...Podlegasz... straszliwej klątwie potomności w tym życiu – ziemskim.
Z klątwy patriarchy Tichona
Ponieważ zawsze jest więcej grzeszników niż świętych, to w Domu Cudów, w którym mieścił się projekt specjalny „Związek Zawodowy Świętych i Grzeszników”, było też więcej grzeszników niż świętych. Mówią, że jednym z tych świętych był Bartłomiej Jakowlewicz Kukaracza. On sam upierał się, że jest także wielkim męczennikiem, cierpiącym za swoją sprawę.
W ciągu dnia Bartłomiej pełnił obowiązki rysownika – karykaturzysty w Domu Cudów. I muszę powiedzieć, że był utalentowanym artystą, a jego życie było dość karykaturalne. Bartłomiej zwykle spędzał noce na alkoholu i tak się upijał, że naśladując zielonego węża, zaczynał czołgać się na czworakach. Tak również mówiono w Domu Cudów – noce św. Bartłomieja.
Bartłomiej pił tylko wódkę. Często pił w godzinach pracy, twierdząc, że wódka dezynfekuje organizm i pomaga w procesie twórczym. I naprawdę mu to nie przeszkadzało; wręcz przeciwnie, karykatury okazywały się jeszcze bardziej karykaturalne.
Kiedy Bartłomiej musiał pracować w godzinach nadliczbowych lub w pośpiechu, czasem przez całą noc, stawiał tylko jeden warunek – litr wódki na koszt państwa. Rano zastawali uczciwie wykonaną pracę, pusty litr i śpiącego Bartłomieja. Zamiast podpisu w swoich rysunkach przedstawiał w rogu małą buteleczkę z napisem 40° i obgryzionym ogonem śledzia.
Choć Dom Cudów uznawany był za jeden z obiektów wojny psychologicznej, choć mówią, że to wojna psycholi, cudaki z Domu Cudów żyły w miarę cicho i spokojnie. A czasami nawet i wesoło.
Tej wesołości oczywiście bardzo sprzyjały wszelkiego rodzaju rozweselające napoje. Dlatego też, aby mieć pod ręką wypitkę, prezes Domu Cudów, Borys Rudniew zawsze trzymał w swoim biurku dwie butelki.
Jedna z butelek miała dziwny kształt, przypominający granat przeciwpancerny, i miała kuszące zagraniczne etykiety przedstawiające najróżniejszych szlachetnych ludzi i stwierdzające, że naczynie zawiera prawdziwą, starą szkocką whisky, którą pił kiedyś sam król Jerzy. Druga butelka została wykonana z prostego zielonego szkła bąbelkowego i nie zawierała żadnych reklam.
Prezes nie ukrywał, że w drugiej butelce znajdował się najpopularniejszy domowy bimber. Pierwszą butelkę tego bimbru podarował swoim przełożonym były kucharz Waśki Stalina i przechwalał się tym w Niedorobiewie. Odtąd każdy niedorobiony {недоделок} z Niedorobiewa {Недодёлкино}, przychodząc do swego naczelnika, taszczył za pazuchą butelkę samogonu, który pędzono w Niedorobiewie pod każdym dachem.
Któregoś dnia prezes wyjął obie butelki, dał Bartłomiejowi szansę na podziwianie ich wyglądu, po czym zaprosił go do powąchania zawartości:
„Wybierz, z której chcesz nalać”.
„No cóż, oczywiście whisky” – zdecydował Bartłomiej. – „Od razu widać, że to napój królewski”.
„To jest tylko dla dobrych przyjaciół” – powiedział prezes, hojnie nalewając pełną szklankę od herbaty z wybrzuszonej butelki. Trzeba powiedzieć, że Bartłomiej po prostu nie znał innych przyborów. Wtedy Borys nalał i sobie małą szklaneczkę z plebejskiej butelki.
„A ty co, samogon pociągasz? – zapytał rysownik.
„Ze względów patriotycznych” – wyjaśnił prezydent. – „Ponieważ jestem osobą oficjalną, to rozumiesz…”
Bartłomiej nalał sobie whisky do gardła i chrząknął:
„Uch, czysty ogień! Fantazja!”
„Krzyżowcy też pili taką whisky” – powiedział prezes. – „W jednej ręce miecz, a w drugiej butelka whisky”.
„No dalej, dolej jeszcze troszkę” – poprosił Bartłomiej.
„Smaczysz jak król Jerzy” – pochwalił prezes, nalewając artyście whisky i powoli popijając swój samogon.
„Świetny bimber robisz” – zdziwił się Bartłomiej. – „Nawet ja też nie mogę takiego. Ech, jego przeklętego musisz pić w ten sposób: zamknij oczy, zatkaj nos i szybko do gardzieli. A potem trzeba jeszcze wodą zapić”.
