Cnotliwa żona jest koroną dla męża; ale ta, która go hańbi, jest jak zgnilizna w jego kościach.
Przysłowia Salomona. 12:4
Bez względu na to, jak bardzo ojciec Miller próbował wyswatać swoją córkę z Borysem Rudniewem, nic z tego nie wychodziło.
Chociaż u Niny, niczym na witrynie sklepu owocowego, rozsypały się w przyjemnej obfitości wszystkie kuszące owoce dojrzałej kobiecości, to jednak zachowywała się nieco niestosownie do sytuacji. Jak mała dziewczynka wspina się ojcu na kolana, potem piskliwym głosem fantazjuje o czystej miłości i przechwala się odrzuconymi adoratorami, po czym rzuca jakimś niedrukowalnym dowcipem i niewinnymi oczami szczerze przyznaje:
„Naprawdę lubię być niegrzeczna!” – i pokazuje czubek języka. Sąsiedzi patrząc na Ninę mówili:
„Och, co za urocza dziewczyna! Inne podnoszą rąbek i nakręcają miłość, zgodnie z powiedzeniem. A ta jest taka skromna, tak dobrze wychowana. Przyjemność dla rodziców”.
Jednak dom Millerów miał także swoje problemy. Jeśli Nina nigdy się nie zakochała, to na starość zakochał się tata Miller. Jak to mówią, siwizna w brodzie, a diabeł w żebrach.
I wyszło tak. Adam Abramowicz przyjął nową sekretarkę o imieniu Magdalena. A Nina wkrótce namówiła tę Magdalenę, aby wieczorami siedziała dla niej na kursach rysunku jako modelka. Nina zapewniała, że Magdalena będzie wspaniałą rubensowską kobietą.
Kiedy papa Miller zobaczył nagie szkice Magdaleny, które jego córka zrobiła w kolorze soczystej czerwieni, i to w dodatku niemal naturalnej wielkości, również upodobał sobie rubensowskie kobiety. Mimo sędziwego wieku zakochał się po uszy w Magdalenie i teraz chodził jak nieswój.
Niemal codziennie przybiegał do radia „Liberty”. Podobno do córki. A tak naprawdę, popatrzeć na Magdalenę. W każdym razie tak powiedziała Nina, która była z tego nawet trochę dumna.
Potem w domu Millerów miała miejsce mała rewolucja. Rodzinne łóżko rodziców było prowizoryczną własnoręcznie wykonaną konstrukcją w rogu pokoju gościnnego, czymś w rodzaju dwóch zsuniętych kanap w kształt kątownika, jakiego używają murarze. Wcześniej mama i tata spali jak cyrkiel, głowa do głowy. Teraz jednak, na znak protestu, odwrócili się do siebie nogami.
Przez cały dzień Milicja Iwanowna wzdychała z urazą i brała tabletki na ból głowy. A Akaki Pietrowicz siedział przygnębiony na swoim zapadniętym zielonym krześle i zażywał jakieś pigułki na melancholię. Nina biegała pomiędzy tatą i mamą, lecz oni nie rozmawiali ze sobą i nie wiedzieli, co robić.
Aby jakoś rozładować napiętą atmosferę w domu, Akaki Pietrowicz czasami zapraszał Borysa Rudniewa do odwiedzin. Po prostu jak przyjaciela domu. Czasami przyjacielowi domu wydawało się, że papa Miller zaprasza go celowo: aby obudzić śpiącą królewnę, która spóźniała się z przebudzeniem. Ale śpiąca królewna nie spieszyła się z przebudzeniem, a przyjaciel domu nawet nie wiedział, kogo właściwie odwiedza: córkę czy mamę i tatę?
Drzwi do pokoju, w którym spała Nina, były zamknięte tak starannie, jakby znajdował się tam warsztat fałszerzy monet.
„Mam tam straszny bałagan” – wyjaśniła śpiąca królewna.
Jesienią w domu Millerów pojawili się nowi ludzie. Agnessa Iwanowna przyjechała do Milicji Iwanowny z prowincji, z córką Katią, która była prawie w tym samym wieku co Nina.
„Kto to jest, siostra mamy?” – zapytał Borys.
„Nie, tylko znajomi” – odpowiedziała Nina. Jednak później okazało się, że gośćmi z prowincji były ciocia i kuzynka Niny. Wydawało się, że Nina jest albo nieśmiała, albo nie lubi swoich krewnych. Z powodu kalekich bioder jedna z nóg Agnieszki Iwanownej była znacznie krótsza od drugiej i z trudem kuśtykała po pokoju, opierając się na grubym kiju z gumową końcówką i ciągle zahaczając się o krzesła i dziury w starym dywanie na podłodze.
„Co jej się stało?” – zapytał ze współczuciem przyjaciel domu.
„Skrzywienie kręgosłupa” – odpowiedziała niechętnie Nina. – „Upadła. Kiedy była dzieckiem”.
„A gdzie jej mąż?”
„Przepadł bez wieści… na wojnie…”
„Ale córeczka bardzo sympatyczna” – pochwalił przyjaciel domu. – „Tylko dlaczego zawsze patrzy w bok, kiedy mówi?”
„Po prostu ucieka wzrokiem” – parsknęła kuzynka Nina. – „Ponieważ ma zeza”.
„Nina, wstydź się!” – wtrącił się Akaki Pietrowicz, który drzemał w swoim fotelu. – „Tak, wczoraj obiecałem Katii mój aparat, a ty zabrałaś go ze sobą. Dlaczego to robisz?”
„Tak, bo sama robiłam zdjęcia”.
„Przecież w aparacie nie ma filmu. Dlaczego kłamiesz?”
„Jeśli tak mówię, to znaczy, że tak jest!” – córka uparcie potrząsała lokami.
„Ściema” – mruknął cicho ojciec, jakby do siebie.
Nina wydęła urażona policzki. Przez chwilę coś nieprzyjemnego przemknęło przez jej twarz. Potem poszła do swojego pokoju i trzasnęła drzwiami.
Aby przezwyciężyć niezręczną ciszę, jaka zapadła, gdy zaczęli rozmawiać o zdjęciach, Borys poprosił o pozwolenie na obejrzenie rodzinnego albumu ze zdjęciami, który leżał na komodzie.
Oto zdjęcie Akaki Pietrowicza w młodości. Niezwykle przystojny młody człowiek. Śliczny jak cherubin. Nawet trochę słodki. Ale oczy są zmęczone i smutne. Jakby już urodził się tym samym śpiącym flegmatykiem co teraz, kiedy siedzi i kiwa głową na krześle. To tak jakby jego krew była zmęczona.
Potem było rodzinne zdjęcie Milicji Iwanowny: duża rodzina kupiecka o ponurych twarzach. Już w młodości Milicja Iwanowna była tą samą ropuchą, co teraz. Ale jasne jest, że jest potężną kobietą. I oczy jak sowa. A jak tej ropusze udało się złapać takiego cheruba?
Po odwróceniu kilku kolejnych stron Borys zobaczył fotografię, która wydała mu się znajoma. Mężczyzna w mundurze wojskowym z czasów rewolucji. Na głowie ma burzę włosów, opadającą na ramiona, jak u ojca Machno. Urodziwy jak czort, a oczy jak gwoździe. Dziwak siedział, jedną rękę położył na zakrzywionej kaukaskiej szabli z bogatymi srebrnymi wytłoczeniami, a drugą ręką trzymał ogromnego mausera w drewnianej kaburze. Na Mauzerze była wyraźnie widoczna mała tabliczka znamionowa z zagiętym rogiem, co oznaczało Honorową Złotą Broń Rewolucyjnej Rady Wojskowej.
„Kto to jest?” – zapytał Borys.
„A to był taki bohater Pieriekopu” – odpowiedział sennie Akaki Pietrowicz. – „Kiedyś, w młodości, opiekował się Milicją Iwanowną. I tak trafił do albumu”.
„Ja też go trochę znałem” – powiedział Borys. – „Mieszkaliśmy wtedy obok. W pobliżu Parku Piotrowskiego”.
Album ułożony był chronologicznie, niczym kronika rodzinna. Na następnej stronie znajdowało się kilka fotografii bardzo pięknej młodej kobiety. Na początku ma na sobie białą koronkową sukienkę z falbankami – niczym muślinowa panna. Ale na następnym zdjęciu ta muślinowa młoda dama ma już na sobie wojskowy mundur z szorstkiego materiału i z rewolwerem u pasa. Jej twarz jest zimna, dumna i arogancka. I ta twarz znowu wydała się Borysowi znajoma.
„Kto to jest?” – zapytał.
„To siostra bohatera Pieriekopu. Dawno, dawno temu wszyscy przyjaźnili się z Milicją Iwanowną. Wspomnienia młodości”.
„A-a-a... Więc ja też ją trochę znałem. Byłem wtedy jeszcze chłopcem. A potem nosiła diamenty, coś w rodzaju generała w GPU-NKWD. Jak miała na imię?”
„Orbeli... Zinaida Genrichowna”.
„Tak, przyjęła to nazwisko po rewolucji. Znasz jej prawdziwe nazwisko?”
Wspominając swoją młodość, Akaki Pietrowicz trochę się ożywił:
„Urodziła się jako księżniczka Szachowska. Szlachta filarowa od Rurykowiczów. Ale stary książę Szachowski był wielkim ekscentrykiem. Kiedy dobiegał już siedemdziesiątki, ożenił się z młodą Żydówką z całą gromadką żydowskich dzieci. Stary książę adoptował wszystkich tych Żydów. Żeby ludzie myśleli, że to od niego. Od tego czasu nie ma już książąt Szachowskich, ale są to rasowi Żydzi”.
„Dlaczego zmieniła nazwisko?”
„Była bardzo egzaltowaną osobą. Prosto z Instytutu Smolnego dla Szlachetnych Dziewic poszła do pracy w CzeKa. Cóż, nazwisko książąt Szachowskich trochę tam przeszkadzało”.
Na następnej stronie Borys znalazł kolejne ciekawe zdjęcie. Jakaś inna dziewczyna, ubrana w stylu lat 30-tych. Także bardzo piękna. Idzie przez park i pcha przed sobą elegancki wózek inwalidzki ze skóry i niklu, na którym siedzi garbus o inteligentnej twarzy, z wielką głową jak u marsjanina i małymi, zwiędłymi i martwymi nogami. Obok niego idzie bohater Pieriekopu z szablą i mauserem.
„Kto to jest?” – zapytał Borys.
„Po prostu” – Akaki Pietrowicz wzruszył ramionami – „wspólni znajomi”.
Borys ponownie spojrzał na zdjęcie. Tak, rzeczywiście są to wspólni znajomi. W końcu to piękna Olga, żona Maksyma. Cichy anioł, po którym zaczęło się całe to diabelstwo z Maksymem. Przecież ten garbus też wtedy mieszkał gdzieś w pobliżu Parku Piotrowskiego. Z litości Olga czasami zabierała go na przejażdżki po parku, aby dotrzymać mu towarzystwa. A Borys łapał wtedy kijanki w stawie i zastanawiał się, dlaczego ta piękność chodzi z garbusem, o którym mówiono, że jest potomkiem słynnego dekabrysty – rewolucjonisty, księcia Oboleńskiego.
Zaułek Entuzjastów pachniał jesienią, deszczem i zgniłymi liśćmi. Kiedy Borys powrócił do domu, zrobiło mu się trochę smutno w duszy. Może z powodu tych starych fotografii, które przypominały mu dzieciństwo i dom ojca.
Wszystko było tak dobrze, dopóki nie wydarzyła się ta diabelska historia z Maksymem, w której główną rolę odegrała ta nieszczęsna Olga. Chociaż wyglądała jak blady anioł, jeszcze przed Maksymem miały miejsce już dwa samobójstwa z jej powodu. Najpierw student, który strzelił sobie w usta z rewolweru. A potem Zawaliszyn, daleki krewny poety Serafina Allilujewa.
Obok Olgi niczym pudel ciągle krążył ten chudy bohater Pieriekopu w swoich idiotycznych czerwonych bryczesach. Zupełnie jakby piękna Olga lubiła towarzystwo garbusów i dziwaków. A z drugiej strony wokół Olgi, jak wąż, wokół Olgi zawsze kręciła się księżniczka Szachowskaja-Orbeli, muślinowa młoda dama i ochroniarz. Taka wzruszająca przyjaźń, zupełnie jak w powieściach Czarskiej.
Jednak wszystko to skończyło się źle. Olga zmarła zagadkową śmiercią. Maksym prawie oszalał z żalu. Potem zmarło ich dziecko. A Maksym podjął studia satanistyczne i wszelkiego rodzaju diabelskich spraw. Siedzi jak Doktor Faust, zatopiony w swoich średniowiecznych księgach i zachwyca się czarownicami i wiedźminami.
Potem rozpoczęła się Wielka Czystka, podczas której zarówno bohater Pieriekopu, jak i jego siostra zostali zmieceni. A czarnoksiężnik Maksym, obecnie szef 13 Wydziału NKWD, siedzi i przechwala się, że to on ich uwięził – i to za jakieś mroczne czyny. Ale jaki to rodzaj działalności, milczy, ponieważ jest to tajemnica państwowa.
Wtedy pijany Maksym wymamrotał, że Zinka Orbeli to skrzyżowanie szatana z antychrystem, pół-księżniczka i pół-marsjanka. A teraz trzeźwy Akaki Pietrowicz potwierdza, że wcale nie jest Orbeli, ale księżniczką Szachowską. Ale nie księżniczka Szachowskaja, ale rasowa Żydówka. I nie Zinaida Genrichowna, ale Gerszelewna. To taki bałagan, że tu i sam diabeł tego nie rozbierze. Jednak, tak czy inaczej, cała ta mroczna historia zaczęła się od pięknej Olgi. Cichy anioł, blada zmora, która wyprowadziła Maksyma poza dobro i zło.
Borys wyprostował ramiona i odetchnął głęboko świeżym, jesiennym powietrzem. Potem rozłożył ramiona i przeciągnął się jak silne, zdrowe zwierzę. Do tego stopnia, że zaczęły mu trzeszczeć stawy.
„Och, jakie to wszystko wokół jest ładne i proste” – pomyślał. – „I jak tylko ludzie rujnują sobie życie. Sobie? Albo sobie nawzajem?”
* * *
Dawno, dawno temu, w latach dwudziestych, na obrzeżach Rostowa, w Nachiczewaniu, mieszkało sympatyczne starsze małżeństwo skopców, Nikifor Zacharowicz i Agrafena Demidowna. Należeli do małej kolonii sekty skopców, która istniała w Nachiczewaniu od czasów carskich. Byli to prości ludzie, których sąsiedzi szanowali za ciężką pracę i chęć niesienia pomocy bliźnim.
Nikifor Zacharowicz prowadził pasiekę i częstował miodem dzieci sąsiadów, a oni mówili o Agrafenie Demidownej, że ma złote ręce i że ich dom jest pełen dostatku. W tym domu brakowało tylko jednej rzeczy – dzieci.
Dlatego na starość Nikifor Zacharowicz i Agrafena Demidowna postanowili przyjąć adoptowane dziecko. Wtedy, po rewolucji i wojnie domowej, domy dziecka były pełne wszelkiego rodzaju dzieci. Po prostu poszli do sierocińca i wybrali odpowiedniego chłopca z rudymi lokami. Według dokumentów, dzieckiem był chłopiec sierota o imieniu Ostap Ostapowicz Ogłojedow.
Mały Ostapek zadomowił się w domu skopców, a oni zakochali się w swoim adoptowanym synu. Lecz pewnego dnia, po kąpieli Ostapka w korycie, matka powiedziała do ojca:
„A wiesz, Nikiforze Zacharyczu, nasz Ostapka jest taki... obrzezany”.
„I co? Takie rzeczy przytrafiają się ludziom”.
„Tak, ale w Rostowie jest pełno Żydów…”
„O czym ty mówisz, Agrafeno Demidno. W końcu wcale nie wygląda na Żyda. I ma nazwisko rosyjskie”.
„A może to nie jest czysty Żyd, tylko... mieszany?”
„Kto wie?” – Nikifor Zacharowicz rozłożył ręce. – „Niech zadecyduje o tym Pan Bóg”.
Kiedy chłopiec trochę podrósł, zupełnie zapomniał o sierocińcu i zaczął zadawać najróżniejsze pytania. Aby nie opowiadać bajek o bocianie, adopcyjni rodzice powiedzieli Ostapce, że został podrzucony przez wędrownych cyganów, którzy zostawili go na progu ich domu. W Rostowie było wielu cyganów, którym przypisywano wykonywanie najróżniejszych sztuczek i Ostapka w to uwierzył.
Kiedy Ostapka poszedł do szkoły, był z tego nawet dumny i mówił, że jest cyganem. A wtedy chłopcy zaczęli się śmiać:
„Jakim jesteś Cyganem, jeśli jesteś obrzezany!”
Kiedy Ostap osiągnął wiek dojrzewania, zaczął podejrzewać, że coś jest z nim nie tak: chociaż sam urósł ogromnie, większy niż wszyscy jego rówieśnicy, jego genitalia pozostały małe, jak u dziecka. A chłopcy, gdy zabierano ich na badania medyczne, oczywiście podśmiewali się:
„Hej ty, hermafrodyto!”
W głębi serca Ostap zaczął czuć onieśmielenie, najpierw w stosunku do chłopców, a potem do dziewcząt. I na zewnątrz, aby zrekompensować to niedociągnięcie, zaczął wyczyniać w szkole tak skomplikowane sztuczki, że wkrótce zyskał dla siebie podwójną sławę: pierwszego chuligana – i pierwszego tchórza.
Wkrótce adopcyjni rodzice zauważyli, że z Ostapem dzieje się coś złego. Był dość bystrym i inteligentnym chłopcem, ale słabo radził sobie w szkole. Cała jego inteligencja poszła w jakieś sztuczki. A jeśli już coś robił, zawsze szukał jakiejś okrężnej drogi. „Och, moje serce to czuło” – westchnęła Agrafena Demidowna. – „Chociaż jego twarz jest rosyjska, jego dusza, wei-wei, jest żydowska. Dlatego jest ryży”.
Potem, w domu starego pszczelarza, który przez całe życie słynął z uczciwości, kilkakrotnie pojawiała się policja z rewizjami. Kiedy w końcu Ostap został aresztowany i wysłany do zakładu pracy dla młodocianych przestępców, Nikifor Zacharowicz ze smutkiem potrząsnął głową:
„No to znaczy, że tak zdecydował Pan Bóg. To za nas, za nasze grzechy”.
„To nie są nasze grzechy, ale grzechy innych” – powiedziała Agrafena Demidowna. – „I my za nich płacimy. Dlatego o rudzielcach mówi się, że Bóg naznacza łotra”.
Tak czy inaczej, od tego czasu ślad Ostapa na ulicach Rostowa zaginął. A jego adopcyjni rodzice nigdy więcej o nim nie słyszeli. Ostap ponownie został sierotą.
Kilka lat później na ulicach Leningradu odnaleziono ślad Ostapa. Studiował w instytucie literackim i jako biedny student zarabiał na życie spekulacją. Lecz jego towar był tak sprytny, że nie każdy by na to wpadł. Ostap sprzedawał swój tyłek. A dokładniej zarówno tył, jak i przód, ponieważ ten podejrzany towar był sprzedawany z obu stron. Trzeba tylko wiedzieć, do kogo podejść i którym końcem.
Jednocześnie Ostap był prostytutką i informatorem NKWD, które bardzo interesowało się jego klientelą. Potem nadeszła Wielka Czystka. Niektórzy mieszkańcy Leningradu do dziś pamiętają, jak po zamordowaniu Kirowa, z jakiegoś powodu, w ciągu jednej nocy ponownie aresztowano w Leningradzie wszystkich pederastów. Ostap również odegrał pewną rolę w tej akcji. Najpierw z pomocą Ostapa zmietli całą jego klientelę. A potem samego Ostapa wysłano pod ten sam adres – na Syberię. I ślad Ostapa pokrył syberyjski śnieg.
Po śmierci Stalina więźniowie koncłagrów zostali częściowo uwolnieni. Rozpoczęła się swego rodzaju odwilż. W czasopismach ukazało się nawet kilka sympatycznych esejów z życia więźniów. Na przykład opowiadanie Anny Walcewy „Mieszkanie nr 13”, które zostało opublikowane w czasopiśmie „Moskwa” nr 1 i które jest echem starego eseju Władimira Korolenki „Dom nr 13”.
W związku z tą odwilżą, Ostap Ogłojedow, który teraz pracował w radiu „Liberty”, również trochę się odmroził. Zaczął więcej opowiadać o swojej przeszłości, zapragnął też pisać.
„Och, jeśli kiedykolwiek napiszę swoją biografię” – powiedział Ostap – „będzie to najciekawsza książka na świecie”.
Mimo tej pokusy, z jakiegoś powodu nie napisał tej książki i tylko prychał nosem: – „Hmm, byłoby to szczególnie interesujące dla funkcjonariuszy milicji”.
Choć Ostap żył pod nazwiskiem Ogłojedow, w swojej twórczości wolał posługiwać się pseudonimami literackimi. Aby uprościć proces myślowy, po prostu otwierał książkę telefoniczną, podpisywał swoje skrypty pierwszym nazwiskiem, na które natrafił, i wyjaśniał:
„Nie jestem osobą dumną, nie gonię za sławą. Gdyby tylko mnie nie goniła”. – I rozglądał się uważnie.
Jeśli niektórzy ludzie boją się własnego cienia, to z jakiegoś powodu Ostap bał się swojego nazwiska. Jeśli ktoś wołał go od tyłu, wzdrygał się ze strachu. „Wiecie, to nazwisko kojarzy mi się wyłącznie z kłopotami” – usprawiedliwiał się. – Z wszelkiego rodzaju ankietami, przesłuchaniami, rewizjami. Ostap Ogłojedow rozpoczynał swoją biografię w ten sposób:
„Kiedy się urodziłem, byłem bardzo maleńki”. Potem wzdychał smutno: „A kiedy urosłem, od razu wsadzili mnie za drut kolczasty”.
Aby uniknąć podejrzeń o brak wykształcenia, pouczająco podnosił palec do góry:
„Wiecie, bracia, więzienie jest lepsze niż jakikolwiek uniwersytet!”
Ostap opowiadał swoim współpracownikom, że dostał się na więzienne uniwersytety przez przypadek – za polityczny żart, którego nawet nie opowiedział. Oszustom mówił, że został uwięziony za naciąganie, a pijakom przysięgał, że zasnął na ulicy po pijanemu i obudził się za kratami.
Żydom, których było całkiem sporo w radiu „Liberty”, Ostap mówił, że ma matkę Żydówkę lub, w zależności od okoliczności, żydowską babcię, i jednocześnie nawiązywał do swojej obciętej strzelby. A Rosjanom, mówił, że jest Rosjaninem. Dzięki temu Ostap miał wielu znajomych i ze wszystkimi był w dobrych stosunkach.
Ostap z taką przyjemnością wspominał swoje życie w koncłagrze, jakby przebywał w domu spokojnej starości. Uskarżał się tylko na to, że musiał siedzieć w obozie dla kobiet, gdzie pracował jako kierownik zaopatrzenia.
„Wyobraźcie sobie, dziesięć tysięcy bab!” – rozkładał ręce, – „A każda chce mężczyzny. Nie ma od nich, przeklętych, wytchnienia”.
Lecz Ostap był bardzo dumny, że nie był to zwykły łagier, tylko specjalny, w którym więziono żony i krewnych byłych członków rządu, którzy zostali zlikwidowani podczas Wielkiej Czystki.
„To jakbym siedział na Kremlu” – mówił Ostap. – „Po prawej stronie pryczy żona ministra. Po lewej stronie siostra członka KC. A na górnych pryczach siedzi córka ambasadora. I wszystkie przystawiają się do mnie z miłością! Przecież jestem człowiekiem, a nie maszyną! Ale były tam też prostytutki. Te nie bawiły się w ceremonie. Bywało i tak, że cały gang łapał w lesie jednego chłopa i go gwałcił. Czasami zamęczają na śmierć. I opowiadał ze wszystkimi szczegółami, jak to się dzieje”.
Wszyscy mężczyźni naturalnie współczuli biednemu Ostapowi. A francuska Liza drażniła się:
„Ostapka, słyszałam, że do obozów kobiecych wysyłani są tylko specjalni mężczyźni”.
„To nonsens na bazie oleju roślinnego” – mruknął Ostap.
„Mówią, że są tacy mężczyźni” – Liza uśmiechnęła się szeroko – „że jeśli umieści się go w męskim obozie, nie będzie to dla niego kara, ale czysta rozkosz”. Dlatego umieszcza się ich w obozach dla kobiet!”
„Co za francuska głupota!” – warknął Ostap. – „Tak to jest we Francji. Poza tym siedziałem nie tylko w tym łagrze, ale w wielu łagrach”.
Tak czy inaczej, po obozach kobiecych, Ostapa zaczął nawiedzać strach. Z tego strachu przez całą wojnę, aby nie iść na front, Ostap żył na fałszywych dokumentach, udawał gruźlicę i ukrywał się w piwnicach dobrych ludzi. Ponieważ jednak wszyscy mężczyźni byli na froncie, według jego opowieści, Ostap został ponownie schwytany przez kobiety. A od mieszkania w piwnicy faktycznie zachorował na gruźlicę, którą początkowo tylko udawał.
Po wojnie Ostap kupił sobie nowe dokumenty. Dokumenty te zostały skradzione i należały do jakiegoś inżyniera-pułkownika wysłanego w celu rozbiórki pokonanych Niemiec. I tak Ostap Ogłojedow został pułkownikiem.
Po wojnie stada przedsiębiorczych oszustów przybyły do Niemiec wraz z prawdziwymi demontażowcami, niczym stada wędrownych ptaków. I tak pułkownik Ogłojedow pojechał do Niemiec, siedząc, jak wróbel, na dachu wagonu.
I powrócił do Moskwy jak padyszach: z mnóstwem pieniędzy i wiązanką złotych zegarków, które zabrał Niemcom. A w walizce, jako symbol pięknego życia, wiózł czarny frak. Wkrótce jednak moskiewscy żule rozebrali Ostapa jak ostatniego frajera tak gruntownie, że z jego pięknego życia pozostał jedynie bezużyteczny frak. Po tym Ostap był tak rozczarowany życiem, że odnowił swoje prawdziwe dokumenty i postanowił zająć się uczciwą pracą.
Choć łagry, w których Ostap zdobywał wyższe wykształcenie, nazywano obozami pracy przymusowej, nie skorygowały Ostapa i nie nauczyły go pracy. Lecz dzięki ciągłemu kontaktowi z oszustami, nauczył się kłamać i wykręcać się tak artystycznie, że nawet dodawało mu to pewnego uroku. Dlatego w końcu trafił do radia „Liberty”, jako czarny literat.
Swoim wyglądem Ostap przypominał trochę jaskiniowca, skrzyżowanie pitekantropa z neandertalczykiem. Aby ukryć swoją kanciastą czaszkę, zapuścił dziką, brudną, czerwoną grzywę, która miała zastraszyć wrogów i nadać mu kreatywny wygląd. Niskie czoło Ostapa było pokryte udawanymi zmarszczkami, które umiejętnie wykorzystywał, gdy trzeba było stworzyć wrażenie procesu twórczego. A spod potarganej grzywy sterczały czujne uszy niczym zakamuflowane instalacje radarowe.
Ramiona Ostapa były długie i brudne jak koparka obozowa. Choć regularnie obgryzał paznokcie, tam też była czarna ziemia. Swoją niechęć do wody i mydła Ostap tłumaczył tym, że jako dziecko prawie utonął podczas kąpieli w korycie i od tego czasu cierpi na hydrofobię. Dlatego w pracy ciągle się drapał, jak goryl w klatce.
Pod grzywą lwa bije serce lwa. Serce goryla bije w klatce piersiowej goryla. A u Ostapa Ogłojedowa pod lwią grzywą, a w ciele goryla, obok duszy kanarka biło zajęcze serce. Najpotężniejszym momentem motywującym w życiu Ostapa był wszechogarniający strach. Jeżeli komukolwiek usługiwał, to zwykle ze strachu. Jeżeli zrobił komuś coś złego, to najczęściej było to także ze strachu. Ogarnięty odwagą wynikającą z desperacji, czasami uchodził nawet za odważnego człowieka.
W związku z tym Ostap również ożenił się ze strachu.
„Wiecie, razem nie jest tak strasznie” – usprawiedliwiał się – „A to siedzisz sam w domu, a wiatr gwiżdże w kominie. U-uch! Krążą nawet plotki, że w Moskwie czepiają się osób stanu wolnego. Cofają pozwolenie pobytu”.
Ostap poślubił starszą wdowę, znacznie starszą od siebie, mającą trójkę dzieci z trzema poprzednimi mężami.
„Poślubienie wdowy to najmądrzejsza rzecz” – wyjaśnił. – „Wdówka już wie, jak kaszę warzyć. Żeby było tanio i smacznie. A dzieci gotowe – mniejszy kłopot”. Więc Ostap ugotował sobie kaszę według własnych upodobań. Przede wszystkim gotowe dzieci nie przyznawały się do nowego taty. Najstarszy syn na znak protestu natychmiast uciekł z domu.
„Taka i jego droga” – powiedział Ostap. – „On ma już na swoim koncie więcej przestępstw niż ja”.
Środkowa córka, ponura, zezowata uczennica z wystającymi zębami, była uważana za nieco nienormalną i dlatego wyrażała swoje uczucia z dziecięcą szczerością.
„Co to za bałwan?” – pytała za każdym razem, gdy widziała swojego nowego tatę. – „A czego tu chce ten idiota?”
„Niczego” – powiedział Ostap. – „Rzecz w tym, że ona ma zeza. Dlatego widzi mnie w zniekształconej formie. Nazywa się to paralaksą. Trzeba kupić jej takie specjalne okulary do paralaksy”.
Najmłodsza córka miała na imię Miszka. W rzeczywistości miała na imię Masza. Ale Masza wyglądała jak niedźwiadek stojący na tylnych łapach, a w szkole rozkładała na łopatki i biła wszystkich chłopców, którzy próbowali z nią zmierzyć swoje siły. Dlatego chłopcy nadali jej przydomek Miszka. A potem i w domu zaczęli ją tak nazywać. Ale Miszka była jedyną, która przyznawała się do swojego nowego taty.
„Jedyne normalne dziecko” – powiedział nowy tata.
Aby kasza była gęstsza, czasami w domu pojawiała się także teściowa, Warwara Cezariewna Tyrkowa. W zasadzie nie rozmawiała z Ostapem i udawała, że dla niej on w ogóle nie istnieje. W nagłych przypadkach zwracała się do córki:
„Dina, powiedz to... swojemu... Darmozjadowi { Оглоеду }…
„To nic” – powiedział Ostap – „po prostu ma urojenia wielkości i nie widzi nikogo poza sobą”. Pochodzi z rodziny słynnych rewolucjonistów-terrorystów Tyrkowych. Dlatego i w domu zachowuje się jak terrorystka.
W domu było pięć kotów. I nawet one bojkotowały biednego Ostapa. Na jego widok koty syczały i podnosząc ogony wyskakiwały przez okna. A teściowa terrorystka mruczała:
„Dina, powiedz temu Ogłojedowi, że nasze koty są nerwowe. I nie pozwól, żeby on wnerwiał nasze koty”.
Chociaż Ostap uczciwie utrzymywał całą tę wesołą gromadkę, to karmiono go jako ostatniego, nawet po kotach. Potem zmywał wszystkie naczynia, łącznie z miskami kotów.
Ostap dawał porady, jak znaleźć jego mieszkanie,:
„Przejdźcie się korytarzem i wąchajcie. Którekolwiek drzwi śmierdzą kotami, idźcie tam”.
Ostap przedstawiał swoją żonę w taki sposób:
„Teściowa terrorystka dała jej na imię Dina, na cześć dynamitu, z którego robi się bomby. Więc weźcie pod uwagę …”
Dina była artystką zajmującą się modernistyczną twórczością, malującą abstrakcyjne obrazy dla zagranicznych turystów.
„Kot potrafi malować ogonem lepiej niż ta artystka” – powiadał Ostap.
Kiedy poeta Serafin Allilujew pił, argumentował, że twórczość poetycka to złamana dusza poety, odbita w zniekształcającym zwierciadle jego fantazji. Czasami był zdezorientowany i mówił, że to krzywa dusza odbita w rozbitym lustrze. Tak czy inaczej dusza Ostapa znalazła swoje odbicie w twarzy jego żony.
Całe życie Ostapa było kłamstwem. Dina natomiast poszukiwała prawdy uniwersalnej, i nawet przeglądała Biblię. Dlatego też, gdy Ostap o czymś fantazjował, Dina spokojnie wyjaśniała:
„To, że Ostap kłamie, nie jest takie złe. Problem w tym, że on sam wierzy we własne kłamstwa! To już jest schizofrenia, rozdwojenie jaźni. Znam tę sprawę dobrze”.
„Wiecie, skąd ona to wie?” – Ostap usprawiedliwiał się. – „Ponieważ cała jej rodzina jest schizofreniczna. Mają w głowach zniekształcenie-paralaksę”.
Ostap narzekał, że jest zmęczony życiem. Ale Dina miała zapas energii, jak w ładunku dynamitu. Było to szczególnie zauważalne, gdy pili gdzieś ze znajomymi.
Podchmielony Ostap wznosił oczy ku niebu i śpiewał wzruszające ballady o uczciwych oszustach. A Dina piła cicho i intensywnie. Potem, upiwszy się do pewnego stopnia, równie cicho chwytała brzeg obrusu – kretynka! – i wszystko z hukiem leciało ze stołu na podłogę. A gdyby nie było obrusu, dynamitowa Dina po prostu przewróciłaby cały stół. Stanowiło to dla Ostapa sygnał, że koncert się skończył i pora wracać do domu.
„Co za żona” – wzdychał Ostap. – „Czysty dynamit!” Jeśli wierzyć filozofom, którzy twierdzą, że zarówno Bóg, jak i diabeł mieszkają nie gdzieś, ale w duszach ludzi, a zatem i niebo, i piekło można znaleźć także na ziemi, to Ostap ze swoją kaszą żony-wdówki, teściowej-terrorystki, cudzych dzieci i nerwowych kotów był jaskrawym przykładem na to, jak można sobie w życiu codziennym takie piekło stworzyć.
Niektórzy sympatyzowali z Ostapem i dziwili się:
„Jak on to wszystko wytrzymuje?”
„Boi się swojej żony” – mówili inni. – „Ona coś o nim wie. Coś, o czym lepiej będzie dla niego milczeć i cierpieć”.
Biedny syn Ostapa Bendera nie miał szczęścia nawet do butów. Największe buty w sklepie okazały się dla niego za małe. Aby jakoś zmieścić w nich swoją stopę, rozciął nożem nowe półbuty z tyłu. A jego skarpetki zawsze były podarte. Tak więc gdy chodził, jego bose pięty lśniły, jak mnichowi z zakonu bosonogich.
A jednocześnie dusza prawdziwego artysty tkwiła w piersi Ostapa. Kiedy trzeba było popisać się w społeczeństwie, zwłaszcza tam, gdzie zdaniem Ostapa znajdowały się ważne osoby, tam przemieniał się w angielskiego dyplomatę. Wtedy wyciągał ze skrzyni swój cenny frak, symbol pięknego życia. Aby nie było widać brudnego kołnierzyka, wokół szyi owijał białą chustę. A czerwoną grzywę zwieńczał konserwatywnym czarnym kapeluszem. Tak, nie tylko kapelusz, ale solidny melonik, bo Ostap gdzieś słyszał, że wszyscy szanujący się ludzie noszą meloniki. Aby ukryć sandały ze swoimi gołymi piętami, ściągał spodnie niżej i starał się nie ruszać.
W przypadku jakiegoś ważnego spotkania Ostap w swoim stroju dyplomatycznym stawał przy drzwiach i niczym portier witał wszystkie ważne osoby. Przed niektórymi z szacunkiem zdejmował melonik. Z wdziękiem poruszał się przed innymi. Trzecim z dumą oddawał honory wojskowe – tym, których okłamał, że jest pułkownikiem. Niektórym paniom nawet odważnie całował dłonie.
To prawda, że powoli odwracał się od niektórych. Od tych, od których pożyczył pieniądze i nie oddawał. Kiedy wszyscy się już zebrali, Ostap, odegrawszy swoją rolę, cicho wymykał się za drzwi i szedł do domu.
Tam, zrzuciwszy paradny kostium, syn Ostapa Bendera kładł się na sofie i zaczynał narzekać żonie, że musi wytężać pamięć, żeby nie pomylić odpowiednich ludzi i jaka to była niewdzięczna praca. Żaden nie zdjął przed nim kapelusza. Drugi nie ukłonił się. Trzeci nie odpowiedział na salut wojskowy. Z jakiegoś powodu wielu się odwraca i pozdrawiają go tylko wierzyciele. W rezultacie ponownie rozwinął się u niego wrzód żołądka i ogólnie był zmęczony życiem.
„Wezmę i ucieknę z domu” – westchnął Ostap – „jak Lew Tołstoj”.
Tak, nie bez powodu Ostap zapewniał, że jeśli kiedykolwiek napisze swoją biografię, będzie to najbardziej fascynująca książka na świecie. Ale nie dajmy się ponieść emocjom i zostawmy na razie Ostapa w spokoju. Inaczej będzie to plagiat jego przyszłej książki.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści