Połowa świata nie wie, jak żyje druga połowa.
Rabelais. „Gargantua”
Zdarza się, że w ZSRR więzi się prominentnych heretyków, a protesty liberalnej inteligencji natychmiast napływają z Zachodu – z 13 podpisami. A cała prasa międzynarodowa krzyczy: „13 głównych intelektualistów protestuje!” Ale w 13 Wydziale KGB doskonale wiedzieli, że tą symboliczną „13”, legioniści dają sobie nawzajem sygnały: „Nasi ludzie są bici. Pomóżcie nam!”
Dlatego przebiegły dom agitpropu uznał, że konferencję twórczą „Radia Liberty” lepiej będzie zaplanować na 13 stycznia. Skoro to wszystko będzie transmitowane, niech zachodni legioniści, którym zawsze brakuje wolności, myślą, że mówią o tym ich bracia.
W przerwie obiadowej uczestnicy konferencji rozproszyli się po salach i korytarzach, aby wymienić się wiadomościami ze starymi znajomymi lub nawiązać nowe znajomości. W języku oficjalnym nazywa się to spotkaniami na zapleczu i tym właśnie interesuje się większość uczestników większości konferencji.
W holu przed salą konferencyjną, opierając się o ścianę, rozmawiali, wielki pisarz Ostap Ogłojedow i mały poeta Serafin Allilujew. Ostap skinął głową wysokiemu, starszemu mężczyźnie spacerującemu po holu rozwalistym krokiem starego kawalerzysty: „Czy wiesz, co to za żuczek? To sam naczelnik przebiegłego domu”.
„On nie jest głupcem” – powiedział Serafin. – „Zbliża się już do sześćdziesiątki, a niedawno ożenił się z młodą kobietą, mającą około dwudziestu pięciu lat. Prawdziwy superman!”
„Znamy tych nadludzi…” zaczął Ostap, ale ugryzł się w język. – „Hmm, świetny strzał. Jak by to było go spotkać? Słuchaj, kto go oczarowuje?” – I Ostap zerknął w bok na mężczyznę w szarym cudzoziemskim garniturze, który szedł obok szefa agitpropu.
„To jest Borys Rudniew” – powiedział Serafin. – „Ten, który napisał „Duszę Wschodu”.
„Och, więc to jest mój stary kumpel!” – zawołał radośnie Ostap. – „Nawet przeturlałem jeden rozdział z jego książki i spisałem go jako opowiadanie. To jedno z moich najlepszych opowiadań”.
„Skąd go znasz?”
„Taka stara znajomość. Wtedy pracował w Berlinie. A teraz wrócił z Ameryki”.
Ostap klepnął się w czoło: „Genialny pomysł! Teraz nauczy się jak żyć”. I wystartował ze swojego miejsca.
Głowa agitpropa zadrżała lekko, gdy podleciał do nich ogromny rozczochrany facet i krzyknął z otwartymi ramionami:
„Bo-o-oria! Świetnie! Ile lat, ile zim?!”
„Przepraszam” – powiedział Borys Rudniew. – „O co chodzi?”
„Co, Boria, nie poznajesz?!” – Rudowłosy chwycił Borysa za rękę i zaczął nią potrząsać z całych sił. – „Ja też prawie cię nie poznałem”.
„Przepraszam, czegoś nie pamiętam…”
„Zdarza się, zdarza się. Pamiętasz, że ostatni raz spotkaliśmy się w Berlinie. Jak się czuje twoja żona?”
„Nie jestem jeszcze żonaty”.
„Myślałem, że w tym czasie ożeniłeś się”. – Gość poklepał Borysa po plecach poufale, – „Już czas, bracie, już czas”.
Po ożywionej wymianie wspomnień, wielkolud wyciągnął z kieszeni podarty rękopis scenariusza filmowego i zaczął namawiać szefa agitpropu, aby ten scenariusz uznał za propagandowy.
„W końcu to prawdziwa gratka dla agitpropu. Posłuchaj tutaj!” – I Ostap zaczął pośpiesznie czytać swoje dzieło.
W scenariuszu opisano żulików, oszustów, złodziei, włamywaczy i ochroniarzy, którzy siedząc w obozie i śpiewając złodziejskie piosenki, wesoło budowali socjalizm. Według autora uosabiają oni najbardziej postępowy i rewolucyjny żywioł, jednak przez przypadek ich twórcza energia poszła w złym kierunku i przez pomyłkę znaleźli się za drutem kolczastym.
Wyjąc i potrząsając rudą grzywą, Ostap promował swoją twórczość tak bardzo, że nawet sam szef agitpropu był zdezorientowany i tylko potrząsnął głową.
Sądząc po nienagannym żargonie zawodowym, doświadczenie twórcze urkaganów {złodziei, przestępców – przypis tłumacza } było autorowi dobrze znane. Szczerze współczuł uczciwym oszustom, niezrozumianym i obrażonym przez niewdzięcznych współczesnych. Jako ilustrację zapału do pracy, autor od razu odtańczył obozowe stepowanie, akompaniując sobie na ustach i głośno klepiąc się po udach.
Podczas gdy Ostap tańczył wokół głowy agitpropu, Borys podszedł do Serafina Allilujewa:
„Słuchaj, kim jest ten syn Ostapa Bendera?”
„Naprawdę nazywa się Ostap Ostapowicz. On jednak upiera się, że jest podrzutkiem. Jakoby podrzucili go Cyganie”.
Zeszli na dół do jadalni i zamówili piwo. – „No cóż, jakie jest twoje wrażenie na temat Ameryki?” – zapytał Serafin.
„Widzisz, przyjechałem do Niemiec zaraz po kapitulacji z wielkimi uprzedzeniami i zakochałem się w Niemczech. Przyjechałem do Ameryki z dużymi oczekiwaniami: w końcu to jest to, co chcemy dogonić i prześcignąć. Ale... moje ogólne wrażenie jest negatywne”.
„Dlaczego?”
„Faktem jest, że Związek Radziecki i Ameryka to dwie skrajności. A złoty środek to stara Europa. Miła starsza pani”.
„A co zamierzasz teraz robić?”
„Chciałbym napisać kolejną książkę”.
Minął go Ostap Ogłojedow. Słysząc ostatnie zdanie, włączył się do rozmowy.
„No dalej, Boria, napiszmy razem” – zaproponował Ostap. – „Mam duże doświadczenie w tej… kreatywnej współpracy”.
„Tak, współpracuje z Tołstojem, Dostojewskim i Turgieniewem” – potwierdził Serafin. – „Wyrywa z nich całe strony. A o czym chcesz pisać?”
„Przecież za granicą toczy się wiele debat na temat nowego typu narodu sowieckiego” – powiedział instruktor agitpropu. – „Więc myślałem, żeby napisać o tych homo sovieticus”.
„Wspaniale!” – zawołał Ostap. – „Boria i ja dokonamy rzeczy, o których innym nawet by się nie śniło. O sowieckich homosach! Widziałem ich całe stada – za kołem podbiegunowym. Pasą się tam jak jelenie”.
Przy pobliskich stolikach uczestnicy konferencji kłócili się o różnice między socrealizmem a modernizmem przy brzęku kufli do piwa.
„No cóż, jakie są twoje osobiste plany?” – zapytał Serafin.
„Jest jasne, które” – powiedział wszechwiedzący Ostap. – „Człowiek cały czas mieszkał za granicą. O rosyjskiej miłości wie tylko z książek. Trzeba go przedstawić dobrej Rosjance. No, powiedzmy... naszej monnie Ninie”.
„Człowiek proponuje, ale Bóg rozporządza” – westchnął pokornie neochrześcijański Serafin. – „Powiedz mi lepiej, jakie jest Twoje pierwsze wrażenie po spotkaniu z ojczyzną?”
„Przyjechałem z Warszawy pociągiem. Właśnie przekroczyłem granicę w Brześciu, pierwsze co widzę to inwalida siedzący na śniegu. Bez nóg. Wyciąga czapkę i prosi: «Daj mi kawałek chleba na rany Chrystusa!» A w Ameryce proszą tylko na wódkę – i to bez Chrystusa”.
„Genialny pomysł!” – Ostap uderzył się w czoło i zerwał się z miejsca.
„Gdzie on odskoczył?” – zdziwił się Borys.
„Zanim skończysz to piwo, on będzie już pisał wzruszający scenariusz o niepełnosprawnych ludziach Wojny Ojczyźnianej. Będzie dzielnym pułkownikiem w szeregach. A niepełnosprawny będzie jego towarzyszem-żołnierzem, któremu odda wszystkie swoje pieniądze, których nigdy nie miał”.
„Czy ten syn Ostapa Bendera był rzeczywiście pułkownikiem?”
„Tak... Pułkownikiem radiowym. Pisze scenariusze w imieniu jakiegoś mitycznego pułkownika”.
„Spodziewałem się, że przyjadę do Moskwy na Nowy Rok” – kontynuował instruktor agitpropu. – „Ale pociąg się spóźnił i musieliśmy świętować Nowy Rok na zaplutej stacji”.
„To nie jest dobry znak” – neochrześcijanin potrząsnął głową. – „Jak przywitasz Nowy Rok, będzie on taki sam przez cały rok. Wszystko będzie do góry nogami. Sam to przetestowałem”.
„Nie kracz pod pachą jak wrona. Mam jednego krewnego, który zaczynał od tych znaków, a potem zaczął zapewniać, że diabły też istnieją”.
„Oczywiście, że istnieją” – zgodził się Serafin. – „Jeśli jest bagno, zawsze są diabły”.
Po przerwie obiadowej rozpoczęły się dyskusje nad raportami. Większość pracowników radia „Wolność” usiadła z dala od prezydium i drzemiąc z otwartymi oczami, zaczęła spokojnie trawić zawartość żołądków. Niektórzy poszli do galerii, gdzie można spać z zamkniętymi oczami. Aktywiści zapisali się, aby zabrać głos w debacie. Najbardziej aktywny był Ostap Ogłojedow.
Wychodząc na trybunę, Ostap, jak na intelektualistów przystało, lekko ugiął się pod ciężarem swoich myśli. Potem dumnie potrząsnął lwią grzywą. Raz w roku obcinał włosy, co nadawało mu kreatywny wygląd i doprowadzało niektóre kobiety do szaleństwa. Niczym biblijny bohater, który całą moc miał we włosach, przeczesał łapą swoje rude włosy, jakby były one źródłem inspiracji, po czym zabrał się do rzeczy.
Przemawiając ze sceny, Ostap był prawdziwym artystą. Bawił się swoją twarzą, głosem, gestami, czymkolwiek. Mówił przez gardło, nos i niczym brzuchomówca, przez żołądek. Jako przedmiot swojego przemówienia wybrał modernistyczny formalizm w sztuce i przy okazji opowiedział kilka tłustych dowcipów. To rozproszyło nudę na widowni, i Ostap dostał jednogłośnie oklaski.
Po zakończeniu występu Ostap wyszedł na korytarz, aby odpocząć i spotkał Borysa Rudniewa.
„Znasz ostatni żart?” – zapytał Ostap. – „Zwierzęta w zoo zebrały się i również dyskutują o formalistycznych uprzedzeniach w sztuce. Ogólnie postanowiono udzielić nagany następującym towarzyszom: wróblom – jako pozbawionym korzeni kosmopolitom, żyrafom – za techniczny konstruktywizm i pawianom – za nagi formalizm. Świetne, prawda?”
„To zabawne” – zgodził się Borys.
Obok nich, przy małym stoliku, siedziała ładna dziewczyna w futrze zarzuconym na ramiona. Rejestrowała uczestników konferencji i udzielała informacji. W takich przypadkach zwykle sadzi się w tym miejscu kwiatuszek, który sprawia piękne wrażenie. „To jest nasza monna Nina” – Ostap mrugnął.
„Podoba się?”
„Jeśli założyła futro, to prawdopodobnie ma złą figurę” – pomyślał automatycznie Borys. – „Albo coś innego jest nie na miejscu.”
Jakby odgadując jego myśli, dziewczyna wstała, poszła do sali konferencyjnej i wróciła po minucie. Jej figura była piękna, a wszystko inne było nie tylko na swoim miejscu, ale także w przyjemnej obfitości.
„Teraz sformalizujemy to” – szepnął Ostap. – „Nina, poznajcie się – to Borys Rudniew”.
Wbrew wszelkim zasadom grzeczności, monna Nina nadal siedziała, nie odrywając wzroku od papierów. Ale Ostap nie poddał się:
„Nina, to ten sam Rudniew, który napisał «Duszę Wschodu».”
Monna Nina milczała, jakby była głucha i niema, udając, że jest bardzo zajęta papierami. Na jej twarzy pojawił się cichy, marzycielski uśmiech. Podobnie jak u „Mony Lizy”, ten uśmiech przynależał do wszystkich razem i do nikogo konkretnego. Wtedy Ostap zdecydował się wejść z drugiego końca. Wziął Borysa na stronę i szepnął:
„Spójrz, tata Niny tam stoi. Chodź, przedstawię cię”.
„Kto to jest?”
„To Goniało Męczennik”.
„Któż to taki?”
„Więc, biega i zarabia pieniądze, gdzie tylko się da. Wiesz, wilka nogi żywią. Przedstawia ludziom swoją córkę, a następnie pożycza od nich pieniądze na tę córkę – nie spłacając ich. Dlatego nic mu nie dawaj”.
Goniało Męczennik miał cienki, rodowodowy nos z garbem, starannie zaczesany przedziałek i przystrzyżone siwe wąsy. Chudy, o zaspanych oczach i zmęczonych ruchach, wyglądał jak zubożały arystokrata i sprawiał przyjemne wrażenie. A jego nazwisko też było całkiem przyjemne – Miller. Podczas uścisku dłoni jego bezwładna dłoń zwinęła się w rurkę. Jego oczy były tylko do połowy otwarte.
Po zakończeniu swojej misji Ostap ruszył dalej. Z trudem przezwyciężając flegmę, Papa Miller zapytał:
„Borys Aleksanycz, co robisz dziś wieczór? Przyjdź do nas na kolację. W rodzinnej atmosferze.”
Pamiętając, że dzisiaj był trzynasty, zły znak, instruktor agitpropu próbował przechytrzyć los:
„A jutro?”
„Jutro nie mogę” – odpowiedział sennie los.
Widząc, że losu nie da się przechytrzyć, Borys zgodził się. Męczennik poprowadził go intymnie za guzik marynarki, niczym dobry przyjaciel rodziny, i dokładnie wyjaśnił, jak się do nich dostać. Monna Nina siedziała przy swoim stole i nie zwracała najmniejszej uwagi na swojego nowego przyjaciela rodziny.
„Dziewczyna dobrze wychowana” – pomyślał Borys – „nie rzuca się na szyję każdemu, kogo spotka”.
Millerowie mieszkali daleko – w Sokolnikach. Kiedy Borys wychodził ze stacji metra, gdzieś w pobliżu rozległ się strzał. Pod drzewami zebrała się grupa zaciekawionych ludzi. Coś szarego leżało nieruchomo na białym śniegu.
„Co się stało?”
„Chłopiec wyrwał kobiecie torebkę i zaczął uciekać”.
„Kto to jego?”
„Jakiś wojskowy. Oni nie są jak milicja – strzelają od razu”. „Gdzie go trafił?”
„Dobrze trafił. Od razu”.
Starsza kobieta, której chłopak wyrwał jej torebkę, cicho zapłakała:
„I dlaczego to zrobiłeś, synu... Gdybyś poprosił, dałabym ci to... A torba, jak pomyślę, jest pusta... Mój Boże...”
Wojskowy zawstydzony usprawiedliwiał się:
„Tak, nawet nie celowałem. Po prostu strzelam…”
„A więc taki jest jego los” – powiedział ktoś z ciemności.
Zatrzymując się pod latarnią, Borys wyciągnął z kieszeni kartkę papieru i odczytał adres – Zaułek Entuzjastów, nr 22. Nazwa dobra, ale numer kiepski – grając, o punkt, to znaczy za dużo. A dzisiaj jest trzynasty. Wystarczy, że czarny kot przejdzie przez ulicę.
Na bramie widniał napis ostrzegawczy: „Uwaga! Złe psy!” Ale tata Miller ostrzegł z góry, że napis nie jest prawdziwy. Za płotem, w połowie zasłoniętym drzewami, widać było niewielki dwupiętrowy domek, który w ciemności przypominał baśniową wieżę z wieżyczkami.
Borys pomyślał, że byłoby miło, gdyby piękna panna sama otworzyła drzwi wieży. Ale tata stał na progu. Z tą samą senną miną Goniało Męczennik wprowadził gościa do pokoju, który sądząc po wyposażeniu, w dzień służył za salon, a w nocy za sypialnię. Na środku stoi stół nakryty kolorowym obrusem. Wzdłuż ścian wiszą domowe sofy, zamaskowane najróżniejszymi szmatami. Na podłodze leży stary, podarty dywan, a w rogu zgniecione pluszowe krzesło. Najwyraźniej Millerom nie żyło się bogato.
Pulchna osoba o okrągłej twarzy, przypominająca tamburmajora, siedziała przy stole i grała w pasjansa. Wzdychając ciężko, major matka podniosła wzrok znad kart i spojrzała na gościa wyłupiastymi, jastrzębimi oczami. Następnie wyciągnęła do niego rękę niczym królowa oczekująca wiernego pocałunku.
Mama nazywała się Milica Iwanowna. Ale większość ludzi myliła to rzadkie imię z bardziej znanym słowem „milicja”. Dlatego mamę często nazywali Milicja Iwanowna i nawet jej mąż był zdezorientowany. Tata Miller nazywał się Akaki Pietrowicz, ale mama nazywała go po prostu Kiki.
W pokoju nie było nikogo innego. Milicja Iwanowna skinęła głową w kierunku zamkniętych drzwi do sąsiedniego pokoju i wyjaśniła: Nina załatwia tam swoje sprawy.
Potem Milicja Iwanowna złożyła karty i krótko rozkazała: „Kiki, nakryj do stołu!”
Tata posłusznie rozstawiał talerze i wynosił garnki z kuchni, a mama tylko wydawała polecenia. Garnki były poobijane i zadymione, talerze popękane, noże postrzępione, widelce krzywe. Zupełnie jak w obozie cygańskim.
Kiedy zdjęto pokrywki z garnków, zza zamkniętych drzwi wyszła Nina. Miała na sobie skromną białą bluzkę i czarną spódnicę. Bez słowa usiadła przy stole jak w pensjonacie i zaczęła jeść.
„Przynajmniej się przywitaj!” – przypomniała mama. „Mmmm” – monna Nina skinęła głową z pełnymi ustami, nie patrząc na gościa.
Na obiad było jakieś danie łączone, najwyraźniej resztki z ostatnich trzech dni, wrzucone na jedną patelnię.
„Mieszanka paszowa” – pomyślał Borys mimowolnie. Tak kołchozy nazywają wszelkiego rodzaju śmieci którymi karmi się zwierzęta gospodarskie.
Ziemniaki z patelni były zimne i półsurowe, a kapusta przypalona do dna. Akaki Pietrowicz ze smutkiem poruszył szczękami i coś wymamrotał. Borys ssał surowe ziemniaki i zastanawiał się, co z nimi zrobić: wypluwanie ich na talerz było niewygodne, ale nie przechodziły mu przez gardło. Ale zgodnie z „noblesse oblige” połknął ziemniaki i komplementował gospodynię. Nina szybko przełknęła dwie porcje, nawet oskrobała talerz i radośnie usiadła z powrotem na sofie.
Kiedy za czasów cara Iwana Groźnego wybierano pannę młodą, najpierw urządzano pokaz panny młodej i ucztowano. Jednocześnie doświadczeni swaci opiekowali się panną młodą: jeśli je dużo i szybko, oznacza to, że jest dobrą panną młodą, zdrową. W starych dobrych czasach Nina mogłaby zostać żoną cara.
Podczas gdy tata był zajęty zastawą do herbaty, mama zabawiała gościa:
„Borys Aleksanycz, jak zostałeś pisarzem? Uczyli cię tego na uniwersytecie?”
„Nie, w szpitalu. Podczas wojny”.
„Zostałeś ranny przez ostrzał armatni?”
„Nie, po prostu wypadłem z ciężarówki”.
„A potem leżałeś w szpitalu i pisałeś?”
„Nie, opowiadałem. W szpitalu jest nudno, więc każdy po kolei opowiada coś ciekawego. To prawda, większość opowiadała, jak byli w więzieniu”.
„I ty też siedziałeś?” – monna Nina po raz pierwszy otworzyła usta, najwyraźniej chcąc powiedzieć swojemu gościowi jakąś szyderczą rzecz.
„Nie, trafiłem do szpitala z frontu”.
„Ale wypadłeś z ciężarówki, prawda?”
„Podczas bombardowania. Połowa wyleciała martwa”.
„Ach…”
„W ogóle zdecydowałem się opowiedzieć „Pieśń o Nibelungach”. W takich przypadkach, jak mówią artyści, konieczne jest znalezienie duchowego kontaktu z publicznością. Dlatego opowiedziałem to tak: „A pod tym drzewem wielkości wieży Kremla siedzi taki potwór, według podania nazywa się go wężem. Siedzi, a z jego ust buchają płomienie, jak strzelanina z Katiuszy. Jego ogon kręci się jak pociąg pancerny ze wszystkimi działami. Umierający leżeli niedaleko. Więc nawet oni ożyli i słuchali”.
„Spróbuj ciasteczek” – zaproponowała pani domu.
Gość spróbował i przypomniał sobie te suchary z pierwszej linii, które trzeba było rozbijać kolbą.
„W szpitalu wszyscy ranni z reguły rozmawiają ze sobą na „ty” – kontynuował Borys. – „A kiedy zacząłem opowiadać bajki, nagle przeszli ze mną na „wy”. A instruktora politycznego tykają: „Hej, ty…”
Nina spojrzała najpierw na ojca, potem na matkę i otwarcie ziewnęła.
„Był tam jeden porucznik, strzelec przeciwlotniczy. Wszyscy wiedzieli, że umiera. I on wiedział. Któregoś wieczoru wysyła siostrę i prosi, żebym przyszedł. Kuśtykałem o kulach, a on jak dziecko poprosił:
„Opowiedz mi o czymś…” – „I już pachniało śmiercią”.
„Czy śmierć pachnie?” – zapytała Nina.
„Tak, czasami. Miał gangrenę gazową”.
„Co mu opowiedziałeś?”
„Trzeba ułatwić człowiekowi śmierć. Powiedziałem, że odważni żołnierze nie umierają, tylko idą do nieba. Fantazjowałem tak bardzo, jak tylko mogłem, o Królestwie Niebieskim. I umarł na moich oczach. Ale z radosnym uśmiechem”.
„Widziałam, jak jedna z moich przyjaciółek rodziła” – powiedziała Nina w zamyśleniu. – „Ale nigdy nie widziałam, jak ludzie umierają”.
„Nina, wstydź się” – wychrypiał sennie Kiki.
„Wtedy instruktor polityczny chciał mnie za to zganić, więc żołnierze omal go nie zabili kulami” – wspomina Borys. „W ten sposób poznałem siłę ludzkiego słowa. Czasami jest to silniejsze niż śmierć. Potem zacząłem pisać do gazet pierwszej linii. Tak więc z inżyniera mechanika stałem się inżynierem ludzkich dusz”.
Po zaznajomieniu się z biografią gościa, Milicja Iwanowna postanowiła się pokazać i zasiadła do fortepianu. Po dwóch fałszywych akordach oświadczyła, że fortepian jest rozstrojony i wzięła gitarę. Podczas gdy mama grała na gitarze, tata sprzątał ze stołu.
Nina siedziała na sofie ze skrzyżowanymi nogami, jak skromne i grzeczne dziecko. Okrągła, ładna twarz z dużymi oczami, jak u matki. Tylko policzki są może trochę za pełne, a usta za wąskie. Gęste brązowe włosy i wydatne, uparte czoło. Kruche ramiona i dobrze rozwinięta klatka piersiowa, szczupła talia i ciężkie biodra zdrowej kobiety. Dobra sylwetka i pełne łydki, jak u sportowca. Do tego wszystkiego dziecinnie naiwny wyraz twarzy i wyjątkowo czysta i delikatna skóra. Prawdziwe ucieleśnienie kwitnącej dziewczęcości.
„Ta kombinacja jest całkiem uwodzicielskia” – pomyślał Borys, patrząc na dziewczynę.
„Nina, pokaż no swoje rysunki” – zaproponowała Milicja Iwanowna.
Dziewczyna z lekką niechęcią wstała i wyjęła z kredensu dużą teczkę. Ołówkiem i tuszem zilustrowane niektóre marzenia z dzieciństwa: gęsty las, zagubiona w nim samotna księżniczka, przestronny zamek na wysokiej górze, nad którym wiszą czarne chmury. Potem pojawiły się zdjęcia nagich dziewcząt. Dziewczyny pochylały się w tę i tamtą stronę i wystawiały nogi.
„Nina rysowała swoje przyjaciółki” – wyjaśniła mama. – „To całkiem naturalne, że Borys zatrzymał się na nagich dziewczynach”.
„Od razu widać, czym się interesujesz” – parsknęła pogardliwie księżniczka. – „Nagie kobiety”.
Skończywszy prace domowe, Goniało Męczennik drzemał spokojnie w zapadającym się pluszowym fotelu. Herbatę wypito, rozmowa się wyczerpała, skończyła się muzyczna i artystyczna dekoracja domowego obiadu. Nie należy nadużywać gościnności, zwłaszcza po raz pierwszy.
Gość wstał, mając nadzieję, że księżniczka odprowadzi go do drzwi. Ale tak się nie stało. Pod surowym spojrzeniem żony Kiki obudził się i ze smutkiem ruszył, aby pożegnać gościa.
Na zewnątrz trzaskał styczniowy mróz. Zaułek Entuzjastów drzemał w głębokim śniegu. Ścieżka wydeptana wzdłuż domów wesoło skrzypiała pod stopami. Podnosząc kołnierz płaszcza, Borys szedł i podsumowywał wrażenia.
Rodzina jest całkiem miła. Tata to oczywiście mięczak, a mama kieruje paradą. Z taką teściową będzie ciężko. Typowy matriarchat.
W tym samym czasie Borys przypomniał sobie sprawę siedmiu pieczęci, kiedy czerwony kardynał, Maksym Rudniew, polował na Amazonki, zaczynając od bogini Diany, a kończąc na funkcjonariuszkach czekistkach. Było też coś o matriarchacie. Zdaniem 13 Wydziału, jeśli w jakiejkolwiek rodzinie panuje matriarchat, to też jest to zły znak i należy brać pod uwagę takich ekscentryków. Co za nonsens!
Pomimo, że rodzina Millerów jest wyraźnie matriarchalna, ich córka jest bardzo uwodzicielska. Chociaż jest trochę dzika, jest to jednak całkiem naturalne. Od razu widać, że jest poważną dziewczyną i zna swoją wartość.
Zza chmur wyjrzał młody księżyc. Drzewa kołysały się z nagimi gałęziami. W świetle księżyca rozmazane cienie pełzały po śniegu.
Jeśli obywatel radziecki chce uzyskać tymczasowe noclegi w Moskwie, istnieje kilka możliwości. Noc najlepiej spędzić z rodziną lub przyjaciółmi.
Lepiej nie chodzić do hoteli. Wszystkie pokoje hotelowe są zarezerwowane dla turystów zagranicznych lub dla Yaldashi, co po tatarsku oznacza „towarzysz”. Podobnie jak podczas najazdu tatarskiego, Moskwa jest teraz okupowana przez międzynarodowych Yaldashi – towarzyszy z Azji, Afryki i innych walczących o pokój i przyjaźń między narodami. A dla obywatela radzieckiego jest Dom Kołchoźnika. Ten na Krowim Wale.
Chociaż Moskwa jest stolicą mas pracujących całego świata i jej usta są pełne frazesów, nie zapomina o swoich kołchoźnikach. Nawet pomimo tego, że kołchoźnicy to ciemny naród, który przyjeżdża do stolicy wcale nie po to, aby modlić się do czerwono-ryżych relikwii Lenina znajdujących się na Placu Czerwonym, ale po prostu po to, aby handlować cebulą i ziemniakami pod murami Kremla, także po cenach spekulacyjnych. Zgodnie z powszechnym rozwojem kultury radośnie krzyczą: – „Hej, współobywatele, kto potrzebuje witamin? Pospieszcie się!”
W Domu Kołchoźnika, nazwa którego pisana jest wielkimi literami, zmęczonego podróżnika przyjemnie uderza duch sowieckiego humanizmu. To nie jest ten duch, który pochodzi od kołchoźników, obżerających się własnymi ziemniakami i cebulą. Nie, mówimy o czymś innym. Aby kołchoźnicy nie zapomnieli o kolektywizacji, śpią tu zbiorowo – po trzydzieści osób w pokoju. Witają cię tutaj jak we własnej rodzinie: jeśli wszystkie łóżka są zajęte, kładą cię na podłodze.
Na ścianie wisi plakat: „Towarzysze bądźcie czujni!” A na dole notatka ołówkiem: „Uważaj na kieszenie!” Zwykle nie ma koców ani prześcieradeł. Twój płaszcz służy za koc, a kurtka za piżamę. Idąc spać, obywatel widzi, że jego sąsiedzi-kołchoźnicy ostrożnie przypinają agrafkami kieszenie marynarek, w których trzymają pieniądze zarobione na sprzedaży witamin w postaci cebuli i ziemniaków. Jeśli przybysz nie ma agrafki, wkłada rękę do kieszeni i śpi, trzymając portfel i starając się nie rozluźnić pięści.
* * *
Jeśli obywatel radziecki chce uzyskać stałe mieszkanie w Moskwie, istnieje również kilka możliwości.
Nie warto marzyć o mieszkaniu w nowym budownictwie. Najrozsądniej będzie pójść starą ulicą, pomiędzy stare domy i tam poszukać starszej kobiety. Takiej, która ma dodatkowy kącik w pokoju. W takim kącie, za perkalową zasłoną, można dostać stałe mieszkanie.
Jeśli komuś nie odpowiada takie mieszkanie, to istnieją inne możliwości. Można nawet wynająć cały pokój. Ale musisz poślubić ten pokój, czyli pannę młodą z pokojem. I trzeba być ostrożnym. Zwykle, jeśli pokój jest nowy, panna młoda jest stara. A jeśli panna młoda jest nowa, pokój jest stary. Ponadto w Moskwie jest o wiele więcej panów młodych bez pokoi niż narzeczonych z pokojami.
Po wzięciu pod uwagę wszystkich tych okoliczności, Borys po prostu zadzwonił do Maksyma.
Maksym zadzwonił do adiutanta i rozporządził: – „Przepisać na niego moje konspiracyjne mieszkanie przy Zaułku Enin”.
„Tak, mieszkanie, towarzyszu marszałku!”
„Jednocześnie przepiszcie mu mojego białego ZIŁ-a”.
„Tak, ZIŁ, towarzyszu marszałku!” – adiutant stuknął obcasami.
„Tylko nie bądź taką świnią” – powiedział Maksym do telefonu. – „I nie zapominaj, że jesteś moim jedynym bratem”.
Borys załadował swoje rzeczy do nowego samochodu i pojechał do swojego nowego mieszkania. Z prawej strony na przednią szybę samochodu naklejono jakąś plakietkę, pozostałość z czasów, gdy tym samochodem jeździł Maksym, który uwielbiał bawić się wszelkiego rodzaju zaszyfrowane symbole.
Była to gwiazda podobna do sowieckiej, ale nie czerwona, tylko czarna ze złotą obwódką. Pośrodku zamiast sierpa i młota znajdują się skrzyżowane czerwone toporki, niczym strażackie czy średniowiecznej Inkwizycji. A poniżej, pomiędzy promieniami gwiazdy, znajduje się tarcza z brązu z liczbą 13, która dla niektórych jest pomyślna, a dla innych pechowa.
Po załatwieniu spraw z mieszkaniem Borys od razu zabrał się do pracy nad swoją nową książką. Najtrudniej jest zacząć. To poszukiwanie w ciemności, narodziny bohaterów, projektowanie pomysłu. Piszesz, dopóki nie opanujesz pomysłu, dopóki bohaterowie nie ożyją i nie staną się lepsi lub gorsi od żywych ludzi.
Główną ideą jest więc homo sovieticus – idealni ludzie sowieccy nowego typu. Zaleca się przybliżenie kreatywności do życia. Dlaczego nie zacząć tak: bohater powieści nie jest osobą bardzo złą, ale też nie bardzo dobrą. Powiedzmy, że przez długi czas pracował za granicą i nie radził sobie z życiem w kraju. Potem wraca do domu i zastaje tu zupełnie nowy typ ludzi – homo sovieticus. W najlepszym tego słowa znaczeniu.
Dobrze mieć przed oczami pierwowzory bohaterów – wzorce postaci. Przede wszystkim potrzebna jest bohaterka, idealna dziewczyna nowego typu. Bohater został trochę zepsuty za granicą, a bohaterka przywróci go na ścieżkę sprawiedliwych. Wstępnie bohaterkę można nazwać Niną.
Potem, jak sól i pieprz, wszelkiego rodzaju emocjonalne przyprawy: miłość, przyjaźń itp. na tle budowy nowego świata. Wstaw gdzieś kilka osobistych konfliktów. Konflikty są oczywiście ideologiczne, bez walki.
Neochrześcijańskiego Serafina Allilujewa można wykorzystać w roli kraczącej wrony. A Ostap Ogłojedow, syn Ostapa Bendera, w roli rudzielca u barbera, żeby publika się nie nudziła.
Wszystko to oczywiście w przyjacielskiej atmosferze. Później podziękują Ci za włączenie do panteonu literackich bohaterów. Kiedy zostaną dziadkami, z dumą pokażą swoim wnukom:
„Patrzcie, to jest o mnie napisane!”
Kiedy książka wyjdzie z drukarni, autor wyprawi wszystkim bohaterom wielką imprezę. A może wesele! Reżyser poślubia więc odkrytą przez siebie gwiazdę kina, a pisarz poślubia bohaterkę własnej powieści. Tę sztuczkę stosowano od czasów Pigmaliona.
Lecz żeby osiągnąć ten cel, trzeba pracować, a nie marzyć. Kiedy pisał pierwszą książkę, przetarł kilka koszul, zanim wymyślił, jak podwijać rękawy. Potem nacierał odciski na łokciach i smarował je wazeliną. Tak się pisze książki!
Z tymi myślami inżynier ludzkich dusz podwinął rękawy i napisał pierwszą linijkę:
„Wszystko zaczęło się 13 stycznia, w dobie postalinowskiej odwilży…”
Następny rozdział
Powrót do spisu treści