„Taka jest moja polityka” – wyjaśnił prezes – „aby nie stracić autorytetu przed masami”.
„Tak, kto wypije taką truciznę i nie krzywi się, daleko zajdzie” – powiedział Bartłomiej.
Początkowo Borys chciał po prostu naśmiać się z Bartłomieja – i zmienił zawartość butelek. Ale wkrótce sława prezydenckiej whisky rozprzestrzeniła się po całym Domu Cudów i dotarła do uszu Sosji Isajewicza Gilruda. Komisarz Domu Cudów przyszedł do swojego prezesa i również chciał spróbować whisky króla Jerzego.
„Mmmm… dostawca dworu Jego Królewskiej Mości” – Sosja przeczytał z etykiety, wąchając szkocką butelkę rosyjskiego samogonu. „Mmmm… co za bukiet! I pachnie dymem. Wszystko jest tak jak powinno być”.
Choć Sosja uchodził za konesera wyśmienitych trunków, on także stał się ofiarą formalistycznej reklamy. Wypiwszy szklankę, oblizał wargi i cmoknął językiem:
„Hmmm, królewski napitek! Dla koneserów. Czy wiesz jak powstaje ta whisky?
„Trochę” – powiedział prezydent.
„Jest zrobiony ze specjalnego owsa” – komisarz wykrzywił usta. – „W specjalnych glinianych garnkach. Następnie dojrzewa w specjalnych dębowych beczkach. Cóż, wszelkiego rodzaju tajemnice produkcyjne”.
Ale prezes Domu Cudów wiedział doskonale, że cała tajemnica tego samogonu polegała na tym, że warzono go z otrębów i wszelkiego rodzaju odpadów, używając zardzewiałych beczek po benzynie zamiast destylatora.
Te eksperymenty dały prezesowi radosną myśl. Jeśli trzeba było pozbyć się gościa, który zasiedział się zbyt długo, Borys częstował go magicznym napojem króla Jerzego. Nikt nie mógł odmówić kuszącej buteleczce. A potem nikt nie pozostawał w biurze dłużej niż pięć minut. Wszyscy biegli do toalety, żeby przepłukać usta. Jedynym wyjątkiem był Bartłomiej, który bezboleśnie znosił wszystko, łącznie ze spirytusem, denaturatem i spirytusem drzewnym.
W Domu Cudów tak przyzwyczaili się do wszelkiego rodzaju cudów, że nikt się niczemu nie dziwił i nikt w nic nie wierzył. Tym samym Bartłomiej Jakowlewicz Kukaracza zapewniał, że jest krewnym słynnego hrabiego Witte i że w czasie okupacji niemieckiej, gdy przebywał w Kijowie, Niemcy omal go za to nie powiesili. A inni mieszkańcy Kijowa mówili, że sami go uratowali z gestapo, gdzie był więziony jako pół-Żyd. Bartłomiej kategorycznie zaprzeczał swojej żydowskiej połowie, twierdząc, że jest to złośliwe oszczerstwo.
„W końcu tylko Rosjanie piją tak jak ja!” – powiedział. Po zakończeniu wojny Bartłomiej przyjął adoptowane żydowskie dziecko, którego rodzice zostali rozstrzelani przez hitlerowców w Babim Jarze. No cóż, mówiono, że to głos krwi. A Bartłomiej mówił, że to z litości. Tak czy inaczej, wszyscy uważali Bartłomieja za dobrego człowieka.
W ramach kary za przebywanie pod okupacją niemiecką, Bartłomiej nie został zarejestrowany w Moskwie. I zamiast mieszkać z Pasternakiem w Przerobiewie, przyszło mu żyć w Niedorobiewie. Musiał zamieszkać razem z innymi nieudacznikami z moskiewskiej bohemy, których tak nazywano – niedorobionymi z Niedorobiewa.
Mały i pulchny, z kręconymi rudawymi włosami i orlim nosem, Bartłomiej zapewniał, że w młodości zdobywał nagrody w boksie i skoku wzwyż. Poza tym, po wypiciu lubił przechwalać się swoimi sukcesami u kobiet. A w domu miał żonę Manieczkę i troje dzieci. Manieczka była taka mała, chuda i udręczona, jakby wiecznie umierała z głodu. A dzieci były tak brudne i obdarte, jakby nie miały ani ojca, ani matki.
Wątła, jak jesienny kurczak, Manieczka upierała się, że jest córką słynnego generała, który został zlikwidowany podczas Wielkiej Czystki. A Bartłomiej upierał się, że jest człowiekiem świętym, który żyje tylko dla swojej żony i dzieci. Manieczka narzekała, że Bartłomiej wszystko przepija. Wtedy Bartłomiej skarżył się, że pije, bo nie chce mu się wracać do domu.
