. Więc Klimow wziął więc losowo nazwisko jednego z tych Rurykowiczów – kniaziów Szachowskich. Tak pojawiły się kukułcze jaja księcia Szachowskiego.

Kiedy „Legion” został ukończony, jeden z agentów 13 Wydziału (czyli jeden z czytelników Klimowa), nie wiedząc nic o kukułczych jajach księcia Szachowskiego, przesyła Klimowowi interesującą fotokopię. Tylko do kolekcji. To fotokopia z suchej książki technicznej „Fakty i wyczyny w powietrzu”, autorstwa Francisa Masona. I jest tam taki interesujący fakt: „Pierwszą rosyjską pilotką wojskową (i prawdopodobnie pierwszą na świecie), była księżna Eugenia Michajłowna Szachowska. Po otrzymaniu dyplomu pilota w Johannesthal w Niemczech, 16 sierpnia 1911 roku, księżna Szachowska na początku I wojny światowej zwróciła się do cara z prośbą, o umożliwienie jej służby, w charakterze pilota wojskowego. W listopadzie 1914 roku została przydzielona do Pierwszej Dywizji Sił Powietrznych, jako pilot-obserwator.

Wszystko bardzo dobrze. Ale na dole strony znajduje się następująca notatka: „Księżna Szachowska przeżyła nie tylko wojnę, ale także rewolucję. Potem służyła nawet w CzeKa w Kijowie jako główny kat – niezwykłe zajęcie dla młodej damy, szlachetnie urodzonej”.

Księżna Szachowska – głównym katem kijowskiej CzeKa! Przypomnijmy sobie teraz, co działo się wtedy w kijowskiej CzeKa. Oto fragment książki słynnego historyka, S.P. Mielgunowa „Czerwony terror w Rosji”:

„Cała cementowa podłoga w dużym garażu (komora śmierci kijowskiego CzeKa), była pokryta krwią. Krew już nie płynęła, ale zamarzła w kilkucalowej warstwie (1 cal = 2,5 cm): była to straszna mieszanina krwi, mózgów, fragmentów czaszek, ścinków włosów i innych szczątków ludzkich. Wszystkie ściany, usiane tysiącami kul, były zbryzgane krwią i pokryte kawałkami mózgów i czaszek.

„...W niektórych zwłokach rozcięte brzuchy, w innych odcięte kończyny, niektóre dosłownie pocięte na kawałki. W innych zwłokach wyłupione oczy, a głowy, twarze, szyje i piersi pokryte głębokimi ranami... Niektórym wycięto języki.”

Oto jest – szatańskie dzieło głównego kata kijowskiej CzeKa, księżnej Eugenii Michajłownej Szachowskiej! A jej krewni rozkwitają na naszej emigracji: książę Szachowski – autokefaliczny arcybiskup Jan San-François (obecnie członek redakcji magazynu „KANTinent”) i jego sympatyczna siostra – i bezpłodna szmokownica {шмоковница} – księżniczka Zinaida Aleksiejewna Szachowska, znana również jako Jacques (?) Croizet, redaktor paryskiej gazety „Myśl Rosyjska”, która kantuje również w czasopiśmie „KANTinent”, gdzie oznajmia się, że „Rosja to suka!” Lecz przecież wtedy znaczy to, że oni są… sukinsynami?!

Zastanawiam się, co by się stało, gdyby ci bracia i siostry Szachowscy wpadli w szpony swojej krewnej – głównego kata kijowskiej CzeKa? Czy posiekałaby ich na kawałki jak innych ludzi, czy też załatwiłaby im wizę na wyjazd za granicę?

Ciekawe jest też, co Jan San-François i redaktor „Myśli Rosyjskiej” mogą powiedzieć o swojej krewnej? Kim ona jest, ich ciotuchną, kuzynką? A może... może... to są kukułcze jaja księcia Szachowskiego? A może wolą milczeć, mimo że mają do dyspozycji „KANTinent” i „Myśl Rosyjską”?

Tymczasem drogi brat i siostra, Jan i Zinaida Szachowscy, w każdy możliwy sposób wychwalają sowieckich dysydentów, z których większość to jawni degeneraci. To tacy sami degeneraci jak ich krewni z kijowskiej CzeKa. Widzicie, jak działa ta diabelska karuzela? Redaktor naczelny „KANTinent”, W. Maksimow, już w wieku 16 lat został oficjalnie uznany za „szalonego”, czyli wariata!

Filozofowie twierdzą, że diabeł jest najbardziej sarkastyczną i ironiczną istotą na świecie. Dokładnie jak Charlie Chaplin. Oprócz tego, diabeł to także straszny intrygant. Oto dam przykład. Niektórzy mogą odnieść wrażenie, że pisma Klimowa mają posmak antysemityzmu. Zobaczmy teraz, prawda to, czy nie.

