Aby osiągnąć prawdziwą mądrość, najpierw trzeba znaleźć się w skórze osła.
Apulejusz. Złoty osioł
W Domu Cudów wydarzył się kolejny cud. Wieczny narzeczony, Żorżik Butyrski, w końcu się ożenił. Ale nie stało się to tak prosto. Nawet sam Żorżik długo rozpamiętywał później z zadziwieniem, jak nagle znalazł się w stanie małżeńskim.
To rodzinne szczęście zaczęło się w więzieniu. Jak to było w zwyczaju w rodzinie Butyrskich, tym więzieniem była oczywiście Butyrka. A Żorżik dotarł tam z powodu zielonego węża i makijażu.
Będąc potrójnym agentem i łącznikiem pomiędzy wywiadem amerykańskim, kontrwywiadem sowieckim i neotrockistami z „Ligi Praw Człowieka”, którzy rozpowszechniali „Samizdat”, Żorżik między innymi przekazywał także makijaż członkom ligi, czyli wszelkiego rodzaju narkotyki, które otrzymywał od agentki Si-Aj-Ej, Doki Bondariewej. Wszystko to odbywało się dosłownie pod ladą. Ukrywając się za swoim statusem żony amerykańskiego dyplomaty, wiedźma Doka nosiła te narkotyki pod spódnicą w ramach operacji „Czarny Krzyż”. Niektóre pisma „Samizdatu” i „Feniksa”, organu Związku Młodych Geniuszy – SMOG, wyraźnie były pisane w dymie narkotyków.
Problem w tym, że sam Żorżik wąchał ten kuszący dym – i uzależnił się. Wieczorami pił i szalał ze swoimi Ligaonerami z „Ligi Praw Człowieka”, a w ciągu dnia włóczył się po domu cudów i ochrypłym głosem śpiewał:
E-ech, zmarno-owane jest nasze życie,
I ciało kobie-ety po giełdowej cenie…
Pytali go współczująco:
„Masz jakieś kłopoty, Żorżik?”
„Jeśli nie, to będą” – odpowiadał filozoficznie Żorżik. A na kłopoty nie trzeba było długo czekać. Po swoich agenturalnych przygodach Żorżik zwykle spał w fotolaboratorium. I nagle okazało się, że w międzyczasie Żorżik rozkradł cały sprzęt fotograficzny. W efekcie sprawa trafiła do sądu.
Zezowaty Filimon pociągnął nosem:
„Hmm, powietrze śmierdzi więzieniem”.
Podczas procesu i sprawy Żorżik pił więcej niż kiedykolwiek i narzekał:
„Mam duszę artysty, a na tę duszę mi napluli. Uch, biurokraci!”
Potem Żorżik przestał płacić czynsz.
„Po co mi mieszkanie? Niedługo dadzą mi państwowe”.
Potem zaczął przepijać swoje ubrania.
„Po co mi ubrania? Niedługo dadzą mi państwowe”.
Jeśli kiedyś Żorżik był łagodnym bezpańskim psem, teraz wyglądał jak bezpański parszywy pies, taki, którego łapie się w klatkę i wysyła do hycla, gdzie, jak mówią, gotuje się z nich wszelkiego rodzaju preparaty kosmetyczne.
Ale żadna ilość kosmetyków nie pomogła samemu Żorżikowi. Próbował pudrować niebieski od wódki nos i wlewać najróżniejsze krople do wiecznie czerwonych, łzawiących oczu. Ale zielony wąż był silniejszy. Ponadto teraz ręce Żorżika ciągle się trzęsły.
„U złodziejaszków zawsze ręce się trzęsą” – powiedział Akob Sarkisjan.
W ponurym domu sąsiadującym z domem cudów nagle zapanowało zamieszanie. Aby przetestować Żorżika na obecność narkotyków, postanowiono poddać go badaniu lekarskiemu. Aby jednak sam Żorżik niczego nie podejrzewał, zorganizowano inspekcję całej kadry kierowniczej Domu Cudów. Młody lekarz przybył w cywilnym ubraniu, ale z wojskowym nastawieniem. W rękach trzymał walizkę ze specjalnym sprzętem.
Wszystkich poproszono o rozebranie się do naga. Jako pierwszy na kontrolę poszedł Borys Rudniew, jako prezydent. A reszta, ubrana tak, jak rodziła ich matka, siedziała w sąsiednim pokoju.
Komisarz Domu Cudów, Sosja Isajewicz Gilrud, pomimo prośby o rozebranie się, uparcie nie chciał zdjąć majtek i cały czas trzymał je dłonią.
„Wiesz, jakoś nieprzyjemnie jest siedzieć z gołym tyłkiem na zimnym krześle” – usprawiedliwiał się. Tak naprawdę komisarz po prostu nie chciał pokazać, że jest obrzezany. Aby później nie było mowy o tym, dlaczego wszyscy komisarze są obrzezani.
Ciało Sosji było biało-białe, miękkie i okrągłe, jak u pulchnej kobiety, i nie było na nim ani jednego włosa. Na obszernym brzuchu komisarza, podobnie jak u Buddy, wisiały trzy grube fałdy. A po jego lewej stronie była wielka czarna plama. Zaczynała się pod pachą i kończyła pod majtkami. To nawet nie jest plama, po prostu cała strona jest czarna. Tak, tak czarna, że pozazdrościłby mu każdy czarny mężczyzna.
Antysemita Karol Marks powiedział kiedyś o semicie Ferdynandzie Lassalle, że murzyn dogonił jego babcię. Być może z Sosją jest podobnie.
Tak czy inaczej Sosja był trochę zawstydzony swoją czarną plamą i próbował zakryć ją ręką lub odwrócić się na drugą stronę. W średniowieczu takie czarne plamy, nawet wielkości pięciocentówki, uważano za znamię diabła lub znamię wiedźmy, a właścicieli takich plam palono na stosach, podobnie jak czarownice i czarowników. Z plamy Sosji można by zrobić setki takich diabelskich pieczęci. A za starych dobrych czasów, z tak wielką pieczęcią, zrobiłby wielką karierę wśród satanistów, albo skończyłby na stosie inkwizycji.
Rozgorączkowany Artamon, który zawsze biegał po domu cudów jak rakieta, po zdjęciu butów, nagle natychmiast zwolnił i zaczął utykać. Miał jakąś wadę stóp, więc nosił specjalne buty na sztucznych obcasach. Jego brzuch był okrągły, gładki i sterczał jak dojrzały arbuz. A w środku tego arbuza cały czas słychać było jakiś hałas.
„Jak w reaktorze jądrowym” – powiedział zezowaty Filimon. – „To dlatego masz tyle energii”.
„To mój wrzód żołądka” – wyjaśnił Artamon. – „Z nerwowego przeciążenia”.
Po badaniu lekarskim Żorżik nadal pił i narzekał: „Dlaczego nie wsadzą mnie do więzienia? Wypiłem już wszystko, a oni tam robią zamieszanie z biurokracją”.
Niedługo potem Żorżik, jadąc służbowym samochodem, oczywiście w stanie upojenia, w nocy, potrącił rowerzystę.
Choć Żorżik upierał się, że to rowerzysta na niego wpadł, to nie pomogło. Rowerzysta trafił do szpitala, a Żorżika zamknięto w izbie wytrzeźwień.
Tym razem Żorżik nie narzekał już na biurokrację. Z izby wytrzeźwień zabrano go prosto do celi dyżurnej sądu, gdzie bez większej dyskusji skazano go na trzy miesiące więzienia i równie szybko wysłano na miejsce przeznaczenia. Tak więc Żorżik Butyrski ponownie trafił do więzienia Butyrki, gdzie w muzeum kryminologii przechowywano czaszkę taty Butyrskiego z małą dziurką z tyłu głowy. W Domu Cudów powiedzieli:
„A teraz, wiecie, nasz Żorżik szczebiocze. Jak ptak w klatce”.
