Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome.
Łukasza 12,2
W kolejnym punkcie programu Maksym wybrał się na wyprawę naukową. I to nie tylko gdzieś na Krym czy na Kaukaz, ale w najbardziej niegościnne miejsca północnej Syberii i Arktyki. Wyprawę zorganizowało NKWD.
Wzięło w niej udział kilku innych naukowców i miało pewne prywatne zadania, ale Maksym dowodził wszystkim. Na wyprawę wyposażono samoloty lotnictwa polarnego NKWD, ale do miejsca docelowego musieli dotrzeć przy pomocy lokalnych przewodników, na saniach reniferowych. W towarzystwie swoich asystentów naukowych Maksym zbadał opuszczone obozy nomadów, Samojedów i Tungów, prowadzących niemal prymitywny tryb życia, porzuconych na pustyni Arktyki, odciętych od świata i niedostępnych nawet dla rządu sowieckiego.
Jako pamiątkę z tej wyprawy przywiózł ze sobą do Moskwy wyszywaną koralikami jelenią kurtkę, miękkie pimy Samojedów {buty mrozoodporne – przyp. tłum.} oraz kolekcję obiektów muzealnych: stary rodzimy tamburyn pomalowany na jasne kolory z miedzianymi brzękadełkami, dziwaczne figurki brzydkich bożków Samojedów wyrzeźbione z ciemnego drewna , napierśnik z brązu z tajemniczymi znakami – symbolem mocy szamana, a także cały szereg ciężkich naszyjników i bransoletek wykonanych z pewnego rodzaju kostek.
Na wykrzywionych twarzach bożków wyschnięta warstwa ciemnego brudu. Ale tego najbrudniejszego, najstarszego i najbrzydszego idola Maksym traktował najbardziej ostrożnie i traktował go z widocznym szacunkiem.
„Powinieneś to przynajmniej umyć” – poradził Borys.
„Nie wolno. Na tym polega jego wartość”.
„Dlaczego?”
„To nie brud, to zaschnięta krew. Podczas składania ofiar te bożki są smarowane krwią”.
„Czyją – jelenia?”
„Tak, teraz jelenia. Ale ten bożek ma kilkaset lat, a analiza chemiczna wykazała, że był wcześniej namaszczany ludzką krwią”.
„Kiedy to było?”
„Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy w Europie Zachodniej palono czarownice i czarowników. I jeden stary szaman powiedział mi jedną ciekawą rzecz, którą usłyszał od swoich przodków. Okazuje się, że bogom składano w ofierze człowieka według wyboru szamana i posiadającego te same charakterystyczne cechy, po których średniowieczna Inkwizycja identyfikowała czarownice. Szamani Samojedów nie mieli pojęcia o inkwizycji, ale robili to samo. Czy to nie jest interesujące?”
„Ach, ciemne wieki” – powiedział Borys lekceważąco i podniósł rodzimy naszyjnik.
„Te wieki nie są takie ciemne, jeśli wiadomo, o co chodzi” – sprzeciwił się przedstawiciel sowieckiej inkwizycji i mrużąc oczy dodał drwiąco: „A ten naszyjnik, swoją drogą, też jest zrobiony z ludzkich kości”.
Uczeń z obrzydzeniem odrzucił niezwykłą ozdobę:
„Uff, teraz muszę umyć ręce”.
Maksym spokojnie wyjaśnił: „To były główne insygnia jednego ze słynnych szamanów – kości jego własnej praprababci, która także była szamanką. Sztuka czarów często przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Uważa się, że te kości zawierają moc czarów. Z pewnego punktu widzenia jest to prawdą”.
„Jaka to prawda?”
„Czarowników…” – Maksym mrugnął do kogoś nieznanego – „Kiedy zabrałem od niego te kości, szaman tak się rozgniewał, że rzucił na mnie klątwę wszystkich swoich przodków.
„No cóż, jeśli wierzysz w czary, powinieneś zachować ostrożność”.
„Nie. Ponieważ znam tę klątwę. Kiedy odbyłem szczerą rozmowę z szamanem, on sam przekonał się, że jestem czarownikiem silniejszym od niego. Z tej okazji zorganizował nawet specjalne święto z rytuałem na cześć „mądrego czerwonego szamana”. Moi profesorowie siedzieli przy ognisku jako świadkowie i po prostu mrugali oczami. Tam obserwowałem tańce szamańskie z bębnem i drgawkami. Nawiasem mówiąc, przypadki takie często pojawiają się w protokołach inkwizycyjnych”.
„Co to jest, epilepsja?”
„Nie, według średniowiecznej terminologii – diabeł wcielił się w człowieka… Potem wymieniłem z tym szamanem kości wszystkich pozostałych jego przodków” – Maksym skinął głową w stronę stosu naszyjników.
„Do czego ich potrzebujesz?”
„Aby coś sprawdzić... za pomocą spektroskopu” – starszy brat ponownie uniknął bezpośredniej odpowiedzi. – „Wiesz, Tunguzi mają jeden oryginalny zwyczaj. Przejeżdżającego podróżnika traktuje się bardzo dobrze, a potem kładzie do łóżka z żoną gospodarza. Jeśli gość odmówi, jest to wielka zniewaga dla męża i mogą go za to nawet zabić”.
„No i jak, wykorzystałeś te panie?”
„Nie. Aby zadowolić gościa, panie tunguskie zamiast wody myją się olejem rybnym. Możesz sobie wyobrazić smród, jaki wytwarzają”.
„Kłaść własną żonę z obcym wujkiem to zabawny zwyczaj”.
„Nie zabawny, ale bardzo rozumny”.
„A co, jeśli będzie dziecko?” „To jest dokładnie to, czego chcą”.
„Dlaczego?”
„Chodzi o to, że w te dzikie miejsca co trzy lata trafia nieznajomy podróżnik”.
„I co?”
„W ten sposób celowo dodawana jest świeża krew. To wszystko! Zaleca to także współczesna genetyka. A Tunguzi osiągnęli ten punkt dzięki doświadczeniu życiowemu”.
„To już za dużo…” – zwątpił uczeń.
Oficer NKWD, w którym szaman rozpoznał swojego kolegę zawodowego, uśmiechnął się tajemniczo: „Ten ciekawy zwyczaj wprowadzili szamani, a kości ich babci im to zasugerowały… Rozumiesz?”
Ale Borys nic nie rozumiał. Tak, nie interesowały go tajemnice syberyjskich szamanów, gdy zbliżały się egzaminy z historii KPZR (b).
W swoich badaniach Maksym, miesiącami ciężkiej pracy, pędził nie tylko przez wszystkie stulecia ludzkiej cywilizacji, ale także przez najbardziej pozornie niewłaściwe zakamarki ludzkiej myśli. Jednocześnie w tym chaosie było poczucie jakiegoś określonego systemu, znanego tylko jemu. Wkrótce po wyprawie do szamanów syberyjskich, Borys odkrył na swoim stole mało znaną książkę psychiatry Freuda, mało popularną w Związku Radzieckim, zatytułowaną: „Totem i tabu: analogie między życiem psychicznym dzikich i neurotyków”. I znowu stempel NKWD i notatki czerwonym ołówkiem.
Po Freudzie Maksym ponownie zaczął czytać książki o złych duchach, tym razem coraz bardziej koncentrując się na pismach księży katolickich i Ojców Kościoła. Przekonany, że większość interesujących go książek została napisana po łacinie, zajął się językiem łacińskim i po pewnym czasie opanował go na tyle, że mógł czytać ze słownikiem. Teraz na jego biurku znajdowały się następujące główne źródła studiów satanistycznych: Acontius „Sferatagemata Satanae”, 1565; Nicolas Jacquerius „Flagellum Daemonum Fascinariorum”, 1458; Joannes Vinetus „Tractatus contra daemonum inuocatores”, 1450 i tak dalej w tym duchu.
Studiując średniowieczny traktat „Malleus Maleficarum”, wydany przez niejakiego Sprengera w 1496 roku w Norymberdze, energicznie bazgrał czerwonym ołówkiem, oznaczając ważne miejsca, pokręcił głową z aprobatą i zgodził się:
„Tak, zgadza się... Zgadza się, towarzyszu Inkwizytorze! Borka, czy wiesz, co oznacza po łacinie «maleus maleficarum?», Oto «Młot na Czarownice» – przewodnik, jak rozprawiać się z czarownicami”.
„Ty ciemnogrodzie, nie przeszkadzaj mi w nauce trygonometrii” – zabrzmiało z sąsiedniego pokoju.
Maksym studiował teraz instrukcje średniowiecznych łowców złych duchów z większym szacunkiem niż w swoich czasach pierwotne źródła klasyków marksizmu-leninizmu. Przed snem, kładąc się do łóżka, żeby się odprężyć i zrelaksować, brał tomik wierszy Baudelaire’a „Kwiaty zła”, ale tutaj znowu coś bazgrał i sarkastycznie komentował: „Tak, on też kręci ogonem... Od razu widać... No, no, a ten, niech Bóg mi wybaczy, ćwierćrasa, quadroon* {квартеронки}*, czyli ma czarny znak na piersi…
„Kogo łapiesz za ogon?” – Borys zapytał przez drzwi.
„Diabła” – odpowiedział Maksym.
Młodszy zaśmiał się: – „Kiedy go złapiesz, pokaż mi”.
„Nie tylko go złapię, ale i na nim pojeżdżę” – odpowiedział spokojnie starszy.
Pracował dużo w nocy, często przesiadując przy biurku, zaśmieconym najróżniejszymi diabelskimi rzeczami, aż do rana. Wstawał późno, z przekrwionymi oczami, obojętnie przełykał śniadanie i od razu wracał do pracy, która była teraz jedyną treścią jego życia. Kiedy Borys zapytał kiedyś starszego brata, dlaczego pracuje w nocy, Maksym uśmiechnął się ironicznie: – „Tak jest wygodniej... Na tej samej zmianie z diabłami...”.
Minął prawie rok od samobójstwa nieszczęsnej Olgi. Przez cały ten czas Maksym ani razu nie wypowiedział imienia swojej żony, nigdy nie wspomniał o okolicznościach jej śmierci ani o tym, gdzie znajdował się jej grób. Jednocześnie młodszy brat czasami zauważał, jak starszy brat rzucał się niespokojnie przez sen rano i szeptał w poduszkę przez zaciśnięte zęby: „Olga... Przecież tak bardzo cię kochałem... Oleńka... Czy nie mogłaś inaczej…”
Więc jej nie zapomniał. Oznacza to, że rana w jego sercu się nie zagoiła. Czasami Borysowi wydawało się, że pasja Maksyma do średniowiecznej alchemii była w jakiś sposób związana ze śmiercią Olgi. We fragmentach słów brata często przenikały mroczne aluzje dotyczące niektórych tajemnic życia i śmierci. Może komisarz NKWD, szukając zapomnienia, próbuje odnaleźć utracone szczęście w głębi wieków, niczym Doktor Faust, próbując odnaleźć kamień filozoficzny mędrców, źródło życia i śmierci? A może z uporem szaleńca, szuka mitycznego środka na ożywienie ukochanej osoby?
Dlaczego Maksym, z bardzo poważnym nastawieniem, nagle studiuje średniowieczny mistycyzm, zajmuje się spirytualizmem, mediumizmem i komunikacją z zaświatami? Czy naprawdę planuje w ten sposób przywołać bezcielesnego ducha swojej zmarłej, pięknej żony? Czasami Borysowi wydawało się, że jego brat cierpi na obsesję, że po prostu oszalał z rozpaczy. Ale poza tym Maksym zachowywał się zupełnie normalnie. I dlaczego w takim razie NKWD dotuje jego szaloną pracę, oddaje do jego dyspozycji profesorów, a nawet wysyła specjalną wyprawę do szamanów? Co to ma wspólnego z analizami zaschniętej krwi ludzi składanych niegdyś w ofierze pogańskim bogom i spektrogramami kości szamanów?
W pracowni fizyki sam Borys pracował ze spektroskopem, wykonując analizy stopów metali. Korzystając ze spektrogramu światła gwiazdy, niewidocznej gołym okiem, znajdującej się setki lat świetlnych od Ziemi, można określić dokładny skład chemiczny tej gwiazdy. Ale co można odkryć w starych kościach praprababci szamana?
W kolejnym punkcie programu, badacz spraw złych duchów zagłębiał się w wiarę prawosławną, a raczej teologię. Rozkazał swoim pomocnikom, aby ściągnęli, nawet z podziemia, najlepszego teologa, który jeszcze żył w Związku Radzieckim. Syberia to magazyn wszelkiego rodzaju osobliwości. Gdzieś nieco bliżej niż szamani, w jednym z syberyjskich koncłagrów, odnaleziono byłego członka Świętego Synodu i profesora teologii Wyższej Akademii Teologicznej, zgrzybiałego starca, który spokojnie przeżył swoje życie jako sanitariusz, w punkcie pierwszej pomocy koncłagru. Nagle został umyty, przebrany, wsadzony do samolotu i przewieziony do Moskwy.
Trafiając na Łubiankę, starzec nie spodziewał się niczego dobrego. Zaprowadzono go do wychudzonego oficera NKWD o cienkich, nerwowych rękach i oczach fanatyka, patrzącego gdzieś w dal. Przede wszystkim śledczy grzecznie przeprosił za sytuację, w której musieli rozmawiać. Na stole leżał gruby stos papierów: protokoły wszystkich przesłuchań, jakim poddawany był kapłan przez wiele lat męki w więzieniach i koncłagrach. Potem rozpoczęło się nadzwyczajne przesłuchanie. Z ołówkiem w dłoni chudy funkcjonariusz przeglądał protokoły i ostrożnie pytał więźnia o wszystkich śledczych, którzy go wcześniej przesłuchiwali: jak zachowywali się podczas śledztwa, czy go bili, torturowali, karcili, poniżali fizycznie czy duchowo, jak dokładnie? Nagle wziął ołówek, zapisał na kartce papieru nazwisko jednego ze śledczych i powiedział cicho:
„W tym człowieku jest diabeł. Zgadzacie się ze mną, profesorze?”
Starzec ze smutkiem spuścił oczy i milczał.
„Dobrze. Rozumiem twoje położenie” – oficer skinął głową – „Przejdźmy dalej”.
Sprawdził jeszcze kilka teczek, zatrzymał się przy jednej i ponownie zaczął szczegółowo wypytywać o metody przesłuchań tego śledczego, wnikając w najdrobniejsze i pozornie nieistotne szczegóły. Następnie spojrzał na swojego rozmówcę: „Protokoły nic na ten temat nie mówią. Ale to było to? I jak widać, wiem o tym! Co o tym sądzisz, profesorze?”
Starzec skrzywił się boleśnie: – „Nie chcę pamiętać… ”
„Więc powiem to, czego nie chcesz powiedzieć... W tym człowieku też jest diabeł. A ściślej mówiąc, skrzyżowanie szatana z antychrystem”. – Oficer o oczach fanatyka odchylił się na krześle – „Mówię ci to wszystko, abyś zrozumiał, co mnie dokładnie interesuje, z jakiego punktu widzenia mnie to interesuje i abyś pomógł mi to zrozumieć”.
Starzec zamrugał oczami ze zdumieniem, błysnęła w nich iskierka zdumienia zmieszanego z niedowierzaniem:
„To zbyt niezwykłe... Nie rozumiem, po co Wam to… ”
Smukłe palce oficera postukały w stół.
„Profesorze, obowiązkiem teologa jest interpretowanie słowa Bożego tym, którzy go szukają. Przecież właśnie o to Was proszę: wyjaśnijcie mi niektóre fragmenty Pisma Świętego…”
„Tak, ale mówi się to tylko alegorycznie…”
„Dlatego chcę, żebyście mi wyjaśnili, co to oznacza” – powtórzył spokojnie funkcjonariusz.
Interesowała go biblijna interpretacja Boga i diabła, wszystkie miejsca w Biblii, w których wspomniano o diable i jego nieporozumieniach z Bogiem. Co to jest diabeł? Książę tego świata – dlaczego? Książę Ciemności – dlaczego? Upadły anioł – dlaczego? Duch nieczysty – dlaczego? Bóg tego wieku – dlaczego? Anioł Śmierci – dlaczego? Kłamca i ojciec kłamstw – dlaczego? Jest nikim i niczym – dlaczego? I dlaczego to Nic jest niszczące?
Uwzględnił nawet takie szczegóły techniczne, jak specyfika starożytnych języków, w których spisano księgi Przymierza, w których nie było wielu znanych, zwyczajnych dzisiaj dla nas, pojęć.
Ku swemu największemu zdziwieniu, w wychudzonym oficerze NKWD profesor teologii znalazł wzorowego ucznia, z doskonałym przygotowaniem wstępnym, głęboką erudycją i, co najważniejsze, szczerą chęcią zrozumienia istoty zagadnienia. Była tylko jedna zła rzecz: interesy nowego wyznawcy prawosławia wydawały się nieco jednostronne. Kiedy profesor dał się ponieść rozmowie o Bogu, student grzecznie mu przerwał:
„Przepraszam, profesorze. Bóg interesuje mnie jedynie jako przeciwieństwo diabła. Czy można przybliżyć temat…”
Starzec z wyrzutem potrząsnął siwą brodą, podniósł ręce do sufitu i cicho pouczył: „Młody człowieku, duch diabła jest zaprzeczeniem ducha boskiego. Nie wiedząc, czemu zaprzeczać, nie znając początku, nie zrozumiesz końca”.
„Tak, macie rację” – zgodził się funkcjonariusz i lekko ziewnął – „Zatem duch jest wektorem myślącej substancji. Proszę kontynuować”.
Jako rezultat, na półce Maksyma pojawiła się gruba Biblia oprawiona w czarną skórę, z licznymi kolorowymi zakładkami i notatkami. Po zakończeniu konsultacji teologicznych, profesora nie odesłano na Syberię, lecz zwolniono. Zrozumiał, że to zapłata za studia, otrzymana od jego niezwykłego ucznia.
Skończywszy z grzesznikami, Maksym zabrał się za sprawiedliwych. Studiował historię powstania zakonów monastycznych, pisma współczesnych na temat procesu Joanny d'Arc i żywoty świętych. Z jakiegoś powodu przed pójściem spać ponownie czytał powieść Flauberta „Salambô”, którą czytał w młodości, historię tajemniczej kapłanki księżycowej bogini Tanit.
Jednocześnie nie mniej uważnie przeglądał tanie książeczki, nawet bez nazwiska autora, jak np. „Dziennik siostry Angeliki”, który rzekomo opisywał pikantne tajemnice z życia za murami klasztornymi.
Potem wracał do papieskich edyktów dotyczących polowań na czarownice i mruczał z aprobatą: „Mądry staruszek, ten towarzysz papa... Zatem dla grzeszników był wybór – stos albo klasztor... To jest dość liberalne…”
„Co takiego?” – zapytał Borys zza drzwi i otrzymał zwyczajową odpowiedź:
„Ty bałwanie, nie zrozumiesz tego”.
Fascynacja żywotami świętych nie powstrzymała Maksyma przed odkopywaniem cmentarzy klasztornych. Ze szczątkami sprawiedliwych przeprowadził tę samą serię eksperymentów, co z białymi kośćmi starej arystokracji. Po otrzymaniu wyników badań laboratoryjnych siedział przy stole i podsumowywał wyniki. Młodszy brat podniósł głowę znad podręcznika do biologii i dla zabawy zaśmiał się:
„Hej, astrologu, po co ci relikwie?”
Starszy, jak na czarnoksiężnika przystało, udzielił mglistej i niejasnej odpowiedzi:
„Wypędź diabła przez drzwi, wejdzie przez okno – pod przebraniem sprawiedliwego człowieka. To jest i u Freuda – sublimacja. Więc lepiej mi powiedz, dlaczego ludzie idą do klasztoru?”
„Bo im się to podoba”.
„Ale życie w klasztorze jest dość trudne. Śluby. Posty. Dyscyplina. Dlaczego więc ludzie tam idą?”
„Nie wiem” – powiedział Borys. – „A czy ty wiesz?”
Rzecznik ds. złych duchów zawahał się, dobierając słowa:
„Tak mówi ich sumienie. Wyższe sumienie. Asceza prawdziwych sprawiedliwych polega na tym, że zwyciężyli grzeszne ciało, przeciwstawili się diabłu z jego pokusami i ukorzyli się przed Bogiem. I to jest wielki wyczyn”.
Mówił tak poważnie, że Borys z trudem powstrzymywał się od śmiechu.
„No cóż, czy diabeł cię kusił?”
„NIE. Diabeł kusi tylko grzeszne ciało”.
„A wszyscy jesteśmy grzesznikami”.
„Ech, nie… Pewne rzeczy należy rozumieć nie w przenośni, ale w sensie całkowicie dosłownym, tak jak to było rozumiane wcześniej. To jest cały sekret”.
„Jak to?”
„Rzecz w tym, że w czasie chrztu Rusi, w X wieku, rosyjskie słowo „grzech” {грех} pochodziło od słowa „grek” {грек}”.
„Co mają z tym wspólnego Grecy?”
„Ponieważ w momencie upadku Hellady byli słynni z nierządu {язычниками}. Zrozumiałeś?”
„Nic nie zrozumiałem” – przyznał młodszy.
Wtedy starszy uśmiechnął się ironicznie:
„Czy wiesz, skąd wzięło się słowo „poganin”? {язычник }
„Skąd?”
„Od słowa „język” – „lingus” {«язык» – «лингус»} – tutaj odniósł się do Freuda i wymamrotał inne słowo, które jest zwykle używane w pikantnych francuskich dowcipach. – „To jeden z grzechów, jakie popełniali Grecy. Dlatego ze starożytnej Grecji pozostało tylko wspomnienie.”
Za niejasnymi wyjaśnieniami i aluzjami Maksyma prześlizgiwało się coś całkowicie określonego, co wiedział, ale nigdy w pełni nie wyartykułował. Było to tym dziwniejsze, że na ogół lubił popisywać się swoją wiedzą. Jeśli milczał, miał poważny powód, aby zachować tę tajemnicę. Któregoś dnia, kiedy był już zbyt zmęczony ironicznymi uwagami Borysa, niechętnie powiedział:
„Słyszałeś o wojnie trojańskiej? Archeolodzy od dawna szukali pozostałości Troi i nie mogli ich znaleźć. Wtedy archeolog-amator wpadł na prosty pomysł: wykorzystać do wykopalisk opisy wojny trojańskiej z Iliady Homera. No to co? Znalazł więc pozostałości spalonej Troi! Biblia wspomina o niektórych miastach, po których nie pozostał już żaden ślad. Korzystając z Biblii, zaczęli kopać na gołej pustyni i znaleźli te miasta”. – Przeciągał się zmęczony jak archeolog po wykopaliskach. – „Znalazłem więc zapomniane prawdy w starych książkach”.
Zamiast do Troi, Maksym wkrótce wyruszył w drugą wyprawę naukową – do Republiki Niemców Nadwołżańskich, do niemieckich kolonii wokół Odessy, które istniały od czasów Katarzyny II, i wreszcie do niektórych dzikich wiosek, zagubionych w górach Kaukazu. Czego tam szukał podążając śladami Prometeusza, nie wiadomo.
Na tym badacz złych duchów postawił kropkę. Po tajemniczym projekcie badawczym obronił rozprawę doktorską. Kiedy Borys, częściowo z grzeczności, częściowo z ciekawości, wyraził chęć posłuchania tej procedury, Maksym negatywnie pokręcił głową:
„To jest zabronione. Jest to projekt specjalny i obrona jest utajniona”.
Rozprawa doktorska zajmuje zwykle trzysta stron. Zamiast tego, Maksym przedstawił trzy grube tomy, w których tylko bibliografia źródeł zajmowała ponad pięćdziesiąt stron. I wraz z tytułem kandydata nauk, w drodze rzadkiego wyjątku, co zdarza się tylko w przypadku jakichś nadzwyczajnych zasług, – od razu otrzymał najwyższy stopień naukowy doktora nauk społecznych i filozofii.
W przypadku wielkich odkryć zwykle potrzebne są dwa warunki. Po pierwsze – to skrajna, nadludzka koncentracja na danym temacie. Po drugie – umiejętność znalezienia wzorca kryjącego się za szczegółami i wyciągnięcia z tego praktycznych wniosków.
Śmierć bliskiej osoby taki wywarła na Maksyma wpływ, dała mu taki impuls, tak skoncentrowała go na jakimś, tylko jemu znanym celu, że dla tego celu zapomniał o wszystkim innym na świecie. W poszukiwaniu odpowiedzi przeszukał wszystkie szczegóły, przeszukał cały skarbiec myśli ludzkiej, od Biblii po Freuda, całą historię ludzkiej cywilizacji od prymitywnego Tungu z ich szamanami po śmiertelne szczątki wyrafinowanej arystokracji – i znalazł jakiś wzorzec. I przy tym – coś ważnego. Inaczej nie dostałby od razu tytułu doktora.
Maksym krótko wspomniał, że sam Stalin był zainteresowany jego pracą. Jaki praktyczny wniosek dla rządu radzieckiego wyciągnął doktor socjologii Rudniew ze swojej pasji do średniowiecznej alchemii: czy nauczył się wytwarzać złoto z ołowiu? Znalazł kamień filozoficzny mędrców? Albo odkrył tajemnicę materializacji duchów? W końcu gazety napisały kiedyś, że Adolf Hitler również dotował podobne dziwne przedsięwzięcia, w których naukowcy zajmowali się telepatią, spirytyzmem i parapsychologią.
„Maksym, co wymyśliłeś?” – zapytał Borys.
„Diabelską formułę” – odpowiedział i nawet się nie uśmiechnął. Tak czy inaczej, od tego momentu doktor Rudniew zaczął robić zawrotną karierę, o której wcześniej nawet nie mógł marzyć. Wraz z dyplomem doktora otrzymał stopień pułkownika NKWD. Wkrótce na jego piersi pojawił się pierwszy order i to nie byle jaki, ale od razu Order Lenina – najwyższe odznaczenie Związku Radzieckiego. W „Prawdzie” było krótko: „...za realizację zadań specjalnych partii i rządu”. Teraz Maksym piął się w górę skokami. Ale najbardziej uderzające było to, że traktował wszystkie te zaszczyty z absolutną obojętnością.
Jako profesor socjologii, Maksym stał na czele jakiegoś niezwykle tajnego Instytutu Badań Naukowych NKWD, w którym wszystkim badaczom spod białych fartuchów, niczym diabelskie ogony, wystawały szkarłatne naszywki NKWD. W tym samym czasie Maksym został szefem jakiegoś wydziału operacyjnego NKWD, gdzie teoretyczne prace jego instytutu znalazły zastosowanie praktyczne.
„Jaki jest twój wydział?” – Borys był ciekawy.
„Trzynasty” – odpowiedział Maksym.
„Do jakich spraw?”
„Do spraw złych duchów. Dlatego jest trzynasty”.
„Ech, kłamiesz”.
Maksym wyjął ze stołu oficjalny formularz. Rzeczywiście był: „13 Wydział Zarządu Głównego NKWD ZSRR”.
Borys machnął lekceważąco ręką i zajął się swoimi sprawami. Z Maksyma i tak nic nie można wyciągnąć.
Potem... Potem doktor, profesor i pułkownik NKWD nagle zaczął ostro pić. Choć nigdy wcześniej nie nadużywał alkoholu, teraz pił jak ostatni alkoholik – sam. Zamykał się w swoim pokoju, upijał się do odurzenia, a potem zaczynał mówić do siebie. A może rozmawiał z duchami, o których czytał w swoich średniowiecznych traktatach o złych duchach?
Zajmując się alchemią, Maksym jednocześnie zbierał przedmioty odpowiadające temu rzemiosłu. Nabył więc gdzieś oryginalny puchar wyprodukowany w Niemczech, z czasów polowań na czarownice w Niemczech, wykonany z cienkiej, ręcznie malowanej matowej porcelany. Była to mistrzowska imitacja ludzkiej czaszki. Niemiecki mistrz tak bardzo się postarał i osiągnął takie podobieństwo do oryginału, że wręcz nieprzyjemnie było sięgnąć po to dzieło sztuki. Maksym siedział i pił wódkę z tego pucharu.
Pewnego razu, wchodząc do swojego pokoju, Borys powiedział z wyrzutem:
„Max, dlaczego pijesz?”
„Dlaczego?” – Pułkownik powoli podniósł głowę i tępym wzrokiem spojrzał na brata. – „No cóż, musimy porozmawiać…”
„Z kim?”
„Z tym, czego nawet bogowie nie mogą zwrócić… Z moją własną przeszłością… której zawdzięczam moją teraźniejszość…”
„Dlaczego tego potrzebujesz?”
„Dlaczego?.. Aby ulżyć duszy... Jednak ty, ateista, nic z tego nie rozumiesz…”
„W niedzielę chodźmy na ryby” – zaproponował ateista.
„Zmartwychwstanie... To jest reinkarnacja duszy... Reinkarnacja duszy przez cierpienie, jak mówił Dostojewski”.
Paskudny uśmiech wsunął się w kąciki ust Maksyma. – „Nie, teraz łowię kolejną rybę...”
„Co, bijesz ludzi? Ech, ty...” – W głosie młodszego pobrzmiewała wrogość.
Starszy zmarszczył brwi: – „Nic nie rozumiesz... I nie zrozumiesz...”
„I tak wszystko jest jasne. Dlatego zacząłeś pić”.
„Tylko wydaje się, że to są ludzie… Ale w rzeczywistości to nie są ludzie…”
„Więc kim oni są?”
„Ty, Bobka, lepiej mnie nie pytaj” – Pułkownik skrzywił się, jakby miał mdłości – „A nawet jeśli ci powiem... nie wierz w to... i posłuchaj, nie mów tego nikomu…”
„Nadal nie możesz powiedzieć nic mądrego” – zgodził się młodszy.
Starszy zakołysał się na krześle i mruknął do siebie:
„Tak, proszę pana, zgadza się... Ty, Bobka, jesteś szczęśliwym zwierzęciem, ssakiem, homo-sapiens... typu mezomorficznego... Ale tak naprawdę, chociaż nic nie rozumiesz... to tobie należy się podziękowanie”.
„Za co?”
„Za to!” – Maksym szturchnął palcem w pierś, gdzie błyszczał Order Lenina. – „Tak, właśnie za to… Widzisz, mówię ci, a ty nic nie rozumiesz…”
Oparł ciężko łokcie na stole i upił łyk wódki ze swojego obrzydliwego pucharu.
„Dobra, niech tak będzie, zdradzę ci sekret... Chcesz tego?”
„Lepiej pij mniej, bo inaczej twój nos będzie czerwony”.
„Mówię ci poważnie... A ty, głupcze, się śmiejesz... To wielka tajemnica... Tajemnica państwowo-archalna...”
Pułkownik zniżył głos, jakby w obawie, że ktoś podsłucha jego sekret:
„No więc. Słuchaj… Ty, ateisto, myślisz, że diabłów nie ma… A ja ci mówię, że diabły istnieją!”.
„To właśnie mówią wszyscy pijacy. Kiedy upiją się, doprowadzając do stanu diabelskiego”.
„Ty idioto” – powiedział uprzejmie pułkownik bezpieczeństwa państwa. – „Są diabły... I są wilkołaki, i gobliny... I są czarownice i wiedźmini – więc na każdym kroku... Przecież mam z nimi do czynienia na co dzień…”.
„To zrozumiałe, jeśli pijesz codziennie” – stwierdził sceptycznie młodszy.
„Nie wierzysz mi?” – Starszy, zataczając się, wstał, wziął z półki jakąś grubą książkę, nabijaną wielobarwnymi zakładkami, znalazł odpowiednie miejsce za pomocą tych zakładek i zaczął powoli i uroczyście czytać:
„...czarownice i wiedźmini są pomiotem zła, zarazą społeczną i pasożytami, wyznawcami obrzydliwych i obscenicznych wierzeń, zwolennikami trucizny, szantażu i innych, niskich i podstępnych przestępstw... Czarownice i wiedźmini wzniecają kłótnie, zazdrość, spory, sercowe nieporozumienia... Ich destrukcyjna działalność rozciąga się od kłopotów i starć rodzinnych, z osobna, być może, nieistotnych, ale w sumie – niezwykle nieprzyjemnych i bolesnych, aż po najpoważniejsze przestępstwa... – utratę mienia, nagłą chorobę i dokuczliwą śmierć, i w końcu...” – Tutaj pułkownik NKWD, specjalizujący się w złych duchach, znacząco podniósł palec:
„Zwróć uwagę... «i w końcu po konflikty narodów, anarchię i krwawe rewolucje, bo czary zawsze były i będą czynnikiem politycznym... W rezultacie, czarownice i wiedźmini stanowią stałe zagrożenie dla każdego uporządkowanego społeczeństwa». – Czy wiesz, kto to powiedział?”
„Kto?”
„To powiedział sam papież Innocenty VIII!” – powiedział z głębokim szacunkiem radziecki doktor socjologii, niczym student mówiący o swoim mentorze. – „Jest to napisane w jego słynnej bulli z 1484 r.! I podpisuję się pod każdym jego słowem!”
„Nigdy nie wiadomo, jakie bzdury piszą” – sprzeciwił się Borys – „Papier wszystko wytrzyma”.
„Nie, to wcale nie jest bzdura” – Maksym z miłością pogładził dłonią oprawę księgi – „To jest „Historia czarów i demonologii”, Montague Summersa… z czysto naukowej serii „Historia cywilizacji”… Summers jest uczonym teologiem, a książka ta została opublikowana w Londynie w 1926 roku… A więc to to poważna i nowoczesna sprawa.. Trzeba tylko zrozumieć, co to oznacza...”
„Och, ty obskurantysto” – powiedział Borys – „I za co dali tobie doktorat?”
„Właśnie o to chodzi… Ale z punktu widzenia materializmu dialektycznego…”
„Czyli komisja kwalifikacyjna też była pijana?”
„Nie było żadnej komisji” – uczeń papieża Innocentego VIII odłożył księgę na miejsce – „Sam Stalin osobiście dał mi ten tytuł doktora!”
„Kłamiesz” – stwierdził młodszy.
Starszy pociągnął długi łyk ze swojego obrzydliwego pucharu-czaszki i potrząsnął głową. Opierając pierś o stół, tępo wpatrywał się w puchar, jakby badał coś na dnie ludzkiej czaszki.
„To bardzo proste… Rozprawę podzieliłem na kilka niezależnych części – z historii, antropologii, psychologii i kilku innych przedmiotów specjalistycznych… Każda część została opisana przez najlepszych specjalistów Związku Radzieckiego w tej dziedzinie… Każda część osobno, sama w sobie, nie mówi nic specjalnego... Ale kiedy złożyć wszystkie części w całość, otrzymujemy to, co powiedział papież Innocenty – złe duchy jako czynnik polityczny... Wszystko zostało przetestowane i podpisane przez akademików, ale jak to ująć razem – tylko ja wiem... I jeszcze towarzysz szatan...”
„No cóż, jaki pożytek z tego, co wiesz?”
„Jak to – jaki? Te diabły to infekcja społeczna, pasożyty... Zagrożenie dla każdego uporządkowanego społeczeństwa... A jeśli tak, to już jest po linii NKWD...”
Pułkownik Bezpieczeństwa Państwowego ożywił się i poruszył na krześle, jakby siedział okrakiem na szatanie.
„Mówię Stalinowi: «Spójrz, Józefie Wissarionowiczu, to jest źródło anarchii i rewolucji...» On w to nie wierzy. Następnie zbieram swoje materiały, składam je według potrzeb – i na podstawie faktów dokumentalnych, potwierdzonych przez naukowców, udowadniam, jak ta zła siła najpierw przyczyniła się do anarchii w czasach carskich, a potem uczestniczyła w Październikowej Rewolucji Socjalistycznej... Wszystko dokładnie, z imionami, z nazwiskami…”
„A z adresami?” – wtrącił kpiąco Borys.
„Oczywiście” – kontynuował w uniesieniu uczeń papieża Innocentego. „Stalin na początku się rozgniewał, ale mu powiedziałem: – „Zaczekajcie, Józefie Wissarionowiczu… To wszystko jednym słowem… To jest zagrożenie dla każdego uporządkowanego społeczeństwa… Wiadomo, dla wszystkich! Jeśli więc uważacie, że rząd radziecki jest dobrze zorganizowanym społeczeństwem, to teraz ta sama zła siła zostanie zaangażowana w rewolucję przeciwko wam, czyli kontrrewolucję…” – I wtedy zamyślił się… ”.
Maksym upił łyk wódki i czknął.
„Potem Stalin mianował mnie... hik-k... specjalnym przedstawicielem do spraw złych duchów... hik-k... w ramach Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych... hik-k... we wszystkich Socjalistycznych Republikach Związku Radzieckiego... Rozumiesz?”
Siedząc okrakiem na krześle, potrząsnął palcem:
„Tylko ty, Bobka, posłuchaj... Nie mów tego nikomu... To tajemnica państwowa... I teraz wiesz co?.. Z jakiegoś powodu nie mogę wstać z krzesła.. Połóż mnie do łóżka i zdejmij buty...”
„Ani myślę”.
„Dlacz-czego?”
„Ponieważ jesteś pijany jak diabli, niech zdejmą ci buty”.
Borys pomyślał, że jednak jego brat zwariował. Lecz szaleństwo Maksyma wydawało się pomagać w jego karierze. Wkrótce otrzymał stopień komisarza bezpieczeństwa państwa III stopnia, co odpowiadało stopniowi generała dywizji NKWD.
Następny rozdział
Powrót do spisu treści