Przecież wszyscy pracownicy i współpracownicy profesora satanologii, Klimowa, są wielkimi, wybitnymi, żydowskimi naukowcami. Słynny żydowski profesor, Lombroso, jest ojcem naukowej degenerologii i kryminologii. Jeszcze bardziej znany żydowski lekarz Freud – jest wynalazcą psychoanalizy i erotyzmu oralnego. Ojciec filozofii egzystencjalizmu, czyli degeneracji w filozofii i literaturze, filozof Kierkegaard, również jest Żydem. A w dziedzinie dekadencji w literaturze, doradcą Klimowa jest słynny żydowski lekarz, Nordau-Südfeld, który po Theodorze Herzlu był przywódcą nr 2 syjonizmu. Mędrzec z Harvardu Nathan Leites, kolega Klimowa z Projektu Harvard i wynalazca „kompleksu Lenina”, również jest Żydem. Jest też słynny szabesgoj, Bierdiajew-Berdyczewski, który stał się do tego stopnia dofilozofowany, że stalinowskie koncłagry – są nowym rodzajem wolności.

W takim środowisku Klimow zasiada niczym przewodniczący rady Mędrców Syjonu. I on ich wszystkich jedynie analizuje, systematyzuje i uzupełnia. Wyciąga, że tak powiem, konstruktywne wnioski.

O tym, że Żyd Pasternak jest pedrikiem {педрик}, Klimow dowiedział się z żydowskiego „Rosyjskiego Słowa”. I tajemnicę Projektu Harvard – również z NRS.

O tym, że Stalin najwyraźniej był gruzińskim pół-Żydem-pół-memzerem, otwarcie pisze słynny Żyd, Biesiedowski, co Klimow szczegółowo analizuje w rozdziale „Drugie życie”. Nawiasem mówiąc, redaktor NRS, A. Sedych-Cwibak (prawdziwe nazwisko Jakow Mojsiejewicz Cwibak) pisze, że w 1974 r., 37% wszystkich Żydów, którzy wyemigrowali z ZSRR do Izraela, stanowili Żydzi gruzińscy.

O żydowskiej krwi memzera Lenina i Berii-Bermana, Hitlera i Himmlera, Heydricha itp. z reguły piszą nie antysemici, ale sami Żydzi, i to poważni Żydzi (patrz „Bibliografia” na końcu książki).

A profesor studiów satanistycznych, Klimow, tylko to wszystko systematyzuje. Wystarczy mieć analityczny umysł – głowę jak komputer.

Jakiż tu może być antysemityzm? Żydowski antysemityzm? Można raczej założyć, że Klimow, jako przewodniczący Rady Mędrców Syjonu, wyciąga wnioski przydatne dla syjonistów: że jedynym wyjściem z historycznego impasu dla Żydów jest wyjazd do Izraela.

Ale to nie wszystko. Ponieważ Żydzi {евреи} w zasadzie – to mieszanka ludności wszystkich tych krajów, w których przebywali przez cztery tysiące lat i w rezultacie stali się pozbawionymi korzeni kosmopolitami, marsjanami, to aby ponownie stać się prawdziwymi Żydami {настоящими евреями }, semitami, muszą nie tylko wyjechać do Izraela, ale także żenić się z kobietami semickimi, czyli arabskimi. I nie zajmować się takimi figele-migele jak Sol Żenicker. Dopiero wtedy, kiedy Żydzi staną się prawdziwymi semitami, wszelki antysemityzm ustanie.

Logicznie rzecz biorąc, okazuje się, że Klimow wcale nie jest antysemitą, a wręcz przeciwnie – przewodniczącym Rady Mędrców Syjonu, a sam jest niemal syjonistą. Prawie jak Mesjasz, na którego Żydzi czekają, aby powrócić do Izraela. To prawda, że niektórzy, czytając o NII-13, uważają, że Klimow pełni jednocześnie funkcję przewodniczącego Związku Mędrców Sowieckich. Dlatego filozofowie powiadają, że diabeł to nie tylko wielki komik, ale i okropny oszust.

O projekcie specjalnym „Agasfer” i Trzeciej Jewmigracji z ZSRR. Co to jest – emigracja, czy zamaskowane i selektywne wypędzenie Żydów z ZSRR? Przypomnijmy sobie, jak w połowie lat 60-tych, Żydzi zorganizowali w Polsce kolejną „dysydencję”, głównie wśród studentów uniwersytetów i w prasie. Wtedy, choć książę polski Gomułka był ożeniony z Żydówką (prezydent Ochab też!), wszystkich Żydów usunięto ze stanowisk kierowniczych i wypędzono z Polski za granicę. Potem, spokojnie i bez hałasu, prawie wszyscy Żydzi wyjechali z Polski za granicę. Jako anegdota, nawet żydowska żona Gomułki rozwiodła się z mężem i także wyemigrowała za granicę. Dziś w Polsce, która kiedyś miała największy odsetek Żydów na świecie, pozostało już tylko 17 tysięcy Żydów, czyli praktycznie zero.

Ten sam proces miał miejsce w innych krajach komunistycznej Europy Wschodniej. A teraz, po cichu, robią to samo w ZSRR: częściowo i wybiórczo, na razie dobrych Żydów zatrzymamy dla siebie, a złych wyrzucimy za granicę. Kto wie, może wkrótce żydowska żona Breżniewa, podobnie jak żona Gomułki, rozwiedzie się z mężem i dołączy do „Trzeciej Jewmigracji”, do Swietłany Staliny-Allilujewej, Pawła Litwinowa-Finkelsteina i innych permanentnych rewolucjonistów. Ogólnie mówiąc, czortowska karuzela.

A propos tego, o czym mowa, fakt, że żona Breżniewa jest Żydówką, znowu napisali nie antysemici, ale sami semici – „Canadian Jewish News” (13.11.1964). Jednocześnie Żydzi gardłują o antysemityzmie w ZSRR.

Podsumowując, chciałbym podkreślić najważniejszą rzecz w książce „Imię moje Legion”. Pamiętajcie, że tak naprawdę nazywają się – Legion! I szczególnie trzeba pamiętać o tym legionie, biorąc ślub. Jeśli jesteś młodym mężczyzną (oczywiście jeśli jesteś normalny) i szukasz idealnej narzeczonej (oczywiście inteligentnej młodej damy z dobrej rodziny), to pamiętaj, że dobra połowa Twoich potencjalnych narzeczonych to kinseyanki, marsjanki i tak dalej, które nie przyniosą ci niczego, poza smutkiem i nieszczęściem.

To jest niewidzialna przyczyna większości nieszczęśliwych małżeństw, bolesnych rozwodów, ułomnych dzieci i tajemniczych chorób w rodzinie, których przyczyny do końca życia nie zrozumiesz, skąd się to bierze i dlaczego. A potem okazuje się, że twoja teściowa jest prawdziwą wiedźmą. A twoja żona jest grzeszną świętą lub świętą grzesznicą. W tym właśnie zawiera się prawdziwy „grzech Ewy”.

To legion doktora Kinseya (37% – 50% – 75%). Jest to legion o złym dziedzictwie (neologizm – złe dziedzictwo {дурнаследы} ) i nieczystym sumieniu (starologizm – złe duchy {нечисть}), który nigdy się do tego nie przyzna. Jak można ich rozpoznać? Przeczytajcie „Legion” jeszcze raz – uważniej. A potem dajcie go do przeczytania Waszym przyjaciołom, znajomym i narzeczonym (lub panom młodym) – i obserwujcie reakcję. Po prostu miejcie oczy i uszy otwarte, a usta zamknięte. W przeciwnym razie pokłócicie się z dobrą połową znajomych.

W ten sposób rozpoznacie w swoim otoczeniu wszystkie osoby z nieczystym sumieniem. Zatem „Legion” ochroni Cię przed złymi duchami niczym magiczny talizman. Od zepsucia i złego oka. Od złej żony. Od teściowej wiedźmy. Od złych przyjaciół. I od wielu innych.

Z pomocą Legionu zdobędziecie prawdziwą mądrość, nawet nie przebywając w oślej skórze. Zobaczycie ludzi na wskroś i jeszcze głębiej. Jedyną złą rzeczą jest to, że czasami będziecie mieli dość patrzenia na otaczający Was świat. Ale zrozumiecie, że życie jest wieczną walką pomiędzy Bogiem a diabłem. Tylko Pan Bóg wysoko – na niebie, a diabeł – na ziemi, między nami.

Więc idźcie i rozglądajcie się. I pamiętajcie, że grań między Bogiem a diabłem nie jest kategorią biologiczną, lecz duchową. I wtedy zobaczycie nie tylko grzeszników, ale także sprawiedliwych, a nawet prawdziwych świętych. A wtedy, z Bożą pomocą, łatwiej będzie wam żyć w świecie.

Jeśli ktoś zauważy, że w „Legionie” pojawiają się powtórzenia, to jest to całkiem naturalne. Przecież Klimow nie tylko pisze, ale także uczy – Socjologii Wyższej i chrześcijaństwa dialektycznego.

A powtarzanie jest matką nauczania. Przecież Ewangelie też powtarzają się czterokrotnie. I już dwa tysiące lat. A ludzie i tak nadal grzeszą…

I w tym oto zawiera się główny cel „Legionu” – otworzyć oczy ludziom na to, czego nie widzą. Aby nie szli przez życie na ślepo.

Profesor psychologii społecznej
na Uniwersytecie Woodhaven,
dr B.W. Sacharow.
3 października 1975

Tłumaczenie z języka rosyjskiego: Tadeusz Cieśla, 11.2025, ukończenie korekty 12.04.2026, w Niedzielę Quasimodo.

W nawiasach {…} umieszczono wyrazy z tekstu oryginalnego oraz przypisy przybliżające myśl autora polskiemu czytelnikowi.


Powrót do spisu treści