Podczas gdy Żorżik siedział i szczebiotał na Butyrkach, wszystko było w porządku. Kiedy jednak zaczął się zbliżać termin jego zwolnienia, w Domu Cudów zapanowało poruszenie. Co stanie się dalej?
Zorganizowano nadzwyczajne zebranie, na którym okazało się, że w czasie pobytu w więzieniu złodziejaszek Żorżik po naleganiach humanisty Sosji, nadal otrzymuje wynagrodzenie, które przechowywane jest w sejfie. Ponadto Żorżik ponownie obiecał Kapitalinie, że się z nią ożeni, i w ramach zabezpieczenia swojej miłości, ponownie pożyczył od niej pieniądze, aby spłacić inne narzeczone.
„Dobrze” – zdecydował Borys Rudniew. – Więc albo pozwólmy Żorżikowi po wyjściu z więzienia natychmiast poślubić Kapitalinę – wtedy będziemy świętować jego ślub za pieniądze z sejfu i zakończymy sprawę kradzieży. Albo niech pójdzie do piekła i odsiedzi drugi wyrok w więzieniu.
Wszystkim bardzo spodobała się ta propozycja. Z wyjątkiem humanisty Sosji, który wygłosił całe przemówienie o miłości do ludzi, o wyjątkowości ludzkiej osobowości, że Żorżika należy ponownie wychowywać z uczuciem i miłością i tak dalej.
„Co to u ciebie za dziwna miłość?” – powiedział Borys. – „Jakiś rodzaj negatywnej miłości do złodziei, oszustów, alkoholików i pasożytów społecznych. Jesteście jak ci humaniści z Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, którzy głosują nie za normalnymi ludźmi, ale za przestępcami. Więc zagłosujmy. Kto jest za ślubem – ręka w górę!”
Wszyscy byli tak zmęczeni Żorżikiem, że większość głosowała za ślubem. A Sosja, jako że opiekuje się Żorżikiem jak przybrany ojciec, otrzymał polecenie przekazania tego ultimatum do więzienia na Butyrce. Siedząc za kratkami, Żorżik postanowił się ożenić. Wszystko potoczyło się jak w romansie rycerskim, gdzie szlachetna panna swoją miłością ratuje narzeczonego z ciemnicy.
Kiedy Żorżik został wypuszczony, był raczej blady.
„To przez więzienie” – mówili niektórzy.
„Nie” – mówili inni. – „To przez nadchodzący ślub”.
Lew Tołstoj głosił niestawianie oporu złu przemocą, a humanista Sosja Gilrud robił to w praktyce. Po więzieniu Sosja załatwił dla Żorżika miesięczny pobyt w sanatorium. Podczas gdy Żorżik nabierał tam sił do życia małżeńskiego, w Domu Cudów trwały przygotowania do ślubu.
Ponieważ Żorżik nie miał nawet drugiej pary majtek, humanista Sosja rozesłał listę z podpisami po Domu Cudów z prośbą o prezenty dla biednego pana młodego. Ludzie klęli, ale dawali. W ten sposób uzbierano posag dla Żorżika.
Ślub był taki, że nie da się go opowiedzieć w bajce ani opisać długopisem. Aby zapobiec ucieczce pana młodego, od samego początku przydzielono mu dwóch strażników. Ogólnie rzecz biorąc, przepili wszystkie pieniądze, które Żorżik zarobił w więzieniu. Wszyscy świetnie się bawili. Panna młoda promieniała. Tylko jeden Żorżik miał smutną twarz.
Aby osłodzić gorzką pigułkę Żorżika, po ślubie humanista Sosja ponownie namówił go, aby wziął miesięczny urlop – jako miesiąc miodowy. Żorżik wyszedł z kwaśną miną, w domu cudów byli zaskoczeni:
„Taka nędza jak Żorżik a Sosja obchodzi się z nim jak z jajkiem. A przecież Sosja wcale nie jest głupcem. Jest tam coś innego”.
Najbardziej oburzony był Misza Geim-Daniłow, były towarzysz picia Waśki Stalina. Usta Miszy drgały konwulsyjnie z podniecenia i jąkał się częściej niż zwykle: – „Dla-a-cz-czego jestem gorszy od Żorżika? Dla-a-cz-czego nic mi nie dają? Kiedyś to z samym Waśką Stalinem po-o-pija-ałem. A teraz o mnie zapomnia-a-ano”.
Żeńka Jużnyj, były kucharz Waśki Stalina, który teraz sprzedawał samogon, również się obraził:
„I nawet nie kupili ode mnie bimbru!” Co to za ślub bez bimbru? Zobaczycie, że dla młodych nie będzie szczęścia”.
Po miesiącu miodowym, choć nadal w stanie małżeńskim, Żorżik nadal pił.
„Dręczy mnie sumienie” – narzekał. – „W końcu ożenili mnie siłą. Że tak powiem, zgwałcili. Przy tym zbiorowo. I nawet głosowali. I nawet wpisali to do protokołu. Kim dla was jestem – prostytutką?!”
Arcymistrz Zarem Wołkow, mistrz szachowy w grze z zawiązanymi oczami, przeanalizował tę historię nieco inaczej. Człowiek-komputer ze smutkiem potrząsnął głową:
„Mają oczy, a nie widzą. Sosja zdobył sobie drugiego sługusa-miniona. A Borys ożenił także tego drugiego miniona”.
* * *
„Co to jest?” – zapytała Nina, wskazując na małą zabawkową wiedźmę na miotle, która wisiała na sznurku w samochodzie Borysa.
„To amulet przeciwko wiedźmom” – powiedział ulubieniec bogów. – „Dała mi to francuska Liza. Chwaliła się też, że jest wiedźmą”.
„Nie ma się czym chwalić. To bardzo smutne”.
„Co?”
Nina nie odpowiedziała i przeniosła rozmowę na inny temat. Ale za każdym razem, wchodząc do białego ZIŁ-a, spoglądała w bok na amulet przeciwko wiedźmom i marszczyła brwi z niezadowolenia. To tak, jakby ten amulet ją niepokoił.
Wszystko to są oczywiście brednie. Ale pewnego dnia Borys przyjechał do domu pod złotym kogutem i z przyzwyczajenia zaczął szperać w biurze Maksyma. W ten sposób natknął się na wycinek z amerykańskiego magazynu „Time” z 3 września 1956 roku. Artykuł nosił tytuł „Psychologia wiedźm” i czerwony papa podkreślił, co następuje:
„Wygląda na to, że wiedźmy z dawnych czasów zniknęły. Ale wcale nie jest to prawdą w oczach psychologów szkoły Junga... Jungiści uważają, że pewne mity powtarzają się we wszystkich stuleciach i formacjach społecznych... Opierając się na tej teorii, londyński zwolennik szkoły Junga, dr. Leopold Stein, rozpoczął poważne psychologiczne polowanie na czarownice. Doktor Stein uważa, że tego typu czarownice (nazywa je „kobietami pełnymi nienawiści”) można spotkać niemal wszędzie we współczesnym życiu.