„Jest nas pięcioro i przepijam dokładnie jedną piątą mojej pensji” – argumentował. – „Czy to nie sprawiedliwe?”
Sam Bartłomiej mówił o swoim najstarszym synu, że jest dzieckiem adoptowanym. A sąsiedzi plotkowali o dwójce pozostałych dzieci, zdziwieni, że one jak dwa groszki w strąku nie wyglądają jak Bartłomiej, ale jak zadarty nosek, niebieskooki i jasnowłosy Stiopka, który mieszkał obok i często przychodził do Manieczki rąbać drewno lub pomagać jej w pracach domowych, podczas gdy jej mąż pije w tawernach. Trzeba przyznać, że Bartłomiej nie zwracał najmniejszej uwagi na te plotki.
Po zapoznaniu się z tym wszystkim, prezes Domu Cudów postanowił pomóc Bartłomiejowi. Stawiając na stole pełną butelkę whisky króla Jerzego, Borys rozłożył ręce:
„Słuchaj, jesteś niezwykle utalentowanym człowiekiem. To dlaczego twoje życie jest takie nieudane?”
„Nie wiem” – westchnął Bartłomiej.
„Przecież jesteś człowiekiem w kwiecie wieku…”
„Oczywiście” – zgodził się Bartłomiej i wlał sobie do gardła szklankę whisky. Potem poklepał się po grubym brzuchu i wygiął klatkę piersiową w koło od wozu.
„Po prostu brakuje ci zdolności organizacyjnych” – stwierdził prezes. – „Ale jeśli podejść do tej sprawy rozsądnie, to…”
I Borys zaczął opisywać Bartłomiejowi czekającą go świetlaną przyszłość, rozkwit jego talentu i beztroskie życie w otoczeniu zakochanych w nim piękności.
„Jak to zrobić? – zainteresował się rysownik.
„Bardzo prosto. Musisz rozwieść się z Manieczką. W końcu to nie żona, a karykatura. Poza tym, tak między nami, twoje dzieci za bardzo się od ciebie różnią. Ty masz orli nos, a dzieci mają zadarte nosy”.
„No cóż, to szczegóły formalne”.
„Prawdziwy artysta powinien być wolny jak wiatr” – wzburzył się prezydent. – „A wtedy polecisz jak orzeł. Wtedy jeszcze mi podziękujesz”.
Wieczorem pijany w dym Kukaracza włóczył się po Niedorobiewie i przechwalał się wszystkim, których spotkał, że rozwodzi się z żoną i zaczyna nowe życie. Aby uczcić to radosne wydarzenie, udał się do miejscowej knajpy i zorganizował tam ogólnonarodową imprezę alkoholową.
Tymczasem Manieczka została już poinformowana o czekającym ją losie i podjęła własne kroki. W samym środku picia, zadartonosy Stiopka, który pomagał Kukaraczy w sprawach rodzinnych, wpadł do knajpy i krzyknął rozpaczliwie:
„Ludzie mili, Manieczka się otruła!”
Natychmiast otrzeźwiawszy, jak kryształ, Kukaracza podskoczył i pobiegł do domu. Tam, zebrawszy wszystkich sąsiadów, Manieczka publicznie się truła. A raczej trzymała w dłoni torebkę tabletek nasennych i ostrzegała, że zaraz się otruje. A sąsiedzi próbowali ją od tego odwieść.
Gdy tylko Kukaracza pojawił się w pokoju, Manieczka zaczęła połykać pigułki. Potem głośno ochęła i achnęła, splotła dłonie tak, że pigułki posypały się na wszystkie strony i zwaliła się na podłogę. W tym samym momencie u drzwi zatrąbiła karetka, którą wezwał Stiopka.
Następnego dnia, niczym uczeń, który nie odrobił pracy domowej, Bartłomiej unikał spotkania z prezesem, a nawet odmówił przyjęcia whisky króla Jerzego.
„Manieczka tak mnie kocha” – wymamrotał – „że będę musiał dalej z nią cierpieć. Taki jest los wszystkich świętych ludzi – cierpieć”.
Od tego czasu Bartłomiej zaczął pić jeszcze więcej niż wcześniej. Następnie, jak mówiono w Domu Cudów, święty Bartłomiej wpadł pod autobus. Prezydent ponownie postanowił pomóc swojemu rysownikowi i zdobył skądś opatentowane tabletki antyalkoholowe o nazwie „Antobus”. „Barachło!” – Bartłomiej powiedział lekceważąco. – „Gdyby ten autobus działał, nie byłoby alkoholików”.
„Spróbuj” – poradził potomek Czyngis-chana. – „Boisz się?”
„Ja się niczego nie boję” – odpowiedział rysownik. – „Piłem nawet alkohol lotniczy – goniliśmy go z antyfryzu”.
Wziął dwie tabletki Antobusu i połknął.
„Ech, jak landrynki!” { монпансье! }.
Wieczorem potomek Czyngis-chana zasiadł w jadalni, która pełniła funkcję swego rodzaju klubu, i grał na pianinie „Modlitwę Dziewicy”. Wypychając brzuch do przodu, Bartłomiej wszedł z butelką wódki w dłoni. Spodziewając się przyjemności, nalał sobie kieliszek wódki, wypił ją i mruknął:
„Ech, przedezynfekujmy…”
Po skończeniu „Modlitwy Dziewicy” potomek Czyngis-chana obejrzał się i przeraził. Twarz Bartłomieja była ciemnoburaczana, a oczy przekrwione, jakby miał zaraz dostać udaru. W tym momencie sam rysownik wyczuł, że coś jest nie tak i jak kula wpadł do toalety, krzycząc:
„Chyba wpadłem pod autobus!”
Przez kolejne trzy dni Bartłomiej prawie w ogóle nie wychodził z toalety. Potwierdzą to wszyscy cudacy z Domu Cudów. Krążyły pogłoski, że nawet nie wrócił do domu, a noc spędził także w toalecie. W każdym razie, gdy pracownicy Domu Cudów przyszli do pracy, Bartłomiej już tam siedział i jęczał:
„Co za przeklęty autobus... Cóż za kpina z człowieka... Ten wynalazca powinien zostać powieszony za…”
Przez drzwi pytali go:
„No i jak ty tam? Żywy? Zdrowy?”
„Na wpół żywy, na wpół zdrowy” – jęknął Bartłomiej. – „Nie życzę tego najgorszemu wrogowi... Co za przeklęty autobus!”
To były chyba jedyne trzy dni w życiu artysty, kiedy obył się bez wódki. Potem pił jak poprzednio i podgadywał:
„Lepiej uczciwie umrzeć od wódki, niż od jakiegoś świństwa”.
Pomimo przyjaźni z zielonym wężem, a może właśnie z jego powodu, Bartłomiej Jakowlewicz Kukaracza uchodził za jednego z najlepszych rysowników Związku Radzieckiego.
* * *
Czasami kierującemu specjalnym projektem „Związek Zawodowy Świętych i Grzeszników” trudno było ustalić, gdzie u niego święci i gdzie u niego grzesznicy.
Oprócz świętego Bartłomieja w Domu Cudów kręcił się jeszcze jeden kandydat do świętości – katakumbowy chrześcijanin, Zarem Wołkow, który jest także arcymistrzem ZSRR w szachach, a nawet w grze z zawiązanymi oczami. Za każdym razem, gdy u Zarema zaostrzała się mania prześladowcza, rzucał pracę i aby się jakoś wyżywić, przychodził do Domu Cudów, gdzie czasami z litości kupowano od niego wszelkiego rodzaju artykuły propagandowe.
Pewnego razu prezydent Domu Cudów zapytał:
„No cóż, Zarem, co u ciebie nowego?”
„Więc, wszystko jest takie samo – śledzą”.
„Słuchaj, komu jesteś tak potrzebny, żeby cię śledzić?”
„Ech, po prostu tego nie wiesz. Niedawno kobieta zaprosiła mnie na kolację. A potem zaprasza i do łóżka. Uh-uh, myślę, że to nie kobieta, ale pułapka. Szybko jej podziękowałem i wyszedłem. Widzisz – oni śledzą!”
„Byłbym szczęśliwy, gdybym był tak obserwowany” – powiedział Borys.
„Mają oczy, a nie widzą” – powiedział ze smutkiem arcymistrz z zawiązanymi oczami. – „Więc niewiele widzisz. Jeszcze niedawno chciałeś pomóc Bartłomiejowi, ale wszystko potoczyło się odwrotnie. A dlaczego – nie wiesz”.
„Dlaczego?”
„To niesie ze sobą klątwę patriarchy Tichona” – powiedział cicho chrześcijanin z katakumb. – „To tajemnica świętych i grzeszników. Ale jesteś dobrym człowiekiem, litujesz się nade mną, to zdradzę ci ten sekret. Więc, popatrz sam. Przecież ojciec Manieczki był ważnym generałem i został rozstrzelany podczas Wielkiej Czystki. Nie rozumiesz?”
„Nie bardzo”.
„Widzicie, mają uszy, a nie słyszą”. Przecież skoro ojciec Manieczki był w 1935 roku ważnym generałem, to znaczy, że był generałem rewolucyjnym, czyli człowiekiem umazanym krwią od stóp do głów. I tylko grzesznicy mogliby coś takiego zrobić. Zapłacił więc za swoje grzechy. W końcu mój ojciec był ważnym komunistą i także został rozstrzelany podczas Wielkiej Czystki. Za swoje grzechy. I ja płacę za jego grzechy. Ale zrozumiałem to i łatwiej jest mi dźwigać swój krzyż. Czy wiesz, co powiedział patriarcha Tichon?
„Co?”
„U szczytu rewolucji, 19 stycznia 1918 r., pokorny patriarcha Moskwy i Wszechrusi, Tichon, publicznie rzucił anatemę na bolszewików. A w tekście tego przekleństwa są takie słowa, słuchaj uważnie…
„Opamiętajcie się, szaleńcy, zaprzestańcie swoich krwawych represji. Przecież to, co robicie, jest nie tylko okrutnym czynem, to jest naprawdę szatański czyn, za który podlegacie ogniu gehenny w waszym przyszłym życiu – życiu pozagrobowym i straszliwej klątwie waszego potomstwa w teraźniejszości – ziemskim życiu.”
Katakumbowy chrześcijanin opuścił głowę.
„Jak widać, ta klątwa się spełniła. Rodzice zostali rozstrzelani, a ich dzieci także w obecnym – ziemskim życiu noszą przekleństwo potomstwa. I ja niosę. I Manieczka niesie.
„A co z Bartłomiejem?”
„I on odpowiada za grzechy swoich przodków – za grzechy antychrysta. Dlatego pije: ucieka od siebie – i nie może. Ale generalnie skłania się mniej więcej ku świętym. Ale to jest przebiegły święty”.
„W czym że ta jego świętość – w wódce?”
„Panie Boże, czy nadal nie widzisz? Przecież ma jedno adoptowane dziecko, a dwoje innych – wszyscy wiedzą, że są ze Stiopki. W praktyce jego małżeństwo jest czystą fikcją. I karmi cudze dzieci, o czym doskonale wie”.
Arcymistrz ZSRR z zawiązanymi oczami podsumował:
„W zasadzie Bartłomiej podąża tą samą drogą, co mnisi. Ale ponieważ jest trochę Żydem, jest trochę przebiegły. Poza tym, jeśli są tam grzechy, to są to grzechy Manieczki. Mówiąc o grzechach, musimy zawsze zaczynać od kobiety. Dlatego Biblia mówi, że pierwszym grzechem jest grzech Ewy. Ale nawet z pomocą Stiopki nic dobrego nie narodzi się z Manieczki, ponieważ na niej ciąży anatema patriarchy Tichona. Będą kolejni niedorobieni z Niedorobiewa.
Chrześcijanin z katakumb wzruszył ramionami:
„Dlatego święty Cyprian mówi, że kobieta jest narzędziem, którego diabeł używa, aby zawładnąć naszymi duszami”. A Ojciec Kościoła, Tertulian, wprost mówi, że kobieta jest bramą piekła. I nawet Nietzsche potwierdza, że kobieta jest drugim błędem Pana Boga.
„A jaki był pierwszy błąd?”
„No, na przykład, Bartłomiej”.
„Dobrze” – powiedział Borys. – „Dlaczego Bartłomiej upiera się, że jest krewnym hrabiego Witte’a?”
„W sensie przenośnym tak – są swego rodzaju krewnymi. Hrabia Witte był żonaty z Żydówką. Takie samo małżeństwo mieszane, jak Bartłomieja. Nawiasem mówiąc, hrabia Witte był prominentnym członkiem tych tajnych stowarzyszeń, które nazywają siebie humanistami, podczas gdy inni nazywają ich satanistami. W tym miejscu szatan wącha antychrysta”.
Prezes „Związku Zawodowego Świętych i Grzeszników” odchylił się na krześle i spojrzał Zaremowi w oczy. Oczy mistrza w grze na ślepo były w jakiś sposób bezbarwne i wydawały się lekko mętne. Ale te oczy widziały to, czego inni nie widzą. Ekscentryk, ale jego mózg jest jak komputer.
Jakby czytając w jego myślach, człowiek-komputer uśmiechnął się z poczuciem winy:
„Kiedy powiedziałem ci, że uciekam przed kobiecymi pokusami, oczywiście pomyślałeś, że jestem jakiś nienormalny lub szalony. Ale najpierw musisz wiedzieć, przed jaką to kobietą. To nie jest tylko kobieta, ale kobieta-pułapka. Dlatego nie uważam nawet za grzech nazywać ją po imieniu, aby inni wiedzieli. To jest francuska Liza”.
„Ta, która kłamie, że jest wnuczką senatora carskiego?”
„Nie, ona tu nie kłamie. Jej dziadek rzeczywiście był senatorem królewskim. Ta sama historia, co hrabia Witte. Widzisz, Żydzi często mieszają się ze zdegenerowaną arystokracją i zgniłą inteligencją. W ten sposób oni tak jakby kradną geny inteligencji, a potem uciekają z powrotem do żydostwa. I oni zajmują się tymi figlami – miglami już tysiące lat. Stąd wychwalana żydowska inteligencja, choć w rzeczywistości są to po prostu skradzione geny”.
Katakumbowy chrześcijanin pouczająco podniósł palec:
„Jeśli otworzysz Biblię, zobaczysz, że słynny żydowski król Dawid był pasterzem i rozpoczął swoją karierę od grzechów sodomskich z królem Jonatanem, synem króla Saula, patrz Druga Księga Samuela, 1:26. Zatem król Dawid został królem, że tak powiem, tylnymi drzwiami. A najmądrzejszy żydowski król Salomon był synem tego samego sodomistycznego króla Dawida i matki – Hetytki, Batszeby. Oznacza to, że najmądrzejszy żydowski król Salomon, ściśle mówiąc, nie był Żydem, ale pół-Żydem, pół-rasą. I dziwny zbieg okoliczności: radziecki mistrz szachowy Spasski jest pół-Żydem, a amerykański mistrz szachowy Fischer również jest pół-Żydem. Ale dlaczego oni wszyscy nie są czystymi Żydami, ale pół-Żydami?
W oczach radzieckiego mistrza z zawiązanymi oczami błysnęło światło:
„Jeśli się temu przyjrzeć, wielu Żydów, a zwłaszcza żydowska inteligencja, tylko myśli, że są Żydami, lecz w rzeczywistości są tylko mieszańcami, grzesznymi mieszańcami ze wszystkich tych krajów, w których Żydzi przebywali przez cztery tysiące lat. W ten sposób Żydzi niejako wzięli na swoje plecy grzechy całego świata. A potem dziwią się, że nie są lubiani i narzekają na antysemityzm”.
Katakumbowy chrześcijanin potrząsnął z wyrzutem głową-komputerem:
„Pozbawieni korzeni kosmopolici. Podobnie jak Agasfer. Jak ten zamaskowany marsjanin z opowiadania Siniawskiego „Fents”. A dysydent Siniawski jest pół-Żydem, a jego partner Daniel jest Żydem. I doskonale wiedzą, co to za marsjanie: To oni sami siebie portretują. Przecież Lenin i Kiereński też byli takimi marsjanami. Albo takie bajstruki jak Hitler i Roosevelt. Dlaczego wszystkie dzieci Stalina wymieszały się z Żydami? Potem Lenin, Stalin, Hitler i Roosevelt organizują wojny światowe i rewolucje, a miliony normalnych, zdrowych i niewinnych ludzi zabijają się nawzajem… Z jakiego powodu? Dlaczego?”
Aby przenieść rozmowę na inny temat, prezes „Związku Zawodowego Świętych i Grzeszników” zapytał:
„No dobrze, ale dlaczego francuska Liza jest taka niebezpieczna?”
„Tak, ponieważ jej rodzice byli bierdiajewcami, którzy modlą się o sojusz szatana i antychrysta. Z tego rzekomo rodzą się ludzie-bogowie lub bogowie-ludzie. Jest to jednak diabelskie oszustwo. W rzeczywistości rodzi to wszelkiego rodzaju diabelskich ludzi i ludzkich diabłów, wszelkiego rodzaju wiedźmy i wiedźminów. I oto Liza jest taką wiedźmą.
„Naprawdę?” – Borys był żartobliwie zaskoczony.
„Tak, tak. Ale takie czarownice są rekrutowane przede wszystkim przez wszelkiego rodzaju przebiegłe agencje. Dlatego i Liza była zadaniowaną { можно-герл КГБ } dziewczyną KGB. Takie czarownice wsuwa się do męskich łóżek, aby poddać ich freudowskiej psychoanalizie. A teraz mam podejrzenia, że Amerykanie zwerbowali Lizę do operacji „Czarny Krzyż”.
„A to jeszcze co takiego?”
„To tajemnica wojskowa wojny psychologicznej. Wiesz, Amerykanie mnie obserwują, ale ja też ich obserwuję”.
Kiedy Zarem Wołkow odszedł, prezes „Związku Zawodowego Świętych i Grzeszników” siedział i myślał: „Więc zastanów się, gdzie są święci i gdzie są grzesznicy? Gdzie są radośni grzesznicy i gdzie przebiegli święci? Gdzie jest arcymistrz ZSRR i to nawet w grze z zawiązanymi oczami – i gdzie jest szaleniec, i to nawet z manią prześladowczą?”
* * *
Czasami Borys wjeżdżał do domu pod złotym kogutem i przeglądał „Protokoły mędrców radzieckich”, w których rzekomo przechowywano klucze do poznania dobra i zła, rozsądku i szaleństwa, życia i śmierci. Ogólnie rzecz biorąc, radziecki podręcznik poświęcony satanologii. Dla odwrócenia uwagi niektórzy mówią o Wyższej Socjologii i dialektycznym chrześcijaństwie.
Jak przystało na Tomasza Niedowierzającego, Borys patrzył na to wszystko dość sceptycznie. Dlatego dla zabawy, przeglądając nudne „Protokoły mędrców sowieckich”, czasami szperał w sprawach naczelnika 13 Wydziału KGB. W ten sposób natknął się na żółtą teczkę z aktami doktora Otto Jona.
Kiedy w 1954 r., szef zachodnioniemieckiego kontrwywiadu, dr Otto Jon, nagle przeszedł na stronę sowiecką, była to ogólnoświatowa sensacja. Cały świat był zdumiony i łamał sobie głowę: jak to się mogło stać, że główny strażnik wielkiego mocarstwa nagle sam okazał się zdrajcą? Co to za diabelstwo?
Sprawa Jona przypominała komedię teatralną. Były naczelnik zachodnioniemieckiego kontrwywiadu po prostu gościł u swoich sowieckich kolegów w NRD, którzy przyjmowali go bardzo serdecznie. Otto organizował wystawne konferencje prasowe, na których wypowiadał się nie ze strachu, ale ze względu na sumienie – i publicznie ujawniał wszystkie zachodnie tajemnice.
A prasa zachodnioniemiecka tymczasem, z perspektywy czasu, spuściła na niego wszystkie psy: że Otto był pijakiem, narkomanem, homoseksualistą, sukinsynem i wcale nie człowiekiem, ale Bóg wie czym. Wei-wei-wei, ale jak to się stało, że nie widzieliście tego wcześniej?
Pozostając na Wschodzie, niespokojny Otto wkrótce zatęsknił za Zachodem i niczym beztroski turysta wrócił do domu. Radzieccy gospodarze nijak nie zatrzymywali gościa. Nawet na Zachodzie funkcjonariusze kontrwywiadu są za takie sztuczki bardzo surowo karani. Ponieważ jednak Otto nie był zwykłym śmiertelnikiem, ale szefem kontrwywiadu, demokratyczny Sąd Najwyższy Niemiec Zachodnich wydał na niego uderzająco demokratyczny wyrok: taki, jaki zwykle wydaje się drobnym kieszonkowcom. Wkrótce został całkowicie zwolniony z więzienia. Za dobre zachowanie. Zdrada stanu – i komedia!
Ale jakim sposobem pederasta, narkoman i pijak, histeryk i psychopata został szefem niemieckiego kontrwywiadu? I dlaczego dostał tak zadziwiająco łagodny wyrok? A obok dokument z 13 Wydziału, że Otto Ion był nie tylko pederastą, ale także członkiem jakiejś tajnej partii, która na Zachodzie pełni niemal taką samą rolę jak w ZSRR – Partia Komunistyczna.
Sądząc po materiałach znajdujących się w żółtej teczce, 13 Wydział znał wszystkie sekrety i tajemnice Otto Iona już dawno temu. Nawiasem mówiąc, brat Otto Jona został powieszony w 1944 roku za udział w spisku przeciwko Hitlerowi, co oznacza, że jest dziedzicznym spiskowcem. Chociaż Otto Jon był pederastą, miał żonę, Żydówkę, Lucie Manen. Uciekł jednak nie ze swoją żoną Żydówką, lecz w dwójkę ze swoim przyjacielem. Dokładnie w ten sam sposób angielscy dyplomaci-pedriki Burgess i Maclean, którzy okazali się sowieckimi szpiegami, uciekli w dublecie. McLean był także żonaty, a nawet miał dzieci.
Hmm, jak te pedriki się żenią? Specjaliści z Sekcji 13 wyjaśnili to bardzo prosto. Homoseksualiści w większości przypadków naciągają się nie w tyłek, a w usta {не в зад, а в рот}, dlatego powstały tak znane przekleństwa jak „ch...ssacze” i „je...i w usta”. A kiedy ci homo się żenią, poślubiają dziewczyny wprawione w minecie z francuskich dowcipów, które robią loda – i pociągają swoje żony ustami. I dzieciaki też takie wychodzą. I potem mówią – robione palcem.
W żółtej teczce wspomniano także o sensacyjnej sprawie szpiegowskiej „Czerwona Kapela” i najsłynniejszym szpiegu II Wojny Światowej, Rudolfie Resslerze. Przez całą wojnę ten Ressler działał w kobiecym stroju i pod żeńskim imieniem Lucy. Oznacza to, że jest też w pewnym sensie szalony. Na marginesie widnieje notatka z ręki naczelnika 13 Wydziału KGB: „Dlatego filozofowie mówią, że diabeł jest piątą kolumną wszystkich stuleci i narodów”.
Ale najbardziej interesującą rzeczą w sprawie Jona było to, że ta sprawa była w jakiś sposób powiązana z Towarzystwem Przyjaźni Radziecko-Niemieckiej w Berlinie Wschodnim, a to stowarzyszenie z kolei było w jakiś sposób powiązane z przebiegłym Domem Agitpropu i Domem Cudów, gdzie Borys był teraz prezesem specjalnego projektu „Związek Zawodowy Świętych i Grzeszników”.
Prezydent Domu Cudów zatrzasnął żółtą teczkę. „Och, najwyraźniej nie bez powodu generał- arcybiskup Pitirim obiecał, że w tym Domu Cudów będzie jakaś czarna magia, której ja, Borys, nawet nie zobaczę”.
Pewnego razu profesor ciemnych spraw, Malinin, spotykając Borysa w domu pod złotym kogutem, mrugnął konfidencjonalnie:
„Borysie Aleksanyczu, ponieważ zostałem ci przydzielony w roli swego rodzaju korepetytora lub wychowawczyni klasowej {классной дамы}, pozwól, że zapytam: jak ci idzie z czarną socjologią?”
„Wiesz, Igorze Wiktorowiczu, kiedy miałem około 22 lat, aby podnieść swój poziom kulturowy, postanowiłem na poważnie przeczytać Dostojewskiego. Wziąłem „Nietoczkę Niezwanową”, czytam: jakaś nastolatka, która ciągle wpada w panikę i histerię, a potem rzuca się, by pocałować swoją przyjaciółkę księżniczkę. Całą noc leżą w łóżku i się całują”.
„Początek dojrzewania” – zauważył profesor mrocznych spraw. – „W tym samym czasie budzą się wszelkie psychozy. Zasadniczo jest to budząca się lesbijka”.
„Tak, ale wtedy studiowałem w instytucie przemysłowym, gdzie studiowało 5 tysięcy studentów. I przez całe 5 lat studiów nie pamiętam ani jednego przypadku homoseksualizmu”.
„Po prostu tego nie widziałeś. Bo nikt się do tego nigdy nie przyzna. A tym bardziej w czasach sowieckich, kiedy nie było to modne. Poza tym w wyniku rewolucji na uniwersytety przyszli zdrowsi ludzie, ci sami sowieccy ludzie nowego typu, homo sovieticus, o którym, zdaje się, miałeś napisać małą książeczkę”.
„Tak czy inaczej, chociaż Dostojewski uchodzi za wielkiego psychologa, po prostu miałem dość jego czytania – i rzuciłem. Więc wasza czarna socjologia też przyprawia mnie o mdłości”.
„To całkowicie naturalna reakcja normalnego człowieka” – podsumował profesor ciemnych spraw. – „Chinina także jest gorzka, ale to lekarstwo”. A teraz wykonajmy małe ćwiczenie praktyczne. Kiedy byłeś w Berlinie, poznałeś tam dwie Niemki – Margit i Annusz. Nawiasem mówiąc, to są agentki, dziewczyny do zadań specjalnych { можно-герлс }. Powiedz mi, co myślisz o tych młodych damach?
„Fascynujące stworzenia”.
„Niestety muszę cię rozczarować” – profesor Malinin uśmiechnął się kwaśno, jak dobrze wychowana dama z klasą. – „To dwie lesbijki”.
„Nonsens!” – wykrzyknął z pasją członek Towarzystwa Przyjaźni Radziecko-Niemieckiej: – „Co to za lesbijki, jeśli przespałem się z jedną z nich?!”.
„Otóż to, mają oczy, a nie widzą. Przepraszam za niedyskretne pytanie: zauważyłeś w jej miłości lekki francuski akcent?”
„Mmmmm... Tak, trochę…”
„No właśnie, to wszystko. To najpewniejszy znak homoseksualizmu – oralny erotyzm papcia Freuda. Z takimi kobietami można się bawić. Ale nie daj Boże, ożenić się. Taka kobieta zatruje całe twoje życie. To jest główna przyczyna większości nieszczęśliwych małżeństw, bolesnych rozwodów i ułomnych dzieci – i aż do dnia, w którym umrzesz, nie będziesz rozumieć, skąd to i dlaczego. Zatem Nietoczki Niezwanowe istnieją nie tylko na papierze, ale także w życiu”.
Profesor ciemnych spraw grzecznie, jak dama z klasą, pożegnał się i kontynuował swoje sprawy.
A Borysowi pozostał w duszy nieprzyjemny posmak. Och, najwyraźniej nie bez powodu czarnoksiężnik Apulejusz mawiał, że aby osiągnąć prawdziwą mądrość, trzeba najpierw znaleźć się w oślej skórze.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści