Grigorij Klimow «Książę tego świata»

Rozdział 12. Formuła władzy

I rzekł do Niego diabeł: «Dam ci władzę nad wszystkimi tymi królestwami i ich chwałą, bo mi ją dano i daję ją, komu chcę; i tak, jeśli oddasz mi cześć, wszystko będzie Twoje».

Łukasz. 4:6-7

Po zabalsamowaniu szczątków Stalina i umieszczeniu ich obok Lenina w Mauzoleum na Placu Czerwonym, po drugiej stronie muru Kremla znów rozpoczęła się gra w kotka i myszkę.

Wkrótce w gazetach ukazała się krótka wiadomość w imieniu Prezydium Rady Najwyższej ZSRR, że Pierwszy Zastępca Przewodniczącego Rady Ministrów i Minister Spraw Wewnętrznych, Ł.P. Beria, został usunięty ze swoich stanowisk, a jego sprawa została przekazana do Sądu Najwyższego. Przez piętnaście lat Beria stał na czele organów bezpieczeństwa państwa ZSRR. I teraz nagle okazało się, że to on jest głównym sabotażystą i zagranicznym szpiegiem. Więc myszy znowu zjadły kota.

Po tak wielkim sabotażyście, jakim był sam Minister Spraw Wewnętrznych, było całkiem naturalne, że zaczęto dokonywać czystki wśród jego najbliższych pracowników, zastępców i naczelników wydziałów. Dlatego, czytając gazety, Borys poważnie obawiał się o los Maksyma.

Ale 13 Wydział był jak zaczarowany. Stalin zmarł w dość dziwnych okolicznościach. Beria został aresztowany jako szpieg. I jeden po drugim, wszyscy jego współpracownicy trafiają do więzienia. A na piersi marszałka Rudniewa za nieznane zasługi pojawiła się druga gwiazda Bohatera Pracy Socjalistycznej. Tylko wyraz twarzy bohatera był tak skwaśniały, jakby zjadł coś paskudnego.

Co więcej, na piersi Maksyma teraz jeszcze zawisł prosty medal «Za ratowanie tonących». A najzabawniejsze było to, że ten mało znaczący medal sprawiał Maksymowi wyraźną przyjemność. Medal ten przyznawany jest chłopcom, którzy ratują się nawzajem podczas pływania. A marszałek Rudniew cenił go wyżej, niż wszystkie inne najwyższe ordery ZSRR i jakby był chłopcem, wyraźnie się nim cieszył.

Po śmierci Stalina i aresztowaniu Berii, nawet w prasie radzieckiej pojawiła się krytyka pracy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Dlatego też, będąc w domu pod złotym kogutem, Borys również dość krytycznie odnosił się do średniowiecznych metod pracy swojego starszego brata.

Kto w naszych oświeconych czasach poważnie wierzy w Boga? Oczywiście tylko ciemni ludzie. I jest całkiem naturalne, że instruktor agitpropu, Borys Rudniew, nie wierzył w Boga ani diabła.

Jednak odwiedzając biuro Maksyma i zagłębiając się w jego mroczną bibliotekę, Borys często zauważał, że wraz z wszelkiego rodzaju średniowiecznymi diabelstwami, trzymano tu klucze do najmroczniejszych tajemnic władzy radzieckiej.

Cóż, na przykład taka historia. Na krótko przed śmiercią Stalina, przez Europę Wschodnią przetoczyła się fala krwawych czystek, podczas których powieszono dobrą połowę przywódców komunistycznych, rządzących w krajach nowej demokracji ludowej, a proces Rajka był szczególnie sensacyjny. Ponieważ wśród tych zhańbionych książąt było wielu Żydów, prasa zachodnia podniosła alarm w związku z antysemityzmem.

Po śmierci Stalina druga połowa książąt, na czele z Matthiasem Rakosim i Anną Pauker, którzy sami byli Żydami, została oskarżona o te antysemickie ekscesy i powoli usunięta z areny politycznej. Okazało się, że głównymi antysemitami byli sami Żydzi, którzy niszczyli się nawzajem w walce o władzę. Tak, czy inaczej, czerwoni książęta zjadali się nawzajem, jak pająki w słoiku.

W tym rzecz, że w biurze Maksyma znajdowały się teczki opatrzone stemplem „Ściśle tajne”, z których wynikało, że 13 Wydział bardzo uważnie monitoruje te książęce waśnie w Europie Wschodniej. I nie tylko śledzi, ale też coś robi.

A najciekawsze było to, że w tych teczkach zlikwidowani przywódcy bratnich partii komunistycznych zostali sklasyfikowani w tej samej kategorii co... przywódcy Mau Mau, tajnej sekty czarnych terrorystów, którzy byli zamieszani w masakrę białych w Kenii. Co więcej, główną tajemnicą tych Mau Mau były jakieś obrzydliwe przysięgi i krwawe rytuały związane z problemami płci, których zachodnie gazety, zwykle żądne takich sensacji, nie odważyły się nawet opisywać. Było tam coś na kształt obrzezania.

Ale zachodnia prasa pisała, że czerwony dyktator Węgier, Rakosi, stosuje w walce politycznej dość dziwaczne metody: nie tylko obrzezał swojego głównego przeciwnika politycznego, Janosa Kadara, ale po prostu go wykastrował. A obok notatka w tej sprawie specjalistów 13 Wydziału: okazuje się, że w 1920 r., po upadku rewolucji węgierskiej, Rakosi, z domu Aron Kogan, spędził około roku w szpitalu psychiatrycznym w Austrii. I prosto z tego domu wariatów poszedł do pracy w moskiewskim Kominternie.

Ale to nie wszystko. Analizując genealogię polityczną przywódców bratnich komunistycznych partii, oprócz Mau Mau, radziecka inkwizycja dotarła do Baby Jagi... Tak, do Baby Jagi!

W tym czasie w biurze Maksyma siedział generał-lejtnant Służby Technicznej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Ilja Siergiejewicz Kuroszczupow, profesor historii i jednocześnie przewodniczący Komisji ds. Religii Rady Ministrów ZSRR. W Wydziale 13-tym, podobnie jak w prawdziwej Inkwizycji, wielu funkcjonariuszy zmieniało sobie nazwiska. Tak więc i generał-profesor Kuroszczupow symbolicznie podkreślił swoim nazwiskiem, że „obmacuje” {щупает} jakieś kurczaki.

Dotarłszy do Baby Jagi, Borys nie wytrzymał i dosadnie powiedział:

„Słuchaj, Ilia Siergieicz, ponieważ pracuję w agitpropie, muszę agitować i promować komunizm. A ty tutaj porównujesz największą komunistkę Annę Pauker z Babą Jagą! Przecież to z bajek dla dzieci! Chatka na kurzych nóżkach!

„To absolutna prawda” – generał profesor spokojnie pokiwał głową. – „Przez chatę na kurzych nóżkach najwyraźniej mieli na myśli spiętrzone konstrukcje murzyńskie”.

„Znowu murzyni?”

„Tak. Baba Jaga z rosyjskich bajek wcale nie mieszkała w Rosji, tylko w Afryce Środkowej. Była królową plemienia kanibali. To plemię nazywało się „Jagga”. Stąd królowa Jagga. Później przekształciła się w rosyjską kanibalkę, Babę Jagę”.

Jak prawdziwy profesor, generał szczegółowo wyjaśnił: „W XVII wieku do Afryki Środkowej wraz z wojskami portugalskimi przybyli kapucyńscy misjonarze. Wtedy w regionie Kongo utworzono kolonię Angola. Rodzimym królem Angoli był niejaki Ngola Mbandi. I miał ukochaną siostrę Ntsingę. I ta kochająca siostrzyczka otruła swojego brata i sama została królową”.

Obok generała Kuroszczupowa siedział generał służby medycznej MSW, Bykow.

„Z tych samych powodów” – zauważył – „Anna Pauker skazała swojego męża, Marcela, na egzekucję, oskarżając go o trockizm”.

„Wtedy ta królowa Ntsinga” – kontynuował generał-profesor – „jako szczęśliwy amulet dający moc, wszędzie ze sobą w torbie nosiła kości swojego ukochanego brata – kości goleni. I stąd najwyraźniej w rosyjskiej bajce o Babie Jadze, pojawiło się takie, na pierwszy rzut oka niezrozumiałe wyrażenie: „Baba Jaga – kościana noga”. Ntsinga panowała dość długo, bo ponad trzydzieści lat, i przez większość czasu walczyła z Portugalczykami”.

„Typowa amazonka” – wtrącił generał-medyk. – „Swoją drogą, Anna Pauker też uwielbiała biegać z pistoletem na dupsku.”

Generał-historyk zaciągnął się papierosem i mówił dalej:

„Ale w końcu końców, kapucyni nawrócili Ntsingę na chrześcijaństwo. Potem dwóch kapucynów, brat Antonio de Gaeta i brat Giovanni de Montecuciolo, napisało całą książkę o tej Ntzindze. Kanałami kościelnymi ta książka dotarła do Rosji i tak, jak się wydaje, od czarnej kanibalki wyrosła bajka o kanibalce Babie Jadze”.

„No cóż, skoro tak dobrze to wszystko znasz”, powiedział instruktor agitpropu, „to powiedz mi, dlaczego Baba Jaga jeździ w moździerzu i zaciera ślady miotłą?”

„Aby to zrobić, trzeba znać symbolikę starożytnych kultów pogańskich” – odpowiedział generał służby medycznej. – „W starożytnych Indiach symbolami życia, a raczej regeneracji życia, były wąż i lotos”. Na starożytnej Rusi odpowiadało to moździerzowi i miotle. Są to falliczne symbole męskości i kobiecości”.

„Co to ma wspólnego z Babą Jagą?”

„Hmm, jeździ w moździerzu, a ślady zaciera miotłą... Symbolicznie jest to dość trafne określenie tej specyficznej kategorii kobiet, począwszy od Baby Jagi, a skończywszy na Annie Pauker”.

„Iwan Wasilicz, nie oszukuj mnie symboliką, ale mów wprost”.

Generał-medyk wzruszył ramionami. Na jego naszywkach wąż drwiąco migotał wokół miski z trucizną.

„Jeśli powiem ci bezpośrednio, zrozumiesz jeszcze mniej”.

Na ramionach generała-historyka spokojnie pobłyskiwały skrzyżowane topory służby technicznej MSW.

„Widzisz, Borysie Aleksanyczu, kiedy człowiek, nawet najmądrzejszy, staje przed takimi problemami, zawsze czuje się trochę jak głupiec. Dlatego te problemy nazywane są przeklętymi problemami”.

Tutaj Inkwizycja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, jak zawsze, w obliczu najróżniejszych delikatnych problemów, gwizdnęła na pomoc swoich przenikliwych Żydów.

„Przetłumaczone na język towarzysza Freuda” – uśmiechnął się generał medycyny – „jeździ w moździerzu i zaciera ślady miotłą”, oznacza kompleks ukrytego, stłumionego lub otwartego homoseksualizmu. A to często wiąże się z sadyzmem. Z kolei sadyzm jest źródłem tak zwanego kompleksu władzy. Jest to rodzaj formuły władzy. Dlatego dla władzy królowa Ntzinga wyeliminowała swojego brata, a czerwona królowa Rumunii Anna Pauker – wyeliminowała swojego męża”.

„Nawiasem mówiąc” – uśmiechnął się generał-profesor Kuroszczupow – „często można zaobserwować ten kompleks władzy wśród swoich przyjaciół. Spójrzcie tylko, gdzie żona rozkazuje mężowi, gdzie króluje matriarchat. Ale bądź ostrożny: miej oczy i uszy otwarte, a usta zamknięte. Bo inaczej pokłócisz się z wieloma przyjaciółmi. I wtedy zrozumiesz, dlaczego ta rzecz nazywa się „moje imię legion”. I dlaczego te problemy nazywa się przeklętymi problemami”.

Dom złego dobra, w którym pod złotym kogucikiem mieszkał marszałek bezpieczeństwa państwa ZSRR Maksym Rudniew, był pełen wszelkiego rodzaju tajemnic. Następnym razem, szukając przeklętych problemów, instruktor agitpropu natknął się na aztecką zagadkę. W bibliotece Maksyma, obok „Córki Montezumy”, którą Borys czytał kiedyś w dzieciństwie, znajdowały się poważniejsze książki na ten temat.

Kiedy w XVI wieku hiszpańscy konkwistadorzy zaczęli eksplorować nowy kontynent amerykański i – wraz z kompletnymi dzikusami w Ameryce Środkowej, natknęli się na plemiona Azteków i Majów, które miały zadziwiająco wysoką cywilizację: ściśle zorganizowane społeczeństwo klasowe, pałace i świątynie, piękną architekturę, teatry, własny system pisma, a nawet książki. Oprócz rozkwitu kultury, rozwinął się tam swoisty kult pogański, charakteryzujący się niesamowitym okrucieństwem. Wydawało się, że wszystkie obrzędy religijne Azteków i Majów zrodziły się w mózgu szaleńca, opętanego żądzą krwi. Było tam wszystko – od ofiar z ludzi, po rytualny kanibalizm.

Kapłani Majów nazywali siebie synami słońca. I wybierali swoje sługi spośród zwykłych śmiertelników, co uznawano za wielki zaszczyt. Jednak szczęśliwi wybrańcy bali się tego zaszczytu niemal tak samo, jak obawiali się noża ofiarnego. Uroczysty rytuał inicjacji w stopień sługi polegał na tym, że za pomocą pewnych barbarzyńskich operacji, z mężczyzny powstawała kobieta. Hiszpanie nazywali tych nieszczęśników służących – mujerado, od hiszpańskiego rdzenia „mujer”, czyli kobieta. Dla biednych mujerados niezwykła cywilizacja Majów wiązała się z wysoką ceną.

Niektórzy późniejsi badacze przypuszczali, że ta tajemnicza cywilizacja mogła zostać sprowadzona na kontynent amerykański z bajecznej Atlantydy. Jednocześnie przypomniano mroczne legendy, że w ostatniej epoce swojego istnienia, Atlantyda została dotknięta jakimiś strasznymi występkami, które wzbudziły gniew bogów i spowodowały jej zagładę. Czy kapłani Majów są potomkami Atlantydów?

Być może na to pytanie odpowiedzą mieszkańcy Wysp Kanaryjskich, które geograficznie najprawdopodobniej mogły być pozostałością po zatopionej Atlantydzie. Wyspy te były zamieszkane przez plemię Guanczo. Ale Guanczowie całkowicie wymarli z powodu nieznanej tajemniczej choroby, którą Hiszpanie nazywali modorrą – nieodpartą melancholią, która kończy się samobójstwem. Choroba ta wciąż dotyka tych mieszkańców Wysp Kanaryjskich, u których w żyłach wciąż płynie krew Guanczów.

Na marginesie książki, ręką Maksyma, widniała notatka, że ta tajemnicza modorra dotknęła nie tylko krewnych kapłanów Majów, ale także krewnych kapłanów komunizmu – Karola Marksa, Trockiego i Stalina, których rodziny były pełne samobójstw.

Aby poznać tajemnicę Majów, najłatwiej będzie przeczytać księgi Majów. Ale tutaj znowu pojawia się tajemnica: większość ksiąg Majów została spalona. I to w dość dziwnych okolicznościach. To nie był wandalizm popełniony przez pijanego żołnierza, czy ignoranta. Wręcz przeciwnie, uczynił to biskup Diego de Landa, misjonarz i wychowawca Indian, którego jemu współcześni uważali za świętego i jedynego człowieka, który czytał te księgi.

Diego de Landa otrzymał od kapłanów klucz do tajnego pisma Majów. Kiedy jednak zaczął czytać ich kroniki, napełniło to jego duszę taką zgrozą i odrazą, że kazał zebrać i spalić wszystkie te księgi. Ponadto, znając zwyczaj Indian grzebania zmarłych z księgami, nakazał odkopać wszystkie groby, w których można je było przechowywać, a znalezione księgi również spalono. Aż do śmierci, de Landę dręczyła chęć opowiedzenia czegoś o tajemniczej religii Majów, jednak za każdym razem przerywał sobie słowami: „Sam diabeł się w niej kryje!”.

Majowie i Aztekowie wyginęli wraz ze swoją kulturą i cywilizacją. Na trawiastych ruinach pałaców i świątyń pozostały jedynie zniszczone przez czas hieroglify. Ale kamienie milczą. Naukowcy rozwikłali egipskie hieroglify, fenickie pismo klinowe, nie ma ani jednego tajnego kodu, który prędzej czy później nie zostałby rozszyfrowany. I tylko jedyne pisma na świecie mocno zachowały swoją tajemnicę – pisma Majów. Setki lingwistów próbowało odkryć tajemnicę tych tajemniczych znaków, ale bezskutecznie.

Po raz pierwszy od czasów biskupa de Landy i nawet bez pomocy synów słońca, hieroglify te odczytał młody moskiewski naukowiec, Jurij Norozow. Odszyfrowanie hieroglifów Majów złożył jako rozprawę na stopień kandydata nauk. Zamiast tego, w ramach rzadkiego wyjątku, natychmiast otrzymał dyplom doktora nauk historycznych przyznany przez samą Akademię Nauk ZSRR. Podobnie jak kiedyś doktor socjologii Maksym Rudniew, który poznał formułę diabła i oddał tego diabła na służbę władzy sowieckiej.

Oczywiście odkrycie Norozowa nie umknęło uwadze zespołu mózgowców profesora Rudniewa, a Borys wielokrotnie spotykał się z doktorem Norozowem w domu pod złotym kogutem. Był chudym mężczyzną o czarnych, potarganych włosach i wyglądzie przypominającym ponurego kruka. Mimo młodego wieku, uczony historyk był tak mało komunikatywny, jakby rozmowę ze swoimi współczesnymi uważał jedynie za irytującą stratę czasu. A jeśli chodzi o tajemnice Majów, milczał niemal tak samo uparcie, jak biskup de Landa.

Przeglądając książki o kulturze Azteków, Borys czytał, jak w święta składano masowe ofiary z ludzi na kamiennych ołtarzach ozdobionych misternymi napisami. Jednym z największych świąt było święto płodności. Tego dnia, czasami, pod obsydianowymi nożami kapłanów umierało w ofierze bogom nawet 20 000 ludzi. Synowie słońca wycinali serce nieszczęśnika i wznosili je w darze dla słońca.

W tym momencie do biura weszli Maksym i jego prawa ręka, pokorny arcybiskup Pitirim. Jednak tym razem arcybiskup nie był w mundurze generała MSW, tylko w czarnej sutannie kapłańskiej i nawet z ciężkim krzyżem na piersi. Był z nimi także generał-lejtnant Malinin, także profesor pewnych mrocznych spraw MSW, który sam mawiał, że ma tylko słodkie nazwisko, ale jego praca jest raczej gorzka.

„Byłem po prostu zajęty twoimi kolegami, kapłanami azteckimi” – powiedział Borys, zwracając się do arcybiskupa – „Dlaczego bawili się masową zagładą ludzi w święto płodności?”

„Najwyraźniej tak właśnie jest w Ameryce” – powiedział basowym głosem generał-arcybiskup, gładząc gęstą brodę. „Niemal to samo dzieje się dzisiaj w amerykańskiej telewizji – totalne morderstwo. Jeśli ogląda to normalny człowiek, to staje się to obrzydliwe”.

„Dokładnie jak w rzymskim Koloseum” – wyjaśnił profesor mrocznych spraw, Malinin. – „Podczas upadku Cesarstwa Rzymskiego. Potem degeneratów zastępują barbarzyńcy. A w Ameryce będą to czarni {негры}”.

Dalej opisano, jak synowie słońca wybierają najpiękniejszą i najmłodszą dziewicę i wrzucają ją w ogień ofiarny. Albo topią ją w jakiejś specjalnej studni.

Borys przeczytał to i mruknął: – „Co za idioci... Palili dziewice…”

„Zostawcie kapłanów, aby zajęli się swoją pracą” – poradził przyjacielsko profesor ciemnych spraw – „Obawiam się, że taka piękność sprawi ci więcej kłopotów, niż przyjemności”.

„Nawiasem mówiąc, Aztekowie mieli bogów na każdą okazję” – zauważył arcybiskup Pitirim. – „Nie było tylko jednego boga – boga miłości”.

Borys pamiętał olśniewające piękności, które czasami pojawiały się w domu pod złotym kogutem. A wtedy Maksym ostrzegł, że te piękności nie są zwyczajne, tylko wyjątkowe i że Borys nie powinien próbować się z nimi wiązać, ponieważ przyniosą tylko nieszczęście. Czy to naprawdę takie same piękności, które azteccy kapłani palili i topili? A w domu złego dobra robiono z nich hurysy {гурий} 13 Wydziału, i te dziewczyny z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych są przekazywane zagranicznym dyplomatom i dziennikarzom. A w 13 Wydziale znajdowała się nawet specjalna lista „rosyjskich żon” spośród tych możliwych dziewcząt, którymi nagradzano wielu zagranicznych wąchaczy, słuchaczy i bazgraczy.

Tymczasem naczelnik 13 Wydziału siedział w swoim fotelu i nie wtrącał się do rozmowy. Idąc za filozoficzną radą Schopenhauera, który bardziej kochał psy niż ludzi, Maksym wolał bawić się ze swoim owczarkiem niemieckim, Rolfem. Za szerokim oknem, otoczonym witrażami z ciemnymi twarzami świętych, jesienny wiatr gwizdał smutno.

„Pitirim Fiodorowicz, o co tu chodzi?” – powiedział Borys. – „A więc krótko, jednym słowem”.

„Faktem jest, że nie można tego wyrazić jednym słowem” – odpowiedział generał-arcybiskup. – „To smutna historia całej światowej kultury i cywilizacji”.

Aby podnieść swój poziom kulturowy, instruktor agitpropu ponownie sięgnął do książek o średniowiecznych czarownicach i czarownikach, które szły w ślad za azteckimi kapłanami. W książkach tych jezuiccy uczeni argumentowali, że Bóg jest przede wszystkim miłością. Dlatego podpisując kontrakt z diabłem, wiedźmy i czarownicy płacą za to najwyższym darem, jaki Bóg może dać człowiekowi – darem miłości i dlatego nie mogą nikogo kochać. Z wyjątkiem siebie samych. Dlatego okazują się egoistami, egocentrykami i egomaniakami.

Z boku widnieje własnoręczna notatka Maksyma: „Bardzo dobry sygnał. Sam obserwowałem to bardzo często.”

Wykastrowawszy duszę z miłości bliźniego, zły często zastępuje ją miłością do poezji, literatury, baletu i sceny, aby łatwiej było oczarować innych. Dlatego takie wilkołaki często są dobrymi artystami, lub równie dobrymi szpiegami, jak na przykład Mata Hari.

Wyciągając z tego praktyczne wnioski, 13-ty Wydział z góry uważał, że większość amerykańskich dziennikarzy w Moskwie, to agenci amerykańskiej agencji wywiadowczej CIA. Zwłaszcza, jeśli pachną antychrystem. Wydział 13 równie dokładnie obwąchiwał żony tych dziennikarzy. Według filozofii Bierdiajewa o zjednoczeniu szatana i antychrysta, okazuje się, że nie tylko istnieją, ale nawet zawierają związki małżeńskie.

W dalszej części podręcznika o studiach satanistycznych podano, że kontrakt z diabłem może być zawarty na kilka lat lub na całe życie i jest podpisywany krwią: «Czasami, w przypadku tych, którzy są jeszcze młodzi, kontrakt zawiera się na krótki czas, ale potem zawsze się odnawia».

Obok notatka odręczna Maksyma: «Jednym z rodzajów takiej umowy podpisanej krwią są małżeństwa mieszane. Ale ta krew jest zgniła. A zgniła krew, jak trucizna, jest silniejsza niż zdrowa krew».

Podążając śladami kultury i cywilizacji, instruktor agitpropu natknął się na przemyślany traktat niezwykłego erudyty, franciszkańskiego mnicha, Ludovico Sinistrariego, „De Daemonialitate”, w którym doniesiono, że po podpisaniu kontraktu, zły próbuje odcisnąć swoją pieczęć na ciele neofity, którego doświadczył, „zwłaszcza na tych, od których oczekuje stałości”.

Zostało to jednomyślnie potwierdzone przez wszystkie średniowieczne autorytety w dziedzinie studiów satanistycznych. Według ich opisów, «znak diabła» lub «znak wiedźmy» był czymś w rodzaju czarnego znamienia o różnych kształtach i odcieniach. Czasami w tym miejscu ciało tonęło jak puste. «Znak diabła» różni się od zwykłego znamienia tym, że po nakłuciu tego miejsca nie odczuwa się bólu, ani nie pojawia się wydzielina.

Dlatego też w czasach Świętej Inkwizycji, osoby podejrzane o czary poddawane były zazwyczaj dokładnym badaniom lekarskim. W obecności komisji złożonej z lekarzy, aptekarzy i cyrulików rozbierano je do naga, golono im wszystkie włosy na ciele i szukano «pieczęci diabła», która często była ukrywana w najskrytszych miejscach. Jeżeli znaleziono taką «pieczęć», wówczas przebijano ją specjalnymi srebrnymi szpilkami.

Wcześniej ofiarom takiego badania zawiązywano oczy, aby nie widziały, kiedy i gdzie zostały nakłute. Łowcy czarownic twierdzili, że jeśli «pieczęć» jest prawdziwa, to, mimo iż szpilki wbite są na głębokość do trzech palców, czarownice nie odczuwają żadnego bólu i nie potrafią stwierdzić, kiedy i gdzie zostały ukłute. Ponadto w miejscu nakłucia nie pojawiała się krew ani żadna inna wydzielina.

Instruktor agitpropu zwrócił się o wyjaśnienia do Przewodniczącego Komisji ds. Wyznań przy Radzie Ministrów ZSRR, generała Kuroszczupowa, który podszczypując swoje panie, odpoczywał w domu pod złotym kogucikiem.

„To rodzaj naturalnego znieczulenia miejscowego” – odpowiedział spokojnie generał-profesor 13 Wydziału – „Utrata czucia, wynikająca z zakłócenia przewodzenia nerwów czuciowych z peryferii do mózgu. Jeden z objawów niektórych chorób obwodowego i ośrodkowego układu nerwowego. Czasami spotykany u różnego rodzaju psychopatów i szaleńców. Słyszeliście o Kamo?”

Wtedy generał Kuroszczupow opowiedział dość interesującą historię. Kamo, a dokładniej Siemion Arszakowicz Ter-Petrosjan był legendarnym bohaterem rewolucji. Razem ze Stalinem poprowadził słynny napad na bank w Tyflisie i dostarczył Leninowi te pieniądze. W związku z tym, w 1908 roku został aresztowany w Niemczech. Przez cztery lata Kamo przebywał w więzieniu i udawał szaleńca. Niemieccy psychiatrzy wiedzieli, że niektórzy szaleńcy są niewrażliwi na ból. Aby przetestować Kamo, w XX wieku, podobnie jak średniowieczni lekarze, wbijali mu igły pod paznokcie. Ale rewolucyjny bandyta tylko się uśmiechał i karmił chlebem wróble, które wlatywały w okno jego celi. Następnie próbował popełnić samobójstwo i głodził się. Ostatecznie został przeniesiony do szpitala psychiatrycznego, skąd szybko uciekł.

„Chodzi o to” – podsumował generał profesor – „że Kamo nie był szalony, ale na wpół szalony. Tak chory psychicznie, jak większość rewolucjonistów. Dlatego Kamo nie odczuwał bólu – miał samoznieczulenie. A po rewolucji znudziło mu się życie i w 1923 roku celowo wjechał na rowerze w ciężarówkę i zginął. Nawiasem mówiąc, ten Kamo był zezowaty. Dlatego mówią: złe oko”.

„Co to wszystko ma wspólnego z Komisją ds. Wyznań?”

„Bardzo proste. Kamo, podobnie jak Stalin, zaczynał od szkoły religijnej. Bóg i diabeł to dwie strony tej samej monety. Dlatego też mamy na to oko. Dajcie im wolność, jak w Ameryce, a połowa pasterzy będzie modlić się do Boga, a połowa do diabła. I będą, podobnie jak w Ameryce, dwa walczące kościoły”.

Generał-profesor Kuroszczupow bawił się palcami – „To są kurki, które macamy. Łapiemy grzeszników”.

Następną w czarnoksięskiej bibliotece Maksyma było solidne dzieło niejakiego Fredericka Elworthy’ego zatytułowane „Oko zła”. Oprócz tego, że autor był naukowcem – profesorem, był także honorowym członkiem jakiegoś mistycznego tajnego stowarzyszenia, którzy nazywają siebie humanistami, a drudzy nazywają ich satanistami.

Zagłębiając się w tysiące lat, profesor Elworthy usystematyzował przyczyny pojawienia się przesądów o złym oku, które rzekomo przynosi pecha i wszelkiego rodzaju nieszczęścia.

Okazuje się, że sprawa była prosta jak kiszony ogórek. Takie autorytety antycznej starożytności, jak Herodot, Wergiliusz, Horacy, Owidiusz i Plutarch od dawna zauważyły, że przesąd ten wiąże się z pewnymi deformacjami ludzkiego oka, zwłaszcza zezem. Później nauka ta została rozszerzona i za właścicieli złego oka uważano nie tylko ludzi zezowatych, ale także kulawych, garbusów, krasnoludów, grubych ludzi i ogólnie wszystkich dziwaków. Ale tylko dziwadła od urodzenia. Potem do tej kategorii zaczęto zaliczać nie tylko osoby wyróżniające się brzydotą, ale wręcz przeciwnie, osoby niezwykle piękne, w tym ostatnim przypadku zwłaszcza kobiety.

Profesor Kuroszczupow natychmiast powiązał teorię z praktyką:

„Widzisz, właśnie ci mówiłem, że Kamo był zezowaty. A takich przykładów jest mnóstwo. Oczy są zwierciadłem duszy. Dostojewski miał wielokolorowe oczy – co znajduje odzwierciedlenie także w jego twórczości i drodze życiowej: od rewolucjonisty do reakcjonisty”.

„Ilia Siergieicz, czy naprawdę kierujesz się w swojej pracy takimi głupimi przesądami?”

„Trochę, trochę” – odpowiedział Ilja Siergiejewicz z pewną urazą w głosie – „Za czasów Piotra Wielkiego obowiązywał nawet specjalny dekret carski: osobom zezowatym i rudym nie wolno było zeznawać w sądzie – bo Bóg naznacza szelmy”.

„Więc zwracasz uwagę także na rudych?”

„A jak inaczej? Cóż, oceń sam. Lenin miał rude włosy. Jego żona Krupska również jest ruda. A główna wielbicielka Lenina, Inessa Armand, również jest ruda. A główny zdrajca w otoczeniu Lenina, Malinowski, również był rudy i był szpiegiem tajnej policji, ochrany. Jeśli liczyć, wśród przywódców bolszewickich było tak wielu rudych, że bolszewików można było nazwać partią rudych. Weź Bucharina – czerwony! Albo Enukidze – też rudowłosy! I matka Stalina była rudowłosa. Tfu!” – Ażeby się uspokoić, generał Kuroszczupow pogłaskał pistolet u pasa.

Przewodniczący Komisji do Spraw Religii, czule głaszcząc swój pistolet, dodał rzeczowo:

„Oczywiście, że normalni ludzie mogą mieć wszystkie te anomalie. Tyle, że częściej zdarzają się wśród legionistów, niż wśród innych. Diabeł, wiesz, to straszny bałaganiarz”.

Kot Waśka siedział na kolanach Maksyma i bawił się łapą medalem «Za ratowanie tonących». A Maksym i arcybiskup Pitirim praktykowali sofistykę. Nawiązując do filozofa Denisa de Rougemont, spekulowali na temat udziału diabła w pokonaniu Francji przez Hitlera. Chociaż Hitler był skrzyżowaniem szatana i antychrysta, okazuje się, że prawdziwa siedziba szatana znajdowała się w Paryżu. Przecież, ponieważ diabeł jest przede wszystkim duchem, to wszystkie potwory współczesnej kultury duchowej – symbolika w poezji, modernizm w malarstwie i egzystencjalizm w literaturze – zdegenerowały się nie gdzie indziej, jak we Francji.

A ponieważ wszystkie te dziwadła i oszustwa nie reprezentują nic więcej niż duchowy anarchizm i nihilizm, to właśnie Nicość, która niszczy {Ничто, которое ничтожит}, oto rezultaty. A po wojnie diabeł, wykonawszy swoją robotę, i ponieważ kocha złoto i wygodę, przeniósł swój sztab-kwaterę główną do Ameryki.

W międzyczasie instruktor agitpropu studiował głęboko przemyślaną rozprawę papieża Benedykta XIV „De Seruorum Dei Beatificatione”, które omawiało kwestię, czy demony mogą mieć dzieci. Okazuje się, że przy odrobinie umiejętności, demony mogą mieć chochliki. Ale aby to zrobić, demony używają jakiejś genialnej techniki, nieznanej nawet samemu papieżowi.

Obok znajduje się uczone dzieło ambrozjańskiego mnicha, Francesco Guzzo, „Compendium Maleficarum”, napisane w 1608 roku. Powołując się na liczne ówczesne uczone autorytety, brat Francesco stwierdza, że „najprawdopodobniej pierwszymi wynalazcami sztucznego zapłodnienia były demony, ponieważ potrafią transportować ludzkie nasienie na duże odległości i to w taki sposób, aby zachowało ono swoją moc. W jakiś nieznany lub niewytłumaczalny sposób są w stanie go wstrzyknąć, aby doszło do ciąży. Przy tym jest zagwarantowane, że wszystkie demoniczne cechy zostaną przekazane potomstwu”.

Dziwne jest tylko, że o średniowiecznym delirium brata Francesco wspomina tak nowoczesny autorytet, jak Henry Rohde, policyjny ekspert w dziedzinie chemii sądowej i naukowego badania zbrodni, w swojej książce o socjologii i kryminologii „The Satanic Mass” {„Msza satanistyczna”}, która ukazała się całkiem niedawno w Londynie.

Z pomocą bratu Francesco przyszedł sam przewodniczący Komisji ds. Wyznań przy Radzie Ministrów ZSRR.

„To bardzo proste” – powiedział generał-profesor Kuroszczupow. – „Słyszałeś o komendantce Buchenwaldu, Elsie Koch? Była sądzona w Norymberdze jako zbrodniarz wojenny i skazana na powieszenie. A ona się śmieje i bezczelnie oświadcza, że jest w ciąży, a zgodnie z prawem, kobiety w ciąży nie mogą być poddane egzekucji. Oczywiście jej nie wierzyli: w końcu od ponad roku przebywała w izolatce. Izolacja jest taka, że mucha nie może przez nią przelecieć. Potem sprawdzili i widzą: tak, naprawdę była w ciąży! Więc przyszło ją ułaskawić..”.

„Ale jak zaszła w ciążę w izolatce?”

„Alianci zorganizowali specjalne śledztwo, ale niczego nie odkryli”.

„Cóż, wiesz o tym jak?”

„Oczywiście” – generał Kuroszczupow uśmiechnął się, czule dotykając pistoletu – „Wszyscy wiemy. Więcej od nas wie tylko sam Pan Bóg”.

I rzeczywiście! Choć nawet sam papież Benedykt XIV przyznał, że nie wie, w jaki sposób demony rodzą demoniczne dzieci, do sedna sprawy doszedł czerwony kardynał Maksym Rudniew. Tam, gdzie brat Francesco głowił się nad zagadką sztucznego zapłodnienia, którego dokonują demony, ręka Maksyma napisała: – „Zrobione palcem. Patrz sprawa «Błękitna Gwiazda» – Załącznik nr 27/C. Dobry przykład formuły władzy”.

Po przeszukaniu półek Borys znalazł starą teczkę z aktami «Błękitnej Gwiazdy». Załącznik nr 27/C dotyczył Fiedźki Kosoja. A zaczęło się od sprawdzenia jego drzewa genealogicznego, co było dość zagmatwane.

W tym miejscu ja, radziecki sługa Boży, pisząc tę smutną kronikę ciężkich czasów Rosji, niech moje imię zostanie zapomniane, muszę przeprosić za kolejne grzeszne słowa. Ale jak inaczej opisać te demoniczne tajemnice?

W dodatku teraz, w wolnej Ameryce, piszą to właśnie zupełnie swobodnie i nazywają to postępową literaturą modernistyczną. A nam, Rosjanom, zarzuca się, że jesteśmy spóźnieni. Podam więc, z punktu widzenia dialektycznego chrześcijaństwa, przykład takiego socjalistycznego modernizmu.

Sprawa Fiedźki Kosoja zaczęła się dawno temu – jeszcze przed rewolucją 1905 roku. A wszystko zaczęło się na odwrót – nie od ojca, lecz od matki. Matka Fiedźki Kosoja, Mara Szwarc-Czernych, była rewolucjonistką w życiu publicznym, w życiu prywatnym – lesbijką, a w głębi serca – wiedźmą. Wszystko to wymagało zachowania tajemnicy i dzięki temu osiągnięto wewnętrzną harmonię. Zasmakowawszy grzechów młodości, wiedźma Mara zdecydowała, że pozostawanie starą panną jest nieopłacalne i lepiej wyjść za mąż. Ale jak może to zrobić, jeśli kocha kobiety, a nie mężczyzn?

Lecz dla czarownic wszystko jest bardzo proste. Aby to zrobić, wystarczy wiedzieć, jak dwie lesbijki uprawiają miłość: liżą się nawzajem i oblizują. Dlatego nazywa się je pogankami {язычницами – «języcznicami»}. Ażeby wyjść za mąż, wiedźma musi znaleźć odpowiedniego wilkołaka, który będzie robić to samo, czyli minetczyka z francuskich dowcipów. A ich też są legiony. Co prawda, jest to erzac kawy, ale…

I tak właśnie czarownica Mara zrobiła. Okazał się szczupłym, o łamiącym się głosie i, jeśli przyjrzeć się uważnie, nieco zniewieściałym wilkołakiem, który nawet podawał się za księcia Obłońskiego i służył jako mujerado dla jednego z kapłanów tajnego kultu w kręgu filozofa-poszukiwacza Boga, Bierdiajewa. Tego samego, który głosił zjednoczenie szatana i antychrysta, a w rezultacie królestwo księcia tego świata.

Biedny mujerado Obłoński również był w trudnej sytuacji – nie mógł się ożenić, ponieważ kochał mężczyzn, a nie kobiety. Dlatego wiedźma Mara bez większych trudności zaręczyła się z nim i pobrali się. I kochali się, według recepty towarzysza Freuda na oralny erotyzm. Tylko trochę na odwrót. Jeśli wcześniej mąż ssał, teraz lizał. A jeśli żona lizała, teraz ssała. Jak w pikantnej francuskiej anegdocie. Oczywiście, po drodze musieli zmagać się także ze swoimi dawnymi grzechami.

A ludzie patrzyli na nich z boku i mówili: „Och, co za dobrana para”.

Potem wiedźma Mara zapragnęła mieć dzieci. Aby jednak uniknąć złej dziedziczności, aby zmniejszyć ryzyko zwyrodnienia diabelskiego o 50%, zdecydowała się na potomstwo poprzez sztuczne zapłodnienie. Po prostu wysłała swoją przyjaciółkę, lesbijkę, do prostytutek, żeby kupiła używaną prezerwatywę. I wtedy wiedźma Mara poczęła dziecko swoim palcem. Urodziła więc syna, stworzonego swoim palcem, owoc grzechu, który później został futurystycznym poetą i ukrywał się pod pseudonimami «Iwan Wędrowiec» i «Mort», co po łacinie oznacza «śmierć». Po nim, w ten sam nowoczesny sposób, pojawił się na Bożym świecie drugi syn, który później stał się znanym bandytą o imieniu Fiedźka Kosoj.

Przeglądając akta «Błękitnej Gwiazdy», instruktor agitpropu mimowolnie pomyślał: «A przecież brat Francesco miał rację, gdy powiedział, że takie sztuczne zapłodnienie gwarantuje, że wszystkie demoniczne cechy zostaną przekazane potomstwu!». Tutaj nawet sowiecki Tomasz Niedowierzający zachwiał się w swoim niedowiarstwie.

Rodzina Szwarc-Czernych była starą demoniczną rodziną, pełną wszelkiego rodzaju demonów i chochlików. Były tam ponure demony schizofrenii i paranoi, wesołe demony anarchii i nihilizmu, dwulicowe demony inkubów i sukkubów, które zamieniają mężczyzn w kobiety, a kobiety w mężczyzn, ukryte demony sadyzmu i masochizmu, demony morderstwa i samobójstwa oraz cała masa innych demonów i chochlików.

Przez wiele pokoleń w tej demonicznej rodzinie dzieci były robione palcem. Nawet sama wiedźma Mara, patrząc na siebie w lustrze, nie miała wątpliwości, że ona też została stworzona palcem. Pomimo tego, demony manii wielkości i manii prześladowczej szeptały do nich, że nie są zwyczajni, tylko wyjątkowi, że są wybrańcami, że są elitą i że mają specjalną misję.

Po rewolucji 1917 roku, rząd radziecki potajemnie wydał w 1922 roku tajny dekret, zakazujący działalności tajnych stowarzyszeń, takich jak «Błękitna Gwiazda». Bolszewicka CzeKa bardzo szybko dowiedziała się, że większość przywódców konkurujących ze sobą partii rewolucyjnych – mieńszewików, eserowców i tak dalej – była blisko związana z tymi ezoterycznymi tajnymi stowarzyszeniami. Były to swojego rodzaju partie partii i związki związków. Dlatego, aby położyć kres anarchii, CzeKa po prostu rozstrzelała część tych przywódców, a drugą część wypędzono za granicę.

Mówiono, że zostali wypędzeni celowo, aby wywołać podział i anarchię na emigracji. Wśród tych wyrzutków rewolucji było wielu poszukiwaczy Boga, typu Bierdiajewa. I rzeczywiście, pierwszą rzeczą, jaką zrobili ci poszukiwacze Boga, było podzielenie Cerkwi Prawosławnej za Granicą na dwie cerkwie. Jedna, prawdziwa, ascetyczna, wciąż modliła się do Boga. A druga, fałszywa, schizmatycka, modernistyczna, modliła się według zasad poszukiwacza Boga, Bierdiajewa, który potajemnie głosił zjednoczenie szatana i antychrysta. To właśnie te czarne kurki obmacywał generał Kuroszczupow. Bracia szatana i antychrysta chodzili „spowiadać się” i przekazywali wszystkie swoje tajemnice wywiadowi sowieckiemu. Kury generała Kuroszczupowa znosiły złote jajka.

W podobny sposób czarownica Mara i jej mąż-wilkołak zostali wyrzuceni za granicę. Tam szybko wywęszyli kontakty z braćmi i, znów udając humanistów i liberałów, pisali przesłodkie wspomnienia o rewolucji rosyjskiej. Aby zarabiać pieniądze, pracowali jako konsultanci od brudnych spraw, we wszelkiego rodzaju służbach wywiadowczych. Po drodze, jeśli było to konieczne, sowiecki wywiad także ich doił.

Palcem robione dzieci wiedźmy Mary, Iwan Wędrowiec i Fiedźka Kosoj pozostali w Rosji i starannie ukrywali swoje pochodzenie społeczne. Ale przyjaciółka-wiedźma, która kiedyś biegała za prezerwatywami, z których wykluli się obaj, podczas Wielkiej Czystki trafiła do 13 Wydziału i przyznała się do wszystkiego.

W sprawie «Błękitnej Gwiazdy» kontynuowano materiały śledcze dotyczące samego Fiedźki Kosoja, który był królem moskiewskich bandytów i który, podobnie jak Sinobrody, miał pięć żon. A oto własnoręcznie spisane zeznania Fiedźki Kosoja, w których pisał, co następuje:

«Moje podłe żony mnie zniszczyły. Uciekły ode mnie cztery paskudy, bo podobno atakowałem je w łóżku naładowanym rewolwerem, symulując albo gwałt, albo rabunek. A bez tej symulacji jestem ponoć totalnym impotentem i nic nie mogę zrobić. A piąta paskuda tak miała dość tej totalitarnej miłości, że ta kurwa doniosła na mnie do wydziału kryminalnego.

Te tanie dziwki po prostu nie rozumieją mojej złożonej duszy. Dla mnie rewolwer jest jedyną wodą święconą, która gasi moje przeklęte i nienasycone pragnienie dowodzenia, pragnienie władzy i mocy seksualnej. A skoro mowa o moich żonach, nic nie mogło mi zapewnić niezbędnej ulgi dla duszy i ciała, której szukałem, jak ich absolutne poddanie się mojej potrzebie dominacji, podczas gdy wiły się przede mną z przerażenia. Ale te bladzie mnie nie rozumiały, mimo że ubierałem je jak lalki.

Bardzo trudno wytłumaczyć te dziwne, słodkie doznania, które przenikają całe moje ciało, aż do szpiku kości, kiedy celuję rewolwerem w moją ofiarę, obserwując, jak drży i poci się ze strachu. W takiej chwili czuję się jak bóg. Wszelka prawda i nieprawda są w moich rękach. To tak, jakbym zaglądał do studni, w której kryją się wszystkie tajemnice świata i poznawał absolutną prawdę. Czasami podczas napadu nawet zapominałem o pieniądzach i wychodziłem».

Na marginesie, napisana dłonią Maksyma, widnieje notatka: „Oto ona – formuła władzy!”

Fiedźka Kosoj pisał dalej:

«Całe moje życie było przepełnione zazdrością i nienawiścią do osiągnięć innych ludzi. Często myślałem, że uda mi się zostać wielkim przywódcą, zdolnym zadziwić cały świat rewolucjami społecznymi tak niesamowitymi i fantastycznymi, o jakich tylko wielcy władcy mogli pomyśleć. Ale cały mój problem polega na tym, że urodziłem się zbyt późno i nie zaangażowałem się w proces rewolucji. Inaczej pokazałbym wam wszystkim, gdzie raki zimują».

Borys przypomniał sobie, jak kiedyś-tam w dzieciństwie, po walkach z chuliganem Fiedźką Kosojem, chłopiec Maksym modlił się do Boga, prosząc go, aby uczynił go dużym i silnym. A teraz marszałek bezpieczeństwa państwowego ZSRR, Maksym Rudniew, który stał się duży i silny, napisał na piśmie bandyty Fiedźki Kosoja: «A więc taka jest cena władzy, którą daje książę tego świata!».

Ale Fiedźka Kosoj nie stracił animuszu i zakończył swoje wyznanie w ten sposób:

«Chociaż jestem wszą społeczną i gnidą, którą trzeba zmiażdżyć, proszę władze sowieckie, aby mnie nie rozstrzelały. Jak proroczo powiedział towarzysz Lenin, nawet pod władzą sowiecką nie można obejść się bez asenizatorów. Dlatego nadal mogę być przydatny w miażdżeniu innych wszy i gnid. Żebyście nie upaprali sobie rąk, że tak powiem. Wyślijcie mnie do łagru pracy przymusowej, a obiecuję poprawę».

I król moskiewskich bandytów dotrzymał słowa. Zesłano go do koncłagru, gdzie po Wielkiej Czystce więziono byłych bohaterów rewolucji. Tutaj Fiedźka Kosoj został brygadzistą w brygadzie murarzy i pilnie reedukował byłych rewolucjonistów przy pomocy kija dębowego.

„Co, wy, bałamuty, buntowaliście przeciwko carowi i Bogu?” – krzyczał Fiedźka Kosoj, obrabiając swoich murarzy dębinką. – „Teraz jestem dla was zarówno carem, jak i Bogiem. To, o co walczyliście – na to wpadliście!”.

Tej nocy Borys został na noc w domu pod złotym kogucikiem. Ale nie spał dobrze. Przez całą noc instruktora agitpropu, jak w filmie, dręczyły obsesyjne sny. Gdzieś z daleka piękna Olga, półanioł i półmarsjanka, uśmiecha się tajemniczo i otula się z chłodu swoim białym szalem. Obok niej, w mundurze wojskowym, stoi półksiężniczka i generał NKWD, Zinaida Genrichowna, skrzyżowanie szatana i antychrysta. Za nimi, niczym kulawy diabeł, podąża półbohater Pieriekopu w czerwonych bryczesach. Gdzieś z tyłu cicho migocze mistyczna «Błękitna Gwiazda», gdzie, niczym w wężowym gnieździe, kłębi się się dobre zło i złe dobro. A Maksym siedzi w kącie i, niczym Doktor Faust, zagłębia się w swoje książki o wiedzy tajemnej, poszukując recept na dobro i zło, umysł i szaleństwo, życie i śmierć. Potem wskazuje na Borysa i uśmiecha się: „A to jest mój Tomasz Niedowierzający!”

Tomasz Niedowierzający przewrócił się we śnie na drugi bok. A z drugiej strony ustawił się w kolejności trust mózgowców profesora Rudniewa. Generał-arcybiskup Pitirim, z krzyżem na piersi i ogromnym pistoletem u pasa. Generał-profesor Kuroszczupow ze swoimi kurami znoszącymi złote jaja. Medyk {Лейб-медик} 13 Wydziału, doktor Bykow, z wężami owiniętymi wokół miski z trucizną. Generał-inkwizytor Toptygin, z toporkami na pagonach. Profesor mrocznych spraw Malinin, którego jedynie nazwisko jest słodkie, ale jego praca jest gorzka. Ci mózgowcy czule głaszczą swoje pistolety i mrugają: „Hmm-hmm, jesteśmy tajną policją nowej Rosji, młodej Rosji! I wiemy wszystko i o wszystkich. Tylko sam Pan Bóg wie więcej od nas!”.

Tomasz Niewierzący przewracał się z boku na bok, ale to nie pomagało. Dookoła, niczym syreny w bajce, spokojnie rozsiedli się błyskotliwi Żydzi Maksyma, apostołowie 13 Wydziału. Apostoł kryminologii naukowej, profesor Lombroso, ze swoimi szalonymi geniuszami. Apostoł degenerologii, dr Nordau, ze swoimi genialnymi degeneratami. Apostoł egzystencjalizmu, garbaty filozof Kierkegaard ze swoimi demonami, żyjącymi w farbie drukarskiej. Tutaj apostoł psychoanalizy, Freud, wynalazca erotyzmu oralnego, spokojnie zaciąga się cygarem, które, zgodnie z jego nauczaniem, jest symbolem fallicznym. A reszta błyskotliwych ludzi patrzy na usta Freuda – i oblizuje wargi.

A za tym wszystkim, jak uczony kot pod dębem, siedzi marszałek bezpieczeństwa państwowego ZSRR, Maksym Rudniew – i bawi się swoimi zaczarowanymi pięknościami. A na kolanach Maksyma siedzi kot Waśka i bawi się medalem «Za ratowanie tonących».

Rano, wychodząc z domu złego dobra, instruktor agitpropu zerknął w bok na złotego kogucika na dachu i powiedział: „No cóż, mam dość…”

* * *

W przypadku szczególnie ważnych więźniów, aby nie popełnili przedwcześnie samobójstwa, zabierano im pasek, aparat ortodontyczny, sznurowadła, protezy zębowe, okulary, a nawet obcinano im wszystkie guziki w spodniach. W pomieszczeniu inspekcji sanitarnej zostawali goleni, poddawani prysznicowi, posypywani proszkiem przeciw wszom i zamykani w celi o gumowych ścianach w jednej z podziemnych kondygnacji Zarządu Głównego MSW.

W podziemnym pomieszczeniu stale paliło się światło elektryczne i tutaj nie było różnicy między nocą a dniem. Dlatego też, kiedy marszałek bezpieczeństwa państwowego ZSRR, który sam zorganizował tą procedurę, trafił do tej celi jako więzień, nawet on sam nie wiedział dokładnie, ile czasu tu spędził.

Najpierw zabrano go na komisje lekarskie, gdzie sprawdzono jego stan zdrowia tak dokładnie, jakby przygotowywał się do lotu na księżyc. Następnie został zmuszony do poddania się serii testów psychologicznych. Tak, tak skomplikowane i zagmatwane, że zwykły człowiek na pewno by się w nich zagubił.

Ale były marszałek wiedział, czego szukają lekarze. I wiedział, jak ich oszukać. Lekarze również o tym wiedzieli i prosili go, aby w imię nauki był uczciwy, ponieważ, tak czy inaczej, nie miał nic do stracenia. I więzień wiedział też, że nie ma już nic do stracenia. Sądząc po tych nadzwyczajnych obawach o jego zdrowie, wiedział, co go czeka.

I już wiedział, kiedy to nastąpi. Nie, dopóki nie skończy pisać autobiografii. Nie tylko kwestionariusz, jak w przypadku zwykłych śmiertelników, ale pisma o nieograniczonej objętości, ponieważ odtąd jego życie nie należy do niego, ale do historii. Ci, którzy siedzieli na górze, wiedzieli, że w takich warunkach ta biografia będzie bardzo szczegółowa i długa.

Po zakończeniu tej biurokratycznej procedury więźnia wzywano na ostateczne przesłuchanie, podczas którego zwykle ogłaszany był wyrok. Idąc podziemnym korytarzem i podtrzymując opadające bez guzików spodnie, były marszałek nie mógł tego znieść i zapytał strażników:

„Jaki jest dzisiaj dzień?”

Ale strażnicy tylko marszczyli brwi i milczeli. Więzień z irytacją przypomniał sobie, że na tym podziemnym piętrze wszyscy strażnicy byli głusi i niemi. Buty bez sznurówek spadały mu z nóg i ciągnął je po podłodze.

Wywieziono go windą na ostatnie piętro i zaprowadzono do biura, które dobrze znał z przeszłości. Za dużym biurkiem siedział mężczyzna w znajomym mundurze marszałka bezpieczeństwa państwowego ZSRR.

Obaj marszałkowie, dawny i obecny, patrzyli na siebie w milczeniu.

„Usiądź” – powiedział jeden.

„Dziękuję za życzliwość” – powiedział drugi, ostrożnie siadając na znajomym krześle.

„Chcesz zapalić?”

Więzień sięgnął po papierosa.

„Oto zapałki. Czy masz ochotę na kieliszek koniaku?” -

„Tak, nie odmówię”.

„Czy masz jakieś skargi proceduralne?”

„Nie. Chciałbym ci nawet podziękować, że nie ciągnąłeś mnie na przesłuchanie nago, jak to zwykle robiłeś.

„No cóż, w takim razie pozostają już tylko formalności. Przeczytaj to”.

Były marszałek wziął kartkę papieru z godłem ZSRR, napisaną na maszynie do pisania i zmrużył oczy: „Kolegium Specjalne Sądu Najwyższego Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich zbiera się w trybie nadzwyczajnym…”

„Co za farsa!” – prychnął więzień – „Przecież nie było żadnego posiedzenia!”

„...po rozpatrzeniu sprawy byłego Ministra Spraw Wewnętrznych i byłego członka Prezydium Komitetu Centralnego KPZR, Berii L.P….”

Pozbawione okularów, krótkowzroczne oczy pospiesznie błądziły po liniach, szukając ostatnich słów:

„...skazał oskarżonego na karę śmierci – rozstrzelanie. Wyrok jest ostateczny i nie przysługuje od niego odwołanie. Wyrok zostanie natychmiast wykonany.”

„Bez okularów nic dobrze nie widzę” – mruczał skazaniec przez swoje bezzębne usta, z których wyjęto protezę. – „Jaka jest tutaj data?”

„Nie zwracaj uwagi na datę. Według gazet, zostałeś rozstrzelany sześć miesięcy temu”.

„Zwykłe sztuczki profesora Rudniewa” – żywy trup uśmiechnął się ironicznie i spojrzał na podpisy poniżej – „A gdzie jest twój podpis?”

„W tym przypadku jestem jedynie pośrednią instancją”.

„Tak, bo zawsze wolisz pozostawać w cieniu” – skazany rzucił wyrok na stół. – „A może po zlikwidowaniu samego Stalina nie interesują was już takie drobnostki jak jacyś tam ministrowie?”

„Ławrentij Pałycz, pamiętasz, jak Stalin przygotowywał drugą czystkę? I jak znalazłeś się pierwszy na liście?”

„Oczywiście, wtedy uratowałeś mi życie. A ja dla żartu wręczyłem ci nawet medal «Za ratowanie tonących», który najwyraźniej bardzo ci się podoba... Och, gdybym tylko nie zaangażował się w tę przeklętą walkę o sukcesję…”.

„Dlatego mówią, że pycha to pierwszy grzech śmiertelny. W rezultacie ponownie znalazłeś się na liście na pierwszym miejscu. Ale tym razem…”

„Rozumiem, że tym razem ratowanie tonących jest zadaniem samych tonących. W twoich oczach jestem nieuleczalną ofiarą własnych namiętności i procesu historycznego. Dlatego sześć miesięcy temu rozstrzelałeś mnie w gazetach. Potem powoli wypompowywałeś ze mnie wszystko, co było potrzebne do twoich specjalnych archiwów. Następnie wytniesz z moich zwłok wszystkie gruczoły, które cię interesują i zachowasz je w słoikach do swojej kolekcji. W obawie, że uszkodzisz moje cenne gruczoły, nawet do mnie nie strzelisz. Wiem, że mnie zagazujesz”.

Niektórzy przeciwnicy kary śmierci argumentują, że dla skazanych na śmierć, sama egzekucja nie jest tak straszna, jak oczekiwanie na nią. Dlatego morderca oczekujący na egzekucję cierpi, mówią, bardziej niż ten, którego zabił i który się tego nie spodziewał. A to, ich zdaniem, jest niesprawiedliwe. Aby naprawić tę niesprawiedliwość, w Trzynastym Wydziale MSW niektóre kategorie skazanych na śmierć nie były skazane na śmierć. Po prostu przenoszono ich do specjalnej celi, a do pożywienia dodawano środki nasenne. Kiedy zasnęli, do tej zamkniętej komory przedostawał się trujący gaz.

„Dobrze, że o tym nie wiedzą” – powiedział skazaniec {смертник}. – „Ale ja wiem to bardzo dobrze”.

Marszałek Rudniew w milczeniu podsunął ministrowi butelkę koniaku. Ten nalał sobie, ale nie do szklanki, tylko do szklanki z wodą i wypił jak wodę. Potem uśmiechnął się chytrze:

„Masz oczywiście nadzieję, że przed wyjazdem opowiem ci coś ciekawego. Powiem ci, że tak powiem, wszystkie moje sekrety. Problem w tym, że teoretycznie wiesz wszystko. Ale nie wiesz tego w praktyce. Nie wiecie, czym jest śmiertelna miłość do śmierci, za którą płacicie śmiertelnym strachem przed śmiercią. Kiedy przez całe życie kochasz cudzy strach i czyjąś śmierć. I z tego powodu przez całe życie cierpisz ze strachu przed własną śmiercią. Kiedy we śnie i na jawie zaczynają cię prześladować wszelkiego rodzaju złowieszcze i brudne myśli. A potem już wiesz, co to takiego – postępujące upłynnienie mózgu”.

„A co z kompleksem władzy?”

„Bardzo prosto”. – Były minister spraw wewnętrznych ZSRR potarł czoło. – „Jako dziecko uwielbiałem biegać boso. Szczególnie po deszczu. I uwielbiałem miażdżyć żaby bosymi stopami. Z przyjemnością patrzyłem, jak przez usta wypełzały im jelita – takie białe bąbelki, i dotykałem ich rękami. Jak inni dotykają jedwabiu lub aksamitu”.

„W swojej biografii napisałeś, że kiedy dorastałeś, czułeś tę samą potrzebę miażdżenia ludzi?”

„Tak, czuć, że się ciebie boją, rozkazywać ludziom, być na szczycie. Ale do tego trzeba było mieć taką samą władzę nad ludźmi, jaką miałem nad żabami jako dziecko. Dlatego walczyłem o władzę, nieważne jaka – sowiecka, kadecka czy turecka – tylko władza, władza i władza! W końcu sam wiesz, że wszyscy prawdziwi rewolucjoniści tacy są. Ale nawet nie wiecie, z jaką ogromną przyjemnością ich wszystkich rozstrzeliwałem, wiedząc, że oni to takie czarne żaby, jak ja sam”.

„To jest podstawowe prawo marksizmu – jedność i walka przeciwieństw” – stwierdził marszałek Rudniew z leniwą obojętnością – „No dobrze, a co z problemem nieletnich?”

Były minister spraw wewnętrznych ZSRR starczo wzruszył ramionami:

„To jest ta cena, jaką szatan bierze za władzę, chwałę i wielkość. Władza – w zamian za bezsilność. Niemoc seksualna. Impotencja”.

„Swoją drogą, wygląda na to, że jedna z twoich żon była królewskiej krwi?”

„O tak, coś w rodzaju następczyni tronu gruzińskiego. Powiesz, że to kolejny dowód moich złudzeń co do wielkości. Wleźć nie byle gdzie, ale na królową... Ale mojej królewskiej żonie wcale nie przeszkadzała moja impotencja. Wręcz przeciwnie, bardzo jej to odpowiadało”.

„Kruk leci do kruka?”

„Tak. W końcu jest tyle samo impotentnych kobiet, ilu impotentnych mężczyzn. Tylko u kobiet nie nazywa się to impotencją, tylko oziębłością. A potem, żeby się zamaskować, te zimne, oziębłe impotentki wychodzą za mąż za impotentów. No cóż, potem każdy ma swoje własne sztuczki. Jak to mówią: 69 sposobów na bycie nieszczęśliwym”.

„Dobrze, ale co z nieletnimi?”

„Tak, właśnie tak... Wydawałoby się, że osiągnąłeś najwyższą moc, ale sam nie możesz niczego wziąć. Jesteś najwyższym stróżem prawa i nieodparcie pociąga cię to, co jest surowo zabronione przez prawo – nieletni... Ha, większość ludzi nawet nie podejrzewa, co robimy z tymi dziećmi... Jak twój towarzysz Freud powiada, erotyzm oralny... A po rosyjsku będą to przekleństwa nie do druku... Towarzysz szatan wie, jak ukryć swoje tajemnice w taki sposób, że aż szkoda mówić…”.

Do niedawna minister spraw wewnętrznych był władcą życia i śmierci milionów ludzi. Teraz był żałosnym i bezradnym starcem. Kiedy był zdenerwowany, ślina wypływała z jego bezzębnych ust i kapała na koszulę. Otarł usta rękawem i podsumował:

„Bolesne pragnienie władzy, czyli kompleks władzy, zwykle wiąże się z sadyzmem… A sadyzm zwykle związany jest z homoseksualizmem – otwartym, ukrytym lub stłumionym, z którego wynika te wszystkie 69 sposobów na bycie nieszczęśliwym… A równolegle następuje upłynnienie mózgu... A kombinacji jest tu więcej niż w kalejdoskopie... Oto cała recepta na władzę. Czy to nie jest diabelska kpina? Ale tacy byli wszyscy wielcy władcy: Aleksander Wielki, Cezar, Napoleon, Lenin, Hitler, a nawet towarzysz Stalin. I nic tu nie możesz zrobić, mój drogi. Jednak sam wiesz to wszystko bardzo dobrze. Po prostu nacisnąłeś przycisk i nagrałeś wszystkie moje słowa na taśmę. Dla pewności. Dla dokładności. W ten sposób biurokraci zastępują rewolucjonistów”.

Twarz starca, porośnięta siwym zarostem, stała się wymizerowana, bezzębne usta zapadły się, a broda podniosła się do nosa, jak u starej kobiety. Siedział zgarbiony na krześle i łapczywie zaciągał się papierosem, jakby chciał napalić się na zapas. Drżące palce nie słuchały i popiół sypał się mu na kolana.

„Gdybym był tobą, marszałku Rudniew, byłbym bardzo dumny z tej historycznej chwili” – powiedział starzec o twarzy starej kobiety. – „Wielki Inkwizytor nowej Rosji wysyła ostatniego wielkiego szamana komunizmu na tamten świat. Ale nie widzę zbytniego entuzjazmu na twojej twarzy”.

„Narodziny nowego społeczeństwa” – stwierdził marszałek – „to taki sam brud i krew, jak narodziny nowego człowieka”.

Skazaniec pokręcił się na krześle i pocierając plecy, westchnął:

„Och, znowu mam rwę kulszową”.

Oparł łokcie o grzejnik centralnego ogrzewania. Chociaż bateria była zimna, przypomniał sobie coś i cofnął rękę, jakby się oparzył.

Pewnego razu naczelnik 13 Wydziału opowiedział mu, jak w średniowieczu niektórzy Ojcowie Kościoła nakazali grzebać swoje ciała pod stopniami kościołów, aby wierzący przez ich prochy szli do wiary. Pomysł ten spodobał się wówczas ministrowi spraw wewnętrznych na tyle, że nakazał kremację zwłok winnych i rozstrzelanych funkcjonariuszy MSW w piecu centralnego ogrzewania MSW. Żeby nie prać brudów w miejscach publicznych i po rodzinnemu rozwiązywać sprawy rodzinne.

Teraz były minister wyobraził sobie, jak jego własne zwłoki, pokrojone przez specjalistów 13 Wydziału, zostaną przewiezione wózkiem do kotłowni i pogrzebane w domu. Tam zwłoki rzucano na perforowaną żelazną tacę i wpychano pod strumienie oleju z instalacji centralnego ogrzewania.

Zdawało mu się nawet, że po twarzy marszałka Rudniewa przemknął wyraz lekkiego obrzydzenia, jak u człowieka patrzącego na zwłoki. Aby przedłużyć czas, żywy trup sięgnął po butelkę koniaku. Wraz z alkoholem po całym organizmie rozprzestrzenia się odprężenie i obojętność na wszystko.

Nagle przypomniał sobie brzeg Morza Czarnego, gdzie jako chłopiec biegał boso po gorącym piasku. Nad głową świeci palące kaukaskie słońce, a zimna morska woda delikatnie ochlapuje gołe nogi. Patrzył na swoje spadające półbuty z gołych pięt i pomyślał, że już niedługo te żółte pięty będą pieszczone ogniem dysz olejowych. Jak by jeszcze rozciągnąć ten przeklęty czas?

Popatrzył na marszałka Rudniewa. Ten siedział z półprzymkniętymi powiekami, jakby był zmęczony i chciał spać. Włosy piaskowe, jakiegoś nieokreślonego koloru, albo szare, albo wyblakłe. Oczy z białawymi rzęsami, ni to szare ni to zielonkawe, jak u jaszczurki. A na wyschniętej twarzy widać spokojną obojętność.

„Maksym Aleksanycz” – powiedział cicho skazaniec – „Stalin nazywał Cię swoim czerwonym kardynałem. A ja patrzę na ciebie i myślę... Rozstrzelałeś mojego poprzednika Jeżowa, potem otrułeś swojego patrona Stalina, teraz wpuścisz mnie do rury centralnego ogrzewania... Przecież siedzisz i rządzisz na tronie sowieckim już nie jako czerwony kardynał, ale jako czerwony papież... Papież siedzi w Rzymie, antypapież siedzi gdzieś, a czerwony papież siedzi w Moskwie... Osiągnąłeś najwyższą władzę... Ale nikt nawet nie zna twojego nazwiska... Jaką przyjemność ci to sprawia?”

„Żadnej” – powiedział obojętnie czerwony papież – „Tylko kłopoty”.

„Zanim rozstrzelaliście Jeżowa, jego też przesłuchiwałem. Swoją drogą, istota całkowicie bezpłciowa, kulawa, i do tego wielkości krasnoluda – typowy degenerat. Dlatego przed śmiercią nagle zaczął mamrotać o Bogu”. «Ja» – mówi – «naruszyłem wszystkie przykazania Boże i nie zasługiwałem na nic od Boga poza karą. Służyłem Stalinowi jak Bogu i nie zasługiwałem na nic innego jak tylko na wdzięczność. A teraz zamiast wdzięczności mnie rozstrzelają. Co więc dzieje się na końcu? Oznacza to, że Bóg nadal istnieje… W przeciwnym razie kto mnie karze? I wiem, że ja, podobnie jak Jagoda, zostanę rozstrzelany przez tego leworęcznego Rudniewa – lewą rękę Pana Boga…»

Skazaniec zerknął w bok, na lewą rękę Pana Boga, czekając, aż naciśnie przycisk dzwonka i wyśle go do piwnicy. Ale ręka się nie poruszyła.

Były minister zaciągnął się głęboko papierosem i skierował wzrok na wskazówkę zegara. Nalał sobie więcej koniaku, przeżuł go pustymi szczękami i pił łapczywie, żeby zapomnieć o sobie i popaść w odrętwienie. Wieczorne cienie wypełzały z kątów pokoju. Wkrótce zostanie zabrany do piwnicy i umieszczony na taśmociągu śmierci. Tak, wyjdzie z tego domu w postaci dymu z rury centralnego ogrzewania.

„Maksymie Aleksanyczu, mam do ciebie małą ostatnią prośbę” – powiedział skazaniec. – „Wiesz, za starych, dobrych czasów, kiedy takich jak ja palono na stosach… ”

Przypomniał sobie, jak wówczas niektórzy skazańcy i czarownicy szli na egzekucję w stanie obłąkania, tańcząc i śpiewając swoje heretyckie pieśni, jakby radując się z nadchodzącej śmierci. Nawet na stosie nic nie czuli i zachowywali się jak w sabacie, kiedy tańczyli wokół takich samych ognisk. Bo jeszcze w podziemnym lochu ich wspólnicy zdołali podać im sekretny napar, który miał zapewnić całkowite zapomnienie. Czasami współczujący inkwizytor, który znał tajemnicę tego naparu, aby ułatwić grzesznikom śmierć, sam podawał im ten eliksir przed egzekucją.

Były Minister Spraw Wewnętrznych ZSRR skinął głową w stronę dużego portretu Lenina na ścianie. Portret ten otwierał się na bok na zawiasach, a za nim znajdowała się ukryta szafa. Przechowywano w niej bogatą kolekcję wszelkiego rodzaju egzotycznych trucizn, zebraną niegdyś przez Herschela Jagodę, który w młodości był farmaceutą, następnie zasiadał w tym samym gabinecie na stanowisku naczelnika NKWD i został rozstrzelany w związku z procesem kremlowskich lekarzy-trucicieli, gdzie odegrał główną rolę.

„Maksymie Aleksanyczu, tam też są te narkotyki” – westchnął skazaniec – „Skoro jesteś lewą ręką Pana Boga, daj mi trochę…”

„Gdzie ci się tak spieszy?” – jak życzliwy gospodarz powiedział marszałek Rudniew. – „Czyli do władzy doszliście przez najróżniejsze bolesne kompleksy, które dla uproszczenia nazywamy diabłem. Czy wiesz, jak dostałem się na to krzesło?”

Skazaniec w dalszym ciągu patrzył na portret Lenina.

„Któregoś razu w dzieciństwie, kiedy chłopcy z sąsiedztwa mnie bili, zwróciłem się do Boga z różnymi głupimi modlitwami i prosiłem Boga, aby uczynił mnie dużym i silnym. Chociaż prośba ta została spełniona, ale…”

Skazaniec uśmiechnął się ironicznie – „Wygląda na to, że diabeł podsłuchał tę prośbę”.

„Faktem jest jednak” – marszałek ze zmęczeniem odchylił się na krześle – „że w zamian za to, zaproponowałem Bogu, aby trochę skrócił mi życie… A to dziwne – teraz nagle odkryłem wadę serca. Co więcej, lekarze są zaskoczeni, że ta wada jest trochę nietypowa”.

„Och, gdybym był tobą, nie ufałbym tym kremlowskim lekarzom”.

„Lekarze mówią, że w pracy spaliłem serce. To jak zatruwanie serca autotoksynami. Czy wiesz, co to za trucizna?”

„Nie, jeśli ktoś cię truł, to nie byłem to ja. Wolę rozstrzeliwanie. Ćwiczę to od dzieciństwa – strzelanie do żab z procy”.

„Więc ta trucizna jest trochę filozoficzna. Złe myśli i uczucia przyczyniają się do uwalniania pewnych autotoksyn w organizmie. W moim przypadku za bardzo nienawidziłem zła, zwanego diabłem. I ta nienawiść zatruła moje serce. Jak widać, każda nienawiść jest trucizną, nawet nienawiść do zła”.

„No cóż, tak to można powiedzieć” – zauważył sceptycznie Skazaniec. To, co dla jednego jest szkodliwe, dla drugiego jest przydatne. Po prostu nie nadajesz się do tej pracy”.

„Lekarze mówią” – kontynuował marszałek – „że moja dziwna wada serca może się pogorszyć lub złagodzić. Oznacza to, że mogę mieć udar dzisiaj lub za trzydzieści lat. A to będzie zależeć ode mnie, bo jedynym lekarstwem jest zmiana stylu życia”.

„Może chcesz teraz zaprzedać duszę diabłu? W zamian za życie?” – Skazaniec ponownie zerknął w bok na portret Lenina. – „Daj mi porządną dawkę narkotyków z tej ładnej małej szafki. A w następnym świecie szepnę o tobie dobre słowo przed towarzyszem szatanem”.

„A teraz powróćmy od filozofowania do twojego wyroku” – powiedział marszałek.

Nie podnosząc wzroku, skazany czekał, aż lewa ręka Pana Boga naciśnie przycisk dzwonka i zawoła głuchoniemych strażników, którzy zaprowadzą go do komory śmierci.

„Według gazet już nie żyjesz” – usłyszał głos z daleka – „I w oczach ludzi sprawiedliwość została przywrócona. I ja muszę się leczyć. A nie chcę psuć sobie krwi kolejną kroplą autotoksyn. Ogólnie rzecz biorąc, wyrok śmierci uznaje się za zawieszony”.

Skazaniec uniósł brwi z niedowierzaniem: – „Jakie są te nowe sztuczki profesora Rudniewa?”

„Takie, że po śmierci Stalina polityka zmienia się zasadniczo. Teraz skompromitowani członkowie rządu nie będą rozstrzeliwani, jak wcześniej, ale zostaną wysłani do pracy na niższym szczeblu. Aż do pracy jako prosty robotnik kołchozowy”.

Były Skazaniec nagle zaśmiał się histerycznie: „Ha-ha-ha... Wielki Inkwizytor wymyślił dla nas najstraszliwszą torturę! Przecież dla takich ludzi lepiej umrzeć, niż taką diabelską kpinę – samemu kopać nawóz w kołchozie! Ha-ha-ha…”

Podczas gdy trząsł się w napadzie histerycznego śmiechu, lewa ręka Pana Boga wyjęła ze stołu szarą księgę:

„Zatem twój wyrok śmierci zostaje zastąpiony wygnaniem. Oto twój nowy paszport”.

Były minister spraw wewnętrznych ZSRR z wahaniem otworzył szarą twardą okładkę.

„Oczywiście nadaliśmy wam inne nazwisko” – powiedział marszałek – „Jeśli podasz swoje prawdziwe imię i nazwisko, nie uwierzą ci. A jeśli ci uwierzą, zabiją cię jak psa. Mam nadzieję, że sam to rozumiesz. Twoje oficjalne zdjęcia zostały tak wyretuszowane, że nikt cię nie rozpozna. Obecnie częściowo likwidujemy łagry. Z twojego paszportu wynika, że jesteś jednym ze zwolnionych więźniów z łagru. Dla organów bezpieczeństwa państwa jest oznaczone kodem, że zostałeś uwięziony za molestowanie dzieci. Myślę, że w twoim wieku nawroty są mało prawdopodobne. I pamiętaj, że według prawa sowieckiego wyrok w zawieszeniu oznacza jedynie odroczenie wykonania wyroku, ale w zasadzie sam wyrok pozostaje w mocy. Pamiętaj o tym, obywatelu Berman”.

„Innymi słowy, będę żywym trupem” – powiedział były pierwszy wiceprezes Rady Ministrów ZSRR.

Obracając w rękach nowy paszport, uważnie spojrzał na drzwi: – „Dokąd ja, czyli obywatel Berman, właściwie powinienem się udać?”

„O twoim miejscu zamieszkania decyduje twoja ojczyzna – Kaukaz. Zabiorą cię sto kilometrów od Moskwy. Potem udasz się tam sam. Wiadomo, jak trafiają tam zwolnieni z obozu. Przejmij inicjatywę. Swoją drogą, najpierw podpisz te papiery”.

W swoim czasie były naczelnik tajnej policji ZSRR, potajemnie przelał kilka milionów dolarów na tajne konta w szwajcarskich bankach. Teraz starannie podpisał dokumenty przekazujące wszystkie te pieniądze do zagranicznego funduszu specjalnego 13 Wydziału Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Potem westchnął ciężko:

„No tak, że tak powiem, rozebrałeś mnie do naga. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak błagać: – „Dajcie kawałek chleba biednemu, staremu Żydowi... On cierpiał od przeklętego reżimu sowieckiego... Właśnie wyszedłem z łagru... Dajcie mi kopiejeczkę na rany Chrystusa!”.

Żywy trup stopniowo ożywał i powróciła do niego dawna gadatliwość.

„Swoją drogą, nie zapominajcie, że Stalin też ma pieniądze w szwajcarskich bankach, na tajnych, numerowanych kontach. Przecież sam załatwiałem dla niego te transakcje. Tak właśnie robią wszyscy – i Trocki, i Neron i Stalin. I byłoby niesprawiedliwe, gdybyś mnie tak rozkułaczył, a Stalina nie. Zrób jakąś sztuczkę, w których jesteś takim specjalistą. Na przykład, niech jego córka Swietłana ucieknie za granicę i natychmiast pojedzie do Szwajcarii po pieniądze, po pieniążki. Potem niech Swietłana pojedzie do Ameryki i sprzeda tam swoje wspomnienia, które jej wcześniej przekażesz, opisujące wszystkich degeneratów w jej rodzinie. Wtedy Swietłana najprawdopodobniej skończy tak samo, jak jej matka i bracia, a miliony pieniędzy powrócą do jej spadkobierców w Moskwie, czyli do Banku Państwowego... A ja będę tu chodzić i błagać: „Dajcie mi kopiejeczkę na rany Chrystusa!”.

„Kiedy dotrzesz już do Morza Czarnego, zatrudnij się jako pracownik winnicy” – poradził marszałek Rudniew. – „Kiedy byłem studentem, pracowałem tam latem przy badaniach mszycy – filoksery. To takie wszy winogronowe na korzeniach. A robotnicy odkopujący korzenie, to najczęściej byli więźniowie obozu. To był dobry czas: słońce, powietrze i woda to nasi najlepsi przyjaciele. Albo zatrudnij się jako nocny stróż w kołchozie. Odpocznij. Wyleczysz swój ischias na słoneczku”.

„Dziękuję szczerze za dobre rady” – żywy trup uśmiechnął się kwaśno i zerknął z ukosa na medal «Za ratowanie tonących», który wisiał na piersi marszałka Rudniewa – „Najwyraźniej przypadkowo trafiłem w sedno, przyznając ci ten medal”.

„Szczerze mówiąc, nawet trochę ci zazdroszczę” – powiedział marszałek zmęczonym i jakoś obojętnym głosem. – „Będziesz mieszkał jak w kurorcie. A ja siedzę w tej klatce i robię różne brudne rzeczy. Jak położna przy narodzinach nowego społeczeństwa. Czasami mam ochotę po prostu wstać i wyjść. Wyjść tak, jak ty odchodzisz. Na Boga, jesteś szczęściarzem”.

Żywy trup spojrzał w nieruchome oczy marszałka, jak w oczy śpiącej jaszczurki i potrząsnął głową:

„Och, obawiam się, że to znowu jakieś eksperymenty profesora Rudniewa. Miałeś już dość blaszanych puszek, więc teraz eksperymentujesz na żywych ludziach. Przecież doskonale wiesz, że dla ludzi takich jak ja, życie bez władzy nie jest życiem…”.

Przypomniał sobie, że kiedy takich ludzi pozbawiano władzy, zapadali na jakąś tajemniczą chorobę i umierali. Jakby siedział w nich jakiś robak. Tak więc Napoleon, zesłany na wyspę św. Heleny, nagle zmienił się w starą grubą babę i zmarł w wieku 52 lat.

„Dobrze, skoro jesteś lewą ręką Pana Boga, to napisz notatkę w biurze, żeby chociaż dali mi sznurówki i pasek. A jeszcze opadają mi spodnie. I czapkę – żeby prosić o jałmużnę. Jeszcze lepiej, dajcie mi odzież dla żebraków. Z magazynu dla twoich specjalistów, którzy przebierają się za żebraków. Nie zapomnij o moich sztucznych szczękach – do żucia suchej skórki…”

Wstając z krzesła, były szef tajnej policji ZSRR powiedział ponuro:

„Maksym Aleksanycz, pewnego razu przeprowadziłeś specjalną ankietę i dowiedziałeś się, że w Rosji Sowieckiej nie patrząc na wszystko, dają biednym więcej, niż proszą, ze względu na Chrystusa, niż gdyby prosili bez Chrystusa. A teraz Czerwony Papież chce, żeby były sługa szatana i antychrysta, aby nie umrzeć z głodu, błąkał się po drogach Rosji i żebrał – na rany Chrystusa… Czerwony Papież lituje się nad największym złoczyńcą Rosji, tak, że ten błąka się po drogach Rosji i ogłasza, że Bóg istnieje – to prawda…”

* * *

Dla czołowych pracowników partii prowadzony jest specjalny biuletyn informacyjny KC Partii. Ostatni numer tego biuletynu wywołał w Moskwie duży szum.

Podano w nim szczegóły sprawy byłego Pierwszego Zastępcy Prezesa Rady Ministrów, byłego członka Prezydium KC partii i byłego Ministra Spraw Wewnętrznych ZSRR, L.P. Berii, który pełnił funkcję stałego kata Stalina przez piętnaście lat.

Następnie szczegóły sprawy byłego szefa Wydziału Agitacji i Propagandy Komitetu Centralnego Partii – agitpropu, byłego Ministra Kultury, byłego dyrektora Instytutu Filozofii Akademii Nauk ZSRR, Aleksandrowa G.F., który był głównym kłamcą w Związku Radzieckim pod rządami Stalina.

Oprócz typowych w takich przypadkach oskarżeń politycznych, tym razem w głosowaniu pojawiło się coś nowego. Zarówno główny kat, jak i główny kłamca Związku Radzieckiego, zostali oskarżeni o te same permanentne zbrodnie. W dodatku, nie całkiem zwyczajne. Mianowicie molestowanie dzieci.

Ponadto, w biuletynie KC po raz kolejny powróciła sprawa żydowskich lekarzy trucicieli, których aresztowano na krótko przed śmiercią Stalina. Wkrótce po śmierci Stalina ogłoszono, że sprawa jest sfałszowana i wszystkich lekarzy zwolniono.

Teraz w biuletynie podano, że ten przesadny spisek syjonistyczny był dziełem Berii, który w ten sposób chciał zyskać przychylność Stalina. Wcześniej moskwiczanie uważali, że sam Beria jest Żydem. A teraz nagle okazuje się, że to on był głównym antysemitą?!

W związku z tym rozpoczęły się wszelkiego rodzaju dyskusje w kręgach partyjnych w Moskwie. Mówiono też, że największym kłamcą Związku Radzieckiego wcale nie był Aleksandrow i że jego rodowe nazwisko brzmiało albo Goldman, albo Silberman. Tak było na Kremlu po rewolucji: jeśli nie jesteś Żydem, to jesteś pół-Żydem, a jeśli nie jesteś pół-Żydem, to jesteś żonaty z Żydówką.

A tu, na domiar złego, słynna sowiecka pisarka, Marietta Szaginjan, postanowiła napisać książkę o Leninie: „Rodzina Uljanowów”. I Marietta zaczęła zagłębiać się w archiwa. I dokopała się tam, że nie tylko dziadek Lenina ze strony matki, Aleksander Zender Blank, był nawróconym Żydem, ale także jego żona, madame Groschopf, także «tego»… Oficjalna ikonografia sowiecka przedstawiała ją jako niemkę-luterankę, która rzekomo nawet mówiła po niemiecku. Archiwa wykazały jednak, że w rzeczywistości madame Groschopf była Żydówką i mówiła w jidysz.

Czyli matka Lenina była, według krwi, Żydówką czystej krwi?! Skoro więc jego matka była Żydówką, to według prawa żydowskiego Lenin był uważany za Żyda?! Wei-wei! Marietcie Szaginjan pospiesznie zatkano usta – była to, jak mówią, tajemnica państwowa. Ale w Moskwie to wyniuchali – i rozpoczęły się różne pogaduszki. Oto masz byłego rosyjskiego arystokratę – towarzysza Lenina!

Dyskusje w kręgach partyjnych w Moskwie zaostrzały się. A weźcie Cziczerina – prawą rękę Lenina i pierwszego ministra spraw zagranicznych ZSRR. Początkowo mówiono, że Cziczerin był byłym arystokratą. A potem okazuje się, że jego matka również jest Żydówką. A jeśli tak, to zgodnie z prawem żydowskim, jest on także Żydem. I żeby nie było wątpliwości, Cziczerin ożenił się także z Żydówką. Poza tym mówiono o nim, że jest patentowanym pederastą. Wiecie, jeden z tych przebiegłych ludzi, którzy poradzą sobie wszędzie bez mydła.

Albo weźmy Kiereńskiego, który otworzył drzwi Leninowi. Przecież matka Kiereńskiego też jest Żydówką – Kirbis! Oznacza to, że według prawa żydowskiego, także i on jest Żydem. Wei-wei, to po prostu jakiś spisek żydowskich mamuś!

Czytając biuletyn KC, niektórzy członkowie moskiewskiej partii kręcili głowami. Dziwne... Nawet jeśli wykluczymy tych Żydów, którzy dokonali rewolucji, a potem strzelali do siebie podczas Wielkiej Czystki... Na Kremlu nadal panuje jakieś błędne koło... Tak czy inaczej, ale tam prawie wszędzie są małżeństwa mieszane z Żydami, lub produktami tych małżeństw, czyli pół-Żydami. I ludzie zaczęli liczyć na palcach: Lenin... i Stalin... i nauczyciel Lenina – Plechanow... i Kiereński... i Cziczerin... i Bucharin... i Mołotow... i Woroszyłow... i wszystkie dzieci Stalina... i Chruszczow... i Breżniew... Co to za dziwna prawidłowość?

A potem niektórzy mądrzejsi członkowie partii przypomnieli sobie o filozofie-poszukiwaczu Boga, Bierdiajewie, którego niektóre zagraniczne władze uważają za największego rosyjskiego filozofa XX wieku i którego Carski Święty Synod skazał na wieczne zesłanie na Syberię. Ten sam dziwny poszukiwacz Boga, który głosił zjednoczenie szatana i antychrysta, a w rezultacie królestwo księcia tego świata. Więc co to jest?!

Jakby dla dopełnienia tych wszystkich tajemnic, biuletyn KC Partii informował także, że po wieloletnim zakazie, po raz pierwszy w całym istnieniu Władzy Sowieckiej, przygotowywane jest do publikacji nowe wydanie „Biesów” Dostojewskiego.

Starsi ludzie pamiętali, że w tej zakazanej książce, w której genialny Dostojewski nazywa wszystkich rewolucjonistów biesami, w rozdziale, którego sam Dostojewski wolał nie publikować, jego główny bies, rewolucjonista Stawrogin, wyznaje ten sam dziwny grzech, o który teraz główny kat Beria i główny kat Aleksandrow zostali publicznie oskarżeni – o molestowanie nieletnich.

Widać, że Komitet Centralny partii długo zastanawiał się, zanim zdecydował się na odwołanie do autorytetu Dostojewskiego. Ludzie czytali biuletyn i nie rozumieli: «Mówią, że już zbudowaliśmy socjalizm, a tu takie diabelstwo?! No więc, o co w tym wszystkim chodzi?».


Następny rozdział
Powrót do spisu treści