W pierwszym numerze „Journal of Analytical Psychology”, wydawanym przez angielskich zwolenników słynnego psychoanalityka, Carla Junga, dr Stein uznaje nienawistne kobiety za specyficzną kategorię psychiatryczną. Swoje obserwacje opiera na sześciu młodych pacjentkach... Zdaniem doktora Steina, tym, co odróżnia je od innych, jest ich „zmienne, niezrozumiałe, ambiwalentne, tajemnicze zachowanie i ponętny urok, kontrastujący z ich sarkastyczną i okrutną kalkulacją…
Chociaż były zamężne i prowadziły aktywne życie seksualne, w tajemnicy obawiały się stosunków seksualnych i pozostawały „dziewicami psychicznymi”. Wiedziały, jak trzymać gębę na kłódkę, były sztywne i spięte, skryte, nieufne i fałszywe. Miały skłonność do zimna, przyciągały słabych, chłopięcych mężczyzn i nienawidziły pocałunków w usta (wcześniej wierzono, że pocałunek wiedźmy wyciąga duszę). Często miały romanse, zwykle z żonatymi mężczyznami. Nienawidziły i dręczyły mężczyzn, ale same myślały, że potrafią kochać.
...Jeśli same nie są lekarzami ani dentystami, „przypadkowo” zwabiają swoich dentystów... Niektóre mają romanse ze szpiegami lub są w inny sposób kojarzone ze szpiegostwem…
...Kobiety typu wiedźmy z powodzeniem wykorzystują swoją płeć jako broń... Tłumią wszelkie talenty, jakie może posiadać ich męski partner... Jeśli udają bezradne „małe dziewczynki”, mężczyźni często wpadają w tę pułapkę…
Podczas sesji psychoanalizy pacjentka-wiedźma czasami... stosuje każdą sztuczkę, z wyjątkiem łez, aby ujarzmić psychoanalityka. ( Zgodnie ze średniowiecznym przekonaniem, że czarownice nie mogą płakać, Stein nigdy nie widział, żeby „nienawistne kobiety” uroniły choć jedną łzę )… Dobrze jest znane, że wiedźmy mają moc pozbawiania mężczyzn sił męskich, spowodowania czyjejś śmierci lub rozkochania ich w sobie.”
Artykuł kończył się stwierdzeniem, że pomimo wszelkich wysiłków doktora Steina, aby uczynić swoje pacjentki mniej złośliwymi, bardzo chętnie przypisałby im stare, dobre, średniowieczne dyby lub dobry, sprawdzony ogień.
Potem Borys znalazł oryginał „London Journal of Analytical Psychology”, w którym odnotowano dodatkowe szczegóły dotyczące identyfikacji wiedźm. Na przykład dr Stein poinformował, że jeśli dochodzi już do łóżka, i jeśli używać terminologii technicznej, jego pacjentki-czarownice wolą „kochać się wierzchem”, czyli na mężczyźnie. I jeszcze jeden znak psychoanalityczny: oprócz ogólnej niechęci do pocałunków, szczególnie nie znoszą pocałunków „mokrych”, pocałunków „z języczkiem” lub namiętnych.
Na fotografii w „Time”, doktor Stein jakby celowo wysunął język i ugryzł go. To tak, jakby czegoś nie dopowiadał i dawał swoim wiedźmom jakiś warunkowy znak.
Na marginesie, w ręku czerwonego papy, widniała konkluzja: „Tak, on taki jest, poganin {язычник}, dlatego wywalił język”.
Po tej „Psychologii czarownic” Borysowi zaczęło się wydawać, że Nina też całowała się trochę inaczej, że była zimna, tajemnicza, dwoista i – oczarowująca. Jednak to nie tylko go nie przestraszyło, ale wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej rozpaliło jego miłość.
Chociaż Nina upierała się, że nie otrząsnęła się jeszcze z poprzednich romansów, poskromienie złośnicy stopniowo posuwało się do przodu. Kiedy na zewnątrz zawiał jesienny wiatr, po długich wahaniach zaczęła nawet przychodzić do mieszkania Borysa.
Jak przystało na niewinne dziewczyny, Nina była raczej niedoświadczona w miłości. Chociaż pozwoliła mu się pocałować – a nawet trochę więcej, sama prawie nie reagowała na pocałunki. Ulubieniec bogów przechodził bez przeszkód przez wszystkie miejsca, które inspirują wszystkich poetów i artystów wszystkich czasów i narodów, a Nina tylko uśmiechała się bosko:
„Co tam próbujesz? Daremny trud…”
Z jednej strony było to podobne do tego, co doktor Stein mówił o swoich wiedźmach. Z drugiej strony to nawet dobrze: o taką żonę nie musisz się martwić, że pojedziesz w podróż służbową, a w międzyczasie pomyli cię z listonoszem.
Potem Nina nabrała śmiałości i próbowała się całować. Leżał na sofie, a ona nagle wzięła i położyła się na górze. Było to tak niezręczne, że czuł się jak magik targowy, który przykładał do piersi kowadło i miał zamiar wykuć podkowy. A promienne oczy Niny błyszczały figlarną ciekawością.
„Co? Nie podoba Ci się to?” – uśmiechnęła się i nagrodziła go małym, zimnym pocałunkiem.
Później, gdy Nina chciała być pieszczona, zawsze stosowała własną, modernistyczną technikę – wspinała się, przygniatała ciężarem i delikatnie mruczała:
„Moja mała myszko... A dlaczego mnie taką niedobrą, pokochałeś, nieszczęśniku?”
A ulubieniec bogów jęczał niżej i myślał:
„Aha, oto miłość wierzchem doktora Steina”.
Oczywiście Nina nie pozwoliła na nic poważniejszego, ostrzegając z góry, że jest techniczną dziewczyną. A samymi pocałunkami nie zajedzie się daleko. Dlatego usta Borysa wkrótce spuchły od całowania. Potem pod wpływem jesiennego wiatru jego usta wypaczyły się i popękały, aż do krwi.
Pewnego razu ulubieniec bogów pocałował swoją boginię, aż poczuł na ustach słony smak własnej krwi. Nina leżała na sofie, opierając się na łokciach niczym sfinks. Jej duże szarozielone oczy, jakby szkliste, patrzyły gdzieś w pewien punkt, a jej na wpół otwarte usta po raz pierwszy tchnęły nieznaną tęsknotę, jakby kobieta w niej w końcu się obudziła. To było tak niezwykłe, że zapytał:
„Co z tobą?”
Nieznane światła w oczach dziewczyny nagle zgasły:
„Nic... Tak po prostu…”
Ale w duszy Borysa poruszyło się coś niedobrego. Wydawało mu się, że smak krwi obudził w Ninie to, co inni nazywają miłością. Potrząsnął głową – tfu, jeśli pójdziesz tą ścieżką, to dotrzesz nie tylko do wiedźm, ale i do wampirów. Po prostu naczytał się najróżniejszych bzdur i w rezultacie tego jest nadmiernie podejrzliwy.
Żeby pozbyć się tej podejrzliwości, Borys ponownie wszedł do czarnoksięskiej biblioteki Maksyma i natknął się na książkę „Witchcraft in Our Days” { „Czary w naszych dniach” }. Została opublikowana w Ameryce, a nawet w 1955 roku. Całkiem świeży materiał. Mimo że mamy już XX wiek, autor książki, Harold Gardner, dyrektor Muzeum Magii i Czarów w Castletown, z pewną dumą donosi, że sam jest czarownikiem! Potwierdza to autorka przedmowy, doktor antropologii i profesor egiptologii, panna Margaret Murray.
Poddawany próbom przez takie autorytety naukowe, XX-wieczny czarnoksiężnik najpierw powtórzył słynny i obiecujący cytat ze „Złotego osła” Apulejusza: „Wyjawiłem wam tajemnice, o których choć słyszeliście, to ich znaczenia nie zrozumiecie”.
Czarnoksiężnik Gardner napisał, że demoniczne moce „są dziedziczne i że charakterystyczne dla tej sztuki jest rozprzestrzenianie się w rodzinach”. Aby uniknąć penetracji przez szpiegów i infiltratorów, na członków kultu czarownic rekrutowano „tylko osoby tej samej krwi, to znaczy z rodzin czarownic”.
Święta Inkwizycja również uważała, że czary są kultem dziedzicznym i dlatego wraz z wiedźmami ich wiedźmińskie dzieci { ведьмачатa } często były wysyłane do innego świata. Czarownik Gardner skarżył się z urazą: „W roku 1718 w Anglii powieszono wiedźmę, panią Huck wraz z jej dziewięcioletnim dzieckiem, a w Castletown wraz z jedną wiedźmą spalono jej maleńkiego synka, tylko dlatego, że był synem wiedźmy”.
Profesor ds. ciemnych spraw, Malinin, przechadzał się w mundurze generała KGB po biurze Maksyma. Widząc, co czyta Borys, powiedział:
„Pamiętaj, że podczas Wielkiej Czystki, często aresztowano także całe rodziny. Zwłaszcza w przypadku głównych członków partii. Teraz rozumiesz, dlaczego sprzątali całe rodziny? I przyjrzyjmy się bliżej tym, którzy dzisiaj są na nas wściekli – tym wszystkim buntownikom, opozycjonistom, dysydentom, neotrockistom z „Ligi Praw Człowieka” czy neobierdiajewitom ze „Związku Chrześcijan Socjalnych”. Przecież większość z nich, to dzieci wielkich bolszewików, którzy zostali rozstrzelani podczas Wielkiej Czystki, a dzieci zostały niewystrzelane. A w pobliżu piekli się wnuk Litwinowa, a nawet córka samego Stalina”.
„Co teraz robicie z tymi legionistami?” – zapytał Borys.
„To zależy od okoliczności. Niektórych umieszczamy w szpitalach psychiatrycznych. A dla niektórych po prostu szukamy odpowiedniej pracy. Jak na giełdzie pracy”.
„Igor Wiktorowicz, od dawna chciałem zapytać Cię o bardziej szczegółową charakterystykę moich pracowników i współpracowników. Z twojej perspektywy czarnej socjologii”.
„To niewiele ci pomoże, Borysie Aleksandrowiczu. Aby zrozumieć ten problem, należy przestudiować „Protokoły sowieckich mędrców” i rozejrzeć się. Po prostu miej oczy i uszy otwarte, a usta zamknięte. Inaczej pokłócisz się z wieloma przyjaciółmi”. „Ogólnie rzecz biorąc, czy zorganizujesz mi «Lata nauki Wilhelma Meistera»?”
Generał-profesor wzruszył ramionami, a na jego naramiennikach błysnęły skrzyżowane topory służby technicznej 13 Wydziału KGB:
„Z tego powodu Apulejusz w swoim „Złotym Ośle” mówi tak: „Aby osiągnąć prawdziwą mądrość, trzeba najpierw znaleźć się w oślej skórze”.
Aby dotrzeć do tej mądrości, Borys dalej przechodził przez księgi. Słynny czarnoksiężnik Paracelsus tak podsumował swoją mądrość: „Wszystko, co na dole, jest równe temu, co na górze”. A poszukiwacz Boga, Mereżkowski, powtórzył tę formułę w podejrzanie podobny sposób: „Niebo jest na górze, niebo jest na dole… Wszystko, co na górze, jest wszystkim na dole. Jeśli rozumiesz, to dobrze. Na marginesie książki ktoś podsumował te mądrości czerwonym ołówkiem – 69.
Ale nauka jest nauką, a życie jest życiem. Któregoś dnia Nina założyła nowe kolczyki. Z wyglądu były to najzwyklejsze brązowe muszle, podobne do połowy orzecha. Rzucała się w oczy piękna złota oprawa i stara, drobiazgowa praca jubilerska.
Widząc zainteresowanie Borysa kolczykami, Nina odpięła jeden i położyła mu na dłoni:
„To pamiątka rodzinna. Też od mojej babci”.
Borys spojrzał na muszlę, odwrócił ją – i znów stanęły przed nim cienie przeszłości. Przecież jest to dokładnie taka sama muszelka, która w formie wisiorka została kiedyś skonfiskowana podczas aresztowania tej czartowskiej Zinaidy Gerszelewny, która teraz siedzi na strychu księcia Syberii.
Wtedy Maksym odpowiedział, że jest to żuk skarabeusz, przedstawiający chrząszcza gnojowego, symbol przesilenia i cyklu życia w starożytnym Egipcie. Potem był używany jako tajny symbol przez członków niektórych tajnych stowarzyszeń. Później stał się tajnym symbolem tajnych kultów dianicznych, którym oddawały się wiedźmy. Borys ponownie odwrócił skorupę. Tak, wygląda podobnie do tego kobiecego symbolu, który zwykle maluje się na ścianach toalet.
Później, gdy Borys służył w Nowym Jorku, jakimś cudem natknął się na całą witrynę w sklepie z antykami, wypełnioną odznakami wszelkiego rodzaju tajnych stowarzyszeń, gdzie błyszczały symbole władzy, śmierci i chwały, przeplatane wizerunkami kozła, stojącego na tylnych kopytach, z rogami i ogonem, a z jakiegoś powodu także ze skrzydłami. Wśród tych starych i zakurzonych pamiątek leżała dokładnie taka sama muszelka w obramowaniu. Właścicielem sklepu był jakiś stary Żyd i Borys zapytał go, co to za muszla.
„Żuk” – odpowiedział krótko właściciel.
Lecz kiedy Borys zaczął pytać, co to za żuk, stary Żyd nagle się rozzłościł i ze złością zatrzasnął witrynę.
A teraz taka sama zagadkowa muszla-skarabeusz jest w rękach sowieckiej dziewczyny, Niny. Znów jakaś tajemnica.
A Nina jakby celowo dolewała oliwy do ognia. Idzie z Borysem ulicą. Przez ulicę biegnie pies. Najzwyklejszy pies i to nawet nierasowy. Nina patrzy na tego psa promiennymi oczami i mówi marzycielsko:
„Wiesz, Borkin, kocham psy bardziej niż ludzi”.
Każdy inny by się tylko roześmiał. Ale Borys ponownie wszedł do czarnej biblioteki Maksyma, gdzie znajdował się indeks na każdą okazję. Jeśli chodzi o miłość do psów, zalecano zapoznanie się z traktatem uczonego inkwizytora, Henriego Bogueta „Rozprawy o czarach”, które zostały przedyskutowane w 1590 r. i gdzie sprawę zinterpretowano w następujący sposób:
„Claudine Bobin, młoda panna, w której głowie panowała patologiczna próżność, oczywista monomaniaczka, która za wszelką cenę chciała być w centrum uwagi opinii publicznej. Claudine przyznała podczas przesłuchania, że w nocy wraz z matką poleciała na miotle na sabat czarownic.”
Tam panna Claudine kopulowała z diabłem pod postacią psa. Aby ocalić jej grzeszną duszę, biedna Claudine została skazana na stos.
W innej książce podano, że wiedźmy kręcą miłość nie tylko z psami, ale także z własnymi ojcami. Potwierdza to taki autorytet, jak dr Freud, nazywając to często podświadomym kompleksem Elektry.
W tym samym czasie Borys przypomniał sobie, jak Nina, już dorosła kobieta, nieustannie, jak dziecko, wspina się na kolana ojca. A na ulicy zawsze idzie z nim ramię pod ramię, i również afiszuje się z tym. A kiedy Nina jest z Borysem, ojciec wydaje się być zazdrosny i zawsze kręci się pod bramą, czekając, aż córka wróci do domu.
Borys zajrzał do indeksu na „Kompleks Elektry”. Istnieje nawiązanie do trylogii Mereżkowskiego „Chrystus i Antychryst”, w której podany jest następujący opis sabatu czarownic:
„W odosobnionych miejscach zaczęły się miłosne igraszki – córki z ojcami, bracia z siostrami, kot z dziewczynką, pokryty sierścią inkub z bezwstydnie szczerzącą zęby zakonnicą”.
Mereżkowski pisał, że Cezar Borgia zabił własnego brata z powodu kazirodczej żądzy do własnej siostry, madonny Lukrecji, a rzymski papież Aleksander Szósty, ojciec Cezara i Lukrecji, również został oskarżony o to, że był przepełniony ”potwornym pożądaniem” do swojej córki i dlatego otruł wszystkich jej mężów.
Pewnego razu Borys przyprowadził Ninę do domu, gdy jej rodzice już spali, a ona zaprosiła go do swojego pokoju na herbatę. Ale Akaki Pietrowicz, jak stary zazdrośnik, wypełzł z ciepłego łóżka, ubrał się, zawiązał krawat i dołączył do przyjęcia herbacianego. Wydaje się, że dla przyzwoitości. Zamiast cukru wrzucił do kubka trzy tabletki przeciw melancholii. A Borys, przeczytawszy o truciznach Borgii, usiadł i mimowolnie pomyślał: och, oby jego przyszły teść nie podrzucił mu do kubka czegoś paskudnego.
Czasami Borys próbował analizować swoje uczucia. Jest w tym niebezpiecznym wieku, kiedy człowiek zaczyna poważnie niepokoić się o założenie rodzinnego gniazda. Miał wiele przelotnych znajomości – ciepłych i słodkich, trochę smutnych lub zabawnych, które miło było później wspominać. Tak jak noc tysiąc i druga z francuską Lizą. Ale to wszystko nie było poważne.
Były też dwie wielkie, prawdziwe miłości, gdy człowiek traci głowę – tak rozpoznaje się prawdziwą miłość. I teraz znów poczuł to samo słodkie i ospałe uczucie. Oznacza to, że Nina jest jego trzecią wielką miłością. I może ostatnia wielka szansa w tej loterii zwanej życiem. Jak widać nie bez powodu mówi się, że miłość jest ślepa.
Nina głupio mówi, że jest czarownicą. A on naczytał się różnych bzdur. I komu z nich wierzyć? Średniowieczna inkwizycja i papież Innocenty VIII mówią jedno. Powtarza to radziecka inkwizycja i czerwony papa Maksym Rudniew. Jednak ojciec psychoanalizy, żydowski papa Freud, twierdzi coś zupełnie innego.
Papa Freud autorytatywnie zapewnia, że nie ma żadnych czarownic, że to wszystko są opowieści starych bab i że zaburzenia psychiczne powstają na skutek tego, że dziecko dostało klapsa w nieodpowiednim momencie, zostało lekko uderzone, upuszczone lub niewłaściwie wychowane. Ponadto papa Freud mówi, że jeśli dana osoba ma psychozę z powodu urojeń seksualnych, wystarczy puścić hamulce, dać tej osobie wolność – i wszystko będzie dobrze.
Komu z nich wierzyć? Współczesnemu papie Freudowi czy średniowiecznemu papieżowi Innocentemu VIII? I co to ma wspólnego z Niną? W końcu patrząc na nią, trudno wyobrazić sobie zdrowszą kobietę.
Wieczorem po pracy Nina przyszła do jego mieszkania. Z policzkami zarumienionymi od zimna, pachnącymi świeżym powietrzem i błyszczącymi oczami. Ulubieniec bogów spojrzał na swoją boginię i powiedział w zamyśleniu:
„Wiesz, o czym teraz myślałem?”
„O czym?”
„Zdobyłaś mnie z takim wysiłkiem. I nagle przyszedł mi do głowy głupi pomysł...”
„Jaki?”
„Powiedzmy, że gdybyś mnie później zdradziła… innej bym przebaczył. Wiesz, dziesięć kobiet rzuciłem, dziesięć kobiet mnie rzuciło. Ale kocham cię jak boginię. I nigdy bym ci tego nie wybaczył”.
„I co wtedy?” – Nina uśmiechnęła się.
Wziął ze stołu małego czarnego Browninga:
„To także pamiątka rodzinna. Mój brat zastrzelił żonę tym pistoletem”.
Bogini wstała w milczeniu, wzięła torebkę i ruszyła w stronę drzwi. Dogonił ją i objął ramionami:
„Dokąd ty?”
„Puść mnie” – powiedziała cicho. Jej twarz pobladła, spuściła oczy.
„Co się z tobą dzieje?”
„Nic… Właśnie zdałam sobie sprawę, że nigdy nie będziemy mężem i żoną”.
„A to dlaczego?”
„Przecież mówiłam Ci, że mam wielką miłość, bardzo wielką... I boję się, że to silniejsze ode mnie, że to może się powtórzyć... Ale ty tego nie zrozumiesz... Puść…”
Unikała spotkania jego wzroku. W jej głosie słychać było smutne zmęczenie.
„Puść…” – powtórzyła. Potem, jakby szukając oparcia, nagle przycisnęła twarz do jego piersi.
„Zrozum, chcę cię kochać... Chcę!”
„Więc o co chodzi?”
„Zrozum, chcę być jak wszystkie... Ale nie jestem jak wszystkie...” „Kochanie, co się z tobą dzieje?”
Ale Nina tylko pokręciła głową i milczała. Bez względu na to, jak bardzo ulubieniec bogów próbował pocieszać swoją boginię, cały wieczór został zmarnowany. Próbował ją rozbawić, ale ona myślała o czymś innym i odpowiadała niewłaściwie. Potem nagle wzięła małego Browninga, który leżał na stole, obróciła go w dłoniach i powiedziała cicho:
„Wiesz, czasem sama mam ochotę umrzeć… Ale nie chcę, żeby inni do mnie strzelali”.
Nina przez całą drogę do domu uparcie zachowywała milczenie. Dopiero przy samej bramie powiedziała z lekkim wyrzutem:
„Gdybyś wiedział, jak często płaczę w nocy…”
Spojrzał jej w oczy, ale były suche. Latarnie uliczne kołysały się na wietrze. Gałęzie drzew kołysały się. Rozmazane cienie wędrowały po twarzy dziewczyny. Uściskał ją i pocałował. Ciało dziewczyny było spokojne i obojętne, jakby całował ją nieznajomy.
„Dzisiaj znowu nie zasnę” – szepnęły zimne usta. – „Dlaczego to powiedziałeś... Dlaczego?!”
* * *
Wszystko zaczęło się od tego, że Ostap Ogłojedow postanowił uczcić swoją ni to miedzianą ni to cynową rocznicę ślubu. Otóż zorganizował domową imprezę, na którą zaprosił wszystkich swoich znajomych z radia „Liberty”.
Na potrzeby takiej uroczystości, Ostap wyciągnął nawet z kufra swój cenny frak, symbol pięknego życia. A potem wesoło zaśpiewał swoje ulubione ballady o uczciwych oszustach.
Wszystko było w porządku, dopóki dynamitowa Dina się nie upiła. Potem nagle spojrzała na Ostapa i mówi:
„A kim on jest? Przecież to nie człowiek, tylko puste miejsce”.
„Już jest napita” – powiedział ponuro Ostap. – „Zamulona”.
Goście byli ostrożni, czując, że szykuje się kolejny skandal. A Dina spokojnie mówiła dalej:
„Nawet nie wiem, kim on jest. Udaje Rosjanina. A kiedy trzeba było dołączyć do radia „Liberty”, upierał się, że jest z kryptożydów {с прожидью}. Pewne jest to, że jest obrzezany. Albo skarży się, że był w obozie, albo przechwala się, że sam więził ludzi. Albo bełkocze o kobietach, a potem mówi, że zajmował się pederastią, tylko dla sportu. W końcu całe jego życie jest kompletnym kłamstwem”.
„Jestem po prostu człowiekiem kreatywnym i mam bujną wyobraźnię” – usprawiedliwiał się Ostap, poprawiając frak. „Wziąłem ją dla frajdy, ale ona nie zdaje sobie z tego sprawy. Ech, lanza-dritsa hop-sa-sa!
Aby zagłuszyć żonę, Ostap zaproponował wspólne zaśpiewanie nowej piosenki kryminalnej. A Dinę zaatakował duch niezgody. Spojrzała na męża tępymi oczami i krzyknęła:
„Przecież to jakiś były przestępca. I na sam jego widok robi mi się niedobrze”.
„Dina, nie podważaj mojego autorytetu” – perswadował Ostap. – „W tym właśnie bieda: gdy tylko się upije, wszystkie te bzdury uderzają jej do głowy”.
Dina kołysała się z boku na bok i rozprawiała:
„A przecież ja mam jeszcze dwóch mężów. I to nie fałszywych, ale prawdziwych. I ich dzieci”.
„Zamknij spluwaczkę! – krzyknął Ostap i uderzył pięścią w stół.
Ale dynamitowa Dina nie zatrzymała się i wyjawiła wszystkie rodzinne tajemnice. Okazuje się, że jej poprzedni mężowie w czasie wojny wyjechali za granicę i obecnie zajmowali się amerykańską propagandą, jeden w radiu „Głos Ameryki” w Waszyngtonie, drugi w radiu „Liberation” w Monachium. Obie te stacje radiowe były ściśle powiązane z amerykańskim wywiadem Si-Aj-Ej, co zgodnie z prawem sowieckim uznawano za zdradę stanu.
Potem Ostap się wystraszył i zaczął zapewniać, że Dina po prostu oszalała, że dwóch jej dziadków było alkoholikami i się powiesiło, a jej trzeci mąż był pisarzem i rzucił się pod tramwaj.
„Ona ma po prostu urojenia” – krzyknął Ostap. – „Przecież ma schizofrenię – rozdwojenie jaźni. A jej matka terrorystka ma paranoję. I to samo dotyczy wszystkich dzieci. Wyrodki! Wszyscy mają w głowach zniekształcenie-paralaksę. Dlatego Dina jest kapusiem, kiedy jest pijana. A wszyscy jej mężowie nie są lepsi!”
„Ulżyło ci?” – powiedziała Dina. Im bardziej wzburzony był Ostap, tym spokojniejsza stawała się jego żona.
„Moi prawdziwi mężowie piszą teraz nawet do mnie listy. Wzywają mnie do Ameryki”.
„To amerykańscy szpiedzy!” – krzyknął Ostap.
„Och, po prostu zabiorę się i pojadę do Ameryki” – Dina westchnęła rozmarzona.
„Tak, głupia, wsadzą cię za to do durdomu!” – Ostap złożył ręce. – „A jednocześnie wszystkich twoich wyrodków. A potem zabiorą się także za mnie. I będę tam puchnąć jak mała fasolka. Nie, widzę, że muszę wyrwać się z tego domu wariatów. I to jak najszybciej”.
Goście siedzieli i z dezorientacją patrzyli w stronę drzwi. Ostap wykonał szeroki gest, zwracając uwagę gości:
„Towarzysze, bądźcie świadkami – biorę rozwód! I to natychmiast. Od tej chwili nie jesteśmy mężem i żoną, ale byłym mężem i byłą żoną. Więc tak zarejestrujcie”.
„Nigdy nie byłeś moim mężem” – powiedziała cicho była żona. „Przede wszystkim jesteś fikcyjnym mężem. Po prostu... było mi cię żal... przygarnęłam cię. W końcu całe życie chowasz się pod kobiecymi spódnicami. Maskujesz się, jak wilkołak. Ale sam od siebie nie uciekniesz, nie możesz się ukryć”.
Uroczystość została zrujnowana, i goście rozeszli się przedwcześnie. A Ostap syknął do swojej byłej żony:
„Czy zdajesz sobie sprawę, kim są ci goście i współpracownicy? Przecież to wszystko są gady czystej krwi! Zazdrośnicy, pochlebcy, donosiciele. W końcu nie zatrudnią ani jednego przyzwoitego człowieka do naszego biura. Wszyscy powinni siedzieć w więzieniu. Poza tym, wszystkiego mi zazdroszczą. Ponieważ jestem wśród nich najbardziej utalentowany”.
Usiedli przy pustym stole, dojadając i dopijając resztki uczty.
„Przecież te sukinsyny śpią i zastanawiają się, jak mnie wpędzić do grobu” – wkurzał się były mąż. – „A ty dajesz im takie atuty do rąk. Przecież teraz przybiegną do domu i od razu zaczną na mnie donosić”.
„Sam powinieneś rzadziej zajmować się donosami” – zauważyła była żona. – „Dlatego wszędzie widzisz donosy”.
Radio „Liberty” nadało wiadomość dnia:
„Wiecie, nasz Ostap ożenił się ze strachu, a teraz ze strachu się rozwodzi”.
Ostap siedział przy swoim biurku w dziale scenariuszy, ssał butelkę mleka i pomrukiwał ponuro:
„Mój wrzód znów szaleje. Lekarze mówią, żeby się nie martwić. A jak się nie martwić? Mój żołądek jest pełen kwasów i zasad, dranie. Ech, nasza branża jest niebezpieczna. Gorzej niż kopalnie ołowiu”.
Po rozwodzie Ostap wynajął gdzieś pokój i podał wszystkim swój nowy adres. Od tego czasu życie Ostapa stało się tajemnicą. Szukają go pod nowym adresem – nie ma. Szukają pod starym adresem – tam też nikogo nie ma.
Tymczasem Ostap nadal mieszkał ze swoją rozwiedzioną żoną. Ale teraz w roli kochanka. Kiedy przyszli przyjaciele, Ostap ukrył się w małej szafie. Znajomi oczywiście współczuli porzuconej żonie:
„A jak ci, moja droga, żyło się z takim łajdakiem? W końcu jest to łotr najwyższej jakości. Przecież ma wypisane na twarzy, jaką jest mroczną osobowością. Recydywista!”
Były mąż siedział skulony w szafie i starał się nie oddychać. A była żona siedziała przy sztalugach i malowała modernistyczne obrazy, równie niezrozumiałe i zagmatwane jak ich życie.
„W końcu to prawdziwy złodziej” – oburzali się znajomi. „Od wszystkich pożycza pieniądze i nie oddaje ich, jak kieszonkowiec. Dziwię się, dlaczego radio „Liberty” zatrudnia takich oszustów?”
Słuchając tego wszystkiego, Ostap pocił się w swojej szafie i ciężko parskał. A modernistyczna artystka, naśladując Picassa, wyciskała farby z tubek bezpośrednio na płótno i intensywnie mazała je starym kuchennym nożem.
Wtedy ci sami znajomi przychodzili do pracy Ostapa i zniżając głos, mówili:
„Wiesz, twoja żona już jest...”
„Co jest?”
„Ale ona ma już faceta”.
„Skąd to wiecie?”
„Więc...tak to... Ktoś siedzi w jej szafie i cały czas parska. I chrząka jak świnia w oborze”.
I tak Ostap żyłby ze swoją rozwiedzioną żoną-kochanką, gdyby nie zdarzył się jeden drobny incydent. A wszystko zaczęło się, jak zawsze, od czystej bzdury, od starszej pasierbicy o imieniu Tania.
Choć Tania miała piękne imię, sama była wyjątkowo nieapetyczną dziewczyną, z wystającymi zębami, a ponadto zezem w obu oczach. Ostap zapewniał, że ma też inne wady wewnętrzne. Słabo się uczyła, dlatego została przeniesiona do szkoły dla niepełnosprawnych, skąd wkrótce uciekła i została tym, co w Ameryce nazywa się hipiską.
W ZSRR tych hipisów oficjalnie nazywano pasożytami społecznymi i nieudacznikami, a oni sami nazywali siebie demokratami i bojownikami o wolność i prawa człowieka. I zachowywali się jak amerykańscy hipisi. Za Stalina takich ludzi leczono pracą w koncłagrach, ale teraz, w ramach liberalizacji, uważano ich za idiotów i umieszczano w szpitalach psychiatrycznych.
To właśnie do takich sowieckich hipisów przyłączyła się zezowata Tania. Brała nawet udział w jakiejś demonstracji protestacyjnej pod pomnikiem Puszkina, gdzie poznała słynną poetkę, Natalię Gorbaniewską. Ta modernistyczna poetka słynęła z przeklinania po męsku, słowami nie do druku, i została opublikowana w podziemnym Samizdacie. Trafiła więc do sądu, gdzie zapytano ją, skąd ma dzieci, skoro nie jest mężatką. Poetka odpowiedziała na to tak bogatymi wulgaryzmami, że trudno to powtórzyć na papierze.
Wszechwiedzący Ostap powiedział:
„A ja wiem, skąd u niej dzieci – robione palcem”.
Wszystko szło mniej lub więcej dobrze, aż nadszedł czas dla Tani, kiedy zaczyna się to, co nazywa się miłością. Na początek Tania założyła pamiętnik, w którym zapisywała wszystkie swoje najskrytsze przeżycia, mając nadzieję, że pewnego dnia opublikuje go w „Samizdacie”. Chociaż Tania starannie ukrywała ten pamiętnik, mama Dina oczywiście wiedziała o wszystkim, co tam napisano.
I wtedy pewnego dnia mama zobaczyła w tym pamiętniku szczegółowy i pełen łez opis tego, jak jej córka... została zgwałcona!? A sprawcą tego był nie kto inny jak neochrześcijanin Serafin Allilujew, niedawno zwolniony z domu wariatów, a teraz pomagający Natalii Gorbaniewskiej w sprawach Samizdatu.
Gwałt został opisany z tak artystycznymi szczegółami, że dynamitowa Dina eksplodowała i pobiegła ze skargą do radia „Liberty”. Skarżyła się na Ostapa, którego oskarżano o pośredni współudział i uległość, gdyż zabrał Serafina do ich domu i pił z nim, w wyniku czego wydarzyła się cała tragedia.
Ze strachu Ostap podniósł się i zawył:
„Bzdury! Pomyje na oleju roślinnym a nie zupa! Nawet gdyby Serafin chciał kogoś zgwałcić, nie jest do tego zdolny. Przecież wszyscy wiedzą, że to minetczyk. Tańka po prostu chce zostać zgwałcona – więc fantazjuje na papierze. Wszystko to jest oszczerstwem. Żądam badań lekarskich!”
Biedną Tanię zaciągnięto do lekarza i okazało się, że naprawdę ma wszystko całe i zdrowe. Aby oczyścić swój honor i reputację, Ostap zażądał nawet specjalnego zaświadczenia z podpisami i pieczęciami w tej sprawie. I przekonywał, że defektów u Tani należy szukać nie tam, gdzie patrzą, ale w jej głowie. Ale nie można tak łatwo zajrzeć do głowy, zatem ta kwestia pozostała niejasna.
Po takim publicznym wstydzie Tania naturalnie posmutniała. Przez całe dnie zamykała się w swoim pokoju, nigdzie nie wychodziła i z nikim nie rozmawiała. Po prostu leżała na sofie i patrzyła w ścianę.
„To ona ma depresję” – powiedział Ostap. – „Zupełnie jak u mamy”.
Wtedy Tania postanowiła popełnić samobójstwo i połknęła jakąś paskudną rzecz, co jej nie zabiło, ale wywołało straszliwe zamieszanie, czego prawdopodobnie chciała.
„Ona się truje” – powiedział Ostap. – „A mnie boli brzuch”.
Potem wydarzyło się coś jeszcze bardziej romantycznego. Znowu coś opartego na miłości. Ale nikt nie wiedział co dokładnie, bo Ostap przysięgał i przysięgał, że nie mieszka już ze swoją byłą żoną i nic nie widział ani nie słyszał.
Właściwie nie wydarzyło się nic szczególnego. Przecież pisarze ciągle piszą, że ich bohaterka oszalała z miłości. I to samo z biedną Tanią. Ogólnie rzecz biorąc, w wyniku tego wszystkiego została zabrana i umieszczona w szpitalu psychiatrycznym. Do tego samego durdomu, w którym wcześniej naprawiano mózgi Serafina Allilujewa, Walerego Tarsisa, Josifa Brodskiego i innych pracowników „Samizdatu”, którego znający się na rzeczy ludzie nazywali „Semizdatem”.
Dowiedziawszy się, że jego pasierbicę umieszczono w domu wariatów, Ostap się zaniepokoił:
„To i mnie do wariatkowa zapudłują” – powiedział. – „Wynoś się, zanim będzie za późno!”
I Ostap pospiesznie uciekł od swojej byłej żony-kochanki. Tym razem już ostatecznie i nieodwołalnie.
Siedząc w pracy, drapał się łapą po brzuchu i narzekał:
„Och, mój wrzód mówi, że to wszystko źle się skończy”.
I wrzód nie zawiódł Ostapa. Kiedy jego pasierbica została wypisana ze szpitala psychiatrycznego, szybko stało się jasne, że znalazła się, jak to mówią, w ciekawej sytuacji. Cóż, Ostap oczywiście został zapytany:
„Więc zaszła w ciążę w wariatkowie?”
„Tak, najwyraźniej znalazła tam odpowiedniego partnera”.
„Ale jak ją stamtąd wypuścili?”
„Zgodnie z prawem” – wyjaśnił Ostap. – „Na urlop macierzyński”.
W rozmowę wtrącił się Serafin Allilujew, jako ekspert ds. szpitali psychiatrycznych: – „Czy wiesz, jaka jest różnica między szaleńcem a psychopatą? Szaleniec wie na pewno, że dwa plus dwa równa się pięć. A psychopata podejrzewa, że dwa plus dwa równa się cztery, ale zawsze martwi się, dlaczego nie pięć”.
Dowiedziawszy się o zbliżającym się powiększeniu rodziny, wybuchowa Dina chciała pochopnie pozwać szpital psychiatryczny za zaniedbanie opieki nad córką. Ale Ostap odradził jej:
„Lepiej się nie wychylaj. Inaczej wsadzą was tam wszystkich”.
I tak Ostap Ogłojedow stał się kimś w rodzaju dziadka.
„No cóż, Ostapie Ostapowiczu, jak tam leci?” – pytali go.
„Źle” – wzdychał dziadek Ostap. – Mały czarcik Tańki ma cztery palce u nóg, a nie pięć. Zupełnie jak u Stalina. To znaczy, spodziewaj się więc kłopotów.
„Cztery czy pięć?” – mruknął Serafin Allilujew. – „Kogo to obchodzi? Ten problem niepokoi tylko psychopatów”.
Mówią, że jeśli z kobietą jest coś nie tak, to wystarczy, że wyjdzie za mąż, a jeszcze lepiej, urodzi dziecko, a wszystko od razu się unormuje. Jednak w przypadku Tani ten przepis nie pomógł.
Po urodzeniu chochlika z czterema palcami, okresowo popadała w depresję i ponownie mówiła o samobójstwie. Wtedy matka Diny wsiadała z córką do taksówki i wiozła ją do szpitala psychiatrycznego. I tak Tania znikała na kilka miesięcy, a babcia Dina opiekowała się swoim czteropalczastym chochlikiem i opowiadała przyjaciołom, że Tania wyjechała do kurortu.
Nie był to jednak koniec działalności Tani, a dopiero początek. Znajomi Tani z „Sem-izdata” wyniuchali, że Tania znów siedzi w wariatkowie i opublikowali to w swojej neotrockistowskiej „Kronice” wydarzeń politycznych, że Tania została umieszczona w wariatkowie jako dysydentka, ponieważ nie zgadzała się z reżimem sowieckim. Co więcej, celowo użyli jej nazwiska po jej własnym ojcu – Tania Borman, wiedząc, że w niektórych miejscach to pomoże.
Tę „Kronikę” przeczytała wiedźma Doka, agent Si-Aj-Ej w spódnicy, i szturchnęła swojego jewrykańskiego {евриканского } męża-wilkołaka: „Hej, spójrz, waszych zamykają!”
Wszyscy korespondenci jewrykańscy w Moskwie również się zaniepokoili. Jeśli ktoś nie wie, co to jest, to jest to socmodernizm i nowy sowiecki neologizm. Tak nazywano wszystkich amerykańskich korespondentów w Moskwie.
Zaraz potem sprawa biednej Tani trafiła do międzynarodowej prasy. Obok tak znanych bojowników o wolność i prawa człowieka w ZSRR, jak akademik Sacharow, Sołżenicyn, Andriej Amalrik, Piotr Jakir, Paweł Litwinow, a nawet sama Swietłana Stalina. Tak więc, siedząc w wariatkowie, Tania, nie wiedząc o tym, stała się międzynarodową gwiazdą.
Mówią, że słynna poetessa Natalia Gorbaniewska, wycharczała z tego powodu trzypiętrową nieprzyzwoitość. Prawdopodobnie z zazdrości o sławę Tani. A jeden modernistyczny poeta napisał następujące serdeczne wiersze o Tani:
Dziewczyna idzie po Placu Czerwonym!
Plac Czerwony idzie po dziewczynie!
Kto? Kogo? Bij parabellum –
Po oszalałym! Wej, wej – bij, lej!!!
Bij parabellum – po odurniałym!
– po zwariowanym!
– po ogłupiałym!
Wej wej! – tylko mnie nie lej.
Wkrótce przyjaciele Tani z Samizdatu dokopali się do pamiętnika Tani, gdzie opisywała swój gwałt i opublikowali go w podziemnym magazynie „Feniks”, organie Moskiewskiego Związku Młodych Geniuszy – SMOG. W notatce redakcyjnej wyjaśniono, że jest to ozdobna proza i tajne pismo oraz że Tania w rzeczywistości została zgwałcona przez reżim sowiecki.
Za pośrednictwem amerykańskiej wiedźmy, Doki Zalman, w torbie kuriera dyplomatycznego ambasady amerykańskiej w Moskwie, pamiętnik Tani przedostał się do emigracyjnego wydawnictwa STN, które pracowało za pieniądze amerykańskiego wywiadu i gdzie pracował STN-ista i wiedźmin Koka Bondariew, ojciec wiedźmy Doki. W ten sposób pamiętnik Tani wkroczył na arenę międzynarodową. Mówią, że poluje na niego już kilka dużych wydawnictw Eureka, planując zrobić z niego kolejny bestseller.
Oczywiście wszystko to dotarło do uszu prawdziwego ojca Tani, który teraz pracował w radiu „Głos Ameryki”. Po tym „Głos Ameryki” długo wylewał łzy w związku z nieszczęsną Tanią Borman, która walczyła o wolność i prawa człowieka w ZSRR i która z tego powodu trafiła do szpitala psychiatrycznego. A amerykańskie radio „Wyzwolenie”, zgodnie ze swoją nazwą, bezpośrednio zażądało uwolnienia Tani z durdomu.
W wyniku takiej ogólnoświatowej reklamy, wzburzył się cały legion międzynarodowy: całe 37% doktora Kinseya, 50% inteligencji, 75% prasy; wszystkie demony i chochliki, wszyscy schizofrenicy i paranoicy, wszystkie wiedźmy i wiedźmini, wszystkie diabły i diabełki, wszystkie wilkołaki i gobliny; wszyscy członkowie, kandydaci, towarzysze podróży i sympatycy tej partii, której nazwa brzmi Legion; wszyscy cudacy i dziwacy typu CH-S, typu P-L, typu W-U-J, typu G-J i tak dalej, i tak dalej.
Jeśli ktoś nie wie, co to za typy, to jest to sowiecki socmodernizm, to także rodzaj pisarstwa tajnego, ozdobna proza i neologizmy – to po prostu skrótowe, niedrukowalne przekleństwa, które zachodni moderniści, za błogosławieństwem Sądu Najwyższego USA, teraz używają bez skrótów. Chodzi o to, żeby zachodni moderniści nie powiedzieli, że my, Rosjanie, jesteśmy do tyłu z duchem czasu i nie wiemy, co jest co.
Przecież wielki poszukiwacz prawdy, Dostojewski, napisał kiedyś: „Rosja powie jeszcze światu swoje nowe słowo”
. Cóż, tutaj mówimy światu to nowe słowo, które nazywa się socmodernizm.
W ogóle przez biedną Tanię na cały świat wzniósł się taki wrzask i krzyk, taki zgiełk, gwizdy i pohukiwania, takie szaleństwo i zaćmienie słońca, że nie da się tego opowiedzieć w bajce ani opisać piórem. Cóż, to tak, jakby szatan i antychryst i wszystkie złe duchy znajdujące się pod ich kontrolą uwolniły się z łańcuchów. Czysty dzień zagłady. Albo narodził się nowy antychryst.
Jednak nie ma w tym nic specjalnego. To samo wydarzyło się, gdy Lew Tołstoj na starość napisał swoją małą, ale znaczącą opowieść o szaleńcach, „Sonatę Kreutzerowską”, która zagrzmiała na całym świecie. A wcześniej, choć już dawno napisał „Wojnę i Pokój”, cały świat nie chciał go znać. I nawet nie dali mu nagrody Nobla.
Tak czy inaczej, dla Ostapa Ogłojedowa, który uwielbiał porównywać się z Lwem Tołstojem, sława Tani przyniosła jedynie smutek i ból brzucha.
„Wiedziałem o tym” – westchnął dziadek Ostap. – „Przecież mówiłem ci, że czteropalczasty chochlik Tańki przyniesie same kłopoty. Zupełnie jak Stalin.
Zbliżała się rocznica radia „Liberty” i Ostap Ogłojedow, wśród innych pracowników, został nagrodzony niklowaną podstawką pod szklankę z napisem „Bądź zdrowy!” Ostap położył ją na stole i pił z tej szklanki mleko, które stosował jako antidotum na wszelkiego rodzaju dolegliwości i wrzody żołądka.
Niedługo potem Ostap dostał ataku. Leżał rozłożony na brudnej podłodze i jęczał:
„Ach, zawał serca... Ach, to choroba zawodowa wszystkich inteligentnych ludzi…”
Lekarze odkryli jednak, że miał zapalenie wrzodu żołądka. Podczas gdy Ostap wracał do zdrowia w szpitalu, uchwyt na kubek z napisem „Bądź zdrów!” kurzył się samotnie na jego biurku.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści